Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Impreza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Impreza. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 marca 2022

Slumdog

Wraz z przeprowadzką na Antypody zrzekliśmy się niejako statusu głównej mniejszości narodowej, a co za tym idzie także polskich napisów na Netfliksie, nieograniczonego dostępu do musztardy Roleski i mrągowskiej maślanki oraz szeregu mniej lub bardziej istotnych benefitów. Zadowolić musimy się knajpą z tradycyjną polską kuchnią, gdzieśmy bodaj wszystkich tutejszych znajomych zaprosili już na deskę pierogów i irlandzkim pubem.

W irlandzkim pubie, dość przewrotnie i ryzykownie nazwanym Chelsea, co poniedziałek odbywa się quiz. W języku angielskim, acz przed dwoma dniami kroczyliśmy w kierunku czarnego neonu ze złotą harfą z przekonaniem, że choćby był po niemiecku (quiz, nie neon), to my będziemy spritem. Zdawać by się mogło, że w grupie sześciu osób, o siedmiu różnych narodowościach i szerokim spektrum wieku, zainteresowań oraz specjalizacji skazani byliśmy - jak mawiał Jan Tomaszewski przerywając fascynujące opowieści o swej opasce na włosach - na zwycięstwo.

Papiery mieliśmy na wygraną, póki nie okazało się, że w związku ze zbliżającym się Dniem Świętego Patryka niemal każda kategoria quizu odnosiła się do Irlandii, także równie dobrze w szranki mogłem stanąć sam. A może i wyszedłbym na tym lepiej, bowiem kolega ze Stanów przekonał mnie, że Carnegie Hall znajduje się w Pittsburgu.

Dobra, żartuję. Każdy dołożył cegiełkę pod przyzwoity wynik, który ostatecznie osiągnęliśmy. Zawody otworzyło pytanie o nazwisko prezydenta Irlandii. Kreśląc nierówne kulfony na quizowym formularzu dziękowałem w duchu Pani Matce, która kilka lat temu zagadnęła mnie o to samo, a że w odpowiedzi byłem jedynie w stanie ze wstydem studiować czubki własnych pantofli, postanowiłem być of tej pory nieco bardziej na bieżąco z sytuacją ustrojowo polityczną drugiej ojczyzny.

Po pierwszej rundzie na pozostałe jedenaście ekip patrzyliśmy kpiąco ze szczytu tabeli. Geografią Irlandii wyścieliliśmy sobie fotel lidera, a potem ... potem było już tylko gorzej. Przez Oscary jeszcze jako tako przebrnęliśmy, choć Irlandia w tym temacie największe triumfy święciła, gdy większość naszej ekipy wchodziła pod drabinie na nocnik. Przez noblistów kuśtykaliśmy już na jednej nodze, a w kategorii muzyka na niemal każde pytanie w akcie desperacji odpowiadaliśmy U2, licząc, że coś chwyci. 

Nic nie chwyciło.

Dna sięgnęliśmy w kategorii Irlandzcy naukowcy, gdzieśmy na dziesięć możliwych punktów zdobyli okrągłe i wcale nie przynoszące wstydu ZERO. NIC. NOTTING. NADA! URWAŁ NAĆ.

Jeszcze się na koniec od rzeczonego dna odbiliśmy, acz że Guinness jest w rzeczywistości rubinowo czerwony, dowiedziałem się dopiero podczas odczytywanie prawidłowych odpowiedzi. Pod każdym kątem się wślipialiśmy w uniesiony pod słabe światło kufel, a zawartość za nic w świecie nie chciała być czerwona.

Ostatecznie uplasowaliśmy się tuż za podium, a w międzyczasie na jaw wychodzić poczęły kompromitujące fakty. Nikt przy stole nie słyszał kawałka Briana Adamsa Everything I do, znanego również pod alternatywnym tytułem Piosenka z Robin Hooda. Nikt nie oglądał Tootsie. Na litość boską, nikt nie wiedział jak wygląda VW Garbus. Lata zaczęły mi ciążyć. W każdym razie do momentu dzielenia rachunku, gdy okazało się, że Białoruś 1, Francja 1 + zapiekanka, Niemcy i Austria 2, USA 3, Unia Polsko-Irlandzka 147. A na koniec rozdysponowałem towarzystwo do komunikacji zbiorowej, odprowadziłem do domów, wróciłem na kwadrat i przed spaniem łyknąłem rozdział arcydzieła Terry'ego Pratchetta, co by śniło mi się kolorowo i zabawnie. 

Rankiem zerwałem się z wyra o szóstej i jeszcze przed pracą pomknąłem na z dawna zaplanowane pobranie krwi. Pielęgniarka utoczyła mi niewielki antałek 0 Rh+, po czym z konsternacją spojrzała na fiolkę. Na mnie. Znów na fiolkę. Uniosła naczynie do światła i podobnie jak ja poprzedniego wieczora starała się dopatrzeć czerwonego koloru w czarnym płynie.

Po chwili, ciut zaczepnie jak na mój gust, postawiła na biurku plastikowy kubek i gestem wskazała na toaletę. 

Z niejaką satysfakcją czterokrotnie wracałem po nowy kubek. Z całego pośpiechu poranną toaletę zmuszony byłem ograniczyć do pucowania zębów...

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Z drewnem do lasu

Niebieskie światła zamigotały przed nami, ledwie wychyliliśmy się zza łagodnego zakrętu. Miałem nadzieję, że unikając autostrady, unikniemy również niewygodnych pytań na czekpoincie, ten statek odpływał jednak właśnie pod pełnym ożaglowaniem.

- Kędy droga? - zapytał zaskakująco przyjaźnie przemoknięty gardzista.

- Do lasu - odparłem zgodnie z prawdą.

- Do lasu!? - gołowąs ewidentnie słyszał podobną wymówkę tego dnia po raz pierwszy.

Pokiwałem głową starając się przy tym wyglądać na tyle poważnie, na ile groteskowe okoliczności pozwalały. Wokół zapadała szarówka, siąpił deszcz, do końca starego roku pozostało osiem godzin. Po cichu liczyłem, że gardzista nas zawróci i Sylwestra spędzimy jak bogowie przykazali - przy trzaskającym wesoło kominku, z kosteczkami lodu pobrzękującymi w złocistym drinku. Może załączymy na dużym ekranie festiwalowe filmy Mountains on Stage.

Z całej naszej czwórki tylko ja podchodziłem do pomysłu powitania Nowego Roku pod namiotami w lesie bez rumieńców na twarzy. By nie wyjść na sztywniaka, zachowywałem wątpliwości dla siebie, oczami wyobraźni widziałem jednak Anieśkę kategorycznie odmawiającą opuszczenia ciepłego śpiwora, Kowala zwracającego pieczoną kiełbasę z okowitką gdzieś na skraju obozowiska, Lisicę w przemoczonych butach i siebie samego dorzucającego kolejne mokre polano do ognia w nierównej walce z nieustającym deszczem.

Tymczasem gardzista spojrzał z niedowierzaniem na zalegające na tylnym siedzeniu plecaki, potem na  nasze sylwestrowe kreacje z polartecu, softshellu i wełny merino. W przypływie detektywistycznego natchnienia kazał Anieśce zademonstrować stopy, a ujrzawszy ciężkie buty trekkingowe, miast spodziewanych błyszczących brokatem szpilek, uznał najwyraźniej, że do głupszych rzeczy ludzi kwarantanna skłoniła i ruchem ręki nakazał nam jechać dalej.

Lisów spotkaliśmy na leśnym parkingu. Kowal okazał się proaktywnie podejść do problemu suchego drzewa i szczerzył się do nas dzierżąc dwie torby po brzegi wypełnione szczapami drewna.

Przejąłem jedną z toreb i ruszyliśmy z drewnem do lasu. Buty na przemian ślizgały mi się w miękkim błocie, to grzęzły w mokrym mchu. Z każdą kroplą deszczu niesiona siata stawała się coraz cięższa. Kowal tymczasem perorował z niesłabnącym mimo kilometrów entuzjazmem.

- Mówię Ci Majkelu, jaką miejscówkę wynaleźliśmy z Lisicą. Poczekaj, aż zobaczysz. Piękna polana, w pobliżu strumyk. Od dawna myśleliśmy, by się tam namiotem rozbić.

Uczepiłem się tej myśli, bowiem latem Kowal tak piękne miejsce pod baobabem nam znalazł, że palce lizać i uznanie oraz niezachwianą wiarę mum winien aż po grób. Nie potrafiłem więc skryć rozczarowania, gdy po godzinie marszu droga skończyła się ścianą lasu, a Kowal grzmotnął torbą z drewnem o grunt i tryumfalnie oświadczył, że to tu.

- Tu, znaczy gdzie? - spytałem rozglądając się wkoło.

- No tu, gdzie stoisz - odparł mój serdeczny przyjaciel wesoło, najwyraźniej w zapadającej ciemności nie dostrzegając rządzy mordu kiełkującej w moich oczach.

- Kowalu, tu stoi dziesięć centymetrów wody - dla wzmocnienia przekazu z mokrym mlaśnięciem podniosłem buta.

- No lepiej nie będzie - uznał zupełnie w moim przekonaniu bez sensu.

- Po środku strumienia byłoby lepiej - bąknąłem pod nosem i wielce obrażony zszedłem ze ścieżki w strzeliste iglaste drzewa nad brzegiem potoku. 

Wysypany igłami grunt okazał się zaskakująco suchy, a choć miejsca między pniami drzew nie było mnogo, zdawało się, że dwa namioty przy odrobinie inwencji zdołamy zmieścić. 

- A tu? - zawołałem.

Kowal zszedł ze skarpy, potupał fachowo nogami o grunt, butem rozgarnął igły, opukał okoliczne drzewa i w końcu skinął przyzwalająco głową. 

