Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urlop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urlop. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 marca 2018

Wywiad z podróżnikiem

- Welcome Mr. Lanzarote - zawołał Kenet od progu, energicznym ruchem otwierając przesuwne drzwi do biura.

Ken był swego rodzaju mecenasem naszego wyjazdu na Kanary. Najlepsze lata spędził w Londynie, skąd wrócił do Irlandii, wybudował dom, posadził drzewo i spłodził dwie córki. Tęsknił jednak za flegmatycznym poczuciem humoru oraz brytyjskimi manierami, co roku lata więc na Lanzarotę, gdzie fajwokloków więcej niż w samym Londynie, a przy tym koszty towarzyszące odczuwalnie niższe. 

Ken zawsze jeździ w to samo miejsce, śpi w tym samym hotelu, wygrzewa się na tym samym leżaku. Lanzarota sięgnęła w jego kodeksie progu kultu i chyba łatwiej przełknąłby obelgę pod adresem własnej matki, niż gdyby ktoś szepnął złe słowo na temat jego ulubionej kałuży wystygłej lawy na zachód od afrykańskiego wybrzeża.

O ile Mary na wieść o naszych planach wyjazdu na Lanzarotę bezpowrotnie wykasowała mnie z grona znajomych na fejsbuczku, o tyle Ken zaproponował mi honorowe miejsce przy stole wigilijnym, obiecał odstąpić  własne łóżko, a gdyby wdzięki jego żony trafiały w moje gusta, to też nie tak, że nie ma o czym porozmawiać. Za co grzecznie podziękowałem, bo choć Szinejd wszystko ma jak najbardziej na swoim miejscu, byłby to dla mnie mimo wszystko ogromny krok wstecz.

- Pogoda, widzę, dopisała - uznał, taksując moją opaleniznę wzrokiem chirurga plastycznego oceniającego swoje dzieło.

- Dopisała - odparłem zgodnie z prawdą.

- Podobało się? - spytał tonem jasno dającym do zrozumienia, że błędna odpowiedź wiele może zmienić w naszych wzajemnych relacjach.

- Na kilka dni jak znalazł. Tak żeby od codzienności odzipnąć. Wstać bez pośpiechu, zamówić omlet po hiszpańsku i filiżankę doskonałej kawy w jednej z knajpek nad brzegiem morza. Przeleżeć pół dnia z książką na plaży, a wieczorem obowiązkowy tapaz i szklaneczka Jamesona za drobne.

Krajobraz kapitalny, księżycowy - gdzie nie spojrzeć krater wulkanu. Ludzi w marcu jeszcze nie tak wiele, można więc jakieś malownicze, ustronne miejsce znaleźć, by zalec z kocykiem, butelką wina i deską serów. Można jednak też za tłumem podążyć, bo tłum zwykle wie, co robi. Nas zaprowadził na Papagayo i śmy w jego kierunku ronda kapelusza w uznaniu uchylili, bo plaża jest palce lizać.

- Papagayo!? - Kenet zmarszczył czoło.

- Nie kojarzysz!? Wujcio Google zdaje się sugerować, że innej plaży na Lanzarocie nie ma. Ledwie kwadrans od Playa Blanca. I głównie dlatego, że większość trasy biegnie wyboistą drogą gruntową. Przekroczenie czterdziestki grozi nie tylko zostawieniem zawieszenia na trakcie, ale i śniadania na przedniej szybie. 

- Jakoś mi umknęło. Czyli w Playa Blanca się zaczepiliście?

- Na trzy dni. Bardzo fajny klimat. Zwłaszcza rankiem, zanim turysty wstaną i wypełzną tłumnie na deptak. Niepotrzebnie stamtąd wyjeżdżaliśmy, Costa Teguise to jakieś globalne nieporozumienie.

- Mówiłem, że to spokojna mieścina - potwierdził Ken.

- Opacznie to zrozumiałem. Nie mam nic przeciwko spokojnym mieścinom, ale tam nie ma absolutnie nic, oprócz zgrai emerytów i rencistów oblegających niedorzecznie drogie restauracje. Może za czterdzieści lat, ale póki co jestem na nie.

Szczęśliwie mieliśmy auto, więc do Costa Teguise uwiązani nie byliśmy. Pojechaliśmy do Parku Narodowego Timanfaya, gdzie trzysta lat temu wybuch wulkanu zmienił okolice w pustynię popiołu i zastygłej lawy. Wysłałem Pani Matce zdjęcie. Odpisała, że trochę księżycowo i strasznie samotnie. Być może, ale pięknie. Temperatura tuż pod powierzchnią ziemi jest wciąż tak wysoka, że do pieczenia kiełbasy potrzebny jest tylko zaostrzony patyk i niewielka łopatka.

Zajechaliśmy nad jezioro El Golfo. Anieśka kpiła, że u niej na wiosce też jest takie zielone oczko i nikt z tego hecy nie robi. 

Byliśmy w rozlewni wina Rubicon, w Ogrodzie Kaktusów i na punkcie widokowym Mirador del Rio, ale tam tak wściekle wiało, że Anieśka posłała mnie z kamerą, co by sobie później panoramę wyspy w zaciszu hotelowego pokoju obejrzała, a sama ani myślała nosa z Ibizki wychylać.



Ken skubał w zadumie podbródek i potakiwał głową, ale coś niewyraźnie.

- Dlaczego odnoszę wrażenie, że Ty nie masz pojęcia o czym mówię? - zagadnąłem podejrzliwie.

- Bo wygląda na to, że przez sześć dni więcej wyspy zobaczyłeś, niż ja przez sześć lat. Ja na Lanzarocie nie wychylam się poza trójkąt pokój-basen-bar.

Jakby w Tramore było ciut tylko więcej słońca, Irlandczycy nie wiedzieliby, co to paszport.

wtorek, 6 marca 2018

Plaża

Gorący piasek przyjemnie grzał w plecy. Wsparty na łokciach patrzyłem leniwie na błękitne fale rozbijające się o brzeg półkolistej zatoki, z rzadka sięgając po wetkniętą  w piasek puszkę cruzcampo. W pamięci powoli zacierało się wspomnienie dwudziesto godzinnej podróży do Playa Blanca. Czterech godzin nocnej jazdy zaśnieżoną autostradą, opóźnionego o pięć godzin lotu, niespokojnego snu przerywanego w nieregularnych odstępach trzaskiem drzwi od toalety i utraconej rezerwacji w wypożyczalni samochodów.

- Zobacz jakie fale - zagadnąłem skwierczącą cichutku na ręczniku obok Anieśkę.

Fale rzeczywiście rozmiarów były imponujących. Nie małe wypierdki jak nad Bałtykiem, a spienione bałwany z prawdziwego zdarzenia. Jak u mnie w hucie.

Anieśka przestała na moment skwierczeć. Uniosła nieco rąbek przykrywającej twarz koszulki i spojrzała w kierunku morza.

- Ooooo, a ta jaka wiel...

Ułamek sekundy później stałem trzy metry wyżej z niejakim zaskoczeniem patrząc na dzierżony w dłoni plecak. W plecaku tablet, telefon, książka i portfel. Obok Anieśka prężyła się jak zapędzona w zasadzkę puma. Na ramieniu trzymała torbę z niemniej cenną i niebardziej wodoodporną zawartością. Tam, gdzie przed momentem prażyliśmy się na słońcu, leżały dwa zgnojone ręczniki plażowe. Wokół ludzie chichotali bez cienia empatii.

Wraz z postępującym przypływem bezpiecznych miejsc na plaży ubywało. Podsuszywszy więc ręczniki na rozgrzanych słońcem kamieniach, ruszyliśmy przez wulkaniczne pustkowie w kierunku leżącej mocno na uboczu zatoki. Dotarłszy do rozległej plaży okolonej niewielkimi, porośniętymi suchą trawą wydmami, z rzadka tylko zasiedlonej przez plażowiczów, wyszczerzyliśmy się do siebie z satysfakcją.

Podczas gdy Anieśka rozkładała na piasku wilgotne ręczniki, rozglądałem się wokół z kiełkującym w sercu niepokojem, mrużąc oczy na widok słońca odbijającego się od nagich pośladków.

- Słuchaj, to chyba jest plaża naturystów...

Anieśka już kręciła majtkami na palcu.

- Jak wejdziesz między wrony... - rzuciła wyzywająco z łobuzerskim uśmiechem.

Wzruszyłem ramionami.

Wieczorem wcinaliśmy krewetki w restauracji przy jednej z lokalnych winiarni. Między jednym łykiem białego wina Rubicon a drugim zaterkotał telefon.

- Co u was? - pytała Pani Matka.

- Michał został nudystą - odpisała błyskawicznie Anieśka, nim zdążyłem wytrzeć tłuste palce w serwetkę.


Ot jedna z rzeczy, którą zawsze chciałem pochwalić się matce...

niedziela, 10 września 2017

Retsina

Hipoteza, jakobym był ostatnim członkiem mojej rodziny, który nie był jeszcze w Grecji, nie byłaby trudna do obronienia. W czasach, gdy ja jeździłem rokrocznie do Chałup pod namioty, Gruby śmigał z koleżkami na Korfu i inne Krety, jak Irlandczyk do pubu. Żaden rodzic nigdy głośno nie powie, które dziecko jest jego ulubionym, w naszym jednak wypadku wszelkie słowa są, prawda, zbyteczne.


Matka niczego bardziej nie pragnie, niż w kolejnym życiu być Grekiem z bujnie owłosionymi plecami, a ojciec ostatnio oświadczył, że w żadnym obcym kraju nie było mu tak fajnie jak w Grecji. Ciut śmy tą deklarację z konsternacją przyjęli, bowiem raptem pół roku temu rodzice bawili u nas z gościną, no ale nie żebyśmy nie byli otwarci na krytykę.


Będąc teraz jedynym członkiem mojej rodziny, który tylko raz był w Grecji, dostęp mam do szeregu praktycznych informacji z pierwszej ręki.


- Koniecznie spróbuj Retsinę - poleciła Anieśce Pani Matka, gdyśmy za pośrednictwem komunikatora internetowego oświadczyli, iż ruszamy na miasto. - To takie pyszne wino z żywicą. Troszkę gorzkie, ale orzeźwiające.


Niespieszny spacer zatłoczonymi uliczkami nadmorskiej miejscowości zaprowadził nas pod elegancką knajpkę zdobioną kolumnami jońskimi oraz antycznymi posągami w barwie kości słoniowej. Ku uciesze Anieśki jedna z marmurowych figur przedstawiała młodzieńca bezwstydnie eksponującego nagie pośladki, wobec czego natychmiast wylądowaliśmy przy stoliku, gdzie pośladki owe pozostawały w zasięgu dłoni.


