Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kilimandżaro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kilimandżaro. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 marca 2011

Grande Finale

Porterzy budzą nas przed północą. Po mojej gorączce szczęśliwie nie ma śladu, niemniej ledwo przeciskam się przez wyjście z namiotu, ze względu na liczbę warstw odzieży, które mam na sobie: bielizna termoaktywna (góra i dół), cienki golf, cienki polar, spodnie dresowe, gruby polar oraz spodnie i kurtka z membraną. Prezentuję się jak ludzik Michelin. Zabieramy z mesy bidony z ciepłą wodą i ... zaczyna się.

Z początku sielanka. Owszem jest ciemno, zimno i jakby nieco pod górę, ale ... jest noc i wchodzimy na najwyższy szczyt Kilimandżaro - ciężko mówić o zaskoczeniu. Z resztą po kilkuset metrach ciśnienie krwi wzrasta i zimno staje się zupełnie nieodczuwalne. Na pierwszym postoju rezygnuję z cienkiego polara, w spodniach dresowych pozostając jedynie, by zaoszczędzić Bogu ducha winnym przechodniom widoku moich kalesonów. Gdy wkraczamy na główną arterię prowadzącą na Uhuru, rozstępują się także ciemności. Ludzi na trasie jest więcej niż na otwarciu nowego hipermarketu. Każdy ma czołówkę na głowie, więc ścieżka oświetlona jest jak Nowy Świat w piątkowy wieczór.

No więc idziemy. Ktoś zaczyna coś nucić, ale Maciek miłosiernie radzi oszczędzać oddech. Jacek z kamerą w garści skacze wokół nas jak kozica, domagając się opinii i komentarzy. Chłop jest nie do zdarcia. Anieśce to jednak nie imponuje i ... hmm grzecznie prosi, by oddalił się z prędkością rosnącą wykładniczo. Po chwili do prośby dołącza się Beata. Kostek zostaje karnie zesłany na koniec szeregu, niektórzy bowiem chcieliby się górskim powietrzem rozkoszować. Podejście wydaje się póki co zaskakująco łatwe, nikt jednak nie mówi tego na głos. Zwykle po tego typu słowach następuje błysk, grzmot i gradobicie, spojrzenia wszystkich skupiają się na ich autorze i słychać szczęk noży sprężynowych.

Na nic się jednak zdaje nasza wstrzemięźliwość. Po chwili zrywa się silny wiatr. Przestaje być przyjemnie. Na szczyt wchodzimy zygzakiem, więc raz wiatr mamy z boku, a raz wieje prosto w twarz. Mam zapchany nos, a za każdym razem, gdy otwieram usta, lodowaty podmuch wyrywa mi oddech z płuc. Membrana skutecznie chroni przed zimnem, ale twarzy właściwie nie czuję. Na kolejnym postoju wciągam drugą parę rękawiczek. Idziemy noga za nogą, ale Aloyce stara się tracić jak najmniej czasu. Nawet nie zdążam sięgnąć po bidon, a już zarządza wymarsz.

Co i rusz spoglądam w górę. Do krawędzi krateru wydaje się niedaleko, ale wcale nie bliżej niż godzinę temu. Oglądam się na Anieśkę. Idzie twardo, ale mruczy coś pod nosem. Później się dowiem, że powtarza w kółko: 'Boże nie pozwól mi odmrozić nosa, mam taki ładny nos!'.

Ja nosa ładnego nie mam, taki kartofel trochę. Nie żebym gotów był go stracić, ale bardziej martwię się o dłonie. Mimo dwóch par rękawiczek koniuszki palców nieznośnie szczypią z zimna. Będzie to nauczką na przyszłość. Na ciężkie warunki tylko rękawiczki na dwa palce.

Na kolejnym postoju znów nie udaje mi się sięgnąć po bidon ani schowanego w kieszeni spodni batonika. Pomagam Anieśce naciągnąć rękawy kurtki na rękawiczki i już rozlega się 'time to go'. Jacek z jedną nogą w spodniach rozgląda się nerwowo. 'Jeszcze nie!', krzyczymy, ale przewodnik już wraca na trasę. Markowi puszczają nerwy. W kilku żołnierskich słowach informuje przewodnika, co myśli o tym pośpiechu. Jacek w tym czasie pośpiesznie dopina spodnie i ruszamy dalej.

Krawędź krateru wydaje się być za następnym wzniesieniem. W dole rozjarzona czołówkami, zygzakowata ścieżka srebrzy się jak łańcuch na choince. Co i raz oglądamy się nie tyle by podziwiać widok, co choć na chwilę odwrócić się tyłem do nie słabnącego wiatru.  

