- Ja to dumna z ciebie jestem, że na wieczór kawalerski, zamiast na striptiz, pojechałeś biwakować w góry - pochwaliła Pani Matka podczas mojego niedawnego pobytu w kraju.
Chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, ale matki zwieźć nie sposób.
- Na striptiz też pojechałeś?
Pojechałem. Na męskie rozmowy w górskiej samotni, przy dźwiękach trzaskającego w ogniu drewna księdza proboszcza czterech chętnych mi się udało znaleźć. Na tę okazje znad Wisły przyjechał Gruby, który miał mnie za żyranta podczas uroczystości zaślubin robić. Grono amatorów pań dezinstalujących odzienie było przeszło dwakroć tak liczne.
Z wyjazdem w góry wiązałem nadzieje tak wielkie, jak obawy. Standardy irlandzkiej pogody nie są tajemnicą, a słuchanie deszczu bębniącego w brezent nie do końca jest wymarzonym sposobem na spędzenie wolnego wieczoru. Szczęśliwe bogowie sprzyjali naszej sprawie i poranek w godzinie zero powitał nas słońcem i bezchmurnym niebem. W sile dwóch jednostek zmotoryzowanych pomknęlim w kierunku Glenmalure, a następnie, porzuciwszy auta w niewielkiej odległości od wioski, ruszyliśmy ubitą drogą na Lugnaquille - najwyższy szczyt gór Wicklow.
Szeroki trakt kończy się przy wodospadzie, skąd w górę prowadzi umowna raczej ścieżka, wychodząca na pokryte śniegiem wypłaszczenie. Stamtąd rozsądek każe przeć do przodu, by zatoczyć pętle i na wzniesienie dostać się łagodnym podejściem. My jednak zdecydowaliśmy się na strome wejście w poprzek zbocza.
W połowe wzniesienia zneleźliśmy chwilę na postój, podczas którego niezawodny w tego typu sytuacjach Skwarek rozłożył przenośny barek polowy i zaserwował dzielnej drużynie odświeżające napoje w marokańskich szklaneczkach. Tym samym złamaliśmy niepisaną zasadę: no alko na trasie, ale okazja była, prawda, wyjątkowa.
Przy samym grzbiecie górskim wyślizgany wiatrem śnieg zmieniał się w gładki jak szkło lód i z przyczepnościa w nieuzbrojonych rakami butach zaczęło robić się raczej kiepsko. Szczęśliwie silny wiatr wiał w plecy i gdybyśmy tylko dysponowali nieco większą powierzchnią nośną, starczyłoby rozłożyć ramiona i pomknąć pod góre jak na niewidzialnym orczyku.
Na szczyt dotarliśmy w komplecie, a wobec uporczywego wiatru i perspektywy ogniska, jak i dojrzewajacej w bagażniku znakomitej okowitki, po obowiązkowej dokumentacji fotograficznej zarządziliśmy odwrót do bazy.
- Wracamy tą samą drogą. Co może się stać? - zarządził Kostek.
Większość kontuzji zaczyna się od słów Kostka 'co może się stać?', niemniej w tamtej chwili nikt nie protestował. W efekcie znaczną część drogi powrotnej przebyliśmy w pozycji bobslejowej, rzadko z własnej woli i zwykle bez jasnego pomysłu jak się zatrzymać. Nazajutrz wszyscy zgodnie narzekali na obolały tyłek, ale śmy złożyli śluby milczenia. Pewnych sformułowań po męskim wypadzie pod namioty należy unikać.
Po zejściu rozbiliśmy obóz pod malowniczym baobabem i ochoczo przystąpiliśmy do opróżniania przywiezionych zapasów drewna, wszelakiego mięsiwa i odświeżających napojów. Jeden z biwakowiczów odświeżył się do tego stopnia, że w ognisku lądował trzykrotnie, przy czym za razem ostatnim na tyle upodobał sobie ciepło płonących polan, że nie przejawiał szczególnej ochoty, by przesiąść się na zimne krzesełko turystyczne i śmy go musieli wyciągać za kończyny w obawie przed uszkodzeniem markowego obuwia firmy Berghaus.
Kolejnego dnia postanowiliśmy nie zwalniać tempa i w szerszym już gronie wsiedliśmy w pociąg do stolicy. Bro Code obliguje mnie do zachowania milczenia odnośnie, tego co wydarzyło się temtego wieczora w Dublinie. Ogólnikowo tylko napomknę, że śmy na pewnym etapie skrzyżowali miecze z wieczorem panieńskim, a w klubie z tańcami ludowymi padła jedna propozycja małżeństwa, dwie zapowiedzi rozwodu i tyleż nieśmiałych deklaracji o rychłym przyjęciu kulki, co byśmy mogli się w tym samym miejscu, w tym samym gronie spotkać ponownie.
Wieczór kawalerski nie byłby pełny, gdyby nie nieprzyjemny incydent z udziałem miejscowych Secret Service. Złapawszy busa do naszej wioski, postanowiliśmy jeszcze na jednej nodze zawadzić do szynku po napoje na drogę. Niestety bramkarz, tych którzy butelki okorkowali w lokalu nie zamierzał wypuścić na zewnątrz, a tych którzy uczynili to za drzwiami przybytku, wpuścić z powrotem do środka. W efekcie strzemiennego dokończyć musieliśmy w podgrupach, przy czym na tych, którzy ostatnim bursztynem tego wieczoru grzecznie raczyli się na ulicach temple baru, bramkarz uznał na stosowne nasłać gwardie narodową. Bursztyny w efekcie zostały skonfiskowane i panowie w mundurach polecili nam się rozejść. Bohaterski oficer nie do końca potrafił wyjaśnić, czym mu wadzimy w tym akurat miejscu, nie spożywając już publicznie i w końcu wdał się w dość nerwową dyskusje z jednym z naszych kolegów, którego ostatecznie odciągać musiałem, bo rękawy już zakasywał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz