Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Święta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 stycznia 2020

Excalibur

Gdyby w Familiadzie, po szlagierowym sucharze Strasburgera, padło pytanie o najsłynniejszego Walijczyka, jak bum cyk kucyk okazałoby się, że ankietowani - bez względu na płeć oraz stosunek do piłki kopanej - przerzucali się na przemian Ryanem Giggsem i Garethem Balem. Ewentualnie jakiś dobrze poinformowany fan Muzy No 10 błysnąłby Anthony Hopkinsem. Mało prawdopodobne, by ktoś pomyślał o człowieku, który jako pierwszy powstrzymał najazd Germanów na Wielką Brytanię. I to w czasach, gdy praprzodek Churchilla mieszkał jeszcze na drzewie i modlił się do własnego stolca. O gościu, który zjednoczył Brytów, wyciągnął miecz z kamienia i zrewolucjonizował stolarkę. Kto wie, jakby się potoczyły losy świata, gdyby lepiej dobierał ludzi, którymi się otaczał. Gdyby nie zdradziła go żona, syn i najlepszy kumpel, być może David Beckham grałby dla reprezentacji Niemiec.

Historia Artura Pendragona ma wszystko, co dobra historia mieć powinna. Rozsądną dawkę heroizmu, garść wizjonerstwa, dużo perfekcyjnie niedoskonałego człowieczeństwa, ciut romantyzmu, nieprzesadnie doprawiona dramatyzmem i odrobiną magii, na którą swobodnie można przymknąć oko przyjmując, że to ludowa naleciałość, a cała reszta mogła wydarzyć się naprawdę. I nikt nie zaserwował jej tak doskonale, jak Bernard Cornwell.

Więc gdy okazało się, że nie polecimy na Święta do kraju (bo nie da rady), ani do Reykjaviku (bo za zimno), ani do Alicante (bo za drogo), pojechaliśmy do Walii szukać Excalibura. Ktoś powie, że to tylko legenda, ale inna legenda po dwóch tysiącach lat co niedziela zagania miliony ludzi do budynku ze skrzyżowanymi deskami na dachu, więc Walia nie wydała się takim złym kierunkiem.

W kwestii kultywowania mitu Artura Walijczycy nie mają łatwo - wynalazca okrągłego stołu operował na terenach, z których przeszło tysiąc lat temu zostali wyparci. Także wszelkie historie, że Excalibur spoczywa na dnie jeziora Ogwen, a sam Artur pochowany został o stóp Snowdon można raczej między bajki włożyć.

Ale też nie tak, że nie warto tego sprawdzić, więc w wigilijny poranek zaparkowaliśmy Princessę na poboczu szosy pomiędzy jeziorami Idwal i Ogwen. Planowaliśmy obejść to pierwsze, a może nawet przełęczą zwaną Kuchnią Diabła przedostać się na drugą stronę gór pod maleńki akwen Llyn y Cwn, nim wrócimy na wigilijną kolację do Llandudno.

Ktokolwiek jednak strzeże arturiańskich artefaktów uznał, że Idwal jeszcze OK, ale dalej już no pasaran! Gdy podeszliśmy pod przełęcz deszcz z lekkiej mgiełki przeszedł w prestissimo, więc wykonaliśmy honorowy odwrót w kierunku okrążającej jezioro ścieżki.

W Pierwszy Dzień Świąt Park Narodowy Snowdonia przywitał nas już znacznie cieplej - bezchmurnym niebem, grudniowym słońcem i stojącym powietrzem. 

Na najwyższy szczyt Walii prowadzi kilka tras, z czego dwie najbardziej popularne to Miners' i PYG Track, biegnące z Pen-y-Pass. Naiwnie myśleliśmy, że okres świąteczny to najlepszy moment, by zdobyć Snowdon jedną z nich, a do bazy zjechać drugą, nie grzęznąc przy tym w tłumie turystów. Zajechawszy jednak na szczelnie obsadzony parking, musieliśmy pomyśleć raz jeszcze. Ostatecznie zostawiliśmy auto półtora kilometra dalej, wydłużając tym samym trekking o 40 minut.

Z Pen-y-Pass szybkim krokiem na szczyt dostać można się w dwie godziny. Chyba, że się ma w ekipie zapalonego fotografa z nieodpartym ciągiem na spust migawki ("WOW, zobacz, mewa", "Podoba mi się ten głaz, to bardzo ładny głaz"). Wtedy trasa wydłuża się niemal dwukrotnie.




W fotograficznym szale Anieśka ustrzeliła rykoszetem parę z Belgii. A że kompozycja zdjęcia oraz światło wyszły lepiej, niż gdyby ujęcie było zamierzone, dziewczę Belgów zagadało, zademonstrowało dzieło, wymieniło się namiarami i obiecało rychło fotkę wysłać. Na tych samych ludzi wpadnę kilka godzin później, gdy będę szukał po ciemku dobrego samarytanina wyposażonego w przewody rozruchowe, gdyż azaliż albowiem w swej bezwzględnej inteligencji zostawiłem zapalone światła w samochodzie. Żeby łatwiej go po zmroku znaleźć...

Gdy stanęliśmy na szczycie słońce było już na ostatniej prostej, by skryć się za poszarpany górami horyzont, acz wyposażeni w dwie czołówki szanowanej firmy Petzl nie spieszyliśmy się z powrotem chłonąc panoramę Snowdonii, która w gasnącym świetle co wrażliwszą duszę z pewnością skłoniłaby do skreślenia kilku rymów, bądź nut w notesie. 



Podstawowym błędem, który popełniliśmy było zdobycie Snowdon drogą Miners' Track z zamiarem zejścia po ciemku PYG. Trasa górników od połowy biegłaby szerokim, wyraźnym,  udeptanym traktem. PYG wije się cienką ścieżką wśród kamieni, po czym z hukiem wpada w dość nierozstrzygające rozdroże, które wyprowadziło nas na szczyt kilkumetrowego klifu. 

W rezultacie byliśmy w stanie z całą pewnością rozstrzygnąć, że Artur Pendragon nie śpi u stóp Snowdon. Bluzgi, które Anieśka rzucała pokonując średnio wymagającą ścianę podniosłyby z ziemi umarłego. Mógłbym przysiąc, że jedna zmieniła się w coś kosmatego i odleciała w mrok.

A miecz? Wbrew legendzie nie spoczywa na dnie jeziora. Wciąż tkwi w kamieniu, ale już kumam, czemu tak ciężko to żelastwo wyciągnąć.


piątek, 6 kwietnia 2018

Gastrofaza

Spontanicznie nam ten wyjazd wyszedł. Jeszcze rankiem spodziewałem się, że po wielkanocnym śniadaniu wciągniemy wysłużone buty na stopy i ruszymy poświęcić jajka w górskim potoku... jakkolwiek by to nie brzmiało. Anieśce jednak bułka z kozim serem, jajecznicą i plasterkiem wędzonego łososia okraszonym musztardowo-miodowym dressingiem z kaparami zasmakował na tyle, że zasugerowała uczynić to motywem przewodnim tegorocznych świąt i wybrać się na Food Festival do Galway. Konie kazałem więc zaprząc i dwie godziny później stanęliśmy na zachodnim wybrzeżu.

Na miejsce trafiliśmy nawet się nie starając. Tam, gdzie ledwie sześciokilometrowa rzeka Corrib wpada do zatoki Galway, szereg targowych stoisk otaczał niewielki skwerek, a unoszący się nad namiotami zapach nie pozostawiał wątpliwości co do tego, co się tam wyprawia. Niemniej dla pewności ktoś zawiesił stosowny wejgwajzer na słupie nieopodal. Do góry kołami, ale kudos za dobre chęci.



Od ilości straganów w głowie się zakręcić nie mogło, kapryśnym jednak trzeba by być przeokrutnie, by nie znaleźć niczego pod swoje podniebienie. Repertuar festiwalu ciągnął się od nieśmiertelnych burgerów, przez naleśniki, kuchnie tajską, meksykańską i wegańskie eksperymenty, po klasyczne smoothasy i wszystkocomożnazrobićzawokado.