Gdy wydaje się, że droga na szczyt nigdy się nie skończy, niespodziewanie stajemy na brzegu wulkanu Kibo. Wiatr jakby słabnie, a może to pulsująca w żyłach adrenalina, bo od Uhuru dzieli nas tylko dwadzieścia minut nie specjalnie stromego podejścia krawędzią krateru. Za nami jaskrawa kreska na horyzoncie zapowiada wschód słońca. Robi się cieplej. Zmęczenia całkowicie nas opuszcza.

- Yhhyymhhyhhyy! - zagaduje Kostek
- Mmho? - pytam, ale już wiem. Smagana przez kilka godzin wiatrem usta nie pozwalają wyartykułować, co myśli głowa.

Po chwili docieramy do desek znaczących szczyt Uhuru. Jesteśmy na najwyższym punkcie kontynentu afrykańskiego - 5895 m n.p.m.

Ileż było planów odnośnie tego momentu. Zdjęcia, filmy, palenie cygara, zbieranie kamyków. Na szczycie jednak spędzamy kilkanaście minut i przewodnicy gonią nas niecierpliwie na dół. Pośpiech ten staje się coraz bardziej irytujący, ale wszystko to najpewniej dla naszego dobra. Nie wiadomo jak organizm zareaguje na dłuższy pobyt na tej wysokości.

Po sześciu dniach wspinaczki, teraz czeka nas półtora dnia zejścia. Na dole czeka Jerzy ze zgrzewką ciepłego piwa.

I prysznic.

*   *   *

Powrót do hotelu bynajmniej nie zakończył atrakcji w Tanzanii. Przed nami jeszcze trzy dni w afrykańskim buszu, nie po to jednak cykałem zdjęcia jak japoński turysta na prozacu, żeby teraz się na ten temat produkować.

Kurtyna.

czwartek, 17 marca 2011

Dzień V

Sen w obozie Karanga mam ciężki. Zbyt późno dostrzegamy, że namiot nasz rozbity jest na spadku. W efekcie o świcie budzę się na plecakach. Anieśka na mnie. Dwie maty samopompujące uśmiechają się szyderczo. A może to po porostu wysokość.

Po wyjściu z namiotu mało nie wpadam na ... Kilimandżaro. Przysiągłbym, że jeszcze wczoraj go tu nie było. Takie słoneczne poranki po pochmurnym dniu niosą wiele niespodzianek. Także w kwestii śniadania - dziś będzie pożywna owsianka.

Kostek z niepokojem dopytuje się, czy wszystko ze mną w porządku. Później zrozumiem jego troskę. Pod wpływem wysokości woda ma tendencje do zbierania się pod skórą, co często uwidacznia się jako nienaturalne puchnięcie twarzy. Ekipa bezlitośnie odgania mnie od zdjęć zbiorowych, bowiem facjatą przysłaniam Kili w tle.

Po chwili ruszamy do ostatniego obozu. Droga jest krótka. Okolica na myśl przywodzi skalisty, meksykański step. Kilimandżaro już trzy dni temu wydawało się w zasięgu ręki. Teraz nieustannie towarzyszy nam po naszej lewej. Jest tak blisko, że niemal czuć zimny powiew z nad lodowca Kibu. Różne wątpliwości przewijały się w naszych dotychczasowych rozmowach. Teraz jednak nikt nie wierzy, że cokolwiek mogłoby nas zatrzymać. Aloyce twierdzi, że Kili zdobywa się głową. Choroba wysokościowa tylko w rzadkich, skrajnych przypadkach - gdy doprowadza do odmy płucnej lub mózgowej - fizycznie uniemożliwia zdobycie szczytu. Zwykle człowiek przegrywa z własnym brakiem determinacji. Naszą determinację można by pociąć w bloki i eksportować jako surowiec budowlany.

Po dwóch godzinach marszu stajemy u stóp ostatniego stromego podejścia. Jeszcze tylko ostatni wysiłek i docieramy do obozu Barafu. Ludu jest siła.

- Jambo - pozdrawia nas dwóch tragarzy.
- Jambo - odpowiadamy.
- Habari yako? - pyta Anieśka, która pod okiem Florensa odbywa przyspieszony kurs suahili.
- Mzuri! - zapewniają porterzy szczerząc białe jak śnieg zęby.