Z Anieśką zajętą uważnym studiowaniem struktury geologocznej zimnego marmuru kontaktu chwilowo nie było, toteż chwyciłem w ręce menu i zamówiłem butelkę Retsiny oraz kufelek przedniego piwa.


- Rybka? - zagadnąłem Anieśkę, tęsknym okiem zerkając na sznycel wiedeński z sosem grzybowym. Urlop urlopem, ale spodnie coś mi się kurczyć w pasie zaczęły pod wpływem kilku gyrosów z frytkami, więc pora była się nieco opamiętać.


- Rybką się nie najem. Weź mi coś treściwszego.


- Sznycel wiedeński? - rzuciłem cierpko.


Anieśka wciąż z rękoma na twardych pośladkach kiwnęła tylko przyzwalająco głową.


Po chwili garson powrócił do stolika, a twarz natychmiast mi się rozjaśniła na widok oszronionego, ciężkiego kufla. Napełniłem szklaneczkę Retsiną, Anieśka niechętnie oderwała jedną rękę od posągu, upiła łyczek, a błogi wyraz natychmiast zniknął z jej twarzy. Przez chwilę jakby walczyła ze sobą z szacunku dla Pani Matki. Anieśka ugina się jednak jak snop światła ksenonowego. Wykrzywiła usta i jęknęła jak ośmiolatek nad talerzem brokuł "niedobre", zerkając jednocześnie pytająco w kierunku mojego piwa. Z westchnieniem przesunąłem lśniącego w świetle lamp bursztyna na jej stronę stołu, przejmując butelkę Retsiny. Bardzo niezłej, mającej jednak tą zasadniczą wadę, że nie była piwem.


Gdy na stół wjechało danie główne, sztućce chwyciliśmy w dłonie, nim przebrzmiał dźwięk stawianych na blacie talerzy. Ostatnim, co mieliśmy w ustach była bułka z serem i szynką na górskim szlaku kilka godzin wcześniej. Między jednym kęsem grillowanej dorady, a drugim, kątem oka uchwyciłem rozbawione spojrzenia rzucane nam znad sąsiednich stolików. Spojrzałem na Anieśkę. Właśnie pakowała do ust kawałek sznycla nieco tylko większy od najszerszego z jej zestawu uśmiechów. Przetarła usta wierzchem dłoni i nie skończywszy jeszcze przeżuwać, sięgnęła po ciężki kufel, pociągając solidny łyk, którego część spłynęła po jej brodzie.


Po drugiej stronie stołu ja, wyprostowany na krześle, elegancko skubiący rybkę zgodnie z najsurowszymi zasadami savoir vivre, popijąc niewielkie kęsy białego mięsa szklaneczką wina.


Dla dopełnienia groteskowego obrazu Anieśka mogła jeszcze beknąć i z głośnym śmiechem zakrzyknąć, że jem, jak pedał...

wtorek, 5 września 2017

Klątwa filipińska

Stałem przed tablicą odlotów na dublińskim lotnisku nie czując ani złości, ani zaskoczenia. Nawet Anieśka na miękkie boki przyjęła informacje o czterogodzinnej obsuwie samolotu do Sofii, a Anieśce pulsująca żyła wychodzi na skroni, a oczy zachodzą czerwoną mgiełką, gdy wtyczki USB nie włoży właściwą stroną już za pierwszym podejściem*.





To chyba kwestia przystosowania. Jeszcze jakiś czas temu opóźnione loty**, zaginione bagaże, awaryjne lądowania to rzeczy, które przytrafiały się innym, ale wyjazd na Filipiny zaburzył nam, zdaje się, jakieś wewnętrzne, lotnicze feng shui. Na  Filipinach według odlotów samolotów nie ma sensu ustawiać nie tylko zegarków, ale i kalendarzy. A że zwykle podróżowaliśmy z przesiadkami, sprawy nam się mocno wobec tego, prawda, komplikowały. W okolicy filipińskiej infrastruktury lotniczej albo dreptaiśmy nerwowo w kółko, raz po raz zerkając wyczekująco na czerwony napis "delayed", albo wierciliśmy się niecierpliwie na siedzeniach w oczekiwaniu na opóźniający się start, bądź cwałowaliśmy jak antylopy przez lotnisko na kolejny lot. Rozstroju żołądka można się nabawić.



Rok później nie było lepiej. Najpierw opóźniony lot z Corku, potem galop przez czternaście terminali w Londynie, znów godzinne opóźnienie do Kuala Lumpur, które wciąż dawało nam dwie godziny na przesiadkę, póki jeden z pasażerów nie zaniemógł i śmy musieli w Dubaju na ostatnie namaszczenie lądować, w skutek czego na samolot do Hanoi już nie zdążyliśmy. I tak dotarliśmy dalej, niż nasz bagaż, który na tym etapie wciąż przebywał w Londynie.



Staliśmy więc przed tablicą odlotów na dublińskim lotnisku, nie czując ani zlości, ani zdumienia. Cztery godziny opóźnienia oznaczały tylko tyle, że do hotelu w greckiej Macedonii dotrzemy cztery godziny później. A tymczasem pojawiła się okazja na nieśpieszny kufel guinnessa i rzetelne zapoznanie się z ofertą dublińskiej bezcłówki.



O omówionej porze zameldowaliśmy się pod wskazaną bramką. W międzyczasie czterogodzinne opoźnienie przepoczwarzyło się w pięciogodzinne. Wokół bramki w większości zmierzający do domu Bułgarzy plus solidna, trzypokoleniowa grupa o trudnej do określenia narodowości. Śniadzi, o tureckej urodzie i na tą modłę poubierani poubierani w przykuse, przylegające do ciała koszulki odsłaniające pępek na imponującym brzuszysku lub dwa numery za małe spodnie o geometrii kalesonów. Chyba kompresyjne, bo wyciskające całą masę ciała ku górze, jak pastę do zębów w tubce, przez co właściciel przypominał nieco galaretowatego bociana.



Wraz z otwarciem bramek grupa bocianów dzięki przewadze liczebnej jak i solidnej pracy łokci oraz tobołków przesiedleńczych przeciskać poczęła się w kierunku czoła kolejki. Dotarli niemal do frontu, gdy zorientowali się, że kolejka po prawej idzie znacznie szybciej. Heroicznym manewrem oskrzydlającym przesadzili rozpiętą między słupkami taśmę i z dumą poczęli podtykać stewardowi pod nos stosowne kwity. Ten zlustrowawszy papiery poinformował grupę, iż nie kwalifikują się do wejścia priorytetowego i odesłał na koniec kolejki.



W międzyczasie na lewej flance Anieśka bohatersko broniła swojej pozycji odpierając napór dżentelmena, który najwyraźniej uważał, że kolejka to coś z nim na przodzie i próbował działań dywersyjnych, by sytuację stosownie skorygować.



Mi przypadła obrona centrum, gdziem poległ sromotnie, bowiem wyłomem, który powstał między mną, a zaangażowaną w działania na skrzydle Anieśką, przecisnął się elegancki jegomość z równiótko przyciętą, siwiejącą brodą. Po chwili babeczka w jarmarcznej w chuście stuknęła mnie w ramie, na migi pokazując, że ów jegomość podróżuje z nią oraz młodzieńcem z powoli kiełkującym meszkiem pod nosem, a rodziny przecież nie podobna rozdzielić, także ona by wspomnianym wyłomem też chciała. Wojna wymaga ofiar, pomyślałem, zerkając na koleżkę, który zostawił za sobą żone z synem, byle tylko znaleźć się krok bliżej wejścia do samolotu.



Dwadzieścia minut później z ulgą osunęliśmy się na nasze miejsca. Po chwili na siedzeniu od strony przejścia zameldował się jeden z bocianów. Gdy opóźnienie sięgnęło pięć i pół godziny, spojrzał na nas, z niedowierzaniem kręcąc głową i postukał wymownie w tarczę zegarka na nadgarstku. Gdy kapitan przedstawił nam się przez radiowęzęł i nieśmiało poinformował, że wraz z załogą potrzebują jeszcze dwadzieścia minut, by ogarnąć temat startu i takich tam, zerwał się z miejsca i niczego dobrego nie wróżącym krokiem ruszył w kierunku czoła samolotu. Odcisk jego tyłka nie zniknął jeszcze z siedzenia, gdy blaszak drgnął i ruszył w kierunku pasa startowego.



Bocian na swoje miejsce już nie wrócił.



Może w wojsku był pilotem...



––––––––––––––––

*) W najnowszym badaniu naukowców przeprowadzonym na losowej grupie 100 osób 63% uczestników potrzebowało trzech prób by umieścić poprawnie wtyczkę w gnieździe USB.

**) Opóźniony nie o bedące drobną niedogodnością 20 minut, a w sposób taki, że rozsądnie jest się po wylądowaniu udać bezpośrednio do bramki na lot powrotny.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Once you win, once you learn

Brak snu nas wykończył. Brak snu i właściwej regeneracji. Marudna para za ścianą dopiero pochrapywać cichutko zaczynała, sąsiad spod czwórki chwiejnym krokiem wracał z pubu, a światła uliczne na wiosce mrugały jeszcze na żółto, gdy śmy zaspanymi ruchami pakowali się do samochodu, który zawieźć miał nas na lotnisko. Stamtąd zielonym Airbusem do Amsterdamu, a następnie najstarszymi liniami lotniczymi na świecie do Genewy. W Szwajcarii poszarpaliśmy się jeszcze z uprzejmą, acz nieprzejednaną panią w punkcie wypożyczania samochodów, a po chwili mknęliśmy już na południe kraju, do Tasch.


Na tym samym kempingu, na którym pięć lat temu wyczytaliśmy, że paskudne jak pedofilia warunki pogodowe kres kładą naszym marzeniom o zdobyciu Dufourspitze (4 634), sprawnie rozbiliśmy namioty i poczęliśmy się ciut bliżej zapoznawać z towarzyszącym nam od irlandzkiej strefy wolnocłowej Kapitanem Morganem.


Snu wiele tej nocy nie zaznaliśmy, bowiem ciut przed szóstą do Zermatt ruszała pierwsza kolejka. Wobec nie zaleczonej kontuzji kostki do ostatniej chwili zastanawiałem się, czy zarzucać na garba trzy tonowy plecak, czy też w miękkich adidaskach towarzyszyć Anieśce i Kowalowi jedynie do kolejki zębatej. Każda wolna chwila spędzona na ćwiczeniach rehabilitacyjnych i elektryzujący strumień adrenaliny, płynący w żyłach, przyniosły jednak efekt i uznałem, że dam radę chociaż do schroniska Monte Rosa.