W pierwszym odruchu uznaliśmy słowo "festiwal" za mimo wszystko nieco nieprzystające do kilku budek serwujących ciepłą strawę, zawiesiwszy jednak na dłużej oko na zdobycznej broszurce, odkryliśmy, że nie koniec na tym, bowiem okoliczne garkuchnie również trzy grosze do eventu postanowiły dorzucić. Także gdyby ktoś zapragnął własnoręcznie pizzę zmontować lub pomieszać kolorowe koktajle, to proszę bardzo.

Po krótkim namyśle zdecydowaliśmy się na degustację wina w restauracji Martine`s. W gustownie urządzonym pomieszczeniu na piętrze przyjęła nas sama właścicielka. Na prędce przybliżyła historię lokalu, który wyewoluował z okiennego parapetu, na którym Martina przeszło ćwierć wieku temu wystawiała berbeluchę. Początkowo roboty własnej, a dokładniej pochodzącego z Rosji męża, później trunki importowane, doskonałej jakości, bowiem do wina - jak sama zapewniała - nosa miała, jak mało kto.

Po tym wstępie Martina odkorkowała butelkę Sancerre, a jej zmysłowa asystentka napełniła stojące na stole kieliszki. Nasza ochmistrzyni uczuliła, by winem zamieszać, kładąc eligancko dwa palce na stópce, co by ciut pooddychało, uwolniło bukiet i aby zmyć z wewnętrznych ścianek śladowe pozostałości detergentu. Chwilę rozwodziła się na temat korka, zapewniła, że butelki zalakowane ordynarną nakrętką bynajmniej nie skrywają zawartości drugiego sortu, o ile nie zostały napełnione więcej jak trzy lata wcześniej. Brak dostępu powietrza sprawia, że wino po tym czasie marnieje.

Wyjaśniła jak trzymać kieliszek, jak oceniać barwę czerwonego wina. Gorąco namawiała, by na winie nie oszczędzać, bo nie warto. Zwłaszcza w restauracji, gdzie dyszka w tę czy we w tę różnicy nie czyni. Mnie jednak na swoją stronę nie przeciągnęła. Żadne z degustowanych win, oscylujących wokół czterdziestu euro za butelkę, nie podeszło mi bardziej niż nasz ulubiony Animus z jednego z popularnych dyskontów. Za 7,99...

Pomiędzy kieliszkami, na stołach stały "spluwaczki", co by biesiadnicy nie padli na deski przed ostatnią rundą. Na niewiele się to jednak zdało, wszak Klasyk napisał "nie wylewaj waćpan wina". W efekcie w okolicy argentyńskiego Pinot Noir pytania od publiczności poczęły merytorycznie pikować i w sposób coraz bardziej oczywisty goście zaczęli się domagać gotowej wiązanki degustacyjnych terminów, by zabłysnąć podczas grupowego wyjścia do restauracji. Co mniej dyskretni robili notatki na wymiętej serwetce.

Po szóstym kieliszku dwie damy naprute już były, jak po dobrej imprezie, a słowo "fab" padało coraz częściej, coraz wyższych sięgając częstotliwości. Z ulgą więc opuściliśmy lokal, mimo że na zewnątrz mżyło.

Gwiżdżąc na deszcz, weszliśmy między stragany niewielkiego bazarku, gdzie natknęliśmy się na koleżkę w kaloszach po pachy, co handlował świeżymi ostrygami. Skosztowawszy skropionych cytryną mięczaków, bez wahania poprosiliśmy o tuzin na wynos i ruszyliśmy w drogę powrotną.



W domu mamy idealny do ostryg nóż - krótki, o sztywnym ostrzu w kształcie wyciągniętego trójkąta. Przy tym stary jest i najlepsze lata dawno ma za sobą, więc nie żal go o twardą skorupę wyszczerbić. Niestety gdzieś się zapodział. Anieśka ma zwyczaj odkładać rzeczy w miejsca, której w danej chwili najbardziej wydają się w zasięgu, także najpewniej za kilka dni znajdzie się w cukiernicy bądź pudełku z proszkiem do prania. To jednak za kilka dni, a do ostryg trzeba się było dobrać natychmiast, bo wino na stole, Botoks w DVD...

...Botoks...

Żebym ja wiedział, jak zły to będzie film, to bym te ostrygi w spokoju zostawił, miast się do nich płaskim śrubokrętem dobierać, ryzykując przy tym, że sobie dłoń do blatu z okazji Wielkanocy przybiję. Zjedzenie zwróconych w kierunku ekranu mięczaków był aktem miłosierdzia. Niemal słyszałem, jak krzyczały błagalnie jeden przez drugiego: zjedz mnie, zjedz mnie...

Redaktor Muszyński z FilmWebu stwierdził, że jeśli komuś się Nowe Porządki podobały, psioczenie teraz na Botoks jest hipokryzją. W wolnym tłumaczeniu. Ja powiem, że przerysowanie w pewnym nasileniu z zabawnej groteski, staje się tanim graniem na emocjach.

Całe szczęście, że kilka dni później pojawiła się na Netfliksie "Sztuka kochania". Oba filmy według zapewnień twórców oparte są na autentycznych wydarzeniach, to jednak bohaterowie tego drugiego zdają się mieć znacznie lepszy pomysł, jak postępować z kobiecym ciałem...

niedziela, 31 grudnia 2017

Heroes

Jak bohater poczułem się już rankiem. Był Pierwszy Dzień Świąt, za oknem siąpiło niemiłosiernie. W lodówce oraz barku zapasy na trzy dni. Idealne warunki by poddać się oblężeniu, zalec na kanapie, odpalić szkiełko, a ślad cieplny zostawiać wyłącznie na trasie salon - kuchnia. Cały rok na taki jeden dzień pracowałem.


Miast jednak oddać się słodkiemu nicnierobieniu, spakowałem do plecaka trzy komplety suchych ciuchów na zmianę i za stanowczą namową Anieśki, w hołdzie chłopakom co za moment ruszali odczarować K2, pomknęliśmy w kierunku Killarney z zamiarem zimowego wejścia na Carrantuohill. A prawdziwy heroizm miał dopiero nadejść.


Mnie zwykle na wypad w góry namawiać dwa razy nie trzeba, ta wyprawa uśmiechała mi się jednak średnio, bowiem prognoza pogody stanowczo zapewniała, że zmokniemy jak dwie filiżanki w zmywarce. Anieśka jednak umyśliła, że na krzyżu zdobiącym najwyższy szczyt Irlandii zawiesimy nepalskie flagi modlitewne, co to je z Himalajów przytargała i kozackim pomysłem mi się to zdało. Dorzućmy do tego możliwość zmontowania autentycznego zimowego bałwana i nagle perspektywa trekkingu w deszczu przestała być taka odpychająca.


Na miejsce dotarliśmy w mgnieniu oka, niewiarygodne jak Irlandczycy potrafią usprawnić ruch drogowy zwyczajnie zostając w domu. Wycieraczki całą drogę pracowały niestrudzenie, gdy jednak zgasiłem silnik u podnóża Macgillycuddy's Reeks, bębniący o przednią szybę deszcz przeszedł w larghetto, aż w końcu ustał zupełnie.


Pod górę ruszyliśmy żwawym krokiem, w regularnych odstępach nadając mu sprężystości kubeczkiem kawy z Baileysem. Gdy półtorej godziny później stanęliśmy na ostatnim szczeblu Drabiny Diabła, uznaliśmy, że gorącą zawartością termosu raczyliśmy się zbyt często, bowiem ze strony skrytego w chmurach szczytu dobiegły nas głosy. To nie okowitka nam jednak figle płatała, bowiem po chwili zza mlecznej zasłony wynurzyli się dwaj rozgadani wędrowcy.


- Na szczycie nikogo nie ma - zapewnili po zwyczajowej wymianie uprzejmości.


- Żadna to niespodzianka - odparłem. - Dziwi mnie, że kogokolwiek na trasie spotkaliśmy.


- Yeah, just another two fools - podsumowali.