W obozie próżno szukać choćby skrawka ziemi. Całe podłoże usypane jest płaskimi kamieniami, nierzadko wielkości płyt chodnikowych. Tragarze wiążą do nich linki namiotów, śledzie w Barafu są zupełnie bezużyteczne. My z kilku kamieni montujemy zestaw wypoczynkowy z widokiem na mniejszego brata Uhuru - Mawenzi. Na pełnym relaksie upływa nam czas do kolacji. Po ostatniej wieczerzy w namiocie zjawia się Aloyce z finałową mową motywacyjną. O mowie motywacyjnej Aloyce`a nie było tu jeszcze wzmianki, a poświęcić można by jej oddzielną notkę. Nasz przewodnik każdego wieczora zwykł zaczynać od słów: 'for me, I would like to say: thank you; for the support you give us, for your hard work on a track', a kończył słynnym już: 'asante sana (dziękuje bardzo), lala salama (dobranoc)'. To co było pomiędzy sprawiało, że gotowi byliśmy zarzucić plecaki i ruszyć na szczyt choćby zaraz. Gdyby Franz zatrudnił go do prowadzenia odpraw przedmeczowych, nie byłoby na nas mocnych.

Po kolacji dopadają mnie dreszcze i gorączka. Faszeruje się paracetamolem i ładuję pod pierzynę.

Za dwie godziny atakujemy szczyt...

środa, 9 marca 2011

Dzień IV

O świcie obóz Barranco rozbrzmiewa głośnym sto lat. Marysia obchodzi dziś urodziny. Uczcimy to póki co dodatkową porcją owsianki. Na większą ekstrawagancję pozwolić sobie w tej chwili nie możemy, bowiem czeka na nas Barranco Wall - niemal pionowa, trzystumetrowa* ściana skalna. Jest to jak do tej pory najtrudniejszy technicznie odcinek trasy. Wąska ścieżka prowadząca na górę absolutnie uniemożliwia wyprzedzanie, więc obóz opuszczamy wcześniej niż zwykle, by uniknąć kolejek. W korzystnych warunkach pogodowych Ściana Barranco, przy zachowaniu odrobiny rozsądku, nie stanowi większego ryzyka. Jednak w deszczu, na mokrych skałach bardzo łatwo się poślizgnąć, a wtedy ... połowę odcinków Mody na sukces może przed oczyma przelecieć, nim gruchnie się o kamienie na dole.

Szczęściem pogoda nam sprzyja - jest sucho i bezwietrznie. Maciek uczula, by na trudniejszych odcinkach zachować trzy punkty podparcia, tzn w każdym momencie trzy kończyny dotykają skały. Idzie jak po maśle, choć panie mocno się tej chwili obawiały. Zapewne na skutek demonicznej propagandy Jerzego, który najwyraźniej uważał, że lepsze miłe zaskoczenie, niż pełne spodnie już na początku wspinaczki.

Ścianę Barranco pokonujemy w dwie godziny. Z góry roztacza się piękny widok. Tak w każdym razie zakładamy na podstawie niewielkiego prześwitu między chmurami. Dalej jest już z górki. Nie dosłownie. Łagodnym trawersem obchodzimy górę, aż do doliny Karanga. Tam też znajduje się ostatnie źródło wody. Z wąskiego strumyczka tragarze targają baniaczki do znajdującego się dwieście metrów wyżej obozu Karanga, a także do następnego - Barafu Camp na wysokości 4 600 m n.p.m.

Dzisiejszy odcinek nie jest specjalnie wyczerpujący. Część ekip zatrzymuje się w Karanga Hut tylko na krótki popas, po czym rusza do następnego obozu. My jednak zostajemy na noc. Jerzy planując wyprawę do serca wziął sobie pole-pole. Być może właśnie dlatego jego grupy maja tak duży współczynnik wejścia na szczyt - bliski stu procentom, podczas gdy średnia dla Uhuru Peak wynosi pięćdziesiąt procent.

Do zabicia jest sporo czasu, bowiem do obozu docieramy w południe. Szybko znajduje się butelczyna koniaku, w intencji jubilatki. Marysia, jak się okazuje, z samego Poznania targała na plecach urodzinowe bombonierki, także impreza się rozkręca.

Ja świętuje także swoją małą okazję: w obozie Karanga opuszczają mnie problemy żołądkowe.

Teraz nie może się nie udać...

