Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 września 2017

Retsina

Hipoteza, jakobym był ostatnim członkiem mojej rodziny, który nie był jeszcze w Grecji, nie byłaby trudna do obronienia. W czasach, gdy ja jeździłem rokrocznie do Chałup pod namioty, Gruby śmigał z koleżkami na Korfu i inne Krety, jak Irlandczyk do pubu. Żaden rodzic nigdy głośno nie powie, które dziecko jest jego ulubionym, w naszym jednak wypadku wszelkie słowa są, prawda, zbyteczne.


Matka niczego bardziej nie pragnie, niż w kolejnym życiu być Grekiem z bujnie owłosionymi plecami, a ojciec ostatnio oświadczył, że w żadnym obcym kraju nie było mu tak fajnie jak w Grecji. Ciut śmy tą deklarację z konsternacją przyjęli, bowiem raptem pół roku temu rodzice bawili u nas z gościną, no ale nie żebyśmy nie byli otwarci na krytykę.


Będąc teraz jedynym członkiem mojej rodziny, który tylko raz był w Grecji, dostęp mam do szeregu praktycznych informacji z pierwszej ręki.


- Koniecznie spróbuj Retsinę - poleciła Anieśce Pani Matka, gdyśmy za pośrednictwem komunikatora internetowego oświadczyli, iż ruszamy na miasto. - To takie pyszne wino z żywicą. Troszkę gorzkie, ale orzeźwiające.


Niespieszny spacer zatłoczonymi uliczkami nadmorskiej miejscowości zaprowadził nas pod elegancką knajpkę zdobioną kolumnami jońskimi oraz antycznymi posągami w barwie kości słoniowej. Ku uciesze Anieśki jedna z marmurowych figur przedstawiała młodzieńca bezwstydnie eksponującego nagie pośladki, wobec czego natychmiast wylądowaliśmy przy stoliku, gdzie pośladki owe pozostawały w zasięgu dłoni.


Z Anieśką zajętą uważnym studiowaniem struktury geologocznej zimnego marmuru kontaktu chwilowo nie było, toteż chwyciłem w ręce menu i zamówiłem butelkę Retsiny oraz kufelek przedniego piwa.


- Rybka? - zagadnąłem Anieśkę, tęsknym okiem zerkając na sznycel wiedeński z sosem grzybowym. Urlop urlopem, ale spodnie coś mi się kurczyć w pasie zaczęły pod wpływem kilku gyrosów z frytkami, więc pora była się nieco opamiętać.


- Rybką się nie najem. Weź mi coś treściwszego.


- Sznycel wiedeński? - rzuciłem cierpko.


Anieśka wciąż z rękoma na twardych pośladkach kiwnęła tylko przyzwalająco głową.


Po chwili garson powrócił do stolika, a twarz natychmiast mi się rozjaśniła na widok oszronionego, ciężkiego kufla. Napełniłem szklaneczkę Retsiną, Anieśka niechętnie oderwała jedną rękę od posągu, upiła łyczek, a błogi wyraz natychmiast zniknął z jej twarzy. Przez chwilę jakby walczyła ze sobą z szacunku dla Pani Matki. Anieśka ugina się jednak jak snop światła ksenonowego. Wykrzywiła usta i jęknęła jak ośmiolatek nad talerzem brokuł "niedobre", zerkając jednocześnie pytająco w kierunku mojego piwa. Z westchnieniem przesunąłem lśniącego w świetle lamp bursztyna na jej stronę stołu, przejmując butelkę Retsiny. Bardzo niezłej, mającej jednak tą zasadniczą wadę, że nie była piwem.


Gdy na stół wjechało danie główne, sztućce chwyciliśmy w dłonie, nim przebrzmiał dźwięk stawianych na blacie talerzy. Ostatnim, co mieliśmy w ustach była bułka z serem i szynką na górskim szlaku kilka godzin wcześniej. Między jednym kęsem grillowanej dorady, a drugim, kątem oka uchwyciłem rozbawione spojrzenia rzucane nam znad sąsiednich stolików. Spojrzałem na Anieśkę. Właśnie pakowała do ust kawałek sznycla nieco tylko większy od najszerszego z jej zestawu uśmiechów. Przetarła usta wierzchem dłoni i nie skończywszy jeszcze przeżuwać, sięgnęła po ciężki kufel, pociągając solidny łyk, którego część spłynęła po jej brodzie.


Po drugiej stronie stołu ja, wyprostowany na krześle, elegancko skubiący rybkę zgodnie z najsurowszymi zasadami savoir vivre, popijąc niewielkie kęsy białego mięsa szklaneczką wina.