Irlandczycy ruszyli na zasłużony świąteczny obiad, my tymczasem kontynuowaliśmy wędrówkę na na szczyt. Mniej więcej w połowie wzniesienia obejrzałem się za siebie. Droga powrotna ginęła we mgle. Spojrzałem w górę. Widoczność sięgała może dwudziestu metrów. Nasze ślady wyraźnie odbijały się na śniegu, a do zmroku pozostawały wciąż trzy godziny, na wszelki wypadek skontrolowałem jednak poziom baterii w telefonie, powerbanku i górniczej lampce. Siara by to była, gdybyśmy musieli w Irlandzkie pagórki helikopter wzywać.


mgla


Dziesięć minut później zamajaczył przed nami krzyż znaczący wierzchołek.


Tą akcję z flagami modlitewnymi to myśmy sobie nie do końca przemyśleli. Oba ramiona krzyża zakończone były metalowymi ogniwami, które idealnie do celu się nadawały, tyle że znajdowały się kilka dobrych metrów nad ziemią, a warunki pogodowe na szczycie do akrobacji raczej nie zachęcały. Uznaliśmy więc, że tym razem zadowolimy się bałwanem, na tym obszarze również jednak ponieśliśmy druzgocącą porażkę, bowiem wobec niskiej temperatury śnieg nie lepił się zupełnie i równie dobrze mogliśmy montować bałwana z mąki.


Jak niepyszni ruszyliśmy więc w drogę powrotną. Po wciąż doskonale widocznych śladach dotarliśmy do Drabiny Diabła. Dziesięć może minut dzieliło nas od samochodu, gdy zaczął kropić deszcz. Piątkę śmy na taki obrót sprawy entuzjastycznie przybili, bowiem w okienko pogodowe wstrzeliliśmy się perfekcyjnie. Istnieje pewna grupa ludzi, o której mówi się, że ma zawsze szczęście.


kot


Tymczasem w ciągu kolejnych dwóch dni Górskie Pogotowie Ratunkowe czterokrotnie ruszało z akcją w okolicy Carrantuohill w poszukiwaniu zbłąkanych wędrowców. W jednym przypadku, wobec pogarszających się warunków pogodowych i mimo zaangażowania w misję helikoptera, zagubiony górołaz zmuszony był czekać na ratunek do rana.


Także śmy się ciut jak bohaterowie poczuli, a nawet zorganizowaliśmy kameralną ceremonię, podczas której wręczyliśmy sobie medale za niebywałe osiągnięcia w dziedzinie irlandzkiego górołażenia zimowego.


O wszystkie pieniądze jednak pójdę, że Irlandczycy, których na trasie wówczas napotkaliśmy, z pełnym przekonaniem opowiadają teraz znajomym, że nadziali się na tą parę, która później zgubiła drogę we mgle i wysikiwała SOS na śniegu.

piątek, 1 stycznia 2016

Byle do wiosny

Gdyby Bing Crosby urodził się na Zielonej Wyspie jego świąteczny przebój nosiłby tytuł "Wet Christmas". To co się od kilku tygodni wyrabia za oknem, to jest absolutne nieporozumienie. Zdaje się, że część całej idei Świąt, to pomóc ludziom przebrnąć przez ten depresyjny okres, gdy między wchodem a zachodem słońca nie sposób zaparzyć wody na herbatę.


I faktycznie jakby łatwiej patrzeć na strugi deszczu za oknem przez pryzmat mrugającej wesoło choinki, choć rozplątywanie choinkowych lampek korzystnie na odsetek samobójstw raczej nie wpływa, zwłaszcza mając na uwadze łatwy dostęp do kilku metrów względnie wytrzymałego kabla.


To dudnienie w parapet i zawodzący wiatr też jest bardziej znośne, gdy w tle leci świąteczna muzyka. Zwłaszcza jeśli ktoś był wyjątkowo grzeczny w minionym roku i od Mikołaja otrzymał kultowy oraz w pewnych sferach legendarny wzmacniacz firmy Denon.


W poprzednim roku lekarstwa na raka nie wynaleźliśmy, nie odkryliśmy kto zabił Kennedy`ego, nie wiemy co szeptał Bob do Charlotte w ostatniej scenie "Między słowami". Weszliśmy za to na turecki Ararat, Irański Damawand, Irlandzki Mangerton  i Temple Hill. Wjechaliśmy windą na Milad Tower w Teheranie, ale już schodami na Więżę Św. Michała w Bordeaux. Zwiedziliśmy piwniczki w Saint Emillion, obejrzeliśmy na żywo mecz Irlandii z Polską na Avivie i podbiliśmy serca publiczności na naszym pierwszym irlandzkim weselu. Zrzuciłem dwa oczka w pasie (in your face!) i nauczyłem się jeździć na motocyklu (ruszać, będzie bliższe prawdzie). Także było co na fejsbunia wrzucić.


Od maja ten rok zapieprzał jak koń na Wielkiej Pardubickiej, a zwolnił dopiero w Wigilię, gdy na stole wylądowało 12 potraw, wobec kilku błędów w sztuce występujących wyjątkowo pod nazwą Dwunastu Spektakularnych Porażek. I było ich osiem.


W Drugi Dzień Świąt zgodnie z tradycją zalegliśmy w piżamach w salonie, odpaliliśmy szkiełko, a ślad cieplny zostawialiśmy jedynie na trasie lodówka - kanapa. Anieśka pobeczała się na "Listach do M". Ja na "Interstellar". Bo w moim wieku nie mogę sobie pozwolić tak lekką ręką marnować trzy godziny życia.


I to będzie na tyle. Sylwestrowy szum w głowie zaraz minie, choinka postoi pewnie tradycyjnie do maja, ale lampki lada chwila trzeba będzie zdjąć, bo to jednak siara na dzielni. Jutro wciągam krawat i ruszam do huty. Z paskiem jeszcze poczekam, nie należy się spieszyć ze złymi wieściami.


A za Wet Christmas, żądam Hot Summer...

czwartek, 5 stycznia 2012

5.. 10.. 4?.. 9!..

Za kajtka taką reklamę w telewizji widziałem: koleżka zasłania zasłony w nowoczesnym apartamencie typu szkło i stal, odpala z pilota masywny telewizor marki, której teraz nie pomnę i z uśmiechem politowania nad tłuszczą, która na żywo podziwia właśnie zaćmienie słońca, rozsiada się na kanapie i rzadkie zjawisko obserwuje na kineskopowym ekranie.

Przedmiotem reklamy był oczywiście telewizor, który rzekomo zapewniał wrażenia lepsze niż rzeczywistość, ale ja sobie wówczas myślałem, że koleś to straszny dyszel, że tak wcina lody przez szybkę, podczas gdy na zewnątrz rozgrywa się spektakl dostępny widzom raz na kilkadziesiąt lat. Niesmak mój był tym większy, że wówczas przechodziłem okres fascynacji gwiaździstym niebem i z pamięci wyrecytować mogłem średnicę każdej z planet Układu Słonecznego. Tymczasem lata minęły i mnie samemu przyszło wcinać lody przez szybkę, bowiem noworoczne fajerwerki podziwiałem na szklanym ekranie.

Sylwestra obmyślili my spędzić w Belfaście. Do niedawna hucznie bywało tam i bez okazji, pomyśleliśmy więc, że jeśli tam fajerwerków nie będzie, nie będzie ich nigdzie na wyspie.

Na miejsce dotarliśmy późno, bośmy późno wyjechali, bośmy dzień wcześniej do późna zabalowali. W Belfaście byliśmy po raz drugi - nie licząc jednego strzału tranzytowego - i tak jak uprzednio miasto wywarło na nas ponure wrażenie.

Porzuciwszy bagaże w hotelu, wyszliśmy na wilgotne, pachnące trotylem powietrze i ruszyliśmy w teren. Miasto już powoli zamykało swoje podwoje, a mieszkańcy szykowali się do noworocznych obchodów we własnym zakresie, bowiem Ratusz nie zdecydował się tym razem na imprezę w plenerze. Spacerując pustoszejącymi uliczkami trafiliśmy do knajpki znanego szefa kuchni Michael Deana, gdzieśmy natychmiast przepadli w kapitalnej atmosferze lokalu, a jećku i pićku jakie nam zaserwowano pozwoliło Anieśce przybliżyć mi idee wielokrotnego orgazmu.