*) Ja to, kurcze, tych trzystu metrów nie jestem taki pewien. Dałbym dwieście, ale przeczesując świat www tylko na taką liczbę się natknąłem...

wtorek, 8 marca 2011

Dzień III

Noc spędzona na wysokości niemal 4 000 metrów każdemu daje w kość. Na śniadaniu stawiamy się zziębnięci jeszcze przed świtaniem. Owsiankę wciągamy na pełnej szybkości, na zewnątrz bowiem za chwilę rozpoczyna się spektakl. Poranek jest bezchmurny co pozwala napawać się kapitalnym widokiem. W dali Meru już stoi w słońcu, cały obóz jednak spowity jest cieniem wielkiej góry. Nie na długo. Granica słońca i cienia mknie w naszym kierunku. Po chwili grzbiet Kilimandżaro rozjarza się i zza masywu wychodzi słońce. Momentalnie robi się ciepło. No jak w bajce jest.
Nie ma jednak czasu na pospieszne nawet kreślenie poematów opiewających piękno tanzańskiego krajobrazu. Przed nami pierwszy trudny odcinek trasy. Dzisiaj przekraczamy 4 000 m n.p.m. Reakcja organizmu na zmniejszającą się zawartość tlenu w powietrzu dla każdego niemal jest zagadką.
Po opuszczeniu Shira Camp krajobraz zmienia się. W tyle zostają wielkie wrzosy, a wokół nas nic tylko skalne pustkowie. Kilimandżaro wydaje się na wyciągnięcie ręki. Ciężko uwierzyć, że jeszcze trzy dni muszą minąć zanim staniemy na szczycie.
Do samego Lava Tower na wysokości 4 600 m n.p.m. nikt nie odczuwa żadnych dolegliwości. Jedynie Marek zostaje w tyle ze względu na niedawny uraz kręgosłupa. Dopiero po interwencji grupy zgadza się zostawić plecak tragarzowi.
Do tej pory najwyższym szczytem jaki zdobyłem był słowacki Chopok (2039 m n.p.m.). Rekord życiowy pobiłem więc zanim dobrze opuściliśmy bramę parku narodowego i poprawiałem go z każdym krokiem. Anieśka, nieświadoma doniosłości chwili, nowa życiówkę ustanowiła jeszcze w busie. W tej chwili licznik zatrzymał się dla nas obojga na 4 600 m, bowiem z Lava Tower ruszamy do obozu Barranco, położonego niemal siedemset metrów niżej. 
Paradoksalnie pierwsze objawy choroby wysokościowej pojawiają się w trakcie drogi w dół. Nic poważniejszego niż delikatny ból głowy, choć część ekipy wzbudza niepokój ...śpiewając kolędy.
Zejście nie jest bynajmniej lekkie i przyjemne. Mocno obciąża stawy kolanowe i zaprzęga do ciężkiej pracy partie mięśniowe, które do tej pory bezrobotne pokpiwały z uwijającego się w pocie czoła czterogłowego. Mimo, że zrobiliśmy tego dnia raptem siedem kilometrów na miejscu czuję się jak koń po Wielkiej Pardubickiej. Maciek radzi mi wykonać kilka ćwiczeń rozciągających.
Na co dzień biegam, pływam, kopię piłkę i o rozciąganiu, wydawało mi się, to i owo wiem. Z błędu wyprowadza mnie Jacek, który w prawdziwym życiu trenuje jogę. Rzuca mi kilka wskazówek, poprawia postawę i po chwili Anieśka z Kostkiem wypadają z odsieczą z namiotu* uzbrojeni w noże stołowe. Pierwszy raz pozwoliłem facetowi dotknąć moich pośladków i przyznać muszę niechętnie, że było warto. Po bólu mięśni nie został nawet ślad.
Podczas, gdy ja pozwalam, Jackowi robić ze sobą rzeczy, na jakie nie pozwoliłbym Anieśce, Marek zażywa kąpieli w pobliskiej rzeczce. Zazdrość wzbudza wśród ekipy maszerując czysty i zrelaksowany przez obóz, nikt jednak nie decyduje się pójść jego śladem. Jest wieczór, 3 930 m n.p.m., zimno jak w suwalskim. Nawilżane chusteczki znów będą musiały zastąpić prysznic i gąbkę.
To już trzeci dzień bez kąpieli. Nic dziwnego, że w takj gęstej atmosferze zasypiamy jak dzieci jeszcze przed 22.