Zermatt objęte jest zakazem ruchu samochodowego, więc pozostawiwszy auto na najtańszym parkingu, jaki udało nam się poprzedniego wieczora znaleźć, kilka kilometrów dzielące górski resort od Tasch zmuszeni byliśmy pokonać po szynach.


O siódmej, posileni kawą i pączkiem, pięliśmy się już zębatką na Gornegrat. Z wagonika wyskoczyliśmy na przedostatniej stacji, Rotenboden i zgodnie westchnęliśmy w zachwycie, gdy oczom naszym ukazał się widok ten:


[slideshow id=4]


Do schroniska droga wiedzie doskonale widoczną ścieżką, trawersującą Gornegrat, następnie stalowymi drabinami kilkanaście metrów w dół granitowego wzniesienia, niewielkim językiem lodowca, marsjańskim krajobrazem skalnego usypiska, znów króciutkim lodowcem o fakturze papieru ściernego ze względu na miliony uwięzionych w lodzie kamyczków i na koniec stromą, niknącą nieraz wśród głazów ścieżką pod błyszczący stalą i szkłem budynek Monte Rosy. Wszystkiego 3 godziny oraz 20 minut (wg drogowskazu z Rotenboden) żwawego marszu wzdłuż elegancko oznakowanej czerwonymi tyczkami trasy o bilansie wysokości ... niemal zero.


[singlepic id=43 w=540 h=360 float=center]


Zeszło nam się godzin siedem. Po części z powodu ciężkich jak filmy Larsa von Triera plecaków, po części z powodu dwóch dłuższych postojów, a po części dlatego, że na nierównym terenie mocno opóźniałem, poddając wnikliwej analizie geologicznej każdy zakichany kamyczek, nim odważyłem się postawić na nim stopę.


[singlepic id=46 w=540 h=360 float=center]


Po godzinnej odzipce w Monte Rosie ruszyliśmy w dalszą drogę. Te słoniowe plecuny to my targaliśmy bynajmniej nie po to, żeby głębsze ślady na ścieżce zostawić, a by rozbić się obozem na wyższym niż schronisko pułapie, a przez to skrócić kolejnego dnia trasę na szczyt. Wprawdzie ziomuś z Monte Rosy ostrzegał, że spanie pod brezentem zabronione jest nie tylko w bezpośrednim sąsiedztwie futurystycznego blaszaka, ale również w miejscach, gdzie zapach gotowanych w kuchni frankfurterek nie sięga, a policja regularnie patroluje teren helikopterem i konfiskuje nielegalnie rozstawione wigwamy, ale śmy wiary tym słowom nie dali. Mało prawdopodobnym zdało nam się, by oddział powietrznej Gwardii Szwajcarskiej pogonił nas w samych majtkach na lodowiec, a namioty zabezpieczył w charakterze dowodów w sprawie.


Gdy dwie godziny później stanęliśmy u brzegu lodowca, ledwo trzymaliśmy się na nogach. Jeszcze kilka minut wcześniej gotowi byliśmy rozwinąć śpiwory pod jednym z zapewniających jako takie schronienie głazów. Teraz staliśmy opodal czterech starannie przygotowanych stanowisk pod namioty, klepiąc się z uznaniem po plecach, jak byśmy właśnie dotarli na szczyt.


Gdy woda zabulgotała w turystycznym kocherku, słońce kryło się już za spiczastym kapeluszem Matterhorna.


Rankiem ruchy mieliśmy stanowczo za wolne. Wstaliśmy za późno, zbyt leniwie wiosłowaliśmy łyżką w misce owsianki. Gdy, stojąc już w pełnym rynsztunku, skontrolowałem czas operacyjny, jęknąłem ze zgrozy na widok wskazówek bezczelnie oznajmiających piątą rano.


Raźnym krokiem ruszyliśmy w górę lodowca, mając nadzieję nadrobić stracony czas, po chwili jednak wdepnęliśmy w labirynt seraków i dobra godzina minęła, nim wyszliśmy na otwartą przestrzeń. Dalej jednak poszło - wyłącznie metaforycznie - z górki. Miękki śnieg zapewniał doskonałą amortyzację dla dokuczającej mi kostki, pogoda była wyśmienita - powietrze ani drgnęło, kilka raptem chmurek przysłaniało błękit nieba. Krok za krokiem zostawialiśmy za sobą kolejne wertykalne metry i już powoli układałem w myślach treść tryumfalnego komunikatu na fejsbuczka. "A week ago on crutches, today on the top of Switzerland. Impossible is nothing". Tak miało to brzmieć.


[singlepic id=44 w=540 h=360 float=center]


Szkoda, że taki dobry tekst się zmarnował. Stromizna pierwszego przedwierzchołka niepokoiła mnie od momentu, gdy po raz pierwszy zamajaczył na horyzoncie. Bliższe oględziny bynajmniej nastroju mi nie poprawiły, bowiem oblodzona grań oznaczała ostrą pracę rakami i niejednokrotnie opierania całego ciężaru ciała na dwóch stalowych zębach.


Ale weszliśmy.


Na przedwierzchołek.


Pierwszy!


Ze skalistego szczytu ukazał nam się drugi i coś we mnie z miękkim, wilgotnym pac klapnęło. Obejrzałem się na Anieśkę i Kowala, nie wierząc w to, co za chwilę powiem. Nie było szans, żebym pokonał takie nachylenie w lodzie bez żadnej asekuracji, nie potrafiąc utrzymać sztywno kostki. Nie mówiąc o ryzyku odnowienia kontuzji w połowie pokonywania stromej ściany. Dalej musieli iść sami.


[singlepic id=45 w=540 h=360 float=center]


Nim cokolwiek powiedziałem, Kowal spojrzał na zegarek. Szliśmy od przeszło siedmiu godzin. O tej porze powinniśmy być w połowie drogi powrotnej. Tymczasem na szczyt zostały pewnie dwie godziny technicznego podejścia. Warunki pogodowe były wymarzone, ale zmęczenie już dawało się we znaki. Kowal pokręcił głową. Nie tym razem. Raz wygrywasz, a raz się uczysz.


Jak to zwykle bywa w drodze powrotnej ktoś raz po raz przebąkiwał, że mogliśmy iść. Gdy jednak, na którymś postoju klapnąłem ciężko na śnieg, a po chwili odgłosy rozmowy dochodzić zaczęły do mnie, niczym przez grube szkło i poczułem jak odpływam, wiedziałem, że to była jedyna słuszna decyzja.


Do namiotów dotarliśmy o 19. Po czternastu godzinach trekkingu. Jak się okazało, nieopodal  rozbiła się trójka górołazów z nad Wisły. Za kubek żurawinowej herbaty zażądali relacji z wyprawy. Dla nich była to druga próba zdobycia Dufora, zapewne również nieudana, bowiem wobec prognozy pogody na kolejny dzień nawet pierwszy przedwierzchołek wydawał się być poza zasięgiem.


Rankiem zerwał się silny wiatr, a wraz z ulewnym deszczem od strony lodowca spłynęły strugi wody kompletnie zalewając nasze namioty, przez co plecaki lżejsze się raczej nie zrobiły. Do schroniska dotarliśmy przemoczeni. Posiliwszy się gorącą zupą z frankfurterkami bez zwłoki ruszyliśmy dalej. Tym razem nie mitrężyliśmy, żwawe tempo, krótkie postoje na dwa łyki wody. Deszcz nie ustawał nawet na moment, a od chwili, gdy dotarliśmy do znaku "Rotenboden 1h" siekł już poziomo. Na nic Gore-Tex, gdy woda ścieka po twarzy pod ubranie. Na ostatniej prostej kląłem już na wszystko. Na deszcz, na góry, na wiatr. Ścieżkę przeciął nam przeuroczy, puchaty świstak. Na niego też kląłem.


Droga do Rotenboden zajęła nam od schroniska cztery godziny. Ręce trzęsły mi się z zimna tak, że ze względu na rozrzut nie byłem w stanie wklepać pinu do karty, gdy płaciłem za bilety na kolejkę.


Za dwa tygodnie zamykamy sezon górski w Grecji i Bułgarii. A w zasadzie ja zamykam, bo Anieśka ma jeszcze taką jedną epicką wyprawę w kalendarzyk wpisaną, ale to już projekt solowy. Nie dzielę skóry na niedźwiedziu, bowiem na Olimp wbrew obiegowej opinii w klapkach i z ręcznikiem na ramieniu się nie wchodzi, ale jeśli wrócimy z tarczą, gdyby Dufora się opędzlować udało, do zamknięcie pierwszej dziesiątki Korony Europy zostałby nam tylko włoski wierzchołek Mont Blanca. A tak z dorobkiem kończyć będziemy i najlepszym wypadku znacznie mniej imponującym.


Ale to jeszcze nie koniec. Póki góra stoi, mamy rachunki do wyrównania.

wtorek, 11 listopada 2014

Proza drogi

Pani za ladą Biedronka Airlines była chyba nowa. Najpierw usiłowała opchnąć nam wjazd priorytetowy, choć na tamtą chwilę sześćdziesiąt miejsc na pokładzie było wolnych, a że do odlotu pozostawały dwie godziny, szanse, że się ten stan rzeczy znacząco zmieni były raczej niewielkie. Najpewniej w charakterze rewanżu za nasze nieprzejednane stanowisko w tej sprawie uznała następnie, że dufelka North Face`a, co ćwierć świata z nami zjechała, kwalifikuje się jako bagaż ponadwymiarowy. Z powodu troczków. W tym samym momencie za panią z Biedronki przejeżdżała identyczna torba Kostka nadana na sąsiednim stanowisku, także ciut śmy się skonsternowali.


Fakt nawet nie byłby wart wspomnienia, gdyby nie to, że prześwietlenie dufelki wykazało, iż staramy się przemycić do luku bagażowego 200 ml gazu kempingowego. Ja bym nawet ten gaz bez szemrania oddał, ale w dzisiejszych czasach jakichkolwiek pasywów skonfiskować bez należytych kwitów nie podobna. A kwity niestety wyszły, ale to nie szkodzi, bo koleżanka za moment przyniesie. Z lotniska w Shannon - wnosząc po czasie oczekiwania.


A czas naglił, bośmy po za Unię lecieli, także pewne plany mieliśmy odnośnie strefy bezcłowej, a ważkich decyzji nie należy podejmować w pośpiechu.