Do hotelu wróciliśmy w sam czas, by nacieszyć się oferowanymi przez przybytek atrakcjami, nim zeszliśmy na dół, by przystąpić do wprowadzania się w stan błogosławionej nietrzeźwości - jeden z kierowców we Firmie sugeruje, że w Sylwestra jest to nakazane przez prawo.

Tu jednak pojawił się problem, bowiem choć hotel trzymał standard i był pod każdym względem na pięć, najwyraźniej połasił się na dodatkowe wpływy do przyszłorocznego budżetu i alkohol serwował z zawartością wody przewyższającą ogólnie przyjęte standardy. W okolicach północy strach zajrzał mi w oczy, bowiem - mając na uwadze słowa znajomego kierowcy - nie przejść mogłem ewentualnej kontroli trzeźwości. Szczęśliwie trzy shoty chrzczonej tequili zażegnały niebezpieczeństwo.

Tymczasem na ekranach porozwieszanych na ścianach telewizorów, śledzić można było przygotowania do powitania Nowego Roku w Londynie. Po chwili w sąsiedztwie Big Bena rozpoczęło się odliczane, które część ekipy ochoczo podchwyciła. Na wysokości 'piątki' własne odliczanie rozpoczął DJ, wprowadzając pewną konsternacje wśród zebranych. Wybici z rytmu goście nagle utworzyli cztery nieformalne grupy odmierzające ostatnie sekundy starego roku, w efekcie wśród nieskładnego bulgotu zabrzmiało gromkie 'Happy New Year', które niczym echo jeszcze trzykrotnie odbiło się od ścian lokalu.

Za to droga powrotna obfitowała w pozytywną symbolikę: za nami deszcz, przed nami słońce, a boczkiem, boczkiem ... tęcza. I nie cieniutka jak sik jednorożca, a szeroka i kolorowa jak Love Parade.

Jeśli to nie jest prognostyk wykręconego Nowego Roku, to nie wiem co jest...

niedziela, 25 grudnia 2011

Christmas Spirit

Nawdychałem się świątecznego nastroju. Całe miasteczko przystrojone lampkami i świecidełkami, z megafonów Britney Spritney śpiewa w takt bożonarodzeniowych melodii, że by kawalera jakiego pod choinkę chciała. Na strychu wyszperałem kilka bombek, które przez sześć lat świat przez polipropylenowe wieczko oglądały. Pod lokalnym warzywniaczkiem nabyłem po raz pierwszy w życiu drzewko i nawet moja wrodzona skromność nie powstrzyma mnie przed  nazwaniem debiutu inaczej jak wyśmienitym. Lampki zabłysły, choinkę otoczyliśmy złotym szalem, Anieśka - niepomna niebezpieczeństwa - coś tam bąknęła, że drzewku gałązek kilku na środku brakuje. Dziś już jednak na oczy przejrzała i fermentu nie sieje.

Ideą świąt Bożego Narodzenia przesiąkłem do tego stopnia, żem telefon nieznajomemu sprezentował. Wprawdzie śmy tego zawczasu nie uzgodnili, a prezent, zamiast pod choinką, nowy właściciel lekko poobijanego HTC znalazł w mojej szafce na siłowni, ale mam nadzieje, że dobrze będzie się używał.

Wigilię spędziliśmy u Dzióbka i Urbasia. Były pierogi, barszcz, ryba po grecku. Może nie do końca tradycyjnie, bo kto pali oregano w Wigilię, ale nie mnie - jako gościowi - oceniać bożenarodzeniowe zwyczaje gospodarzy.

Coroczną nagrodę im. Juraja Janosika, dla najlepszego prezentu wigilijnego, przyznaję małemu misiowi, który jest jednocześnie breloczkiem, który jest jednocześnie pendrivem.

Dziękuję Św. Mikołaju.

niedziela, 2 stycznia 2011

10... 9... 8..

Anieśka w krótkiej plisowance typu school-girl, białej koszuli i z wąskim, czarnym krawatem na szyi stanęła w progu sypialni.

- Mogę tak iść? - spytała prężąc się w pozie a`la żizelbundsien.

Zrezygnowany podniosłem się z kanapy i ruszyłem do przedpokoju. To był dość pracowity dzień, a teraz okazywało się, że - o ile nie chcę być witany na imprezie noworocznej okrzykami 'o, lady and a tramp' - czeka mnie jeszcze wyprawa na miasto po elegantszy przyodziewek.

Po godzinie wróciłem niepewnie dzierżąc w dłoniach mały pakunek.

- Słuchaj, nie było Cię ze mną - zacząłem nieśmiało od progu - Nie miał mi kto doradzić, więc teraz nie śmiej się, tylko powiedz, czy ta koszula nie jest za bardzo ... pedalska?
- Nie, dlaczego? Bardzo ładna - uspokoiła mnie Anieśka bezczelnie ignorując polecenie dotyczące śmiechu.

Tymczasem kilka godzin później, gdyśmy ramię w ramię, w pełnym świetle stanęli w Casa Del Kostek, Anieśka uważniej przyjrzała się mojej sylwestrowej kreacji.

- Ta koszula jest w kwiaty! - wykrzyknęła skutecznie ściągając uwagę połowy gości - to dlatego pytałeś czy nie jest pedalska...

Koszula nie była w kwiaty. Ozdobiona była delikatnym wzorkiem, w którym - przy odrobinie wyobraźni - można dopatrzeć się luźnych motywów roślinnych.

- Czy w nowym świetle jest teraz pedalska? - szepnąłem - Albo nie odpowiadaj...

* * *
To był udany Sylwester, choć gdy dwa lata z rzędu wita się nowy rok z poziomu pościeli, w otoczeniu tabletek syropów i parujących wywarów, ciężko mieć wygórowane oczekiwania. Ostatnimi laty imprezę noworoczną spędzaliśmy sami w tłumie nieznajomych. Tym razem odchodzącemu rokowi machaliśmy białymi chusteczkami w gęstym gronie bliższych bądź dalszych znajomych.

Impreza była przednia i bez zbędnych kwasów.

Aha, postanowienie noworoczne. Nie będę obiecywał, że będe więcej ćwiczył, mniej przeklinał i takiem tam, bo wiadomo, że dla takich założeń żaden lekarz nie miałby pomyślnych wieści. Miesiąc życia tops. Mój plan na rok 2001 obejmuje trzy proste punkty:

- obejrzeć na zywo mecz Newcastle United,
- obejrzeć na żywo mecz CF Valencia,
- zdobyć "Białą Damę".

Do tematu wrócimy za rok.

czwartek, 30 grudnia 2010

Podsumowanie Świąt II

Kończący się rok zawsze skłania do wszelkiej maści podsumowań i plebiscytów. Korzystając z faktu, że piszę bloga i przez kilka osób będę usłyszany, pomyślałem, że sam bym wlepił kilka nagród i wyróżnień. Tak naprawdę robiłem to od dwóch lat, nigdy jednak w formie tak zorganizowanej.

Nagrodę im. Słonia Trąbalskiego otrzyma ex equo Gruby i ja sam. Brat mój jedyny za to, że mimo serdecznej prośby zapomniał przed pierwszą gwiazdką odstawić mój usmarowany kebabem garnitur do odświeżenia. Ja, bo zarówno o prośbie jak i śladach tureckiej kuchni przypomniałem sobie otwierając szafę.

W kategorii Wigilijny Cud tryumfuje bezkonkurencyjnie fakt, że - na lekkim wprawdzie wydechu - udało mi się zapiąć garnitur z czasów niedożywionego studenta.

Nagrodę im. Juraja Janosika dla najlepszego prezentu wigilijnego 2010 pozwolę sobie wyjątkowo przyznać nie części moich własnych aktywów, a jedynej zabawce, która znalazła się w tym roku pod choinką i powędrowała do ... babi Tereski. Zwycięzcą została gra dla dzieci od lat czterech, polegająca na wybijaniu lodowych kostek w taki sposób, by nie spadł stojący na nich miś co jest polarny.