Godzinę później dwa namioty stały rozpięte między sosnami, deszcz ustał, ognisko zapłonęło wesoło, a szkarłatna wiśniówka popłynęła do aluminiowych kubków. Kowal znosił mokre gałęzie, by wyschły w pobliżu ognia, Lisica kroiła kiełbasę, Anieśka usilnie nakłaniała wszystkich, by zjedli po ząbku czosnku powołując się na jakąś noworoczną tradycję. Nagle pomysł, by spędzić Sylwestra w leśnej głuszy okazał się wcale klawy.

To nie był dobry rok, ale przynajmniej zakończyliśmy go w stylu względnie awanturniczym. W ciągu minionych dwunastu miesięcy udało nam się rzutem na taśmę dopisać do projektu Korona Europy czeską Śnieżkę oraz przejść Wicklow Way, acz za największy sukces poczytuję sobie to, że zdołaliśmy nie przybrać na wadze.

Nowego Roku z przytupem również nie powitaliśmy. Jaki gość, takie powitanie. Mielim rankiem piąć się na najwyższy szczyt pobliskiego górskiego pasma, lecz wciąż szumiąca w głowie wiśniówka, dwie butelki szampana i bliżej nieokreślony specyfik Kowala o kolorze i smaku płynu hamulcowego zmąciły nam myśli i wyprowadziły z powrotem na leśny parking. A następnie do domu na gorący rosół i skoki narciarskie.

Jak za starych, dobrych czasów...

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Shots!

Epilog każdego wyjścia na miasto rozpoczyna się tymi samymi wersami. SHOTS!, zakrzyknie ktoś sienkiewiczowskim gestem wskazując najbliższą oberżę. SHOTS!, zawtóruje mu ochoczo ekipa ruszając chwiejnym krokiem w kierunku szynku po ostatni gwóźdź do trumny. Zwykle taki czternasto calowy. Aplikowany kafarem.


Ten wieczór z trendów się nie wyłamał. Zwykle o tej porze roku ruszaliśmy na imprezę świąteczną w gronie zacnej kadry oficerskiej naszej huty. Włączając generalicję. Potencjał takich imprez zazwyczaj wysoki nie był, zdałoby się bowiem, że ciężko będzie opuścić gardę w towarzystwie bezpośrednich przełożonych, zważywszy na głęboki podział na kasty u nas w hucie i granice niczym Mur na północy Westeros. Mrożące krew w żyłach historie, którymi karmił nas zawczasu Kaminsky, o ludziach co to pracę stracili, bo wypili jeden kufelek za dużo i jedno słowo za dużo powiedzieli, też jakby na ogólne rozluźnienie dobrze nie wpływał


Potencjał wysoki więc nie był, a jednak za każdym razem udawało nam się z takiej imprezy wycisnąć ostatnią kroplę i bawić co najmniej przyzwoicie. Jedynym nieusatysfakcjonowanym pozostawał Kaminsky, którego rokrocznie coś w bucie uwierało. Zupa była za chłodna, stek zbytnio wysmażony, światło zbyt jaskrawe, a lokal nadto mainstreamowy.  Aż któregoś roku to jemu w udziale przypadło zrobić prywatkę jakiej nie przeżył nikt, czym ostatecznie zapewnił sobie nieśmiertelne miejsce w tematycznej galerii sław. Nikt wcześniej, ni później nie zdołał zorganizować tak słabej świątecznej imprezy. Punkty za starania, ale na tym koniec. Poczynając, że nas w popłochu z knajpy przepędził, że śmy kufle pełne za sobą zostawili, tylko po to, żeby kolejne 20 minut spędzić w zaparkowanym przed wejściem autobusie, który nas następnie zawiózł do niczego sobie hotelu i pięknie przyozdobionej sali zastawionej rzędami stołów jak więzienna stołówka i równie gwarnej, w związku z czym słyszałem wyłącznie tych, z którymi stykałem się łokciami. Zgaduję, że przez przewodnictwo kostne.


Po deserze zajechaliśmy od kolejnej knajpki, gdzie przygrywać miał do kufelka znany ponoć w pewnych kręgach solista. I faktycznie przygrywał, ale wtedy, kiedy my staraliśmy się przekrzyczeć wyjątkowo hałaśliwych pracowników lokalnej fabryki parówek na więziennej stołówce.


Spokorniał nam Kaminsky po tej klęsce i o kolejnych imprezach wypowiadał się już w tonie dalece ostrożniejszym. A podczas gdy my bawiliśmy się z klasą oraz pełną kulturą z zagranicznych oddziałów naszej huty dochodziły niepokojące sygnały o orgiach, pijaństwie i obyczajowych skandalach, aż w końcu na mocy odgórnego edyktu świąteczna impreza została w tym roku odwołana.


Nobody puts Baby in a corner!, zakrzyknął jednak Brian, jednogłośnie mianował się Przewodniczącym Komitetu ds Imprezy Świątecznej i zorganizował nam nielicencjonowane Christmas Party. Bez udziału generalicji.


Spotkaliśmy się zgodnie z ogólnie przyjętymi schematami na biforku w pubie w strategicznie zlokalizowanej mieścince, skąd w komplecie ruszyliśmy do włoskiej knajpki wyznającej politykę BYOB (Bring You Own Booze). To powszechnie stosowany w Irlandii wybieg by nie rozbijać banku na licencję na alkohol, ale jednocześnie nie tracić klientów, którzy hołdują zasadzie, że tylko głupie nie piją przy zupie.


Zwykle BYOB ogranicza się wyłącznie do wina, jednak w tym przypadku jedyną zasadą, był brak zasad, toteż śmy z Witoldem i Simonizem zasiedli do stołu w towarzystwie dwóch Dżejmsonów. Chłopaki aż syknęli na ten widok i jakoś z niechęcią zaczęli nagle patrzeć na butelki wina, które przynieśli, my jednak przecież nie tacy, żebyśmy się nie podzielili. W efekcie rekordziści wlali w siebie tego wieczora piwo, wino i whisky. A później Simoniz zakrzyknął SHOTS! I do zestawu dołączyła Sambuca, Tequila oraz Baby Guinness.


Na tym etapie Przewodniczący dokonywał akrobatycznych cudów przeczących prawu grawitacji utrzymując się przez sen na stołku barowym. Dla postronnego obserwatora zdać to się mogło łatwe, podświadomość Briana brała jednak udział w rodeo na poziomie master. Uznaliśmy więc z Witoldem, że pora kowboja odstawić do domu i nie bez żalu muszę powiedzieć, że czubki butów po tym spacerze ewidentnie będzie musiał potraktować szpachlą do skóry.


My tymczasem wróciliśmy do pubu. Simoniz był już w trakcie 30-kilometrowej podróży do domu. Glen objął mnie wielkim jak anakonda ramieniem i wyszeptał mi do ucha niemal rozrywając bębenki, MAJKEL, FUCK WORK, HAVE ANOTHER ONE!


A. Bo ja zapomniałem wspomnieć, że my z Witoldem to śmy się nazajutrz musieli w hucie zameldować. O dziewiątej, ale zawsze. Alkohol konsumowałem więc bardzo odpowiedzialnie, a Glenowi zmuszony byłem grzecznie odmówić. Zwłaszcza, że nasz dyliżans właśnie zajeżdżał pod oberżę.


Do domu trafiłem o północy. W obu butach. Wspomógłszy trawienia alkoholu butelką wody, przeliczyłem, że przede mną regulaminowe osiem godzin snu, więc prognozy na jutro były optymistyczne.  Acz drzemkę rano włączałem czterokrotnie.


Po wejściu do biura natychmiast skierowałem kroki do szuflady z alkomatem. Witold zbladł, co w jego stanie oznaczało, że jego skóra przyjęła odcień #FFFFFF. MIĘDZY GŁUPOTĄ A ODWAGĄ JEST BARDZO CIENKA LINIA, przypomniał.


Dmuchnąłem.


Mniej niż zerooo, zaśpiewał alkomat.


Ale Witoldowi to już przebój Abby zanucił.


W μg/100 ml wydychanego powietrza.


Gdzie wynik powyżej 22 nie pozwala zasiadać za kółkiem.

czwartek, 7 grudnia 2017

Bon Vivant

Miniony weekend był pierwszym od czasów zamierzchłych, którego nie spędzałem w hucie. I prawdopodobnie ostatnim w tym roku, toteż żelazne postanowienie mieliśmy, dzień święty święcić. Wyjątkowo niefortunnie się więc złożyło, że ten akurat moment Princessa wybrała, by się rozkraczyć i na kilka dni wylądować w warsztacie, wobec czego zmuszeni byliśmy bliżej zapoznać się z tym, co ma do zaoferowania na ten weekend nasze sioło.


Może u nas na wiosce nie ma kina, księgarni, czy polskiego geszeftu. Może taksówki przemierzają nasze ulice wyłącznie tranzytowo. Może największą atrakcją naszej kameralnej mieściny jest autobus do Corku. To jednak nie tak, że w piątkowy wieczór można co najwyżej pobujać się na przytupywance w remizie. Tak po prawdzie to tego jednego nie można, bowiem jak się u nas co fajczy, to strażacy z sąsiedniej osady gnają. Nie o tym ja jednak.


W poszukiwaniu rozrywki na weekendowy wieczór, niejako przypadkiem wpadliśmy na trop tajemniczego eventu w jednej z lokalnych knajpek. Zgodnie z instrukcją kilka godzin po zamknięciu lokalu stanęliśmy pod przeszklonymi wejściem, opatrzonym niepozostawiającym wątpliwości szyldem "closed". Anieśka zerknęła dla pewności na telefon, czy aby na pewno staliśmy pod właściwymi drzwiami, po czym w umówiony sposób zastukała w pociągniętą biała farbą framugę. Atramentowa sylwetka zamajaczyła w ciemnym wnętrzu, a po chwili szczęknęła zasuwka. Para czujnych oczu pojawiła się w drzwiach. Konspiracyjnym spojrzeniem obrzuciła okolicę, wreszcie nas samych.


- Hasło! - zażądała właścicielka oczu.


- O'Callaghans nocą - odparła wyzywająco Anieśka.