*) Z namiotu-stołówki. Nie żeby na wysokości jakieś rozluźnienie obyczajów nastąpiło

piątek, 4 marca 2011

Dzień II

Drugi dzień trekkingu rozpoczynamy znów o szóstej. Na śniadanie owsianka. Ponoć jest kapitalnym rozwiązaniem z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego organizmu, ale wygląda jak coś co trzymane powinno być z daleka od stołu.
Nim jednak zasiadamy do śniadania o mały włos nie dochodzi do linczu. Maciek swoim nocnym chrapaniem naruszył śnieżną czapę Kilimandżaro. Podobno. Na pewno spędził sen z oczu części ekipy. Tylko grupa integracyjna znad basenu spała jak zabita. Znaczy kolejne zwycięstwo doświadczenia nad rozsądkiem.
Nim ruszymy w dalszą trasę opuszcza nas Jerzy – organizator wyprawy. Z powodu nagłej i rzadkiej przypadłości nie może wejść wyżej niż 3 000 m n.p.m. Przewodnikiem stada zostaje Maciek, w uznaniu ubiegło nocnych dokonań zwany również tartakiem.
Kolejny odcinek znów nie jest wymagającym. Las deszczowy ustępuje miejsca wielkim jak jabłonie wrzosom (sic!). Pogoda nam dopisuje. Krótko po opuszczeniu obozu wchodzimy ponad pułap chmur. Nad nami tylko błękit nieba, w tyle z białego dywanu wynurza się wierzchołek Mount Meru. Jacek proponuje grę: każdy wymienia kolejno dwusylabowe słowo na ‘k’. Dwie pierwsze propozycje nie są trudne do przewidzenia. Niewiarygodne, że coś tak prostego dostarcza nam rozrywki na kilka godzin. Kilometry lecą praktycznie niezauważone. W końcu znów wchodzimy w chmury. Robi się chłodno, temperatura spada o średnie 0,6 stopnia Celsjusza na każde pokonane sto metrów wysokości. Do drugiego obozu docieramy w samą porę, by schronić się przed padającym gradem. Prawdopodobnie tylko złe warunki pogodowe pozwalają uniknąć walki o namioty najbardziej oddalone od Maćka.
Wraz z Kostkiem i Jackiem rozrzucamy karty. Każdy z nadzieją odrobienia choć cząstki kosztów wyjazdu. Po dwóch godzinach ruszamy na spacer do położonej dwieście metrów wyżej Shira Hut. Ma to w drobnym stopniu ułatwić aklimatyzację zgodnie z zasadą: wchodzić wyżej spać niżej.
Noc jest pierwszym sprawdzianem dla naszych śpiworów. Temperatura spada trzy kreski poniżej zera. Podobnież przy bezwietrznej pogodzie w namiocie jest siedem stopni więcej niż na zewnątrz. To daje cztery stopnie Celsjusza. Mniej więcej tyle, co na środkowej półce standardowej lodówki.
Śpiwory w zasadzie zdają egzamin, ale przyzwyczajony do spania w pozycji człowieka witruwiańskiego, bez przerwy wyciągam przez sen uwięzione ręce i budzę się wciąż ze zmarzniętymi ramionami. Anieśki nawet nie widać. Gdyby nie miarowy oddech nie byłbym pewien, czy jest tam gdzieś pod warstwą pościeli. Dobrze chociaż, że Maćka nie słychać, ale to pewnie dlatego, że Marek zostawił w namiocie włączony agregat prądotwórczy.
Albo coś równie hałaśliwego.

czwartek, 3 marca 2011

Kili starts here

Pobudka zagrała o szóstej. Byłaby znacznie przyjemniejsza, gdybyśmy się poprzedniego wieczora nie integrowali do trzeciej w wąskim gronie nad basenem. Nocną kąpiel na waleta też mogliśmy sobie odpuścić, ale w górach należy nauczyć się ufać bardziej doświadczonym kolegom. Jeśli Marek, który wspina się od ćwierć wieku twierdził, że to dobry pomysł nie wypadało się nam gołowąsom nie zgodzić.
Niemniej po szybkim śniadaniu i krótkim oczekiwaniu na jednego z uczestników, który poprzedniego wieczora spakować się nie mógł bowiem do późnych godzin gościł pewną Tajkę zatrudnioną przez hotel na umowę-zlecenie, ruszamy na spotkanie z przeznaczeniem.
Na trasie pierwszy widzimy na co się porywamy. Wielki masyw Kilimandżaro majaczy na płaskim po za tym horyzoncie.
- Możecie mi przypomnieć czyj to był pomysł? - wzdycha Anieśka.
- Twój! - odpowiadamy z Kostkiem chóralnie nie odrywając  nosów od szyby.
Po godzinie jazdy docieramy do bramy Machame na wysokości 1800 m n.p.m. Po napełnieniu bidonów i wpisie do księgi wyjść, ruszamy pod górę. Pierwszy odcinek trasy nie jest wymagający: ubita ścieżka po obu stron zabezpieczona drewnianymi belkami biegnie środkiem lasu deszczowego szczęśliwie tylko z nazwy, słonko przebija przez korony drzew, ptaszki ćwierkają... ot, czerwcowy weekend z rodzinką w Lesie Kabackim.
Niemniej widok pierwszego obozu, na wysokości 3 000 m n.p.m. witam z ulgą i radością. Zwłaszcza widok obozowych latryn, bowiem od przeszło godziny w mym żołądku dochodzi do niepokojących erupcji. Nie wiadomo czy winić za to diuramid, czy kolację w hinduskiej knajpce.
Wieczorem zza chmur wychodzi wierzchołek Kilimandżaro, ale nie mam czasu napawać oczu, bowiem wygódka oddalona jest o sto metrów. Biegiem może osiemdziesiąt, ... ale może być zajęta.