Na schodkach prowadzących na pokład samolotu wpadliśmy na naszego byłego landlorda w towarzystwie uroczej małżonki. W świetle historii, które się stąd i zowąd słyszy, do landlordów mieliśmy szczęście. Nialla jednak w tym zacnym towarzystwie wspominamy z największym sentymentem. Starszy dżentelmen o nieskazitelnych manierach i niewymuszonej elegancji. Niekoniecznie koleżka, którego należy klepać w tyłek i udawać, że się śpi, jak to czynił Kostek z bezpieczniej pozycji po drugiej stronie przejścia, gdy Niall podszedł zaoferować drinka z podniebnego barku.


Los go za te figle pokarał, ale co stało się w drodze do Maroko, zostaje w drodze do Maroko...

czwartek, 14 sierpnia 2014

Holy Holy Days

Dziesięć lat temu zbałamuciłem taką drobną blondyneczkę. A zbałamuciwszy zostawiłem na ciepłej jeszcze poduszce ciepłe słowo na prędce skreślone na skrawku papieru i czmychnąłem z trójką znajomych na Słowację.


W tamtych czasach studentowi nie było wiele do szczęścia potrzebne, ot zimne piwo, talia kart i dach nad głową. W Liptovskim Trnovcu, gdzieśmy osiedli, najtrudniej było o to pierwsze. Piwa było pod dostatkiem, ale ciepłe, piętrzące się w plastikowych skrzynkach pod ścianą niewielkiego, wiejskiego sklepiku. Niezbędne było więc właściwe planowanie oraz organizacja, by błyszczące w słońcu bursztyny zakupić z właściwym wyprzedzeniem i schłodzić w ogólnodostępnej kuchni pensjonatu.


Zza południowej granicy słałem smsy, co by dziewczę zbałamucone nie wypłakiwało szmaragdowych oczu w oknie wieżowca na warszawskim śródmieściu, a nawet zgrabną widokówkę wystosowałem, na łamach której porównywałem położonego na górskim zboczu Trnovca do pieprzyka na piersi adresatki.


Beztroski to był czas i wakacje, które do tej pory wymieniam w TOP 3, a że dziewczę zbałamucone do mego poetyckiego porównania z widokówki przez lata podchodziło z mieszaniną sceptycyzmu i niedowierzania, tom je w końcu, po dekadzie to Liptovskiego Trnovca zabrał.


Czas się w Trnovcu na te dziesięć lat zatrzymał. Spiczaste domki, niczym krasnale czapki po obu stronach drogi. Jezioro z jednej, góry z drugiej. Jeden sklep, piwo wciąż ciepłe. Dwie restauracje czynne od 13, cisza, spokój, rowery wodne i kajaki. Tylko tej maleńkiej pizzerii sobie nie przypominam.


Dwie minuty jazdy małolitrażowym samochodem dzieli nas od Tatralandii. Cztery baseny z wodą termalną, wodny barek serwujący egzotyczne koktajle, kiełbasa z grilla, piwo z kija, leżaczki, sauna i tysiąc sto dwadzieścia cztery zjeżdżalnie o wysoce zróżnicowanym poziomie zaawansowania. Hebanowa Anieśka w wodzie o temperaturze 36 stopni Celsjusza, z niesmakiem obserwuje znad okularów słonecznych mężczyznę z bujnym zarostem na plecach. Michaś tymczasem u szczytu kolejnej zjeżdżalni. Łatwo go wypatrzeć, bowiem góruje nad zgrają szczękającej zębami dzieciarni niczym posąg w Świebodzinie. Tylko ten w lubuskim się tak głupio nie szczerzy.


A, no i Smadny Mnich w półlitrowej butelce za 33 centy. Jak w pracy temat zarzuciłem, to chłopaki się znad strony Ryanaira pytali, jak się Bratysława pisze.

niedziela, 15 czerwca 2014

Śniegi Pirenejów

Śnieg począł się wycofywać z niższych partii górskich, pora więc przyszła powrócić do zarzuconego na czas nieprzyjaznej zimy tematu podbicia najwyższych szczytów europejskich. Na otwarcie sezonu Coma Pedrosa, 2943 m n.pm., prywatnie najwyższy szczyt Andory, numerek siedem na liście Korony Europy.


Andora to niewielkie państewko na granicy Hiszpanii i Francji solidarnie omijane przez wszelkie linie lotnicze. Szerszemu gronu znane jako największa strefa bezcłowa w Europie.


Do Arinsal dotarliśmy przez Barcelonę, skąd wypożyczonym samochodem, w sile piątki zaprawionych w bojach górołazów, pomknęliśmy w kierunku francuskiej granicy. Na miejsce zajechaliśmy tuż przed świtaniem, więc bez zwłoki przystąpiliśmy do rozbijania namiotów na pierwszej dogodnej polanie, która już dwie godziny później okazała się parkingiem lokalnej ekipy budowlanej.


Pod górę ruszyliśmy niespiesznie, bowiem plan obejmował jedynie dotarcie do schroniska w połowie drogi. Schronisko zgodnie z zapowiedziami okazało się zamknięte, dysponowało jednak niewielką, ogólnodostępną przybudówką wyposażoną w dwa spartańskie łóżka piętrowe i ... kominek.


Kapryśna zwykle pogoda, upewniwszy się uprzednio, że ogołociliśmy okolicę z drewna opałowego, odpaliła armatki śnieżne, toteż solidnie uszczypliwszy zapasy prowiantu udaliśmy się na spoczynek.


Spoczynek, który nigdy nie nadszedł, bowiem Quy-Syu ułożywszy się wygodnie na dolnym etażu pomiędzy Anieśką i Armstrongiem odpalił traktor, gaszony na krótkie chwile coraz bardziej rozpaczliwymi: "Quy-Syu, qrwa!".


Ranek powitał nas bezchmurnym niebem i kapitalną panoramą ośnieżonych szczytów, toteż bez zbędnych ceregieli porzuciliśmy zbędny balast w schronie i ruszyliśmy na spotkanie z górą. Zdaniem zatkniętego w ziemie drogowskazu od szczytu dzieliło nas nieco przeszło dwie godziny umiarkowanego podejścia w kierunku raczej opcjonalnym, bowiem wystawione na długotrwałe działanie wiatru tabliczki zbiły się w ciasną, nie wzbudzającą zaufania grupkę.


Do otwarcia sezonu górskiego w tej części Pirenejów pozostały jeszcze przeszło dwa tygodnie, także na trasie próżno było szukać amatorów górskich spacerów, jak i skrytych pod śniegiem znaków prowadzących na szczyt, toteż nawet się nie zdziwiliśmy, gdy śmy po niemal trzech godzinach dotarli do kolejnego checkpointu, kpiąca informującego, że od Coma Pedrosy dzieli nas sześćdziesiąt minut podejścia.


Raz brnąc po uda w śniegu, innym razem ślizgając się na ukrytych pod cienką warstwą śniegu kamieniach, tym razem zgodnie z planem, stanęliśmy na dachu Andory. Pogoda najwyraźniej uznała, że tych widoków to nam już stanowczo wystarczy i zesłała z nieba granaty dymne wspierane przez desant śnieżny, no co śmy przystąpili do żwawego odwrotu.


Nim ruszyliśmy w drogę powrotną do stolicy Kataloni, skorzystać jeszcze postanowiliśmy z dobrodziejstw andorskie strefy bezcłowej, wzbogacając się o różnej maści flakoniki. Do użytku wewnętrznego dla panów oraz zewnętrznego dla pani.


Dotarłszy do Barcelony rozbiliśmy się obozem nad rzeczką kilka kilometrów od lotniska, a w obawie przed surowymi restrykcjami Ryanaira dotyczącymi bagażu, przystąpiliśmy do prewencyjnej redukcji poczynionych w Andorze sprawunków. Osiągnąwszy zadowalający efekt udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Spoczynek, który znów w zasadzie nie nadszedł, bowiem w okolicach godziny 5:00 w stelaże namiotów zastukał oddział hiszpańskiej Gurdii uzbrojony w latarki krótkiego zasięgu, grzecznie, acz stanowczo informując, że camping no posible.


A to się udało cyknąć.

piątek, 19 lipca 2013

Czarny Ostrów

Pogoda ewidentnie nie aprobowała naszej decyzji o opuszczeniu Fayal. Deszcz siąpił ponuro gdy śmy ruszali w półgodzinny rejs na nieodległe Pico, a stołeczna Madalena powitała nas ciężkimi chmurami zaczepionymi o dachy miasteczka.


Wstępnie nam to zwisało, bowiem przytulny apartament nad samiutkim brzegiem Atlantyku nawet zachęcał do spędzenia jednego dnia pod dachem. Wieczór przy akompaniamencie wilgotnego drewna syczącego w kominku, z czarką lokalnego wina w garści, doskonale wpisywał się w motyw przewodni wyjazdu. Nawet jeśli znów fragmenty korka cedziliśmy jak plankton.


Rankiem wypożyczyliśmy kolejną toyotkę i ruszyliśmy uświetnić hanymuna zdobyciem najwyższego szczytu Portugalii, od którego wyspa wzięła swą nazwę. Pani w recepcji mocno zatroskała się na nasze plany, wymownie zerkając przez okno na miejsce, gdzie widać byłoby majestatyczny wulkan, gdyby nie chmury jak nad Mordorem. Trzeba było jednak choć spróbować, bośmy amunicji na kolejny strzał jakby nie mieli.


Prościutką jak niekończący się pas startowy szosą pomknęliśmy wzdłuż kręgosłupa wyspy, a gdy śmy odbijali w wąską drogę, pnącą się mozolnie ku sercu Pico, wiedzieliśmy już, że dupa będzie dziś zbita. Na wierzchołek wulkanu prowadzi szlak oznaczony co kilkaset metrów białymi słupeczkami, tymczasem w gęstych chmurach wysilać się musiałem, by dostrzec kierownicę.  O zdobyciu kolejnego szczytu Korony Europy mowy być nie mogło, toteż wrócilim jak niepyszni na główną trasę, by chociaż powozić się po wyspie.


Pocinamy więc sobie na wschód - wszak tam musi być jakaś cywilizacja - nastroje są raczej ponure i wtem … klik. Wyjeżdżamy jak z ciemnego tunelu na tonąca w słońcu równinę. Auto z zaskoczenia zatrzymałem na poboczu. Patrzymy do tyłu - Mordor, zerkamy przed siebie - Palm Beach. Błękitne niebo, soczysta zieleń i słońcuje bardzo. Bo się te chmury, co je wiatr z południowego zachodu przywiał, rozcinały  o wierzchołek wulkanu i spływały po jego zboczach jak welon. Podczas gdy Madalena i szlak na Pico bezczelnie ginęły w gęstej mgle, wschodnia część wyspy tonęła w słońcu.