Drzwi otworzyły się szerzej, a z wnętrza doleciała zapraszająca mieszanka zapachów, toteż do środka wślizgnęlibyśmy się skwapliwie, nawet gdyby na zewnątrz nie było tak wściekle zimno.


Oddawszy kurtki pani z obsługi, zasiedliśmy za błyszczącym srebrem i szkłem stolikiem dla czwórki. Na miejscu byliśmy pierwsi, co na co dzień nam się raczej nie przytrafia, napawać jednak nie było się okazji, bowiem po chwili goście gwarnie poczęli wypełniać pomieszczenie. W tym Anieśki szef z małżonką, którzy dołączyli do naszego stolika. My może jesteśmy miejscowymi Beckhamami (w sensie Anieśka nie umie śpiewać, a ja przepłacam za fryzjera), ale by się na tak ekskluzywną imprezę wkręcić, potrzebowaliśmy protekcji prawdziwej szychy.


Ja lubię dobrze zjeść. Nie tyle dla pierwotnego zaspokojenia głodu, co dla palety doznań dla podniebienia i całej związanej z tym otoczki. Lubię sobie siupnąć w fajnej knajpce, przy niewielkim stoliku, poudawać, że znam się na winie i oddać się w ręce wykwalifikowanych ekspertów. Myśl, że nie będzie trzeba po tym wszystkim zmywać, też raczej ogólnego wrażenia nie psuje.


Zwykle ślęczę długimi minutami nad menu i zamawiam dopiero, gdy wszyscy przy stole już powoli zapadają w śpiączkę z braku cukru we krwi. Zbyt wiele zależy od tej decyzji, by podjąć ją pochopnie. Anieśka nie ma takiego problemu. Jeśli zamówi źle, bez większych ceregieli zamieni się ze mną. Dlatego przewraca oczami i mało dyskretnie puszcza dym uszami.


Tego wieczora obojgu nam były jednak oszczędzone zwyczajowe rozterki, bowiem w ciągu jednego posiedzenia przekopać się mieliśmy przez calutkie, przygotowane na tą okazję menu. W sumie okrągłe dziesięć pozycji. W wersji petit, ale jednak.


Wieczór rozpoczęliśmy krabowym crème brûlée (sic!). Tak na rozgrzewkę przed kaczką, duszonymi wołowymi policzkami i pieczoną żabnicą (numerek 9 na liście piętnastu najbrzydszych stworzeń na Ziemi). Porcje były naprawdę symboliczne, jednak w okolicy sorbetu jabłkowego miałem poważne problemy z dosięgnięciem stołu. Nie żeby mnie to w jakikolwiek sposób spowolniło. Lata dzielenie stołu z Grubym, a następnie Anieśką nauczyły mnie, że gdy w grę wchodzi jedzenie tak wyśmienite, pałaszować należy sprawnie i konsekwentnie oraz nie spuszczać oczu z talerza, wystarczy bowiem chwila nieuwagi... Z niedawna przysiągłbym, że co najwyżej mrugnąłem, a ostatni kawałek zapiekanego ziemniaczka z rozmarynem zniknął z mojego korytka.


Do domu wracaliśmy bujając się na boki jak para pingwinów. Błogosławieństwem się wówczas brak samochodu okazał, spacer na rześkim zimowym powietrzu pozwolił spalić choć kroplę z oceanu spożytych kalorii.


Acz pewnie i tak do kierownicy bym nie dosięgnął...

poniedziałek, 4 lipca 2016

Polskaa, biało-czerwoni...

Dziewięć wiosen liczyłem, gdy pierwszy raz obejrzałem w telewizji mecz Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Rzecz działa się w trakcie agrowczasów w Borach Tucholskich, gdzieśmy - w otoczeniu bliższej i dalszej rodziny - spędzali co roku wakacje. Tamtego lata za dnia odtwarzaliśmy mecze włoskiego Mundialu na klepisku między stodołą, a drewnianym warsztatem. Ja, Gruby, Ojciec-Dyrektor i Wujek Od Bliźniaków. Wieczorami natomiast śledziliśmy zmagania ludzi, którzy podobnie spędzając czas, biorą za to pieniądze.


Po ostatnim gwizdku turnieju beczałem jak Cristiano Ronaldo. Raz, że w finale Argentyńczycy ulegli Niemcom po rzucie karnym, a dwa, że właśnie dowiedziałem się, że kolejne Mistrzostwa  Świata rozegrane zostaną za cztery lata - dla dziewięciolatka oznaczało to tyle, co w następnym życiu.


Lato się skończyło, jak to ma we wrednym zwyczaju. Wróciliśmy do miasta, a któregoś dnia Jersey wyniósł na podwórko opasłe, błyszczące tomisko - Encyklopedię Mistrzostw Świata. To było przeszło ćwierć wieku temu, ale do dziś potrafię na jednym tchu wyrecytować wszystkich zwycięzców od 1930 roku, choć regularnie zdarza mi się nie pamiętać, by zgasić światło w łazience.


Oczekiwanie na kolejny Mundial nieco osłodziły Mistrzostwa Europy, ale na ówczesnym etapie nie potrafiłem traktować poważnie turnieju piłkarskiego, w którym zwyciężali finalnie Duńczycy.


Cztery lata wlokły się jak epoka lodowcowa, w końcu jednak czas do pierwszego gwizdka Mistrzostw Świata w USA odliczać można było w tygodniach. Kilka dni przed meczem inauguracyjnym nabyłem w kiosku kolorowe wydanie Przeglądu Sportowego ze Skarbem Kibica. Mam je chyba jeszcze do dziś. Wertując wyniki sprzed lat wreszcie doszedłem do tego, co oznaczają kolejne kolumny w tabeli, jakie są zasady awansu, jak się nalicza punkty. To był prawdziwy kamień milowy w dzieciństwie moim i Grubego, bowiem tego lata w Borach Tucholskich rozegraliśmy pierwszą edycję Mistrzostw Świata w Strzałach z Dystansu. Cóż to była za impreza! Na drewnianą bramkę wkopaną w ziemię na słowo honoru strzelali najwybitniejsi piłkarze globu. Było uroczyste losowanie, otwarcie z wielką pompą, piłka na najwyższym światowym poziomie i oczywiście kapitalny komentarz ekspertów w studio - "Walter Zenga lekko poddenerwowany" autorstwa Grubego przeszedł do historii, na długo nim braciak przedstawił się szerszej publiczności fenomenalnym wykonaniem piosenki z Króla Lwa pod prysznicem.


Kolejne wielkie imprezy piłkarskie obserwowałem z niesłabnącym zainteresowaniem, z rosnącą jednak w sercu zazdrością. Ileż bym wówczas oddał, by zamienić się miejscami z fanami kopanej, którzy dopingowali na międzynarodowych turniejach własne drużyny krajowe, a nie przyszywane zespoły, tudzież aktualnego przeciwnika Ruskich.


Mieliśmy wprawdzie swoje pięć minut na Olimpiadzie w Barcelonie, gdzie Polacy przeżuwali i wypluwali kolejnych przeciwników, podczas gdy ja z Grubym regulowaliśmy z niedowierzaniem maleńki telewizor w drewnianej chatce pod lasem w Borach Tucholskich. Gdyby nie fakt, że Mistrzostwa Świata w Strzałach z Dystansu zainaugurować miały dopiero dwa lata później, Kowalczyk i Juskowiak zostaliby zaraz po wręczeniu medali powołani w trybie awaryjnym.


Na początku stulecia coś w temacie drgnęło. Jerzy Władysław ponownie wprowadził nas na piłkarskie salony, choć nadto często obserwując poczynania naszych kopaczy na międzynarodowych imprezach, na usta cisnęło się sienkiewiczowkie "kończ waść...".


I tym  sposobem docieramy do meritum tego tekstu. Bo na emocje ostatnich tygodni czekałem, odkąd Omam-Biyik uciszył trzydzieści tysięcy argentyńskich kibiców na San Siro, pokonując Sergio Goycochee niemal równo 26 lat temu.


Polonia u nas na wiosce raczej liczna nie jest. Nie doczekaliśmy się nawet lokalnego polskiego sklepu. Na mecze Biało-czerwonych potrafiliśmy się jednak zorganizować w sile oscylującej w szczycie wokół czterdziestu osób. Co się działo w ogródku piwnym miejscowej tawerny, to było czyste kozactwo. Było biało i było czerwono, były tańce i zdzieranie gardła. Dorzućmy pirotechnikę i starszyzna z Żylety mogłaby do nas jeździć na praktyki.


Atmosfera udzieliła się nawet miejscowym, którzy na każdym kroku zapewniali, że Polska jest ich przyrodnią siostrą. Życzyli szczęścia przed meczem, gratulowali po zwycięstwie, poklepywali po plecach po porażce. Barmankę, która towarzyszyła nam nieprzerwanie w ciągu tych pięciu spotkań, przyłapałem, jak zbiegała po schodach, nucąc pod nosem "Polskaa, biało-czerwoni...".


To były dla nas piękne mistrzostwa, nie Sienkiewicz się tym razem pchał na usta, a Goethe z "trwaj chwilo, jesteś piękna".


Oby to nie był koniec. Oby to był dopiero początek. Bo w naszej grupie eliminacyjnej do Mistrzostw Świata to my możemy być spritem.


Wszak gdzie lepiej sięgnąć po Puchar Świata, jak w Rosji...

niedziela, 8 maja 2016

Darkness Into Light

- Albo będziesz zły, albo zadowolony – oznajmiła Anieśka przez telefon głosem skwierczącym ekscytacją – zapisałam nas na Darkness Into Light!


*  *  *


Ja generalnie lubię pracę na dzienną zmianę. Choć nie jest – przyznaję – to moja pierwsza myśl, gdy nieludzkim świtem budzik wyrywa mnie z ciepłej pościeli. Tym, co pozwala mi zebrać się w sobie i na autopilocie powlec do łazienki, jest moje rytualne odliczanie, ile jeszcze brutalnych pobudek dzieli mnie od upragnionego lenistwa w pierzynie.


W tym układzie na pomysł charytatywnego biegu o czwartej nad ranem w pierwszym odruchu nie podzielałem anieśkowego entuzjazmu. Zwłaszcza, że wobec niedawnego urlopu i drogi krzyżowej w kierunku ‘normalnego’ życia, wysłużone asicsy od miesiąca zachodziły kurzem w schowku pod schodami.


To tylko pięć kilometrów, pomyślałem, na mecie nawet się nie zatrzymam i pognam prosto do łóżka.


Rankiem jeszcze miałem nadzieję, że w ciągu czterech godzin snu entuzjazm z Anieśki uleciał, solidarnie wyciszymy budziki i więcej nie będziemy o tym rozmawiać. Wszak w całej akcji najistotniejsza jest opłata rejestracyjna, która zasilić ma już po raz ósmy konto organizacji Pieta House, zajmującej się wybijaniem ludziom z głowy myśli samobójczych.


Anieśka jednak zerwała się równo z budzikiem efektowną sprężynką, niczym zawodnik wschodnich sztuk walki i już po chwili stała nade mną w pełnym rynsztunku z parującym kubkiem kawy w ręku. Niechętnie postawiłem stopy na chłodnych panelach, rzucając przez ramie ostatnie tęskne spojrzenie w kierunku rozbabranej pościeli i ruszyłem na dół pomaltretować widelcem  pożywną owsiankę z bananem.


O 4:15 staliśmy w niemal dwutysięcznym tłumie na linii startu. Słownie: dwutysięcznym! Nie trzeba zaawansowanej matematyki, by wykalkulować, że przeszło co drugi mieszkanie naszej wioski tej nocy nie spał. Od dzieciarni w wieku przedszkolnym, przez przyszczatą młodzież, obywateli w kwiecie wieku, po seniorów z wieloletnim doświadczeniem i garść zwierząt domowych.


Jeszcze przed wystrzałem pistoletu wyłożyłem Anieśce przystępnie, że oglądać za siebie się nie będę i ogólnie widzimy się w domu, ale skubana takie tempo narzuciła, że przez większość trasy oglądałem jej plecy. Prawdę powiedziawszy przyzwoity wynik wydreptałem w głównej mierze przez to, że nie chciałem jej stracić z oczu.


Cel całego biegu był szczytny, liczyły się partycypacja, a nie wynik i tak dalej, ale pewien element współzawodnictwa był nieodzowny, w myślach odnotowywałem więc każdą osobę, która minęła nas na trasie. A było ich czterech: małolat w białych spodenkach, starszy jegomość – wnosząc po stroju zaprawiony w bojach i dwóch koleżków, którzy działali mi na system, co kilkaset bowiem metrów przechodzili w marsz oglądając się nerwowo za ramie, a ilekroć wpadaliśmy w zasięg ich radaru, wracali do biegu.


W połowie ostatniego kilometra uwolniłem zapasy rozsądnie zarządzanej na trasie energii. Łyknąłem cierpiących na skręt szyjny koleżków, starszego jegomościa dopadłem na ostatnim zakręcie. Na finałowej prostej pozostał przede mną małolat, ale skubaniec dostrzegł rosnący przed nim cień i odjechał mi jak małe zielone Kawasaki.


Linię mety minąłem jako jedenasty (według szybkiej kalkulacji obarczonej marginesem błędu). Trzy kolejne osoby ukończyły bieg i dołączyła do mnie Anieśka.


Gdzieś kiedyś przeczytałem, że najczęstsze słowa biegacza po biegu, to: qrwa, nie włączyłem Endomondo.


Wtedy się śmiałem...

sobota, 27 lutego 2016

Coolturalnie

Nasz Wioska dużo w departamencie rozrywki do zaoferowania nie ma. Dwanaście pubów, dwa kościoły (jeżeli ktoś w takiej rozrywce gustuje), biblioteka i zaskakująco dobrze rozwinięta infrastruktura sportowa - dwa boiska ze sztuczną nawierzchnią, jedno z naturalną, korty do tenisa, hala sportowa i siłownia; bardzo nieźle jak na czterotysięczną sadybę o profilu farmerskim.


Gdyby kogoś naszło w kręgle poturlać, bądź film obejrzeć na dużym ekranie, bez czterdziestokilometrowej wyprawy do stolicy regionu by się nie obyło. O alternatywę dla sobotniego wieczoru na kufelkiem bursztyna zadbali więc sami mieszkańcy, organizując się pod sztandarem amatorskiej trupy teatralnej.


W miniony weekend na deskach lokalnej sali gimnastycznej wystawili "Oklahomę".


Muszę przyznać, że inaczej wyobrażałem sobie spektakl w wykonaniu teatru amatorskiego. W czwartej klasie podstawówki wystawialiśmy Orfeusza i Euredykę w ramach zajęć z języka polskiego. Pozawijaliśmy się w prześcieradła z potrzeby robiące za greckie togi, Koczor wywinął orła na płachcie niebieskiego materiału, występującego w roli wartkiego strumyka (w zasadzie sam był sobie winien - wystawialiśmy mitologię, nie przypowieść biblijną, także chodzenie po wodzie jakby wyprzedzało epokę), Kaśka pękła pod presją i w kluczowym momencie nie potrafiła wydusić z siebie niczego po za nerwowym śmiechem, a ja straszyłem tekturową lirą owiniętą w folię aluminiową i naburmuszoną miną, bowiem Marta, do której cichcem wzdychałem, miast zostać moją Euredyką, marnowała się w roli strzegącego Hadesu potwora.


Podobnych atrakcji spodziewałem się sobotniego wieczora. Tymczasem zasiadłem na w pełni profesjonalnej widowni przed piętrzącą się sceną, pod upstrzonym reflektorami sufitem. Gdyby nie tablice do koszykówki po obu stronach sali, nie zjarzyłbym się, że na co dzień banda pryszczatych nastolatków okłada tu parkiet gumową piłką.


Niepokój we mnie kiełkował im bliżej było do pierwszego dzwonka. Po pierwsze nikt mnie nie uprzedził, że to będzie musical. Po drugie jakiś czas temu udaliśmy się do Cork Opera House na "Skulls of Connemara". Ze względu na pogłos i trudny akcent ze sztuki nie zrozumiałem prawie nic. Ale jedna z aktorek pokazała nagi biust, także nie był to czas zupełnie stracony.


Na spektakl udaliśmy się w towarzystwie Mary. Shaun postanowił pozostać w domu, przyobiecał jednak dyżurować pod telefonem na wypadek, gdybym po pierwszym akcie chciał dać nogę.


Nie chciałem. Talentem, który na scenie zaprezentowali lekarze, nauczyciele, rzeźnicy, bankierzy, piekarze obdzielić można było hojnie kilka wysokobudżetowych produkcji. Dźwięk kapitalny, światło doskonałe, scenografia rzetelna. Kilka znajomych twarzy na scenie tylko dodawało smaczku.


Historia jest banalna. W małym amerykańskim miasteczku zbliża się klasyczna potańcówka w remizie. Curly zaprasza Laurey, ale tej nieco nie w smak, że kowboj zwlekał tak długo i z babskiej przekory, wbrew sobie na balety zamierza wybrać się z parobkiem, Judem.


Tymczasem do miasteczka wraca Will, który wygrał w Kansas City 50 zielonych i zamierza przeznaczyć je na wiano dla Ado Annie. Ta jednak wzdycha do perskiego handlarza badziewiem, Aliego Hakima, który znowu do ożenku się nie pali, ale uroczą farmerkę chętnie by zbałamucił. Niemniej spojrzawszy w oczy dwururki z ojcem Ado Annie przymocowanym do drugiego jej końca, zmuszony jest przekalkulować plany, a wyswatanie narzeczonej z Willem staje się dla niego jedyną szansą na zachowanie błogosławionego stanu kawalerskiego.


I tak to się kręci w kierunku nieuniknionego happy endu. Banalna historia, ale ładnie opowiedziana, a w zasadzie zaśpiewana.


W marcu nasi lokalni artyści wracają na scenę z nową produkcją. Już wykrochmaliłem koszulę...

piątek, 1 stycznia 2016

Byle do wiosny

Gdyby Bing Crosby urodził się na Zielonej Wyspie jego świąteczny przebój nosiłby tytuł "Wet Christmas". To co się od kilku tygodni wyrabia za oknem, to jest absolutne nieporozumienie. Zdaje się, że część całej idei Świąt, to pomóc ludziom przebrnąć przez ten depresyjny okres, gdy między wchodem a zachodem słońca nie sposób zaparzyć wody na herbatę.


I faktycznie jakby łatwiej patrzeć na strugi deszczu za oknem przez pryzmat mrugającej wesoło choinki, choć rozplątywanie choinkowych lampek korzystnie na odsetek samobójstw raczej nie wpływa, zwłaszcza mając na uwadze łatwy dostęp do kilku metrów względnie wytrzymałego kabla.


To dudnienie w parapet i zawodzący wiatr też jest bardziej znośne, gdy w tle leci świąteczna muzyka. Zwłaszcza jeśli ktoś był wyjątkowo grzeczny w minionym roku i od Mikołaja otrzymał kultowy oraz w pewnych sferach legendarny wzmacniacz firmy Denon.


W poprzednim roku lekarstwa na raka nie wynaleźliśmy, nie odkryliśmy kto zabił Kennedy`ego, nie wiemy co szeptał Bob do Charlotte w ostatniej scenie "Między słowami". Weszliśmy za to na turecki Ararat, Irański Damawand, Irlandzki Mangerton  i Temple Hill. Wjechaliśmy windą na Milad Tower w Teheranie, ale już schodami na Więżę Św. Michała w Bordeaux. Zwiedziliśmy piwniczki w Saint Emillion, obejrzeliśmy na żywo mecz Irlandii z Polską na Avivie i podbiliśmy serca publiczności na naszym pierwszym irlandzkim weselu. Zrzuciłem dwa oczka w pasie (in your face!) i nauczyłem się jeździć na motocyklu (ruszać, będzie bliższe prawdzie). Także było co na fejsbunia wrzucić.