wtorek, 22 lutego 2011

pole-pole

Zdaniem Aloyce`a sekretną bronią w starciu z Kilimandżaro jest pole pole, co w języku suahili oznacza powoli. Aloyce był naszym tanzańskim przewodnikiem. Na dach Afryki wchodził przeszło sto razy, toteż nierozsądnie byłoby się z nim sprzeczać. Miejscowi poszli nawet krok dalej i z pole pole uczynili filozofię życiową. I mówiąc miejscowi nie mam na myśli samych Tanzańczyków, a wszystkich hmmm ... afro-afrykanów. Łącznie z tymi, którzy z czarnego lądu wyemigrowali. Gdy czarnoskóra lejdi w naszym TESCO wydaje mi resztę, miewam uzasadnione obawy, czy aby zdąży przed zamknięciem sklepu.

Blednie (jeśli wolno mi się tak wyrazić) jednak czarnoskóra lejdi, przy nie skażonym europejskimi wpływami rdzennym masaju. Kupuje w sklepie kartkę pocztową. Kartka kosztuje ichniejszych szylingów siedemset. Wręczam Pani tysiąc i ... najwyraźniej przestaję na kilka minut istnieć. Pani miętosi w dłoniach banknot jednocześnie prowadząc leniwą rozmowę z koleżanką. Po chwili pieniądze lądują w kasetce a pani ewidentnie uważa transakcję za zakończoną.

- Przepraszam, czy dostanę moją resztę? - bąkam nieśmiało.
- Nie mam drobnych - odpowiada pani nawet nie podnosząc na mnie wzroku.
- A zamierzała mi pani na jakimś etapie o tym powiedzieć, czy czekała pani, aż zgłodnieję i sobie pójdę?

Pani tylko wzruszyła ramionami.