Anieśka na takie dictum zarządziła postój w pobliżu malowniczego jeziorka i zaległa na łączce w niczym oprócz błogiego uśmiechu na twarzy, podczas gdy ja rzucałem złowrogie spojrzenia w kierunku  góry, wierząc, że przelewająca się przez szczyt fala chmur kiedyś musi się skończyć. Nic takiego się nie stało, wiec z nadzieją, że wbrew prognozom pogoda się przez noc odmieni, ruszyliśmy na eksplorację wyspy.




Pico inne jest zupełnie, niż wyspa, na której bawiliśmy jeszcze poprzedniego dnia. Miejscowi ochrzcili Fayal mianem Blue Island, ze względu na wszechobecne błękitne hortensje, które liczebnością dorównywały niemal rogaciźnie. Pico kolorowych porostów się nie doczekało, także zadowolić się musiało mianem Czarnego Ostrowiu, za sprawą wyzierającej wszędy spod poszycia skały wulkanicznej o barwie smoły i fakturze pumeksu. Na całym nabrzeżu próżno szukać piaszczystej plaży. Pico od oceanu oddziela szczelnie warstwa postwulkanicznych klifów, czarnyyych jak w reklamie perły black.


Zamku z piasku na wyspie nie postawimy, za to całkiem solidne domki z bloków czarnego pumeksu, opatrzone ładnie kontrastującymi, czerwonymi okiennicami już owszem. Całe wioski nawet, strzegące upraw winorośli. Zbocza Pico, sprawiedliwie traktowane deszczem i słońcem,  oferują bowiem doskonałe warunki ku hodowli winogronków i produkcji równie doskonałego wina, choć nad korkiem mogliby ciut popracować, bo rozłazi się jak próchno.




Pico znacznie surowsze sprawia wrażenie niż Fayal, a silny i ciepły jak termoobieg wiatr jeszcze to wrażenie potęgował. Innego dnia ta surowość by nas pewnie zachwyciła, być może natchnęła, by chwycić za pędzel, bądź skreślić kilka koślawych wersów w notesie. Wtedy jednak wyspa zdała nam się zwyczajnie niegościnna. Chmury nie puściły na szczyt, w akcie desperacji wybraliśmy się do muzeum wielorybnictwa, które oczywiście okazało w poniedziałki zamknięte. Z kwitkiem odeszliśmy też z knajpki, którą śmy dzień wcześniej sobie upatrzyli, skuszeni słodkim zapachem paleniska, bowiem wiatrak odciągający dym akurat dziś się zepsuł. Jakby nieszczęść był mało, w portowej poczekalni Anieśka rozniosła mnie w warcaby.

A następnie w domino.


Jeszcze śmy  zwlekli o piątej rano kończyna z wyra gotowi na desperacką operację pod roboczym kryptonimem Last Action Hero, ale  Pico nadal szczerzył się złośliwie za zasłoną dymną. Nie pozostało nic innego, jak pakować mandżur i wracać na Fayal.


Natomiast następnego ranka, gdyśmy się taksóweczką bujali na lotnisko, mały skurczybyk pokazał się właśnie tak:





Jednego dnia nam zabrakło, ale nic to straconego. Azory to raj na Antlantyku. Siedem wysp archipelagu nam do ogolenia jeszcze zostało. Za rok zielona (o ironio) wyspa Sao Miguel.


I dogrywka z takim jednym wulkanem....


I jak zwykle foteczki.



środa, 3 lipca 2013

Blue Island

Hanymun miał być egzotyczny i niebanalny. Miało być ciekawie, ale z dala od wydeptanych szlaków turystycznych. Ciepło, ale nie na tyle byśmy się dusili w sosie własnym. I musiała być góra.


To śmy wymyślili Azory.


Na pierwszy ogień poszedł Fayal - jedna z dziewięciu wysp archipelagu. Do stołecznej Horty dotarliśmy z przesiadką w Lizbonie, a rzuciwszy bagażem głównym o podłogę wynajętego apartamentu, bez mitrężenia ruszyliśmy na plażę. Pogoda na Azorach stabilna jest jak izotop wodoru i gwiżdżąc na ustalenie mądrych głów od zjawisk atmosferycznych, jednego dnia potrafi zaprezentować całe kalendarzowe spektrum - od zimy, po lato. Wobec sprzyjającej aury, chwili nie było więc do stracenia. Hurgot silników lotniczych jeszcze w uszach nie ustał, a my już leżeliśmy na nagrzanym piasku barwy mąki z makiem w malowniczej zatoczce.


Próżno w Horcie szukać dyskotekowej kuli, laserów i rozbawionej młodzieży. Jeśli na jednym końcu skali jest Aya Napa, a na drugiej Ciechocinek, to Fayal … funkcjonuje w świecie równoległym. Port w Horcie jest przystankiem dla stada żeglarzy przemierzających w poprzek Atlantyk. Maszty jachtów błyszczą w słońcu jak kopie pod Grunwaldem, a rozstrzał jest zacny; od małych krypek, po łajby tak luksusowe, ze Tytanik, by się brzuchem do góry ze wstydu obrócił.


W słynnej na całą wyspę knajpce Peter`s Cafe ogorzałe twarze jak z granitu uśmiechają się spod wypłowiałej na słońcu strzechy, a trudno się nie uśmiechać, bowiem lokal oferuje jedzenie, które topielca, by do życia wróciło. Gdy nam Peter steki zaserwował, to śmy się z Anieśką mało nie popłakali ze wzruszenia oraz uznania dla szefa kuchni. Zdaniem naszego gospodarza na Azorach więcej jest krów niż ludzi, także materiału do ćwiczeń jest dość.


Nie tylko jednak ogryzione żeberka zostawiają po sobie żeglarze. Lokalny zabobon głosi, że kto zawinie do azorskiej przystani, ale nie pozostawi na nabrzeżu własnoręcznie wykonanego malowidła, ten miał będzie, ogólnie rzecz biorąc, przekitrane. Jak się tygodniami buja na falach Atlantyku, lepiej mieć Neptuna w swojej drużynie, także wilki morskie konsekwentnie smarują pędzlami po keji i obecnie coraz trudniej znaleźć czysty kawałek muru pod graffiti.


Napatrzywszy się na podskakujące na wodzie jak spławiki maszty, sami zapragnęliśmy ruszyć w morze, także ranka pewnego zasiedliśmy na pokładzie pokaźnego pontonu zmotoryzowanego i pomknęlim podglądać walenie; jakby to nie brzmiało.


Wyspa oddalała się za nami w dość imponującym tempie, gdym sobie przypomniał, że ja przecież chorobę morską mam. Tymczasem kolega w rzędzie odkrył u siebie tą przypadłość dość nagle, gdy już zwisał przez sterburtę. Tragedii nie było, gdyśmy płynęli, ale jak stawaliśmy, czając się na wieloryba i ulegle poddając się falom, tom sam miał chwile zwątpienia.


Szału ogólnie nie było. Udało się kilka wielorybich ogonów wypatrzeć oraz napatoczyć na stadko skorych do popisów delfinów, ale sam nasz kapitan, Norberto, nie czuł się ze zrealizowanej usługi wywiązanym i zaprosił mnie und Anieśkę na kolejny rejs za pół godziny. Na takie dictum mój żołądek schował się jednak przerażony pod śledzionę, a i ja się na powrót do pontonu nie byłem skłonny odważyć.


Wyczerpawszy atrakcje oferowane przez Horte, ruszyliśmy wypożyczoną toyotką na Tour de Fayal. Azory leżą na samiutkim środku Atlantyku, Fayal od najbliższego stałego lądu dzieli przeszło półtora tysiąca kilometrów wzburzonego oceanu, także izolacja od codziennego pośpiechu jest wręcz rozczulająca. Na biegnącej wzdłuż wybrzeża trasie Anieśka zarządziła postój, bowiem wypatrzyła przypalikowaną kozę, którą koniecznie musiała uwiecznić na karcie SD. Podczas gdy moje pierwsza żona uzbrojona w aparat ruszyla fotografować rogowaciznę, wychyliłem się przez murek niewielkiego parkingu, według znaków drogowych oferującego miradouro i westchnąłem. Dwa wzgórza, niczym obfite piersi schodziły się w gęsto porośnięty soczystą zielenią kanion, by na południu ostrymi klinami wbić się w morze. Wokół żadnego dźwięku działalności człowieka, żadnego samochodu na drodze, tylko śpiew dziesiątek różnych gatunków ptaków.


Nigdy nie byłem na Borneo, ale tak bym to sobie wyobrażał. Mózg się wyłącza, z mięśni odczuwalnie schodzi wszelkie napięcie. Kapitalna sprawa, że istnieją takie miejsca na ziemii, gdzie czas jakby stanął w epoce Wyspy Skarbów. No masakryczne wrażenie.


Azorski archipelag leży niemal na styku trzech płyt tektonicznych, także geologom świeczki w oczach stają na myśl o tym, co dzieje się pod powierzchnią gruntu. Każda z dziewięciu wysp powstała w efekcie działalności podwodnego wulkanu, a ostatni był uprzejmy wybuchnąć raptem pięćdziesiąt lat temu około jednego kilometra od Fayal. W efekcie, po dość burzliwym roku naznaczonym pomniejszymi erupcjami, wyspa zyskała dodatkowe 2,5 km kwadratowego terenu.


Nowy nabytek, Capelinhos, stanowi teraz główną atrakcję turystyczną regionu, także śmy na przeciwległy kraniec wyspy doturlali naszą wypożyczoną Toyotkę. Granicę ‘starego lądu’ znaczy latarnia morska, która przetrwała erupcję, a tam gdzie przed przeszło pół wieku bujał się wesoło ocean, teraz cieszy oko nieco awangardowa, gigantyczna magmowa rzeźba.


Za plecami zostawiwszy podziemne centrum turystyczne, efekt niespotykanej dbałości o naturalny pejzaż, stromą ścieżką dotarliśmy do olbrzymiej misy wysypanej wulkanicznym pyłem. Iście księżycowo-pustynny krajobraz z marsjańskim akcentem w postaci czerwonych urwisk.


Jedno z powstałych w wyniku wybuchu wulkanu wzgórz zaczęło już porastać od czubka trawą, zasiedloną teraz przez niezliczone bandy rozwrzeszczanych mew (burzyków tak naprawdę, ale kto by dbał o nieistotne szczegóły). Zapragnęlim zdobyć nieodległy wierzchołek, ale ptactwo podniosło jeszcze większy jazgot i przepuściło kilka ataków lotem nurkowym, także się musielim ratować bohaterskim odwrotem mało nie gubiąc w pośpiechu sandałów.