Od maja ten rok zapieprzał jak koń na Wielkiej Pardubickiej, a zwolnił dopiero w Wigilię, gdy na stole wylądowało 12 potraw, wobec kilku błędów w sztuce występujących wyjątkowo pod nazwą Dwunastu Spektakularnych Porażek. I było ich osiem.


W Drugi Dzień Świąt zgodnie z tradycją zalegliśmy w piżamach w salonie, odpaliliśmy szkiełko, a ślad cieplny zostawialiśmy jedynie na trasie lodówka - kanapa. Anieśka pobeczała się na "Listach do M". Ja na "Interstellar". Bo w moim wieku nie mogę sobie pozwolić tak lekką ręką marnować trzy godziny życia.


I to będzie na tyle. Sylwestrowy szum w głowie zaraz minie, choinka postoi pewnie tradycyjnie do maja, ale lampki lada chwila trzeba będzie zdjąć, bo to jednak siara na dzielni. Jutro wciągam krawat i ruszam do huty. Z paskiem jeszcze poczekam, nie należy się spieszyć ze złymi wieściami.


A za Wet Christmas, żądam Hot Summer...

piątek, 19 czerwca 2015

Tag Rugby

We hucie u nas przyjęło się wśród pań ze strefy administracyjno-biurowej, że jak problem, to wewnętrzny 968 i Majkel. Bo nie dość, że czarujący, to skuteczny i bezwzględny dla bakterii. Taki jest w każdym razie mój logiczny wniosek, a z logiką się nie dyskutuje.


Gdy więc się panie do turnieju tag rugby zapisały i drużyny nie mogły skompletować, to wiadomo: 968 i Majkel. A Majkel nie odmówił, choć uczciwie zaznaczył, że o rugby w jakimkolwiek wydaniu wie tyle, co polski poseł o uczciwej pracy. Elaine uznała, że to nie szkodzi, bo ona na ten przykład jest po trzech treningach i nadal nie może się odważyć, by dotknąć piłki.


O co w tag rugby chodzi:


Każda drużyna składa się z siedmiu zawodników, z których co najmniej trzech nie może mieć siusiaka. Siusiak o tyle w grze przeszkadza, że za każdym razem, gdy pan dotrze do końcowej linii boiska i ułoży za nią piłkę, jego drużyna dopisuje sobie jedno oczko. Gdy tego bohaterskiego czynu dokona pani, zespół wzbogaca się o tyle punktów, ile w składzie ma kobiałek.


Każdy zawodnik ubrany jest w spodenki przystrojone po obu bokach kutasami na rzepy - tagami. Po zerwaniu taga przez rywala gra zostaje przerwana, a po szybkim przegrupowaniu wznowiona z tego samego miejsca. Chyba, że jest to szósty zerwany tag z kolei. Wtedy piłka przechodzi w posiadanie przeciwnika.


O tych spodenkach to mi nikt nie powiedział, więc na boisku zameldowałem się w lanserskich szortach popularnej firmy Nike, czym wzbudziłem niemałą konsternację. Szczęściem szybko się znalazły wypożyczaki, niestety w dość pokaźnym rozmiarze i w pierwszej chwili pomyślałem, że rozłożyć mam namiot na pomeczowy poczęstunek. Gdy zdałem sobie sprawę z pomyłki, konsternację zastąpiła obawa, że jak mnie kto za taga złapie, ściągnie go razem ze spodenkami. Szczęśliwie podczas krótkiego pobytu na boisku ani razu nie wszedłem w posiadanie piłki, toteż nikt nie uznał za stosowne dobierać się do moich tagów.


Jak należało podejrzewać mój występ był absolutnie fenomenalny. Piłki jak wspomniałem dotknąć mi się wprawdzie nie udało. Taga jak już w tym temacie jesteśmy też nie. Nie licząc swojego. Zdołałem za to wywinąć wyjątkowo malowniczego orła i wybić dwa palce, także liczę jutro na dobrą prasę.


Za tydzień znowu gramy, ale czuję przez skórę, że mogę nie otrzymać zaproszenia...

czwartek, 2 kwietnia 2015

Wembley

Na szali było w niedzielny wieczór nie mało. W hucie bym się nie mógł pokazać, gdybyśmy mecz na Stadionie Aviva przegrali, a i po remisie miejscowa siła robocza puszyła się jak ręcznik wyprany w Lenorze. Kamiński od siódmej rano czekał na mnie w biurze z uśmiechem, na który patrzeć szło ino przez maskę hutniczą.


Podobne nastroje panować musiały nad Wisłą czterdzieści lat temu po słynnym zwycięskim remisie na Wembley, kiedy Janek Tomaszewski w opasce na włosach powstrzymał Anglię. Tylko, że myśmy wówczas dali odpór drużynie, która jeszcze cztery lata wcześniej była wciąż urzędującym mistrzem globu. Irlandczycy na własnym (w każdym razie w teorii) boisku mierzyli się z mickiewiczowsko czterdziestym czwartym zespołem rankingu FIFA.


Nic to. Każdy zasługuje na własne Wembley.


Do Dublina wybraliśmy się mocno zorganizowaną ekipą w bardzo szerokim spektrum wieku. Bez krztyny koloryzowania można powiedzieć, że na pokładzie specjalnie na tę okazję skołowanego dyliżansu znajdowały się trzy pokolenia kibiców.


Na moje nieszczęście dzień wcześniej za dobrze bawiłem się na imprezie zaręczynowej Kulkina i w efekcie do ogólnej wesołości i raz po raz wstrząsającego autokarem śpiewu przyłączyłem się dopiero, gdy mijaliśmy znak Naas 8.


A sam mecz? Po pierwszej połowie wydawało się, że z Irlandzkimi drwalami rozprawimy się jak Wyspy Zielonego Przylądka z Portugalią.  Po przerwie jednak nasi kopacze w pełni zasłużyli sobie na wtorkowe kpiny, jakoby nadal nie wrócili do Polski, bowiem wciąż mają problemy z wydostaniem się w własnego pola karnego.

sobota, 13 września 2014

Moje Wielkie Wiejskie Wesele

Nie trudno było domyśleć się, co się kroi. Oczy Anieśki zapłonęły ogniem. Krawat poluźniłem nim dopadła do mnie i wprawnym ruchem wyciągnęła moją koszulę ze spodni. Gdy pośpiesznie rozpinała dolne guziki, ja trzęsącymi się z emocji palcami pracowałem już nad kołnierzykiem. Spotkalibyśmy się w połowie drogi, ale zabrakło nam cierpliwości, więc wspólnymi siłami ściągnęliśmy nierozpiętą do końca koszulę przez głowę, po czym bez zwłoki poczęliśmy ubierać w nią Mikę, która już miała na lewej nodze mój trzewiczek - pozostałość po wcześniejszym etapie konkursu.


Przebrana w moje giezło Mika popędziła w kierunku krzesełek ułożonych w kółeczko na środku parkietu. Na miejsce dopadła jako druga, ale miała jeszcze dwa taborety zapasu.


W kolejnej rundzie przepustką do ciepłego stołka byłą garść trawy, więc bez zwłoki zacząłem rozpruwać ukrytą w marynarce kieszonkę, Mika miała jednak inne skojarzenie i jak łania pomknęła w kierunku otaczającego zajazd trawnika. Wróciła w sam raz na czas, by zająć ostatnie miejsce walczące o półfinał.


Na tym niestety koniec był szlachetnego współzawodnictwa. Mika wprawdzie w ferworze walki zapomniała, że wstydzi się, jak przystało na dwunastolatkę i zgodnie z poleceniem wodzireja popędziła pocałować Pana Młodego, gdy jednak wróciła na parkiet, ostały się jeno miejsca stojące.


Ale startowała z najdalszego krzesełka, także będziemy się jeszcze odwoływać.


Moje pierwsze Wiejskie Wesele zaliczyć trzeba do udanych. Teściowa wprawdzie, jak później wyznała, niepokoiła się moimi częstymi wyprawami to stoliczka z bimberkiem, ale ostatecznie poziomem trzymanego fasonu była usatysfakcjonowana, a od pana fotoreportera otrzymaliśmy wyróżnienie dla najbardziej dynamicznej pary na parkiecie. Ja i Anieśka, nie ja i Teściowa.


Zdjęć nie będzie, bo co wydarzyło się na Wiejskim Weselu, zostaje na Wiejskim Weselu.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Ostatnia wieczerza

 - Ja to dumna z ciebie jestem, że na wieczór kawalerski, zamiast na striptiz, pojechałeś biwakować w góry - pochwaliła Pani Matka podczas mojego niedawnego pobytu w kraju.


Chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, ale matki zwieźć nie sposób.


- Na striptiz też pojechałeś?


Pojechałem. Na męskie rozmowy w górskiej samotni, przy dźwiękach trzaskającego w ogniu drewna księdza proboszcza czterech chętnych mi się udało znaleźć. Na tę okazje znad Wisły przyjechał Gruby, który miał mnie za żyranta podczas uroczystości zaślubin robić. Grono amatorów pań dezinstalujących odzienie było przeszło dwakroć tak liczne.


Z wyjazdem w góry wiązałem nadzieje tak wielkie, jak obawy. Standardy irlandzkiej pogody nie są tajemnicą, a słuchanie deszczu bębniącego w brezent nie do końca jest wymarzonym sposobem na spędzenie wolnego wieczoru. Szczęśliwe bogowie sprzyjali naszej sprawie i poranek w godzinie zero powitał nas słońcem i bezchmurnym niebem. W sile dwóch jednostek zmotoryzowanych pomknęlim w kierunku Glenmalure, a następnie, porzuciwszy auta w niewielkiej odległości od wioski, ruszyliśmy ubitą drogą na Lugnaquille - najwyższy szczyt gór Wicklow.