A z tym głodem to nie do końca żart był, bowiem w hotelowej restauracji meldować sie należało na długo zanim żołądek zaczynał domagać się swoich praw. Oczekującym na posiłek gościom w oczy zaglądało widmo śmierci głodowej. Śmialiśmy się, że jeśli ktoś zamawiał do obiadu pieczywo, chłopaki lecieli na pole siać żyto.
Podczas pożegnalnej kolacji  zamówiliśmy z Anieśką przystawki i ruszyliśmy posurfować po necie. Ciupek śmy się przeliczyli i gdy wróciliśmy do stołu nasza ekipa już w najlepsze wcinała startery. Tylko mój talerz wciąż święcił pustką. Zagadnąłem w temacie kelnera.
- A co pan szanowny zamawiał? - zainteresował się.
- Szaszłyki.
- Szaszłyki!? - Bogdan podniósł głowę znad obgryzionych patyczków - Tak czułem, że dostałem więcej niż zamówiłem.
Bardzo się stratą szaszłyków nie przejąłem, bowiem właśnie nadchodziło danie główne, a otrząsnowszy się wreszcie po podstępnym ataku wirusa, mogłem sobie pozwolić ma kufelek zimnego z pianką i porcję lodów.
Gdy na stół wjechał długo oczekiwany deser, znów ogarnęła nas wesołość. Szału nie było. Jedna kulka, żadnych kolorowych posypek, żadnych czekoladowych wiórków, tudzież rurek bądź innych finezyjnych dekoracji. Ze względu na późną porę w restauracji pozostały ostatnie niedobitki. Mimo to na lody czekaliśmy pół godziny, a niczym nie zrażony kelner natychmiast ochoczo przystąpił to pobierania należności za nie wliczone w wyżywienie napoje. Wręczyłem Korzeniowskiemu dziesięć tysięcy i zająłem się lodami. Po chwili wrócił, wręczył nieco zbitemu z tropu Jackowi kilka banknotów i zaczął się szykować go do odwrotu, ale go powstrzymałem.
- Przepraszam, a ja dostanę resztę?
- Jaką resztę?
- Tą z dziesięciu tysięcy, które wręczyłem panu za piwo.
Kelner przyglądał mi się przez dłuższy moment, aż iskierka zrozumienia wyrżnęła go prosto w czoło. Wrócił do Jacka, który bez walki zwrócił pieniądze, po czym z przepraszającym uśmiechem wyciągnął w moim kierunku cztery tysiące szylingów.
- To chyba troszkę za mało - zasugerowałem grzecznie - piłem tylko jedno piwo.
- Oczywiście - powiedział dorzucając jeszcze dwa tysiące.
- Kurczę, trochę się gubię. Ile u państwa kosztuje piwo?
- Trzy tysiące szylingów.
- W takim razie sądzę, że należy mi się jeszcze tysiąc - podpowiedziałem po chwili, widząc, że kelner sam wniosków nie wyciągnie.
- A tak, przepraszam, to kucharz mnie wprowadził w błąd - wyjaśnił wreszcie.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z istnienia instytucji napiwku, ale jak ostatni raz sprawdzałem był on dobrowolny i zwykle jest wyrazem zadowolenia z obsługi...
I żeby nie było, że się skarżę. Ich kraj, ich kultura i ich zasady. Pole pole ma w sobie coś właściwego, coś naturalnego. Zwłaszcza w zderzeniu z naszym europejskim schnella schnella. Patrząc na nie spieszących się z niczym i donikąd Tanzańczyków, nagle zapragnąłem znaleźć się na zacisznej działeczce w Borach Tucholskich, zostawić za sobą telefon, laptopa i cyfrową lustrzankę, położyć się w cieniu jabłonki z książką w jednym, zimnym piwem w drugim ręku i Anieśką zakneblowaną na werandzie.
Nawet śmy tego pole pole chcieli spróbować, ale się okazało, że to coś z kategorii 'nie róbcie tego sami w domu'. W czasie przesiadki powrotnej w Amsterdamie chyżo ruszyliśmy do irlandzkiego pubu, by zwilżyć wysuszone klimatyzacją gardła. Trochę śmy się zasiedzieli i w końcu Kostek zasugerował, że może pora bujać garba, bo do odlotu samolotu zostało dziesięć minut. Ciut się zaniepokoiliśmy, ale widok kolejki pod bramką natychmiast nas uspokoił. Do momentu aż się zorientowaliśmy, że z tego stanowiska polecimy do Moskwy. Także biegiem do rozkładu, gdzie się okazało, że nam szachraje bramkę zmienili, a przy właściwej nikt nie rozumiał co to pole pole i już nam bagaże wywozili. W efekcie do Dublina dotarliśmy następnym lotem.
A potem to już było tylko faster faster.

wtorek, 15 lutego 2011

Sprawy bieżące

W walce z chorobą wysokościową wszystkie chwyty są dozwolone, toteż z rana i wieczora faszerowaliśmy się diuramidem. Tajemniczy ten specyfik miał nas ze sporą szansą powodzenia, zabezpieczyć przed skutkami niskiej zawartości tlenu we wdychanym powietrzu. Nic jednak za darmo. O ile mrowienie palców po stronie efektów ubocznych nie było specjalnie uciążliwe, o tyle działanie moczopędne niektórym dało się we znaki. Ja wprawdzie specjalnej różnicy nie poczułem (być może dlatego, że pilnowałem drugiego ujścia - o tym później), ale Kostek wstawał w nocy i po cztery razy, a Anieśka po kolejnym 'spacerze' pod gwiazdami odgrażała się, że następnym razem nasika mi do bidonu.

Do rzeczy. Mój serdeczny od niedawna przyjaciel Andrzej, miał tego pecha, że w obozie Barranco zajął namiot usytuowany przy trasie wiodącej do niewielkiej skałki, którą ekipa nasza po zmroku regularnie odwiedzała. Przy śniadaniu Andrzej potoczył przekrwionymi oczami po zebranych i mruknął z wyrzutem, że oka całą noc nie zmrużył, wciąż bowiem słyszał: dzzyyyt.... dzzuuut.... tup tup tup.... pśśśśś.... tup tup tup.... dzzyyyt.... dzzuuut.

