To było sztampowe zimowisko początku lat dziewięćdziesiątych. Do późnego popołudnia śmigaliśmy na nartach, a wieczorami graliśmy we flirt, wariata, albo zbieraliśmy się w sobie, by poprosić dziewczynę do tańca na dyskotece w świetlicy. Dolary wymienialiśmy u cinkciarzy na korony, które następnie przepuszczaliśmy na cole - czterokrotnie tańszą po tej stronie granicy.
Jazda na nartach jako taka okazała się banalnie prosta. Póki nie pojawiła się konieczność hamowania. Gruby podczas jednego ze zjazdów nabrał tak imponującej energii kinetycznej, że minął dolną stację wyciągu i wjechał jakiej słowackiej starowince do sadu. Gdyby nie pokaźnych rozmiarów metalowy kontener pośród pokrytych śniegiem jabłoni, przedarłby się pewnie przez leśną granicę do Węgier.
Z tego samego okresu pochodzi moje najświeższe wspomnienie białego szaleństwa, bowiem wówczas koleżka z roku wymyślił wyjazd do Białki Tatrzańskiej, a w czasach studenckich dużo głupsze pomysły znajdywały poklask. Na przykład: dobra, teraz zjeżdżamy dziczą (czyli nieratrakowaną stroną stoku). W efekcie w Białce zaliczyłem swoje pierwsze, acz całkowicie niezamierzone salto, zakończone niezwykle widowiskowym ryciem śniegu paszczą jak koparka Caterpillar.
Również w Białce dorzuciliśmy chrustu pod płomień odwiecznego konfliktu na linii narciarze - snowboardziści. Zachęceni wysokimi notami za wspomniane salto przenieśliśmy się do Snowparku, zasmakować nieco bardziej wyczynowego narciarstwa. Nieco za późno wówczas, bo już po eleganckim wybiciu się z progu, zorientowałem się, że w okolicy punktu konstrukcyjnego skoczni wypoczywa beztrosko na śniegu jeden ze snowboardzistów. Cudów w powietrzu niczym postać z kreskówki dokonywałem, by uniknąć kolizji, a po szczęśliwym lądowaniu uznałem za stosowane wdrapać się kilka metrów, by wymienić z delikwentem uprzejmości.
- Kolego - zagadnąłem. - A ty musisz tak się u stóp skoczni wylegiwać?
- A ty kolego musisz się na tych dwóch deskach do Snowparku pchać - odparł pytaniem na pytanie. - To jest teren dla snowboardzistów!
- A skąd taki pomysł!?
- Helloooo! SNOWpark. SNOWboard.
Stąd taki zaskoczony byłem, gdy w grudniu wchodziłem na Snowdon, a wokół ani pół snowboardzisty...
Z Anieśką zaczynałem wówczas dopiero romansować, także po tygodniu rozłąki ja byłem Skrzetuskim, a ona Kurcewiczówną. Gdy pociąg z Zakopanego z naszą dzielną brygadą na pokładzie wtoczył się kole północy na Dworzec Centralny, Anieśka czekała na peronie, by pomóc mi wytaszczyć narty i zaprowadzić do swego mieszkania na warszawskim Śródmieściu, gdzieśmy do godzin porannych rywalizowali, kto tęsknił bardziej.
To był mój ostatni, a Anieśki jedyny kontakt za nartami, które przyglądały się rywalizacji oparte o ścianę w przedpokoju. Bardzo śmy nad tym faktem przez kolejne piętnaście lat ubolewali, bowiem w środowisku ludzi gór nie potrafić jeździć na nartach zwyczajnie nie wypada. Gdy więc znajomi spod Wrocławia zaproponowali wspólny wyjazd do Austrii, a przy tym zobowiązali się ogarnąć kwestie logistyczne, sprzętowe, kwaterunkowe oraz szkoleniowe, o ile stawimy się do odbioru na jakimś nieszczególnie odległym od Innsbrucka lotnisku, nie potrafilibyśmy wykminić żadnej wymówki, nawet gdybyśmy wskutek chwilowego zaćmienia umysłowego chcieli.
Jaraliśmy się na ten wyjazd jak ksiądz na wieść o nowym ministrancie, tym większe więc było rozczarowanie, gdy na na dwa dni przed planowanym wyjazdem znajomi wydygali się Wirusa i oddali walkowera.
Na monachijskim lotnisku stanęliśmy więc bez sprzętu, transportu, ani specjalnej ochoty na citybreak'a, bowiem stolicę Bawarii zeszliśmy wzdłuż i wszerz półtora roku wcześniej.
A na koniec, ciut w charakterze ostrzeżenia, że w Internecie nic nie ginie, ciut w charakterze wspomnienia za czasami, które się nie wrócą i ciut dla śmiechu:...