Szeroki trakt kończy się przy wodospadzie, skąd w górę prowadzi umowna raczej ścieżka, wychodząca na pokryte śniegiem wypłaszczenie. Stamtąd rozsądek każe przeć do przodu, by zatoczyć pętle i na wzniesienie dostać się łagodnym podejściem. My jednak zdecydowaliśmy się na strome wejście w poprzek zbocza.


W połowe wzniesienia zneleźliśmy chwilę na postój, podczas którego niezawodny w tego typu sytuacjach Skwarek rozłożył przenośny barek polowy i zaserwował dzielnej drużynie odświeżające napoje w marokańskich szklaneczkach. Tym samym złamaliśmy niepisaną zasadę: no alko na trasie, ale okazja była, prawda, wyjątkowa.


Przy samym grzbiecie górskim wyślizgany wiatrem śnieg zmieniał się w gładki jak szkło lód i z przyczepnościa w nieuzbrojonych rakami butach zaczęło robić się raczej kiepsko. Szczęśliwie silny wiatr wiał w plecy i gdybyśmy tylko dysponowali nieco większą powierzchnią nośną, starczyłoby rozłożyć ramiona i pomknąć pod góre jak na niewidzialnym orczyku.


Na szczyt dotarliśmy w komplecie, a wobec uporczywego wiatru i perspektywy ogniska, jak i dojrzewajacej w bagażniku znakomitej okowitki, po obowiązkowej dokumentacji fotograficznej zarządziliśmy odwrót do bazy.


- Wracamy tą samą drogą. Co może się stać? - zarządził Kostek.


Większość kontuzji zaczyna się od słów Kostka 'co może się stać?', niemniej w tamtej chwili nikt nie protestował. W efekcie znaczną część drogi powrotnej przebyliśmy w pozycji bobslejowej, rzadko z własnej woli i zwykle bez jasnego pomysłu jak się zatrzymać. Nazajutrz wszyscy zgodnie narzekali na obolały tyłek, ale śmy złożyli śluby milczenia. Pewnych sformułowań po męskim wypadzie pod namioty należy unikać.


Po zejściu rozbiliśmy obóz pod malowniczym baobabem i ochoczo przystąpiliśmy do opróżniania przywiezionych zapasów drewna, wszelakiego mięsiwa i odświeżających napojów. Jeden z biwakowiczów odświeżył się do tego stopnia, że w ognisku lądował trzykrotnie, przy czym za razem ostatnim na tyle upodobał sobie ciepło płonących polan, że nie przejawiał szczególnej ochoty, by przesiąść się na zimne krzesełko turystyczne i śmy go musieli wyciągać za kończyny w obawie przed uszkodzeniem markowego obuwia firmy Berghaus.


Kolejnego dnia postanowiliśmy nie zwalniać tempa i w szerszym już gronie wsiedliśmy w pociąg do stolicy. Bro Code obliguje mnie do zachowania milczenia odnośnie, tego co wydarzyło się temtego wieczora w Dublinie. Ogólnikowo tylko napomknę, że śmy na pewnym etapie skrzyżowali miecze z wieczorem panieńskim, a w klubie z tańcami ludowymi padła jedna propozycja małżeństwa, dwie zapowiedzi rozwodu i tyleż nieśmiałych deklaracji o rychłym przyjęciu kulki, co byśmy mogli się w tym samym miejscu, w tym samym gronie spotkać ponownie.


Wieczór kawalerski nie byłby pełny, gdyby nie nieprzyjemny incydent z udziałem miejscowych  Secret Service. Złapawszy busa do naszej wioski, postanowiliśmy jeszcze na jednej nodze zawadzić do szynku po napoje na drogę. Niestety bramkarz, tych którzy butelki okorkowali w lokalu nie zamierzał wypuścić na zewnątrz, a tych którzy uczynili to za drzwiami przybytku, wpuścić z powrotem do środka. W efekcie strzemiennego dokończyć musieliśmy w podgrupach, przy czym na tych, którzy ostatnim bursztynem tego wieczoru grzecznie raczyli się na ulicach temple baru, bramkarz uznał na stosowne nasłać gwardie narodową. Bursztyny w efekcie zostały skonfiskowane i panowie w mundurach polecili nam się rozejść. Bohaterski oficer nie do końca potrafił wyjaśnić, czym mu wadzimy w tym akurat miejscu, nie spożywając już publicznie i w końcu wdał się w dość nerwową dyskusje z jednym z naszych kolegów, którego ostatecznie odciągać musiałem, bo rękawy już zakasywał.



Nocka na dołku byłaby doskonałym zakończeniem tej notki, ale w moim wieku człowiek przedkłada własne łóżko u boku ciepłej jeszcze kobiety nad pisanie historii...

środa, 17 kwietnia 2013

Dziorga

No to pozamiatane! Ale po kolei.


W związku ze zbliżającą się nieuchronnie zmianą statusu na fejsbuczku, przystąpili my (ja i moi ziomale) do planowania tego, co w zrękowinach tygrysy lubią najbardziej, czyli zachlania pały na pełnym legalu, a nawet w myśl społecznych oczekiwań.


W tym celu wraz z Kostkiem i Qyu-Syu zapakowaliśmy się w kostkowego vana i ruszylim na dziorgę - znaczy chrustu na kemping w górach nazbierać. Za plecami zostawiwszy drewnianą palisadę naszej wioski, skręciliśmy w wyboistą drogę wzdłuż linii lasu i przystąpiliśmy do mozolnej wycinki przy pomocy tępej siekiery i pilniczka do paznokci.


Zdążyliśmy z Qyu-Syu poćwiartować niewielką brzózkę w czasie, którego średnio doświadczony drwal potrzebowałby na znaczne uszczuplenie Puszczy Kampinoskiej, gdy Kostek odkrył stos równo pochlastanych bali, idealnych do naszego celu.


Ledwie śmy trzasnęli drzwiami do wypełnionego po sufit vana, gdy na miejsce zbrodni zajechał gospodarz z przyczepką. Rzucił okiem na skromniejszy już stosik, na auto, które pod dodatkowym ciężarem mocno przysiadło, ale udawało, że wszystko jest w porządku. Raz dwa połączył kropki i spojrzał na nas pytająco.



- To Twoje drewno - ni to stwierdził, ni to spytał Kostek.
- Moje.
- Not to worry. Zaraz oddamy.
W niezręcznym milczeniu przystąpiliśmy do przerzucania łupów na bębniącą przyczepkę. Gdy podłoga vana prześwitywać zaczęła pod drewnianymi balami, gospodarz pozwolił resztę zatrzymać, podziękował grzecznie (sic!), po czym wytaszczywszy z auta piłę łańcuchową zagadnął:

- Jesteście katolikami?

- W zasadzie... Owszem... Co on mówi? - bąkaliśmy jeden przez drugiego.

- Ta ziemia obok należy do księdza. Jeśli wam to nie przeszkadza, mogę wam kilka pieńków po ćwiartować.

Podsumowując: gospodarz złapał nas na gorącym uczynku, gdy podprowadzaliśmy mu drewno, podziękował, że śmy się je zgodzili oddać, a potem pomógł nam obrobić sąsiada.

Nad Wisłą psem by nas poszczuli...

poniedziałek, 25 marca 2013

Bociaaan!

Kulkin stracił matkę na rzecz paskudnego nowotworu. Rok temu dla uczczenia jej pamięci wziął udział w biegu charytatywnym Hope & Dream 10. Idea polega na tym, by każdy z uczestników zebrał wśród znajomych co łaska w zamian za wpis do elitarnej księgi darczyńców. Wypełnioną banknotami książeczkę, wymienić można następnie na numer startowy i taką fajoską koszulkę, a organizatorzy zebrane fundusze - powiększone o kasiorkę od sponsorów - uroczyście przyrzekli przekazać na cel szczytny.

W tym roku postanowiliśmy się do Kulkina przyłączyć. Pochodziliśmy z tacą wśród znajomych i trochę grosza udało się zebrać. Anieśce więcej, ale ja się od początku źle za sprawę zabrałem - jak mnie kto pytał, ile chcę, odpowiadałem: nawet piątka będzie OK. I piątkę zgodnie z życzeniem dostawałem. Anieśka waliła z grubej rury: ty, wyskakuj z dychy! I wyskakiwali. Nawet ci, co Anieśki nie znali, albo nie mogli rozpoznać ze względu na panujące ciemności i kominiarkę na twarzy.


W mroźny, niedzielny poranek na starcie dziesięciomilowego biegu nie stawiliśmy się niestety w komplecie. Wredna bakteria dopadła Anieśkę na finiszu cyklu przygotowawczego, więc się dziewczę otulone ciepłym płaszczem zjawiło w Enniscorthy w roli widza. Ale chabrową koszulkę za wyjątkowe osiągnięcia na gruncie egzekucji finansowej dostała.


Nigdy w życiu nie przebiegłem szesnastu kilometrów, toteż w pierwszym odruchu moje oczekiwania ograniczyły się do ukończenia biegu bez zatrzymania. Z czasem jednak apetyt rósł i ostatecznie przed linią startu rozgrzewałem się w żelaznym postanowieniem powrotu za półtorej godziny.


Niespełna dziesięć mil później wychodziłem na ostatnią prostą, a na odległym zegarze zamajaczył czas 1:29:06 … 1:29:07 … 1:29:08. Miałem nawet zwolnić i minąć linię mety w filmowo dramatycznej ostatniej sekundzie, alem dostrzegł za finiszem stoisko z żelkami, także się za mną ostatecznie mało asfalt nie zwinął...


Z tym biegiem całym to ja jeszcze jedną, małą nadzieję wiązałem. Następnego dnia miałem wystąpić na  rozmowie kwalifikacyjnej, toteż uznałem, że nie zaszkodzi jakiś dobry uczynek mieć na koncie, gdy się od Losu uśmiechu oczekuje.