Słowo się rzekło. Kamyk z Kilimandżaro wraz oficjalnym zapewnieniem o jego autentyczności (na piękne oczy mojej matki) wędruje do Teddybe. Adres poproszę na miszaa@vp.pl.

To raz. A dwa, za sprawą nominacji Irolki ujawnić mam siedem rzeczy, których nikt o mnie nie wie. Nie zrobię tego, bo skoro nikt o nich wie, to nie jest to przypadek, ale żeby nie było, że bawić się nie umiem, oto siedem rzeczy, o których wie niewielu:

1. Mimo, że osobą jestem niesłychanie spokojną, za kierownicą zmieniam się w furiata. Przed wyjazdem do Tanzanii za wycieraczki samochodu, który zajął dwa miejsca parkingowe, przez co na dwa tygodnie musiałem zostawić samochód przy krawężniku, zatknąłem własnoręcznie wykonany rysunek penisa z dopiskiem: panalty dick, for parking like a dickhead.

2. Mimo, że wymądrzam się zza sterów samochodu, miałem w życiu dwa wypadki. Oba ewidentnie z mojej winy. Oba z tym samym kumplem na siedzeniu pasażera. On mi chyba pecha przynosi.

3. Nie umiem tańczyć ani śpiewać.

4. Pod wpływem często sprawdzam czy pkt 3 jest wciąż aktualny.

5. Kilka lat temu poszliśmy z Anieśką poleżeć nad Wisłą. Jest tam takie przytulne miejsce na zarośniętej hałdzie piachu. Po godzince podpłynęła do nas straż rzeczna i wręczyła po mandacie na 50 pln. Za nieobyczajne zachowanie... Podobnież jakiś przechodzień z mostu Śląsko-Dąbrowskiego ich nasłał.

6. Za młodu moją wymarzoną narzeczoną była Natalka Kukulska. Z czasów puszka okruszka, nie światła - tak na usprawiedliwienie.

7. Podczas dziewiczej jazdy moim pierwszym 'góralem', z fascynacją obserwowałem działanie tylnej przerzutki. Nic dziwnego, że nie zauważyłem zaparkowanej na poboczu taksówki.

Tyle.

wtorek, 8 lutego 2011

Zagadka

Co to jest:

...dzyyyyt
...dzuuut
... tup tup tup
... psssssssss
... tup tup tup
...dzyyyyt
...dzuuut?

Dla zwyciezcy kamyk z Kilimandzaro. Nie z samego szczytu, ale z 3 800 n.p.m. A dlaczego, to pozniej...

sobota, 29 stycznia 2011

Hakuna Matata

Pomysł na ta wyprawę narodził się pięć lat temu. Luźno wówczas Anieska rzuciła temat wejścia na Kilimandzaro, jednak grunt nie byl takim ideą przyjazny. Bo za drogo, bo za długo, bo za daleko, bo pioropusz mam okazały i poza zasięg suszarki, odżywki i lokowki sie nie ruszam. Gdy więc po latach Kostek szepnal Kilimandzaro, Aniesce oczy zablysly jak dwie supernowe i zaczęliśmy kompletowac sprzęt.
Na Uhuru Peak - najwyzszy szczyt Kilimandżaro - wchodzimy drogą Machame, co oznacza dla nas ponad pięćdziesiąt kilometrów trekkingu (w jedną strone) i przeszło cztery tysiące metrów różnicy wysokości. I to właśnie wysokość jest naszym najbardziej wymagającym przeciwnikiem. Na pułapie czterech i pół tysiąca metrów pojawiają sie pierwsze oznaki choroby wysokościowej: bóle głowy, nudności i inne ciężkie do przewidzenia odzewy organizmu na niewielką zawartość tlenu w powietrzu. To właśnie dystans do poziomu morza jest najbardziej prawdopodobną przyczyną ewentualnej ... tfu tfu ... porażki.
Wtorek zapowiadany jest jako dzień kryzysowy - przekraczamy cztery tysiące metrów, a pogoda może sie radykalnie zmienić. Do tego dnia muszę być całkowicie zdrowy, bo póki co sprawy nie wyglądają kolorowo. Kilka dni temu z zaskoczenia wziął mnie podły wirus i czuję się niebardzo.
Wczoraj Tanzania powitała nas ciepłym, suchym powietrzem, czyli tym czego mi w tej chwili trzeba. Chorować planuję jeszcze tylko do jutra do 7:30 .