Ponadto chciałbym wręczyć nagrodę specjalną, sponsorowaną przez Caritas Polska, dla mych rodziców, którzy przed powrotem do Krainy Deszczowców wyposażyli mnie w pudełko bigosu, garść pierogów z kapustą i grzybami, gar wołowiny z grzybami, dwa litry zupy grzybowej, słoik śledzi, kawałek wędzonego boczku, kilo pasztetu, domowej roboty wędliny, marynowane grzybki, kilka kawałków szarlotki, paczkę makaronu i 3,30 pln, żebym sobie w osiedlowym sklepiku kupił bochenek chleba.

Wyróżnieniem im. Julii Capuletti pragnę uhonorować pana w czarnej Toyocie, który z miłości do szybszego pasa, z imponująca prędkością czterdziestu kilometrów na godzinę brnął przez zasypana wewnętrzną część jezdni, podczas gdy jej środek był odśnieżony i wolny od innych pojazdów.

Nagroda im. Koziołka Matołka powędruje natomiast do uroczej pary, która kolekcją odzieży zimowej zapchała beztrosko cały luk bagażowy nad siedzeniami w samolocie, pozostawiając sąsiednich pasażerów z bagażami w dłoniach.

* * *
Kiedyś Śledzik (nie ten z NK) podzielił się ze mną bardzo trafnym spostrzeżeniem. Irlandczycy nie świętują nadejścia nowego roku z wielką pompą, bo nie wiążą z nim nadziei na odmianę losu. Odchodzący rok już był dla nich udany, czego chcieć więcej. I choć w obliczu kryzysu i paraliżującej zimy możnaby oczekiwać, że tegoroczne imprezy sylwestrowe inne będą niż dotychczas, ja wam życzę drodzy Czytacze, byście niekoniecznie chcieli, by nowy rok był lepszy od starego.

Czuwaj!

wtorek, 5 stycznia 2010

Podsumowanie Świąt

Istnieją podobnież ludzie, którzy pod zlewem zawsze trzymają awaryjną butelkę płynu do zmywania, a ostatni skrawek papieru toaletowego nie wzbudza w nich uczucia paniki, bowiem w schowku czeka już nowa rolka gotowa do działania. Ludzie odpowiedzialni i zorganizowani, którzy świąteczne prezenty są w stanie nabyć, zapakować i podpisać jeszcze zanim wystawią buty na parapet. W tym kontekście powiedzieć można, że hen hen na przeciwnym końcu osi znajduję się ja.

Wraz z pierwszym dniem grudnia w me życie z hukiem wkracza chaos i panika. W ciągu trzech tygodni odwiedzam tysiąc pińcet sklepów w kilku różnych miastach, oglądając te same produkty, w tych samych cenach. Przesłuchuję tuzin osób na okoliczność podchoinkowych oczekiwań. Wszelkie zbędne czynności fizjologiczne zostają tymczasowo zawieszone. Posiłki ograniczone do absolutnie niezbędnego minimum. Podobnież sen. Przeciwnie spożycie kawy. Przez krótki moment rozważaliśmy nawet przeniesienie się ze śpiworami i butlą gazową do jednego z poddublińskich centrów handlowych.

Dopiero nadejście Wigilii położyło kres szaleństwu. Z chwilą, gdy odebraliśmy bagaże na warszawskim Okęciu, po raz pierwszy od przeszło dwóch tygodni rozluźniłem pośladki. W tym miejscu kończył się świąteczny amok, a zaczynały bombki, choinka, opłatek, grzybowa, pierogi z kapusta i One - małe i duże, zapakowane w błyszczący papier, podpisane i wciśnięte dyskretnie pod bożonarodzeniowe drzewko.

Zwycięzca w kategorii najlepszy prezent wigilijny roku 2009 przybył do mnie w niedużej papierowej torebce, która okazała się skrywać... beret. Niby bez antenki, ale wyraźnie przywodzący na myśl tłum rozgniewanych słuchaczek pewnej rozgłośni radiowej. Rzuciłem jeszcze dla pewności okiem na widniejące na opakowaniu imię, ale o pomyłce mowy być nie mogło. Zdezorientowany powiodłem wzrokiem po twarzach współbiesiadników, aż natrafiłem na rozbawione spojrzenie Ojca-Dyrektora.

- Zakładu nie pamiętasz? - podpowiedział.

A jużci. Pamiętałem. To było niemal dwa lata temu. Moja wiara w rychły powrót do ojczyzny była wówczas na tyle silna, że między czwartym, a piątym kuflem zawarłem z braciakiem zakład: jeśli na dobre opuszczę Irlandię nim on ukończy studia, przez tydzień paradować będzie w koszulce z wyeksponowanym hasłem 'głosowałem na PIS'. Jeśli natomiast sztuka ta mi się nie powiedzie, zimę przyjdzie mi spędzić w moherowym berecie. Braciak obronił się we wrześniu. Stąd beret.

W kategorii świąteczny cud 2009 tryumfowało przełomowe odkrycie w dziedzinie telefonii bezprzewodowej. Otóż niejako przypadkiem okazało się, że pojedynczy sms w mej komórce składać się może z siedemdziesięciu ino znaków nie, jak twierdziła panią z O2, z powodu rozmiarów mojego telefonu (sic!), a w wyniku stosowania polskich liter z kreseczką, kropeczką tudzież ogonkiem. Panią z O2 serdecznie z tego miejsca pozdrawiam.

Wydarzeniem świąt 2009 jednogłośnie uznany został bal sylwestrowy, na który śmy zęby ostrzyli sobie już od stycznia. Głównie dlatego, że rok 2009 i 2008 witaliśmy z poziomu pierzyny, oblężeni przez kaszel, katar i powietrzny oddział zarazków. Rok wcześniej też dużo lepiej, jeśli o tym już mowa, nie było. Magia Paryża nie zdołała bowiem przezwyciężyć siąpiącego deszczu i braku fajerwerków pod wieżą Eiffel`a. Zgodnie śmy więc z Anieśką uznali, że w tym roku Sylwester nam się należy, że mucha nie siada. Sprzedaliśmy więc samochód, zastawiliśmy biżuterie, pierworodnego, gdy osiągnie lat szesnaście, zaprzysięgliśmy oddać na służbę do kopalni diamentów, a za zgromadzone środki wykupiliśmy zaproszenie na bal w hotelu Jan III Sobieski.

Ach, cóż to był za bal. Utrzymany w konwencji lat dwudziestych, atmosferze nielegalnego hazardu, prohibicji i szemranych interesów. Patronat nad imprezą obiął sam Alphonse Capone. Na stołach kaczka z chutneyem melonowym, mango i nutką papryczki piri-piri niedyskretnie uwodziła carpaccio z łososia w kolorowym pieprzu z oliwą truflową, choć nawet średnio bystry marynowany tuńczyk w ziołach i cieście ryżowym wiedział nadto dobrze, że ten świata po za rybą barramundi zapiekaną z serem mozzarella nie widzi.

Grajkowie zaprosili gości na parkiet leciutkim jazzem, rozkręcili rock`n`rollem, poprawili twistem, parostatkiem zabrali w czasy Elvisa i Boney M, a z powrotem sprowadzili w gorących rytmach tango. Że na swym fachu znali się wybornie, wspominać nie trzeba.

Za barem fruwały kolorowe butelki, a dzięki akrobatycznym zdolnościom barmanów, w dowolnym momencie przynajmniej dwie z nich znajdowały się w powietrzu. Nieopodal jaskinia hazardu wabiła ruletką, pokerem i blackjack`iem, a nad bezpieczeństwem imprezy, z zaparkowanego przed salą Volvo pv36, czuwali trzej dżentelmeni w elegancko skrojonych, pasiastych garniturach, uzbrojeni w karabiny maszynowe typu 'tommy gun'.

W takim klimacie powitaliśmy nowy rok, bardziej niż z doskonałej zabawy i latami oczekiwanych fajerwerków ciesząc się z przełamania świątecznej klątwy. Oto bowiem, po raz pierwszy od dwóch lat, w nowy rok wchodziliśmy w pełnym zdrowiu.

O tym, że przedwczesna to była radość przekonałem się na lotnisku. Pierwsze ukłucie szalejącej w Warszawie grypy żołądkowej poczułem w kolejce do odprawy bagażu głównego. O tym co się działo dalej wspominać nie będę, pisać bowiem o tym nieelegancko, a czytać nieapetycznie. Grunt, że od 03.03.2010 rekord linii Aer Lingus dla dwu i pół godzinnego lotu wynosi sześć torebek.

Tyle.

P.S. Gdyby ktoś w najbliższym czasie zamierzał kupić BMW z Waterfordu polecam taki obrazek znaleziony na gazeta.ie:
    
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!!!

środa, 31 grudnia 2008

List do Świętego Mikołaja

Drogi Święty Mikołaju,

stokrotne dzięki za wszystko co pod choinką znalazłem, wyjątkowo udało Ci się w tym roku utrafić, to trzeba Ci oddać. Pięknym były te podarki ukoronowaniem świątecznego szaleństwa, w którym znów przyszło mi brać udział zarówno jako konsument jak i w pewnym sensie usługodawca. Przesrane więc było na całym froncie, a odmawiający współpracy samochód w niczym sytuacji nie poprawił. Przez świąteczny pośpiech nawet notka z wizyty w Paryżu czeka niedokończona w warsztacie. Nieodłączny to jednak urok świąt, ze sporo nawiązką wynagrodzony wigilijnym wieczorem. Także dzięki raz jeszcze. Słuchawki wymiatają, Football Manager zapewni mi rozrywkę na długie zimowe wieczory, a stół do piłkarzyków był strzałem w dziesiątkę. Do Krainy Deszczowców wprawdzie za mną nie pojechał, ale do powrotu bliżej już niż dalej - poczeka, a ja do tego czasu ponazywam wszystkich zawodników. Ten wirus tylko Mikołaju był niepotrzebny. Zupełnie niepotrzebny. Trochę żalu o to mam do Ciebie, bom przez zarazę mało ducha w samolocie nie wyzionął, a dwa kolejne dni spędziłem pod pierzyną. Wkurzyłeś mnie nieco, bo Anieśka wprawdzie troskliwie mnie doglądała, ale w efekcie im lepiej ja się czułem tym gorzej czuła się ona. Także wk....ny jestem na Ciebie na maxa Mikołaju, bo dziś Sylwester, a ja lekko pokasłuje, podczas gdy Anieśka mało oskrzeli nie wypluje, w związku z czym Nowy Rok powitamy w domu. Drugi rok z rzędu Mikołaju, więc w ch...a sobie moim zdaniem lecisz!!! Myślisz, że to frajda siedzieć w domu, gdy wszyscy inni w szampańskich nastrojach witają Nowy Rok?
Puknij się w łeb Grubasie!!! Powieś sobie ten list na lodówce: w przyszłym roku życzę sobie dużo zdrowia dla mnie i osób, z którymi spędzam Sylwestra. A jeśli wyrolujesz mnie po raz trzeci, możesz być pewien, że choćby umierający złożę Ci wizytę na biegunie północnym.

*  *  *

Anieśka stwierdziła nie tak dawno, że zawistni ludzie samym tylko słowem, bądź spojrzeniem mogą zauroczyć. Coś na zasadzie: "Jakież piękne masz buty, musiały kosztować fortunę" i w następnej chwili łamie się obcas w skomplementowanym obuwiu. Bądź wersja dla panów: "Aleś sobie furę sprawił, do setki pewnie w nie więcej jak sześć sekund, co?", a w nocy auto znika z parkingu strzeżonego.

Nie żebym wierzył w ciemną stronę mocy. Raczej w to, że gdy nie można znaleźć rozwiązania problemu, dobrze jest chociaż znaleźć winnego. Co niniejszym czynię. W charakterze eksperymentu.

Nawet mi trochę ulżyło.

Szczęśliwego Nowego Roku....

poniedziałek, 7 stycznia 2008

Szczęśliwego Nowego Jorku

Okres międzyświąteczny upłynął na szeroko zakrojonych badaniach nad zachowaniem mężczyzny w naturalnym środowisku bez nadzoru. Otrzymane wyniki nie wprowadziły w zasadzie w temat nic nowego. Okazało się bowiem, że niedobór kobiety w bezpośrednim otoczeniu dezorganizuje godziny snu, znacznie podnosi stężenie alkoholu we krwi, brudnych naczyń w zlewie i pieniędzy w portfelu. Ostatni punkt jest jednak mocno dyskusyjnym jako, że wyniki zostały nieco sfałszowane intratną sesją nocnego pokera ze Śledzikami. Ponadto dowiedziono, że mężczyzna, mimo, że na co dzień odpowiedzialny za dostarczanie pokarmu, pod nieobecność kobiety wykazuje podwyższoną skłonność do eksperymentowania z daniami gotowymi. Istnieją jednak podejrzenia, że na ten stan rzeczy decydujący wpływ mógł mieć jednak grafik w pracy, utrzymujący badanego osobnika po za domem w godzinach 13-22.

Zadziwiający pozostaje gwałtowny wzrost aktywności mężczyzny wraz ze zbliżającym się wielkimi krokami końcem bezkrólewia. Naraz znajduje się powód by pościelić łóżko (mimo, że wciąż zaraz trzeba będzie je rozgrzebać), pozbyć się stosu garów ze zlewu, czy usunąć, powstałe w zalegającym na podłodze kurzu ślady stóp z salonu.

Tyle w kwestii przerwy świątecznej. W kwestii Sylwestra nie mam niestety więcej do powiedzenia. W efekcie poważnych kłopotów zdrowotno-kondycyjnych plany powitania Nowego Roku zostały natychmiastowo anulowane. Sylwestra spędziliśmy na kanapie w dużym pokoju. Plan żegnania odchodzącego roku został ograniczony do minimum - pół litra na łba. Żarcik. Do francuskiego szampana i odliczania w polskim radiu oczywiście. Nawet ten plan zweryfikowało jednak życie. Nasz dostawca internetu postanowił akurat w ten dzień mieć awarię. Ostatnie minuty do dwunastej upłynęły więc na gorączkowym poszukiwaniu stacji radiowej bądź telewizyjnej rokującej (bardzo ładne w sylwestrowym kontekście słowo) jakiekolwiek nadzieje na odliczanie, co jak się dwa lata wcześniej boleśnie przekonaliśmy nie jest tu bynajmniej sprawą szeroko praktykowaną.

Szampan został otwarty z opóźnieniem, na co złożyły się dwa fakty: odliczanie w radiu rozpoczęło się od czterech (pan redaktor kapkę chyba przysnął), a butelka była tak zakorkowana, że musieliśmy z Fidelem połączyć nasze moce, co by się do niej dobrać. No a potem nastąpiło to co w Sylwestrze spędzonym w Naas tak naprawdę rozczarowuje. Bo o ile w Polsce niebo o 12 przypomina ludziom ... hmmm bardziej zaawansowanym wiekowo nalot na Warszawę w 39, o tyle w Irlandii bardziej mi się kojarzyło z 27 października. Lub 12 lutego. Ot, kilka wyjątkowo zakłopotanych, samotnych rozbłysków, rodzinka z naprzeciwka wyległa na ulice, odpaliła panzerfausta w pobliskie drzewo i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wróciła po własnych śladach.

Nie wiem jak wyglądało powitanie nowego roku w większych miastach, ale na podstawie raportu agenta z terenu przypuszczam, że Irlandczycy, nie obchodzą Sylwestra specjalnie hucznie. W pubach, gdy gong ogłasza wybicie dwunastej podnoszą głowę z nad kufli, wykonują kilka telefonów, wymieniają kilka uścisków i wracają do przerwanego zajęcia. Ale jak to Śledzik bardzo ładnie zauważył, oni nie wiążą wielkich nadziei z nowym rokiem, bo już stary był dla nich dobry.

sobota, 29 grudnia 2007

And the winner is...

Nagrodę w kategorii Najlepszy Prezent Gwiazdkowy Roku 2007, zdecydowaną większością głosów otrzymuje...Bombka Choinkowa. W charakterze uzasadnienia zilustrowana poniżej. 
I tyle w tym temacie, bom aktualnie słomianym wdowcem, każda chwila jest więc cenna:).

wtorek, 18 grudnia 2007

O niczym...

Spokój i Senność zawitały do Doliny Muminków. Każdy dzień bliźniaczo podobny jest do poprzedniego. Po jakiejś gorącej głowie pełzać wręcz zaczęły pobożne życzenia dotyczące niewielkiego kataklizmu nawiedzającego Dolinę. Kometa może, lekkie wstrząsy sejsmiczne, niegroźny tajfun, koncert Dody. Cokolwiek co przełamie rutynę i na kolejną stronę irlandzkiej telenoweli się nada.

Nawet Świąteczne Szaleństwo nie jest w stanie rozwiać letargicznej mgły. Wpadło wyszczerzone maniakalnie niczym diabeł tasmański, powiodło w koło rozbieganymi oczyma, po czym rozsądnie przycupnęło w kącie w oczekiwaniu na lepsze czasy. Drzemać się zdaje, ale w duchu, jak wirus na widok wychodzącej w pachnące obietnicą deszczu powietrze postaci w cienkiej kurtce i bez parasola, zaciera metaforyczne nibyrączki. Dobrze wie, że prawdziwe pole do popisu pojawi się, gdy czas do świąt liczyć się będzie w godzinach, liczba gotowych do zapakowania prezentów pozostanie na obecnym, dramatycznie niskim poziomie, a raczkujące plany sylwestrowe, wciąż nie będą w stanie stanąć samodzielnie na dwóch nogach.

Zdziwi się jednak gadzina jeszcze, bo choć pierwsza poważna ekspedycja łupieszcza do pobliskiego centrum handlowego zakończyła się niepowodzeniem w kwestii kompletowania podsypki pod świąteczną choinkę, to jednak bezowocną nie była. Anieśka nabyła trzy pary butów (w tym czerwone kozaki o równowartości miesięcznego czynszu), kieckę, którą doprowadziła obecne na christmas party kobiety do zapaści i psychologicznie odmienione podejście do inwestowania w samą siebie.

Natomiast świąteczne propozycje centrum handlowego podziałały stymulująco na moją wyobraźnię, tryby odpowiedzialne za kreatywność wreszcie nabrały przyzwoitej prędkości obrotowej. Kolejne pomysły na uszczęśliwienie krewnych i znajomych wyskakują jak prażona kukurydza, choć ich realizacja będzie musiała kapkę poczekać, bo póki co Donal wyjątkowo roztropnie się rozchorował, czym skutecznie storpedował wszelkie moje plany wypraw łupieszczych, na dłużej zamykając mnie w miejscu pracy.

Nawet plany sylwestrowe jakby śmielej sobie poczynają i jak wszystko dobrze pójdzie impreza będzie jak siemasz.

Jeszcze przetrącimy gadzinie nibyrączki.

piątek, 13 kwietnia 2007

Z dala od tradycji

Oto Irlandia Czytacze drodzy. Kraj, gdzie wszystko stoi na głowie. Podczas, gdy w polskich sklepach, w okresie Wielkanocy roi się od kurczaków, słodyczy i pisanek w proszku, hipermarkety na wyspach, wychodząc na przeciw oczekiwaniom klientów wabią promocją ... piwa. 24 heinekeny za 20 euro (nabyłem, a jakże). Nie dajcie się zwieść mylącemu przelicznikowi. W okresie pozaświątecznym, w zamian za nabycie prawa własności do puszki heńka, należy w sklepowej kasie pozostawić 1,59. W tej atmosferze i my daliśmy się skusić na odejście od wyniesionej z domu tradycji i postanowiliśmy kultywować naszą własną. Rozpoczętą rok temu, kiedy to udało mi się wymóc na szefie, by należący mi się jak psu kość jeden dzień wolny umiejscowił zaraz przed Wielka Sobotą, jednym z czterech dni w roku, gdy magazyn pozostaje zamknięty na cztery spusty. Uzyskany w ten sposób wolny weekend uczciliśmy wyjazdem na irlandzkie klify. Podobnego wyczynu udało mi się dokonać w tym roku, z tą różnicą, że tym razem status dnia wolnego uzyskała niedziela. Sobotnim porankiem więc, podejrzliwie zerkając na bezchmurne niebo, ruszyliśmy na południowo zachodni cypelek Irlandii. Do Killarney konkretnie.

Pierwszy dzień minął planowo - dwa zamki po drodze do Killarney (obowiązkowy punkt każdej wycieczki od czasów Słowacji`03), godzinne błądzenie za hotelem, w samochodzie mogącym swobodnie pełnić funkcję grilla, Park Narodowy (łącznie z zamkiem ma się rozumieć), poszukiwanie, na granicy śmierci głodowej, knajpy spełniającej wspólne standardy i szwędaczka po mieście, zakończona na kanapie irlandzkiego pubu.

Starannie nakreślony plan runął, ku niebywałemu mojemu zdumieniu, dopiero dnia następnego. Niedzielny poranek niczego jeszcze nie zapowiadał. Udało nam się zrealizować najmniej wydawałoby się realny punkt wycieczki - wstaliśmy na śniadanie. Zdążyliśmy jeszcze podzielić się, jak to zgrabnie określiła Anieśka, jajkiem sadzonym, gdy grafik nasz gruntownie przebudował właściciel hotelu, nakłaniając nas do rezygnacji z tzw. Ring of Kerry (opisywana w każdym szanującym się przewodniku po Irlandii, dwustu kilometrowa trasa samochodowa wokół całego półwyspu), na rzecz wyprawy do znajdującego się po drugiej stronie zatoki miasteczka Dingle. I choć nie mam jeszcze porównania, nie zawaham się powiedzieć: chwała mu za to. Tego co widzieliśmy nie da się opisać słowami, ni nawet zdjęciami, których napstrykaliśmy niczym Japończyk na prozacu. Moim mottem od czasu wyjazdu zostaną słowa zasłyszane od zgarniętego po drodze autostopowicza: Irlandia jest pięknym krajem, tylko Irlandczycy na niego nie zasługują. Był rajd autem po plaży, był rejs po zatoce w pościgu za delfinem i były WIDOKI. Nie widoki. WIDOKI!!!. To wszystko co mogę powiedzieć. Resztę niech powiedzą zdjęcia, które oddają ułamek ledwie tego czym cieszyliśmy oczy w Pierwszy Dzień Świąt Wielkanocnych.

niedziela, 24 grudnia 2006

Wesołych...

Wszelkim Czytaczom, stałym, okazyjnym i zbłąkanym najlepsze życzenia w te wyjątkowe dla mnie Święta bo poprzedzone spędzonymi z daleka od domu, na peryferiach tradycji, choć w doborowym towarzystwie. Oby wigilijny stół uginał się pod ciężarem kulinarnych arcydzieł, choinka świeciła na kopcu wymarzonych prezentów, waga litościwie milczała po świątecznym obżarstwie, a 'Pasterka' była lekką rozgrzewką przed arcyważnym sylwestrowym meczem.