Ze śmiechu pękać musiał Los, gdy rankiem odkryłem przed lustrem czerwoną diodę na samym czubku nosa. Młodzieńczy trądzik po raz pierwszy bodaj spotkał się ze starczą demencją. Cóż za piramidalna niesprawiedliwość. Szczęśliwie Dyrcio dostrzegł człowieka za pulsującą kontrolką i za pół roku pakujemy walizki i lecimy na południe.


Jak bociany...


I będę musiał wcześnie wstawać...


...może to jeszcze jakoś odkręcę...


 

środa, 27 lutego 2013

W kinie w Dublinie....

Tradycje filmowych seansów są w naszym gospodarstwie sumiennie kultywowane, toteż gdy na wiosce wieść gruchnęła, że polska kinematografia wydała na świat dzieło, które dla odmiany nie przyprawia o ból uzębienia i na własne oczy (zęby?) można się o tym przekonać w większości dublińskich multipleksów, uznaliśmy, że trza nam w drogę.


W sile dwóch jednostek zmotoryzowanych stanęlim sobotniego wieczora pod iluzjonem w sercu irlandzkiej stolicy, burzliwie rozprawiając, gdzie udać się na obowiązkowego biforka, nim rozsiądziemy się w wygodnym fotelu na projekcji "Sępa".


- Może najpierw kupimy bilety? - zasugerował ktoś, ściągając na siebie spojrzenia w buntowniczych latach szczenięcych zarezerwowane dla pomysłodawców założenia czapki, bo zimno.


Mimo wszystko niechętnie ustawiliśmy się w ogonku, ale nim osiągnęlim półmetek, czerwony komunikat na LEDowej tablicy oznajmił, że wejściówki ma seans o 19:45 rozeszły się na pniu. Gdyśmy do kasy dotarli, na projekcje o 22:10 ostały się dwa bilety, które z resztą znalazły nabywcę, nim zdążyliśmy powiedzieć 'tylko dwa?'. Na takie dictum jasnym stało się, że sobotni wypad do Dublina trzeba będzie przekwalifikować.


- To co, idziemy na zakupy? - rzuciła Lokówka


Kulkin przysłuchiwał się rozmowie z wyrazem uprzejmego braku zrozumienia na twarzy.


- Idziemy na piwo, czy ... - zagadnąłem.


- Idziemy na piwo! - Kulkin, jak przystało na miejscowego, nie widział sensu czekać, co nastąpi po drugiej stronie 'czy'.


- Znasz dobre miejsce?


- Znam świetne miejsce! - wyszczerzył się Kulkin.


- Drogie panie, widzimy się za godzinę - zakomunikowałem, po czym rozeszliśmy się do zajęć w podgrupach.


Wraz z mym irlandzkim przewodnikiem zanurzyłem się w gwarny Dublin, nim jednak dotarliśmy do szynku, minęlim nasz zaparkowany w ciemnej alejce samochód, który - jak się okazało - bezduszni, stołeczni gwardziści zakuli w dyby.


Z procedurą uwalniania auta z okowów miałem niestety okazję się zapoznać, także sprawnie dokonawszy formalności, ruszylim dalej w Dublin. Uprzednio jednak wymogłem na Kulkinie uroczyste śluby milczenia. Anieśka mówiła, żebym nie parkował w strefie ładunkowej, alem odparł wówczas, że owa strefą ładunkową będzie jeszcze tylko czterdzieści minut. Kobiety mają tendencje do uporczywego powracania do tego typu tematów, także dyskrecja była niezwykle istotna.


Kilka dni później Anieśka na przykładzie znajomych dowodziła, jak istotna jest w związku szczerość. Tak mnie tym dziewczę ujęło, żem się z sobotniego incydentu wyspowiadał. Kulkin, nawet przyparty do muru, szedł w zaparte. Jeśli kiedyś do mnie zadzwoni późną nocą, mówiąc, że zrobił coś strasznego i żebym natychmiast przyjechał z łopatą i workiem na śmiecie typu heavy duty, zapytam tylko o adres.


Póki co jednak jesteśmy w Dublinie i o lojalności Kulkina jeszcze nie wiemy. Mój budżet właśnie uszczuplił się o 80 euro, mimo to dziwnym zdało się mnie, że mnie Irlandczyk prowadzi do ... kościoła. No ale w takim kościele to ja bym z chęcią co niedziela bywał.


Dla stałych bywalców irlandzkiej stolicy to nie nowina, ale do naszego zaścianka wieści docierają z opóźnieniem, toteż po ośmiu latach siem dopiero dowiedział, że pewien szkocki grajek przerobił podupadły ciut kościół w centrum Dublina na knajpę. Nad Wisłą, na takie przekwalifikowanie Domu Bożego moherowa armia chwyciłaby za widły. W kraju, gdzie sobotni wieczór w knajpie jest równie obowiązkowy jak niedzielny poranek w kościele, a trzej królowie to Guinness, Carlsberg i Heineken, nikt nie poczuł się urażony.



Dwa lata później w krypcie kościoła powstał klub nocny.


Wideł i pochodni wciąż nie widać...

sobota, 9 lutego 2013

Nic się nie stało...

Nie mogli my pojechać na Euro 2012 w lecie, to teraz Euro 2012 przyjechało do nas. Na dublińskim stadionie Polska z Irlandią zmierzyły się w nieoficjalnym finale o tytuł najgorszej drużyny polsko-ukraińskiego turnieju.


Środowego wieczora zasiedli my z Anieśką przy rytmach mega hitu "Ona tańczy dla mnie" na trybunie imponującego Aviva Stadium. Uścisnęliśmy sobie ręce w niemym uznaniu, bowiem dzięki przebiegłemu planowi, by auto porzucić pod stacją Darta, a w dalszą drogę udać się irlandzką elektriczką, udało nam się dotrzeć na stadion na czas. Tymczasem zaprzyjaźniona ekipa nadal kołowała wokół obiektu w poszukiwaniu miejsca parkingowego tańszego niż 80 euro i jak się miało okazać, na trybunie pojawi się tuż zanim nasi kopacze zejdą na niezasłużoną przerwę, tym samym przegapiając jedyne w tym spotkaniu przebłyski panów w czerwonych spodenkach. Nie mogliśmy jeszcze wtedy wiedzieć, że na stację kolejki przyjdzie nam zapylać taryfą, bo ostatni pociąg nie poczeka, aż skończymy topić smutki w kufelku Carlsberga.


Wraz z zapełnianiem się stadionu, okazało się, że choć widok z naszej pozycji roztaczał się wyśmienity, pod względem kibicowskim nie moglim trafić gorzej. Otoczeni kwiatem irlandzkiej młodzieży U-10, stanowiliśmy niejako dwuosobowy Liechtenstein polskiego dopingu. Okrążeni przez wraże jednostki, gardła jednak nie szczędzilim, wzbudzając zdziwione spojrzenia małoletniej widowni.


Nogi za to oszczędzali po raz kolejny panowie piłkarze, którzy najwyraźniej prosto z boiska ruszali na Temple Bar i nie chcieli się spocić. Kibicom pozostało tylko odśpiewać nieoficjalny hymn piłkarskiej reprezentacji Polski "Nic się nie stało...".


Podobnież człowiekowi łatwiej pogodzić się z dowolną tragedią, gdy ma kogo za nią winić. Dlatego też w kategorii kozioł ofiarny nominuje Roberta Lewandowskiego. Ciut to niesprawiedliwe, bo tego dnia nie chciało się niemal całej drużynie, ale pierwszemu napastnikowi Rzeczpospolitej nie chciało się najbardziej. Podczas, gdy po przeciwnej stronie boiska Connor Sammon orał murawę na całej szerokości, Bercik dreptał w miejscu, jakby w trawie drobne zgubił.


Po meczu część piłkarzy miała na tyle przyzwoitości, by podziękować za doping znacznie lepszy od ich gry, ale nie pan Lewandowski. Pan Lewandowski wraz z ostatnim gwizdkiem natychmiast skierował się do szatni, bo pańszczyzna odrobiona i czemu teraz nie mieć w doopie kibica. Kibica, który przez brak serducha do gry jego i jego kolegów, będzie musiał następnego dnia odpowiadać kpiące pytania "did you enjoy the game?".


Ja bym im zapłacił za ich ciężką pracę według minimalnej irlandzkiej stawki godzinowej i puścił do domu Ryanairem. Bez priorytetu wejścia na pokład!

wtorek, 28 sierpnia 2012

Mojito

Pierwszego koleżkę pociągnąłem z kopyta. Zatoczył się do tyłu, wpadł na instalację elektryczną, zaskwierczał i znieruchomiał. Drugi wyskoczył zza rogu zamierzając się na mnie ciupagą, ale również potraktowany markowym obuwiem zawinął się wokół balustrady i runął trzy piętra w dół na kamienną posadzkę. Trzeci ciskał we mnie płonącymi kulami zza przewróconej meblościanki, alem go snajperką odnalazł i brzydal osierocił gromadkę paskudnych zombieków.

Wtedy rozległo się pukanie do drzwi. Zatrzymałem konsolę i ruszyłem rozewrzeć wrota. Pierwszy przekroczył próg Wielki Duch Mojito momentalnie biorąc mieszkanie we władanie i nieco szczypiąc w oczy. Za nim tanecznym krokiem wtoczyła się Anieśka. Z wieczoru panieńskiego koleżanki dziewczę wracało. Włos zmierzwiony, ciuch w nieładzie, na głowie dwoje białych, króliczych uszu. Piruety w przedpokoju baletnica kręci stwarzając bezpośrednie zagrożenie dla wiszących na ścianach dzieł sztuki.

- Co tak kuprem kręcisz? - zagadnąłem obserwując niezwyczajną choreografię.
- Merdam ogonkiem.
- Jakim ogonkiem!?
- Hę? - Anieśka zerknęła w dół przez ramię. - Eeeej, zgubiłam ogoneeek...

Bezcenne...

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Gruby się żeni...