Zdaniem pary napotkanych Francuzów agresywne mewy (burzyki) zainspirowały Hitchcocka do nakręcania swej ornitologicznej wersji  Pearl Harbour, choć szansę by się Żabojady z prawdą nie minęły są mizerne, bowiem Capelinhos uformowało się raptem pięć lat przed powstaniem książki, na kanwach której genialny reżyser nakręcił swoje dzieło. Każdy rozsądny burzyk trzymał się wówczas  z pewnością na bezpieczny dystans od ciepłego jeszcze nowego lądu.


Nim ruszyliśmy w dalszą drogę, zmuszeni byliśmy uciszyć bezczelnie domagające się swych praw żołądki, co zadaniem łatwym nie było, bowiem każda niemal knajpka na wyspie między godziną 14 a 19 zamyka swoje podwoje. Na środek Atlantyku konsumpcjonizm jeszcze nie dotarł, a ludzie pracują, by żyć, nie żyją by pracować.


Kierując się prospektem z polecanymi przez właściciela naszego apartamentu knajpkami, trafiliśmy do niezachęcającego z zewnątrz lokalu w maleńkiej mieścinie. Pod względem godzin otwarcia nie różnił się niczym, od pozostałych przybytków archipelagu, Anieśka jednak spojrzała na właściciela gasnącymi z głodu oczętami, a takim oczom odmówić nie sposób. Co śmy dostali na pokaźnej cynowej tacy, zasługuje na sonet.


Dzień wcześniej pozwoliliśmy sobie na obiad w eleganckiej restauracji w Horcie. Gustowne wnętrze, wspaniały widok na nieodległą wyspę Pico, odpicowana obsługa o nienaturalnych, wystudiowanych ruchach i klientela z literkami przed nazwiskiem wygrawerowanymi na czole. Atmosfera sztywna jak zasady w klasztornej szkole na zbłąkanych dziewcząt. Gdyby kto szpilkę na podłogą upuścił, obsługa rzuciłaby się na ziemię, zasłaniając uszy. Marna strawa, podana na gigantycznych, białych talerzach, a jakbym zdradził kelnerowi, że w moim winie pływają resztki korka, prawdopodobnie popełniłby publiczne harakiri przy pomocy noża stołowego. We wspomnianej, niepozornej, odległej od stolicy knajpce żartko otrzymalim z matczynym uśmiechem od starszej pani w pasiastym fartuchu, a po każdym kęsie wznosiliśmy oczy ku powale.


Ale wracając do Tour De Fayal. Z głównej szosy okrążającej ostrów, zboczyliśmy na wąską drogę wijącą się pośród gęstej dżungli w kierunku serca wyspy. Błądząc nieco dotarliśmy do rozległej kaldery, skąd przed tysiącami lat z wielkim hukiem wykluł się Fayal. Chmury wypełniały wulkaniczny rondel ograniczając widok do mlecznej mgły, ale po chwili wiatr rozgonił towarzystwo, ukazując prehistoryczną kolebkę wyspy w pełnej okazałości. Kaldera ma 2 km średnicy, razy pi - sześć przeszło kilo śmy ciachnęli wąską ścieżką po obwodzie, nie napotykając żywej dusz, a widoki jak na kanale Discovery.


Z ciężkim sercem opuszczaliśmy Fayal po raptem czterech dniach, choć przed nami rysowała się nie mniej atrakcyjna perspektywa. W teorii, bo w praktyce... do tego jeszcze dojdziemy.


Focie tu.

wtorek, 5 października 2010

Wyspa Afrodyty

Dawno nie wracałem z wakacji z tak ciężkim sercem. W końcu wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Nawet jeśli dom jest oddalony o dwa tysiące kilometrów od Domu. Tym razem jednak było inaczej. O zaletach Cypru pisać mógłbym w nieskończoność. W rubryczce 'wady' umieściłbym tylko ceny. Nie można jednak mieć wszystkiego.

Po wakacjach spędzonych w Tunezji, Maroko i Turcji, do tej pory śni mi się po nocach, gromada otaczających mnie zombie w arabskich kieckach, trzymających w wyprostowanych rękach badziewie wszelakie i mamroczących beznamiętnie 'aj giw ju wery gut prajs, aj giw ju wery gut prajs'. Na Cyprze ten problem nie istnieje. Tak serdecznych, przyjaźnie nastawionych, sympatycznych i absolutnie nienamolnych ludzi nie powołują do życia nawet marysuiści.

Na Cypr trafiliśmy niejako z przypadku. Wobec zbliżającego się terminu urlopu i wciąż zerowych planów, zaszedłem do biura podróży, gdzie zakomunikowałem uroczej Pameli, że ja za tydzień lecieć muszę w ciepłe kraje i nie interesuje mnie jak ona to zrobi, ale bez wykupionej wycieczki nigdzie się nie ruszam. Na potwierdzenie moich słów rozsiadłem się w fotelu, skrzyżowałem ręce na piersi, za wszelką cenę starając się wyglądać na człowieka, któremu nigdzie się nie spieszy. A za 45 minut musiałem być w pracy.

Tak wylądowaliśmy w Protaras - niewielkim miasteczku składającym się wyłącznie z hoteli i knajp. Na koniec sezonu podobnież ostatni gasi światło i w mieścince słychać tylko przygrywające świerszcze. Póki jednak sezon trwa, długi na ponad kilometr, obsadzony tysiącem różnorodnych knajp protarski deptak tętni muzyką i zawodzeniem nawalonych angoli próbujących swych sił w narodowym sporcie brytyjskim - karaoke.

Po dwóch dniach spędzonych na słodkim lenistwie, wodnym polo i turniejach o darmowy koktajl, uznaliśmy zgodnie, że pora działać i ... poszliśmy nurkować.

Po krótkim wstępie teoretycznym (to jest butla, tam jest woda, wzniesiony kciuk NIE oznacza OK) zeszliśmy pięć metrów pod powierzchnię morza. Po chwili Ken - nasz podwodny przewodnik - wyciągnął z kieszeni ... kanapkę. Trochę się stropiłem, że kpił z nas będzie, żeśmy nieprofesjonalnie nie zabrali ze sobą lanczu, szczęśliwie jednak okazało się, że pokaźnych rozmiarów buła przywabić miała rybki.

Emocji wielkich nie było. Może dla Anieśki, która jednego dnia nauczyła się pływać, a kolejnego wciągnęła butlę, maskę i poszła na dno. Bacznie ją wobec tego starałem się obserwować i aż przyklasnąłem z radości, gdy zaproponowała Kenowi partię podwodnych kalamburów. W kalamburach uważam się za Mistrza, więc pewien zwycięstwa obserwowałem Anieśke unoszącą paluszek jednocześnie wskazując rosłego Norwega, potem drugi wskazując na siebie i tak dalej, aż pokazując pięć palców wzruszyła ramionami. 'Piąty element' wykrzyknąłem, ale wyplułem tylko ustnik i stado bąbelków. Ken tymczasem posłał Anieśce zaniepokojone spojrzenie i wskazał mnie palcem. Hasło brzmiało: gdzie jest mój chłopak. Bo maska zawęża kąt i widzenia, a jak tłumaczyła później moja kobita, mam regularną tendencję do niespodziewanego oddzielania się od stada, więc obawiała się, że właśnie kontroluje mnie turecka straż przybrzeżna.

Na kolejna dwa dni wynajęliśmy maleńkie Suzuki Jimny i ruszyliśmy na podbój Cypru. Na pierwszy ogień poszła starówka w Pafos. Przy czym cypryjska starówka to nie kolorowe kamienice i wąskie, brukowane uliczki, a starożytne nekropolie, półkoliste amfiteatry i to co ostało się po antycznych M1 - doryckie kolumny*, niskie pozostałości ścian i piękne kamienne mozaiki. Zadziwiające, że nasi przodkowie jeszcze dwa tysiące lat później żyli w spróchniałych chatkach uszczelnianych kupą.

Z Pafos ruszyliśmy na Skałę Afrodyty, gdzie, jeśli wierzyć Parandowskiemu, narodziła się z morskiej piany mityczna bogini miłości. Miejsce bardzo malownicze i cieszące się swoistym kultem. Na pobliskich zboczach mnożą się ułożone z małych kamyków serca, a legenda głosi, że jeśli tylko ktoś potrzebuje odrobiny szczęścia w sprawach kardiologicznych, wystarczy by przy blasku księżyca trzykrotnie opłynął skałę w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Inna legenda głosi, że Andy – jeden z naszych hotelowych wodzirejów – swego czasu tej sztuki próbował, ale popłynął w złym kierunku. Stąd czterdziestki dobił w samotności.

Ze Skały Afrodyty pofrunęliśmy na Łaźnie Adonisa – zestaw bardzo widowiskowych podobnież wodospadów. Zmierzchało już powoli, toteż mimo, iż kontrolka paliwa od dłuższego już czasu zabiegała o naszą uwagę, tankowanie zaplanowałem na drogę powrotną. I dlatego do Łaźni Adonisa nigdy nie dotarliśmy. Gdy droga asfaltowa przeszła w stromy, ubity, wijący się na krawędzi przepaści trakt rodem z wypraw Martyny Wojciechowskiej, ucieszyłem się na możliwość przetestowania małego, terenowego Jimny`ego. Gdy jednak kilometry mijały, a za kolejnym wzniesieniem trasa wciąż ciągnęła się po sam horyzont, jasnym stało się, że o ile nie zamierzamy stanąć po środku niczego bez kropli choćby paliwa, trzeba nam wracać. I tak chcąc przyoszczędzić pięć minut, przegraliśmy Łaźnie Adonisa.  

Następnego dnia posileni tostem ruszyliśmy na Cape Greco – malowniczo poszarpany kawałek skalnego wybrzeże, oblany turkusową wodą. Tam też napatoczyliśmy się na dwójkę rodaków z Gdańska, a świeżo zawartą znajomość uradziliśmy kontynuować tego samego wieczora przy drinku. Jeden drink zamienił się w bodaj pincet koktajli, trzy piwa i kebaba. Do hotelu wróciliśmy kole czwartej, a choć czas może obszedł się z nami łagodnie, to metryki jednak nie oszukasz – kolejny dzień spędziliśmy pochrapując na leżaku, wypiwszy uprzednio pół basenu.