czwartek, 2 listopada 2006

Cukierek albo psikus

Halołin to kolejne po Walentynkach skomercjalizowane święto ściągnięte ze "zgniłego zachodu" i jako takowe jest przeze mnie rokrocznie, konsekwentnie bojkotowane. Gdyby w Polsce do moich drzwi zapukała zgraja dzieciarni ze znaną z amerykańskich filmów zaczepką - cukierek albo psikus, odwinąłbym im takiego psikusa, że więcej nie zbliżyliby się do mojego mieszkania na odległość rzutu balonem z wodą. W Irlandii sytuacja nie jest taka prosta. Odesłać na kopach do domu bandę dzieciaków ubranych nieco tylko cudaczniej niż na codzień, to tak jak ukarać psa za coś co zrobił 6 godzin wcześniej - spojrzy zdezorientowanymi ślepiami nie wiedząc nawet za co to. Dlatego taktykę przyjęliśmy na ten dzień inną. Zabarykadowaliśmy drzwi, zasłoniliśmy żaluzje, włączyliśmy film i udawaliśmy, że nas nie ma. Powstrzymajcie Czytacze drodzy swe oburzenie. W halołin mogę iść palić znicze na grobach, mogę obchodzić dzień zakochanych w Noc Świętojańską (w zasadzie mogę go obchodzić każdej nocy ;>) jeśli tylko uda mi się któregoś roku o tym pamiętać, ale przekalkowanym z amerykańskich filmów świętom, napełnianiu portfeli producentów wszelkich gadżetów w kształcie serca i dokarmianiu rozwydrzonej, irlandzkiej dzieciarni mówimy stanowcze NIE!!!
Co innego mówimy innej irlandzkiej tradycji związanej z halołin. W zasadzie nie wiem czy słusznie jest mówić o irlandzkiej tradycji, być może dzieje się tak tylko w mniejszych miejscowościach, a może to tylko lokalny zwyczaj. Nie mniej co roku, z okazji halołin ludzie wygrzebują z domów wszelkie stare, niepotrzebne i nadające się do spalenia przedmioty, zrzucają je na jedną kupę i puszczają z dymem. Efektem jest gromada ludzi na około gigantycznego ogniska. Nie mogłem chociaż na trochę na takie ognisko nie zawitać i ja, choć ze wstydem przyznam nieco pasożytniczo, gdyż jedynym palnym i niepotrzebnym przedmiotem w moim domu były buty do pracy, dla własnego bezpieczeństwa jednak nie chciałbym być obecny przy ich utylizacji. 
A plan ignorowania wszelkich cukierkówalbopsikusów okazał się zbędny, gdyż nikt taki tej nocy pod nasze drzwi nie zawitał. Zgodnie z przewidywaniami Donala z resztą, który twierdził, że o ile w Dublinie drzwi się nawet nie zamykają, o tyle w mniejszych miejscowościach raczej nie ma tego zwyczaju. Jeśli miał rację to napotkałem w drodze na ognisko grupę małoletnich transwestytów, a nie dzieciaków polujących na cukierka.

piątek, 14 kwietnia 2006

Wesolego Alleluja - jesli wiecie co mam na mysli ;)

Drodzy Czytacze, wierni, stali, przypadkowi, komentujacy i Ci oblozeni klatwa:
najlepsze zyczenia w jedynym dniu w roku kiedy to zajac znosi jajka, piknych pisankow, samych atrakcji na wielkanocnym stole i w programie telewizyjnym oraz owocnego poniedzialkowego konkursu z cyklu miss mokrego podkoszulka

zyczy Wasz ulubiony autor, a do zyczen niechybnie dolacza sie Anieska

czwartek, 5 stycznia 2006

Swieta, swieta i po swietach

Rodacy!!! Zwracam sie do Was w waznej dla przyszlosci naszej ojczyzny milej chwili. Apeluje, blagam groze... nie dajcie sobie wmowic, ze Polak jest leniwy, ze tylko patrzy co by tu zrobic, zeby zarobic ale sie nie narobic, ze ciezka praca to w jego pojeciu cos co przytrafia sie innym. Skierujcie swe oczeta na Irlandie, na Naas w okresie swiatecznym, a ujrzycie miasto zatrzasniete na 4 spusty. Bo dla Irysa praca zajmuje wysokie miejsce na "liscie rzeczy wyjatkowo niechcianych". Tuz po "zatonieciu Szmaragdowej Wyspy" i przed "zwyciestwem Anglii w nadchodzacych mistrzostwach w pilce kopanej".
Irole Wigilii z zasady nie obchodza. W posiadanie swiatecznej nadwagi i prezentow wchodza dopiero w Pierwszy Dzien Swiat. Absolutnie nie przeszkadza to oczywiscie, by juz w wigilie Wigilii konczyc prace wczesniej, a dalej wszystko juz toczy sie sila rozpedu: Wigilia - wolne, Pierwszy Dzien Swiat - wolne, Drugi Dzien Swiat - wolne, dzien po swietach - wciaz wolne (trza wszakze odpoczac po swiatecznym szalenstwie), drugi, trzeci, czwarty dzien po swietach - nadal wolne (warto to otwierac sklep/biuro/punkt uslugowy/hale produkcyjna/inne na te 3 marne dni do Sylwestra???), Sylwester - wolne (Irole wciagaja dresy i trampki, wylegaja na ulice niczym glisty po deszczu i staraja sie w ciagu liku godzina stracic kilogramy nie mieszczace sie w swiatecznej kreacji, z ktorej i tak materialu wystarczyloby na uszycie namiotu cyrkowego), pierwszy dzien nowego roku - wolne (z tym akurat ciezko polemizowac), drugi dzien nowego roku - wolne (czas zaczac trzezwiec), trzeci dzien nowego roku - tu i owdzie wolne (Irysy nie daja wiary, ze na kaca najlepsza fizyczna praca). I tylko wsrod tych wywrotowcow, ktorzy postanawiaja na ten krotki okres oddac interes we wladanie taniej sily roboczej z Europy Srodkowo-Wschodniej scenariusz ten sie nie sprawdza. Do wspomnianych wywrotowcow nalezy m.in. Aldi Ltd, gdzie pierwszy gwizdek zabrzmial juz w Drugi Dzien Swiat, choc pierwszy, zaspany i mocno skolowany Irlandczyk pojawil sie na magazynie dopiero dwa dni pozniej. I choc kierownictwo mialo tyle serca, by umozliwic nam sylwestrowa zabawe, to do poprawin juz nie dopuscilo.
No ale pies tracal Iroli, to w koncu nie dla nich jak mniemam rodzinka, znajomi, ziomki, poziomki i zblakani internauci zagladaja na ta strone, a w poszukiwaniu wiesci o Nas jedynie (wspomaniych internautow to w zasadzie nie dotyczy). Aby wiec wyjsc na przeciw oczekiwaniom drogich czytaczy, spiesze poinformowac, ze Wigilie spedzilismy u moich znajomkow z pracy. Wigilie, ktora tradycje mieszala z zupelnym dla mnie novum. Rozpoczela sie zgodnie z tradycja podtrzymywana u nas w domu od lat - od naszego spoznienia. I juz otwieralem usta, by rzec z wyrzutem, ze ja i Pawel stalismy pol godziny gotowi w przedpokoju, podczas gdy matka/ojciec dopinali ostatnie sprzaczki swiatecznego ubioru, gdy zorientowalem sie, ze to tylko swiateczny nastruj porwal ma dusza na chwil kilka w rodzinne strony. Jeszcze tylko mowa otwierajaca (zebralismy sie tutaj....) i modlitwa nad stygnaca zupa grzybowa, rytualy nieobecne dotad w moim wigilijnym zyciorysie i moglismy zabrac sie do uwalniania stolu obciazonego dwunastoma swiatecznymi potrawami, by w wielkim finale zakonczyc obiad tradycyjna wigilijna wodka z redbullem. Tego ostatniego przyznam sie nieco sie wstydze, ale przyjme, ze na innym ladzie sie nie liczy...
Sylwestra za to spedzilismy mniej hucznie. We dwojke w zaciszu domowego ogniska. Nie zdazylo sie jeszcze dobrze sciemnic, a odwiedzil Nas znajomek w towarzystwie Pavlova (dobry znajomy Smirnoffa), dzieki czemu Nowego Roku nie witalem w stanie trzezwosci, co jak powszechnie wiadomo przynosi pecha na nastepne 12 miesiecy. Od nas wspomniany znajomek skierowal chwiejne kroki, do kolejnych ludkow chetnych przyjac go w swych progach i wszyscy razem spotkac mielismy sie przed 12 w napopularniejszej miejscowej knajpie. Na miejscu niestety okazalo sie, ze o ile nam bez zbednych dyskusji udalo sie przekroczyc progi pubu, a nawet przemycic w rekawie szampana, o tyle naszych niedoszlych wspobiesiadnikow spotkala uprzejma, acz stanowcza odmowa ze strona kilku osobnikow charakteryzujacych sie Absolutnym Brakiem Szyji. Nie pozostalo nam wiec nic innego jak powitac nowy rok na parkingu, z szampanem w reku, pod niebem rozswietlonym fajerwerakami, ktorych ilosc zliczyc mozna na jednym reku slepego rzeznika.