Z tymi zrękowinami to nie całą prawdę powiedziałem. Sprawa ma bowiem drugie dno. Na ten sam pomysł wpadł mianowicie mój brat młodsiejszy. Tyle że prawie rok wcześniej. Toteż wraz ze zbliżającym się weselem w rodzinie uznali my z Anieśką, że by uciąć wszelkie spekulacje z cyklu 'a kiedy wy?', zdałby się jaki papier na łączące nas gorące uczucie oraz namiętność.

Plan powiódł się znakomicie. Jedna tylko cioteczka się przez zasieki przedarła, ale jej Anieśka pierścionkiem, co go bez maski hutniczej oglądać jest nie wskazane, błysnęła po oczach, na co ciotunia zaskrzeczała przeraźliwie i zmieniwszy się w nietoperza odleciała w noc.

Bardzo się mnie to wesele podobało, bo Młodzi na prostotę przekazu postawili. Żadnych szopek, żadnych spektakli i dramatów. Gdy Gruby szedł na parkiet odstawić pierwszego małżeńskiego oberka, szepnął mi w przelocie: 'będzie choreografia'. Ironicznie jak się miało okazać, bowiem za chwilę pobujał się z Małżowiną w takt utworu znanego powszechnie jako 'piosenkazrobinhuda', czym wygrali mnie już na starcie, bowiem pierwsze moje tango przytulango, to szkolna dyskoteka i ten właśnie kawałek.

Słynnego weselnego szlagieru Urszuli Sipińskiej nie było. Z resztą rodzice rozpoznają kawałek po pierwszej nutce i zapowiedzieli ze stosownym wyprzedzeniem zdecydowaną akcję odwetową, gdyby z głośników popłynęły znajome dźwięki. Że to niby bardziej nieodłączna tradycja, niż szczere podziękowania. Trudno się nie zgodzić. 'Chcieliśmy z żoną podziękować rodzicom za wychowanie i takie tam, a w dowód uznania fundujemy im weekend na Mazurach'. Nie wiem czy to informacja dla rodziców czy publiczności. Niemniej zapowiedź odwetu bardzo był przydatna, znam bowiem historię, gdy staruszkowie 'wyrodnej' Panny Młodej, sami zadedykowali sobie u kapeli 'Mam cudownych rodziców'.

Z podobnym brakiem poszanowania spotkały się inne weselne tradycje, jak ciułanie na wózek, czy molestowanie 'nowej' Pary Młodej, ku perwersyjnej uciesze gawiedzi. I została bardzo fajna impreza. Inna, bo zwyczajna.

Dumny byłem z siebie, żem się w trakcie nie rozkleił. Wszak jeszcze wczoraj biegaliśmy z Grubym po podwórku z kawałkami zbutwiałego drewna imitującego broń, o jakiej nie śniło się najbardziej wizjonerskim inżynierom przemysłu zbrojeniowego, a ten dziś się żeni i będzie mieszkał z babą...

czwartek, 5 stycznia 2012

5.. 10.. 4?.. 9!..

Za kajtka taką reklamę w telewizji widziałem: koleżka zasłania zasłony w nowoczesnym apartamencie typu szkło i stal, odpala z pilota masywny telewizor marki, której teraz nie pomnę i z uśmiechem politowania nad tłuszczą, która na żywo podziwia właśnie zaćmienie słońca, rozsiada się na kanapie i rzadkie zjawisko obserwuje na kineskopowym ekranie.

Przedmiotem reklamy był oczywiście telewizor, który rzekomo zapewniał wrażenia lepsze niż rzeczywistość, ale ja sobie wówczas myślałem, że koleś to straszny dyszel, że tak wcina lody przez szybkę, podczas gdy na zewnątrz rozgrywa się spektakl dostępny widzom raz na kilkadziesiąt lat. Niesmak mój był tym większy, że wówczas przechodziłem okres fascynacji gwiaździstym niebem i z pamięci wyrecytować mogłem średnicę każdej z planet Układu Słonecznego. Tymczasem lata minęły i mnie samemu przyszło wcinać lody przez szybkę, bowiem noworoczne fajerwerki podziwiałem na szklanym ekranie.

Sylwestra obmyślili my spędzić w Belfaście. Do niedawna hucznie bywało tam i bez okazji, pomyśleliśmy więc, że jeśli tam fajerwerków nie będzie, nie będzie ich nigdzie na wyspie.

Na miejsce dotarliśmy późno, bośmy późno wyjechali, bośmy dzień wcześniej do późna zabalowali. W Belfaście byliśmy po raz drugi - nie licząc jednego strzału tranzytowego - i tak jak uprzednio miasto wywarło na nas ponure wrażenie.

Porzuciwszy bagaże w hotelu, wyszliśmy na wilgotne, pachnące trotylem powietrze i ruszyliśmy w teren. Miasto już powoli zamykało swoje podwoje, a mieszkańcy szykowali się do noworocznych obchodów we własnym zakresie, bowiem Ratusz nie zdecydował się tym razem na imprezę w plenerze. Spacerując pustoszejącymi uliczkami trafiliśmy do knajpki znanego szefa kuchni Michael Deana, gdzieśmy natychmiast przepadli w kapitalnej atmosferze lokalu, a jećku i pićku jakie nam zaserwowano pozwoliło Anieśce przybliżyć mi idee wielokrotnego orgazmu.

Do hotelu wróciliśmy w sam czas, by nacieszyć się oferowanymi przez przybytek atrakcjami, nim zeszliśmy na dół, by przystąpić do wprowadzania się w stan błogosławionej nietrzeźwości - jeden z kierowców we Firmie sugeruje, że w Sylwestra jest to nakazane przez prawo.

Tu jednak pojawił się problem, bowiem choć hotel trzymał standard i był pod każdym względem na pięć, najwyraźniej połasił się na dodatkowe wpływy do przyszłorocznego budżetu i alkohol serwował z zawartością wody przewyższającą ogólnie przyjęte standardy. W okolicach północy strach zajrzał mi w oczy, bowiem - mając na uwadze słowa znajomego kierowcy - nie przejść mogłem ewentualnej kontroli trzeźwości. Szczęśliwie trzy shoty chrzczonej tequili zażegnały niebezpieczeństwo.

Tymczasem na ekranach porozwieszanych na ścianach telewizorów, śledzić można było przygotowania do powitania Nowego Roku w Londynie. Po chwili w sąsiedztwie Big Bena rozpoczęło się odliczane, które część ekipy ochoczo podchwyciła. Na wysokości 'piątki' własne odliczanie rozpoczął DJ, wprowadzając pewną konsternacje wśród zebranych. Wybici z rytmu goście nagle utworzyli cztery nieformalne grupy odmierzające ostatnie sekundy starego roku, w efekcie wśród nieskładnego bulgotu zabrzmiało gromkie 'Happy New Year', które niczym echo jeszcze trzykrotnie odbiło się od ścian lokalu.

Za to droga powrotna obfitowała w pozytywną symbolikę: za nami deszcz, przed nami słońce, a boczkiem, boczkiem ... tęcza. I nie cieniutka jak sik jednorożca, a szeroka i kolorowa jak Love Parade.

Jeśli to nie jest prognostyk wykręconego Nowego Roku, to nie wiem co jest...

poniedziałek, 2 maja 2011

Basta

Żywot trzydziestolatka nie jest łatwy, co twierdzę z perspektywy dziesięciodniowego doświadczenia w zakresie.

W wielkanocną sobotę, w ramach obchodów tragicznej, trzydziestej rocznicy moich narodzin, Anieśka pozwoliła mi sprosić do domu 'chołotę', w związku z czym z pełnym zaangażowaniem, do szóstej rano staraliśmy się spić mnie w pestkę. Bez jakichś oszałamiających sukcesów, bowiem na stole roiło się od jadła wszelakiego, skutecznie spowalniającego amnezyjne działanie alkoholu.

Może i dobrze się stało, bowiem już dnia następnego przyszło mi stawić się w pracy. Niby dopiero na czternastą, ale szczególnie rześki jakoś nie byłem. Pewnym pocieszeniem był widok potężnie sponiewieranego Kostka. Po pierwsze dlatego, że smarkaczem jest, o co od czasu napoczęcie trzeciej dekady mam do niego żal. A po drugie zwykle sytuacja jest odwrotna - Kostek zasypia na imprezie z nosem w talerzu, ale nazajutrz to on fruwa w pracy radosny jak skowronek, podczas gdy ja egzystuję na granicy śmierci klinicznej.

Największym pocieszeniem był jednak gwizdek na fajrant, zwłaszcza, że oprócz miłej perspektywy ciepłego łóżka oferował także wolny od pracy poniedziałek. Do pełnej regeneracji sił jednak nie doszło, zebraliśmy się bowiem w casa del Kostek na wieczornego pokera. Pomnożywszy nieco fortunę, zgodnie z planem zadzwoniłem po Anieśkę, co by nas po domach rozwiozła. Niestety pewien nierozważny użytkownik pojazdu zostawił włączone radio, pozbawiając nas jedynej możliwości powrotu do domu. W Irlandii niby kryzys, ale żaden taksówkarz nie kwapił się, by odebrać o czwartej w nocy telefon. Ostatecznie do domu zawiózł mnie Kostka współmieszkacz po powrocie z nocki na stacji paliw. O ósmej rano. Urbasia prosto do pracy, ale z moimi żetonami. Znaczy jest sprawiedliwość.

Do pracy znów zawitałem półprzytomny, a na domiar złego wieczorem czekał mnie jeszcze bankiecik na cześć Archibalda, który w myśl nowych reguł zakończył służbę w naszej hucie. Jeden drink zarzekałem się, ale w drodze do domu znów akompaniował mi śpiew ptaków.

W środę wróciłem doma prosto z roboty, jak Pani Matka przykazała, ale organizm zgłupiał w tym całym galimatiasie, spać mi nie dał do czwartej, by bez wyraźnej przyczyny obudzić o ósmej. Do pracy trafiłem na autopilocie

Gorączka i ból gardła w piątek nawet mnie nie zaskoczyły.

Już szron na głowie, starsi panowie...