Nie żeby spotkanie rodaków ino ciężkim pijaństwem zaowocowało. Napotkani Kaszubi skierowali nas na  położoną u stóp niewielkich, śnieżnobiałych klifów, usypaną z czekoladowego piasku Plażę Gubernatora.Spektakularne miejsce, choć  Anieśkę najbardziej zachwycił kształtny biust opalającej się topless turystki. Siara trochę, że nie mnie.

Z kolei Siergiej z naszej ulubionej knajpki Yianna Marie, doradzał nam odwiedzić niewielki zamek Kolossi i kolejne po Kato Pafos starożytne miasto – Kurion. Dobrze śmy zrobili słuchając go. Oba miejsca z pewnością wartę są wizyty, choć w Kurion przeżyliśmy chwile grozy. W zasadzie to ja przeżyłem, bo Anieśka ... a może po kolei.

Na chwilę krótką śmy się w Kurion rozdzielili. I ślad po Anieśce zaginął. Pół godziny latałem po antycznej sadybie jak kot z pęcherzem. Kilkakrotnie obejrzałem każdy zakątek, parking, toalety. Za pomocą trzystumilimetrowego obiektywu przyjrzałem się każdej sylwetce w czerwonej koszulce. Nic. Już snuć zacząłem wizję o Anieśce zakneblowanej na tylnym siedzeniu auta i rechoczących obleśnie tubylcach. Lub co gorsza leżącą gdzieś u stóp wzniesienie z rozbitą o kamień czaszką. Bez większych nadziei wróciłem jeszcze raz na parking. I ty! Ona se za takim murkiem przykucnęła i ... mrówkom pomaga znosić do domku fanty. I potem, że to ja mam tendencję do niesygnalizowanego oddzielania się od stada!

A jeśli komuś uda się rozpoznać opisane miejsca na zdjęciach, pomyślimy o jakiejś fotce-nagrodzie. Może będzie to poruszające ujęcie roznegliżowanej Anieśki na parapecie gdańskiej kamienicy, a może zabawne zdjęcie z kaszubskiego wesela.

Szczegóły do ustalenia.

-----------------------
*) Może nie dorycka. Może jońska. A może jeszcze inna. Jak się ktoś tego dokopie i zacznie się mądrzyć - klątwa na jego dom.

czwartek, 30 września 2010

Kartka z wakacji

Kochana Mamo, drogi Tato,

pisze do Was z wyspy. Nie nowina powiecie, ale nie z tej wyspy coscie mysleli. Wedlug wstepnych zalozen tegoroczne wakacje miarkowalismy spsdzic w Grecji, ale ze u nich ostatnio dosc krucho z kass, tosmy sie troche obawiali, ze nas juz na lotnisku oskubia z wszelkich przedmiotow wartosciowych i rejsem powrotnym odesla do Krainy Deszczowcow. Udalismy sie wiec w miejsce tak Grecji bliskie jak to tylko bylo mozliwe.

Cypr powital nas cieplym wieczorem i z biegu zdobyl nasze serca. Serdecznymi ludzmi, wysmienitym jedzeniem,  krystalicznie przejrzystym morzem i kapitalna pogoda, co deklaruje po jednym pelnym dniu pobytu. Za to spedzonym wyjatkowo aktywnie - na basenowym lezaku. Rozgrzewka to podstawa.

W naszym prywatnym rankingu hoteli, ktore przyjemnosc mialy nas goscic, Cypr wprowadzil niemale zamieszanie, na miejsce drugie spychajac barbadoski przytulek z widokiem na ocean. Pokoje sa przestronne, bar solidnie wyposazony, basen plytki, ale duzy i w fantazyjnym ksztalcie, a wszystko to schludne i dla oka bardzo przyjemne. Obsluga  stanowczo przeciwdziala rezerwowaniu lezakσw recznikiem o czwartej nad ranem, a o czesc rozrywkowa z powodzeniem dbaja James i Andy. Ten drugi ostatecznie przekreslil swoje szanse na pozytywna ocene na koniec pobytu, odkad pokonal mnie w turnieju ping-pongowym i dwukrotnie odeslal na lawke kar podczas wodnego polo. I raz Anieske. Za slownictwo.

Zgodnie z Waszymi zaleceniami regularnie przeciwdzialamy odwodnieniu organizmu. Korzystajac z happy hours w hotelowym barze wychylilismy wczora z wieczora sto czterdziesci jeden kolorowych koktajli. Moim ulubiencem zostal Rusty Nail – tequila i triple sec. Anieske jeden lyk zmarszczyl jak rodzynke.

Chcac pozostac w stalym kontakcie z barem mimo woli zostalismy widownia wieczorku dzieciecego, z clownem-iluzjonista i przyspiewkami rodem z Ciuchci i TikTaka. Jakim cudem trafilismy na scene? Nie do konca pamietam. Pamiκtam za to, ze pierwszy dzien mimo wszystko zakonczylismy jak dorosli. Nocna kapiela w Morzu Srodziemnym, przy blasku ksiezyca. Saute.

A jutro? Jutro jedziemy nurkowac. Instruktor za drobna dodatkowa oplata obiecal upozorowac wszystko tak, by wygladalo na wypadek.

poniedziałek, 26 października 2009

Uff

Tego urlopu nie mogłem się doczekać z wielu powodów. Z chwilą gdy Dudki wsiadły do samolotu powrotnego pełną parą ruszyły ostatnie, przygotowania do wieczoru kawalerskiego Ogóra. Dziesięć dni do godziny zero upłynęło więc na rezerwacjach, zaliczkach i szczegółach indywidualnego kontraktu oczytanej i wykształconej pani, która w kulminacyjnym punkcie imprezy zaprezentować miała odważną, letnią linię odzieżową (zdjęcie do wglądu po lewej). I na pracy, bowiem zbiegiem okoliczności każdego z  dziesięciu dzielących mnie od krótkiego pobytu w Polsce dni przyszło mi się meldować w magazynie.

Krótki pobyt w Polsce odbył się według schematu: przylot - wieczór kawalerski - kac gigant - kac umiarkowany - kac lekki - wylot połączony z szaleńczą jazdą z lotniska prosto do pracy.

Od tego momentu już tylko siedemnaście dni dzieliło nas od pierwszego od siedmiu miesięcy urlopu. I nic to, że piętnaście z nich znów przyszło mi spędzić w pracy, a dwanaście drepcząc za Anieśką po galeriach handlowych w poszukiwaniu weselnej kreacji. Im bliżej wyjazdu tym większą nerwowość wprowadzał pusty wieszak w szafie. Z jednej więc strony z niepokojem spoglądaliśmy na spadające z kalendarza kartki, z drugiej jednak pobyt w krainie deszczowców niebezpiecznie się przedłużał w kontekście punktów karnych i mandatów, które łapać począłem z alarmującą częstotliwością, najpierw pakując się przed obiektyw fotoradaru, a w dwa dni później dając się miejscowej władzy nakryć na jednoczesnym korzystaniu ze zdobyczy motoryzacji i telekomunikacji bezprzewodowej.

Ostatecznie, w centrum handlowym położonym najbliżej nas (które mimo to odwiedziliśmy jako dwudzieste  trzecie w kolejności) Anieśka znalazła nie jedną, a dwie kiecki. Po milion euro każda, do domu zabrać więc mogła tylko jedną. Wybór nie stanowił jednak żadnego problemu. Najprościej spytać mnie, która sukienka jest ładniejsza. I wziąć tą drugą.

Dzięki takiemu obrotowi sprawy zbiec mogliśmy do kraju, nim zdążyłem złamać kolejny paragraf ruchu drogowego na oczach miejscowej władzy. Od tego momentu tylko ogórkowe wesele, poprawiny i kolejnych kilkanaście kilometrów przedreptanych za Anieśką po galeriach handlowych w poszukiwaniu kostiumu kąpielowego dzieliło nas od słodkich dwóch tygodni nicnierobienia w słonecznej Turcji.

Turcja 2009 to w naszym wykonaniu starożytny Efez, śnieżnobiałe Pamukkale, tchnąca nieco czarnym lądem dolina rzeki Dalyan, tętniący życiem Gumbet, wąskie i zatłoczone plaże, doborowe towarzystwo, liche kebaby, kalambury, rejs po Morzu Śródziemnym, natrętni handlarze, podróbki każdej marki znanej średnio zorientowanemu Europejczykowi, a nade wszystkim basen, delikatne słońce i niekończące się drinki.

Dziwić nie może, że po takim urlopie ciężko powrócić do rzeczywistości, a nawet pisania bloga. Choć kolejny mandat za już w trzy dni po powrocie do krainy deszczowców z pewnością sprowadza nieco na ziemię.

piątek, 2 maja 2008

Piraci z Karaibów

Pierwszy urlop w Irlandii wzięliśmy ponad dwa lata temu. W połowie stycznia. Po półrocznym pobycie na Zielonej Wyspie. Z dwóch powodów był to wybór średnio trafiony. Po pierwsze primo trafiliśmy na zimę stulecia, w związku z czym, nawykli już bardziej do wilgoci niż do zimna, rozłożyliśmy się jeszcze zanim samolot dobrze wylądował na Okęciu. Po drugie primo już na początku roku wykorzystaliśmy połowę urlopowej puli, co mocno krępowało wyjazdowe ruchy na następne 11 miesięcy. Stąd, na zwołanym na krótko po powrocie kryzysowym zebraniu zarządu podjęliśmy kilka ważkich postanowień: latamy na krótko, nie latamy w zimie (za wyjątkiem świąt), każdego roku z pierwszym urlopem wstrzymujemy się tak długo jak to możliwe.

Dlatego też w tym roku dopiero w połowie kwietnia wsiedliśmy do samolotu, który nie zabrał nas jeszcze do Polski, bowiem czas gonił - na Barbadosie wszak od czerwca zaczyna się pora deszczowa. Zamiast tego więc wylądowaliśmy w Londynie, skąd czekał nas ośmiogodzinny lot na Karaiby. Choć  wydawałoby się, że to kupa czasu na rozważania nad własnym życiem, to jednak 12 filmów do wyboru i serwująca raz po raz jakieś atrakcje obsługa sprawiły, że podróż upłynęła w mgnieniu oka.

Barbadoskie początki nie były jeszcze łatwe. Najpierw pojawił się problem z bagażem i gdy już myśleliśmy, że zaginął podczas przesiadki w Anglii, nasze walizki pojawiły się na zupełnie innej taśmie. Później pojawił się problem z transportem do hotelu, bowiem jakimś cudem nie figurowaliśmy na liście miejscowego przedstawiciela biura podróży. Na szczęście kilka telefonów rozwiało wszelkie wątpliwości i 20 minut później siedzieliśmy na przestronnym balkonie z widokiem na Morze Karaibskie. I dalej już wszystko było jak w bajce. Rajskie plaże, palmy, niebo jak z obrazka, turkusowe morze (przyznaję, jak każdy mężczyzna znam tylko podstawowe kolory i nie mam pojęcia co to do cholery jest fuksja, czy turkus, niestety żaden z podstawowych kolorów nie jest w stanie opisać tamtejszego morza, więc pozostaje mieć nadzieje, że utrafiłem z porównaniem). No i oczywiście tamtejsze słońce, bajeczne, acz bezlitosne. Wystarczyło raz niechlujnie wysmarować czoło olejkiem do opalania, by na kilka dni zapomnieć o czesaniu włosów. Wiem co mówię!

Tubylcom też nie można w zasadzie niczego zarzucić. Choć trafiali się tacy, którzy za wskazanie drogi oczekiwali gratyfikacji finansowych, to większość jednak witała nas serdecznie, dopytywała jak podoba nam się Barbados, czy przyjedziemy tu ponownie, skąd jesteśmy i co to do cholery jest "poland". Żarcik. Wszyscy wiedzieli co to Poland, co po niektórzy nawet mogli się pochwalić szeroką wiedzą na temat Wałęsy i Solidarności. Nie mniej dla każdego, za wyjątkiem taksówkarza, który odtrasportował nas na lotnisko, byliśmy pierwszymi Polakami z jakimi mieli do czynienia.

Nieco gorzej przedstawiała się sytuacja z pracownikami tamtejszych restauracji, którzy, wychodząc najpewniej z założenia, że 10% za obsługę tak czy siak doliczane jest do rachunku, nie widzieli powodu, by silić się na uprzejmość. Choć też, zaznaczam, nie wszędzie. Znacznie lepiej wypadli natomiast uliczni handlarze badziewiem wszelakim. Nie mieli absolutnie nic z tej namolności i upierdliwości, do której zdążyli nas przyzwyczaić tubylcy w Maroko i Tunezji, a co najważniejsze rozumieli znaczenia zwrotu "no, thank you".

Trzy bite dni oddawaliśmy się więc słodkiemu nic nie robieniu, kursując w zasadzie na trasie plaża, basen hotelowy, knajpa, zanim w końcu zdecydowaliśmy się wypożyczyć samochód i wychylić nos poza St. Lawrence Gap. Runda na około wyspy, połączona z szaleńczym wypadem w głąb lądu zaowocowała widokami jak z bajki. Do pięknych plaż zdążył już nas Barbados przyzwyczaić, jednak w centrum kraju, gdzie nie wjechały jeszcze buldożery, istnieją miejsca, gdzie przysiągłbym musiał być pierwotnie raj. Połączenie hebanów, bananowców, lian niczym z filmów o Tarzanie i masy innej roślinności, której w życiu na oczy nie widziałem, a które na myśl przywodzą dziką dżungle z małymi domkami umieszczonymi w skalnych niszach i praniem suszącym się na rozciągniętym między palmami sznurku to iście surrealistyczny widok. Nawet tam jednak ludzie wiedzieli, co to "poland", nie mniej wymagali podpowiedzi w postaci papieża, co nie mogło się nie powieść, bowiem Barbarzyńcy są ludźmi głęboko wierzącymi. W niedziele większość sklepów i część restauracji pozostaje zamknięta, a cała wyspa drży od śpiewu baptystów.

Nawet małpę, która cudem uszła spod kół naszego autka, należało traktować w kwestii atrakcji turystycznej.

Dnia następnego ponownie ruszyliśmy w teren, tym razem z wycieczką zorganizowaną. Wylądowaliśmy  m.in. w rezerwacie dzikich zwierząt, gdzie zupełnie bezstresowo, na odległość wyciągniętej ręki od nas spacerowały gigantyczne żółwie, dziwaczne krzyżówki zająca z psem, bliżej nieokreślone nieparzystokopytne, a w cieniu odpoczywały krokodyle (sic!).

Nie można też zapomnieć o wyprawie na Miami Beach (z pewnością nie zapomni mi tego Anieśka) - plażę, którą na podstawie zdjęcie w hotelowej broszurce uznałem osobiście za wartą pótora godzinnego marszu. Po powrocie i ponownym przestudiowaniu broszurki nawet ja musiałem przyznać, że nie wiem o co mi chodziło.

Ostatniego dnia, już po wymeldowaniu się z hotelu, wobec ponad pięciu godzin dzielących nas od wylotu udaliśmy się do parku oceanicznego, do którego wybieraliśmy się niemal codziennie, zawsze coś jednak stawało na przeszkodzie. Nie inaczej było i tym razem, bowiem w efekcie szału ostatnich zakupów zameldowaliśmy się w parku z budżetem o 10 barbadoskich dolarów niższym niż cena wejściówek. I bez karty płatniczej. Na szczęście Miła Pani z Kasy, widząc zapewne jak ze spuszczoną głową, jako skarbnik wycieczki słucham wyrzutów Anieśki, zdecydowała się sprzedać nam bilety grupowe, na które gotówki mieliśmy w sam raz.

I całe szczęście, bo w parku oceanicznym było co oglądać. Anieśka, machając palcem nad akwarium, próbowała zwrócić na siebie uwagę wyjątkowo rozleniwionych rybek, póki nie dostrzegła tablicy z napisem "piranie". Akcja żywcem wzięta z kreskówek. Były płaszczki, były rekiny, był Nemo, była Dori, był nawet wciąż trzymający ster szkielet. Tylko delfinów nie było, ale po tym jak wszamałem w jednej z restauracji stek ze wspomnianego i tak nie miałbym odwagi spojrzeć im w oczy.

I na tym pobyt na Karaibach dobiegł końca. Po stronie minusów wspomnieć można jedynie pięciogodzinne przesunięcie czasowe, do którego do końca wyjazdu nie zdołaliśmy się przyzwyczaić. Pierwszego dnia po ciężkiej walce ze snem skapitulowałem o 21, co uważam za niezły wynik, bowiem Anieśka waląc wszystko w czapkę pochrapywała już od 19. Choć dzięki temu sezon plażowy otworzyliśmy uroczyście o 6 rano.

Mógłbym się jeszcze przyczepić do malutkich porcji w restauracjach, ale to znowu po stronie plusów otwierało nowe możliwości w kwestii przystawek i deserów. Dla mnie, bo maleńki anieśkowy żołądek po sam dekiel zapełniała zupa i dziecięca porcja latającej ryby.

Dziękuję za uwagę i oddaję głos naszemu fotoreporterowi.

niedziela, 16 lipca 2006

A czas sobie płynie banalnym tik tak...

Ani się człowiek obejrzał, a tu pierwszą okrągłą rocznice obchodzić przychodzi. Dokładnie rok temu, o tej porze, na przystanku autobusowym w Dublinie sączyłem trzecią już bodaj puszeczkę Tatry, pilnując dobytku i dwóch drzemiących na ławce kobiet, jednocześnie walcząc z wciąż przybierającymi na wadze powiekami. Rok czasu gości już Irlandzka Telenowela na ekranach komputerów, a jako, że ceny mieszkań w Polsce rosną niewiele szybciej niż stan mojego konta nie zanosi się na prędkie zdjęcie z anteny. Dziękie drodzy czytacze za te 6171 odsłonięć i wstydźta się tych 169 komentarzy :).
Do Irlandii tymczasem zawitało lato. Temperatura sięgnęła 25 stopni i wg zaskoczonych meteorologów stan ten potrwać ma conajmniej do końca przyszłego tygodnia. Pogoda zaskoczyła Irysów nie mniej niż zima polskie służby drogowe. Masowo wyemigrowali z pubów i z butelką piwa w jednym ręku i nylonową łopatką w drugim siedzą w domowych ogródkach pośpiesznie obracając hamburgery na grillu i raz po raz podejrzliwe zerkając na niebo w poszukiwaniu pierwszych oznak deszczu.
Na jutro planujemy wypad nad irlandzkie morze. Nie żeby to coś oznaczało. Będzie to już trzecia niedziela z rzędu, którą planujemy spędzić nad morzem, a jak dotąd morskiej wody nawet nie powąchałem. Do trzech razy sztuka jak to się mówi, a jak się znów nie powiedzie odbijemy to sobie za miesiąc, gdyż kierowani zamiarem wyrównania strat z zeszłych wakacji, które to w całości spędziliśmy na ciężkiej pracy, postanowiliśmy wybrać się w tym roku gdzieś, gdzie morze jest błękitne niczym w filmach o rozbitkach, słońce praży nonstopicznie, a w knajpach na plaży serwują bliżej nieokreślone, kolorowe drinki z parasolkami. I tak z dniem 12 sierpnia roku pańskiego 2006 wkraczamy na pokład samolotu, który według planów załogi wysadzić ma nas nie gdzie indziej niż w .... Tunezji. Dobrze mi to zrobi bom blady już jak dupa po ciężkiej sraczce, a mimo usilnym namowom kumpla wizyta w solarium wciąż pozostaje nie do przełknięcia dla mojego poczucia męskości.
Jako, że jak już na początku wspomniałem do ostatniego odcinka Irlandzkiej Telenoweli wciąż daleko, pracujemy wciąż z Anieśką by poczuć się na wygnaniu choć trochę jak u siebie. Dlatego też pojawiają się w naszym domu mniejsze bądź większe duperele, a ostatnio zamarzył mi się na ścianie plakat Salvatore Dali 'Uporczywość pamięci'. Tych którzy ze sztuką mają tyle wspólnego co Jarosław K. ze słownością zapraszam w celach naukowo-poznawczych pod ten link. Dodam, że plakat jest w Irlandii jak większość, rzeczy które mają niefart mi się zamarzyć nie do dostania. Od czego jednak mam Anieśkę. Któregoś pięknego dnia, gdy jak zwykle z powodu braku czasu wybór obiadowy padł na mrożoną pizze udałem się wzorem naszych praojców na polowanie do Tesco. Wyposażony w wyrób Dr. Oetkera wróciłem do domu, zgodnie z instrukcją na pudełku ustawiłem temperature piekarnika na 220 stopni, odczekałem 20 minut uchyliłem drzwiczki i ... oczom moim ukazał się widok żywcem ze wspomnianego plakatu. Bo oto okazało się, że któregoś wieczora Anieśkę wyjątkowo rozdrażniło tykanie budzika i piekarnik wydał się jej miejscem wprost wymarzonym by go schować. Bez komentarza :).