Dla dopełnienia groteskowego obrazu Anieśka mogła jeszcze beknąć i z głośnym śmiechem zakrzyknąć, że jem, jak pedał...

czwartek, 14 sierpnia 2014

Holy Holy Days

Dziesięć lat temu zbałamuciłem taką drobną blondyneczkę. A zbałamuciwszy zostawiłem na ciepłej jeszcze poduszce ciepłe słowo na prędce skreślone na skrawku papieru i czmychnąłem z trójką znajomych na Słowację.


W tamtych czasach studentowi nie było wiele do szczęścia potrzebne, ot zimne piwo, talia kart i dach nad głową. W Liptovskim Trnovcu, gdzieśmy osiedli, najtrudniej było o to pierwsze. Piwa było pod dostatkiem, ale ciepłe, piętrzące się w plastikowych skrzynkach pod ścianą niewielkiego, wiejskiego sklepiku. Niezbędne było więc właściwe planowanie oraz organizacja, by błyszczące w słońcu bursztyny zakupić z właściwym wyprzedzeniem i schłodzić w ogólnodostępnej kuchni pensjonatu.


Zza południowej granicy słałem smsy, co by dziewczę zbałamucone nie wypłakiwało szmaragdowych oczu w oknie wieżowca na warszawskim śródmieściu, a nawet zgrabną widokówkę wystosowałem, na łamach której porównywałem położonego na górskim zboczu Trnovca do pieprzyka na piersi adresatki.


Beztroski to był czas i wakacje, które do tej pory wymieniam w TOP 3, a że dziewczę zbałamucone do mego poetyckiego porównania z widokówki przez lata podchodziło z mieszaniną sceptycyzmu i niedowierzania, tom je w końcu, po dekadzie to Liptovskiego Trnovca zabrał.


Czas się w Trnovcu na te dziesięć lat zatrzymał. Spiczaste domki, niczym krasnale czapki po obu stronach drogi. Jezioro z jednej, góry z drugiej. Jeden sklep, piwo wciąż ciepłe. Dwie restauracje czynne od 13, cisza, spokój, rowery wodne i kajaki. Tylko tej maleńkiej pizzerii sobie nie przypominam.


Dwie minuty jazdy małolitrażowym samochodem dzieli nas od Tatralandii. Cztery baseny z wodą termalną, wodny barek serwujący egzotyczne koktajle, kiełbasa z grilla, piwo z kija, leżaczki, sauna i tysiąc sto dwadzieścia cztery zjeżdżalnie o wysoce zróżnicowanym poziomie zaawansowania. Hebanowa Anieśka w wodzie o temperaturze 36 stopni Celsjusza, z niesmakiem obserwuje znad okularów słonecznych mężczyznę z bujnym zarostem na plecach. Michaś tymczasem u szczytu kolejnej zjeżdżalni. Łatwo go wypatrzeć, bowiem góruje nad zgrają szczękającej zębami dzieciarni niczym posąg w Świebodzinie. Tylko ten w lubuskim się tak głupio nie szczerzy.


A, no i Smadny Mnich w półlitrowej butelce za 33 centy. Jak w pracy temat zarzuciłem, to chłopaki się znad strony Ryanaira pytali, jak się Bratysława pisze.

niedziela, 15 czerwca 2014

Śniegi Pirenejów

Śnieg począł się wycofywać z niższych partii górskich, pora więc przyszła powrócić do zarzuconego na czas nieprzyjaznej zimy tematu podbicia najwyższych szczytów europejskich. Na otwarcie sezonu Coma Pedrosa, 2943 m n.pm., prywatnie najwyższy szczyt Andory, numerek siedem na liście Korony Europy.


Andora to niewielkie państewko na granicy Hiszpanii i Francji solidarnie omijane przez wszelkie linie lotnicze. Szerszemu gronu znane jako największa strefa bezcłowa w Europie.


Do Arinsal dotarliśmy przez Barcelonę, skąd wypożyczonym samochodem, w sile piątki zaprawionych w bojach górołazów, pomknęliśmy w kierunku francuskiej granicy. Na miejsce zajechaliśmy tuż przed świtaniem, więc bez zwłoki przystąpiliśmy do rozbijania namiotów na pierwszej dogodnej polanie, która już dwie godziny później okazała się parkingiem lokalnej ekipy budowlanej.


Pod górę ruszyliśmy niespiesznie, bowiem plan obejmował jedynie dotarcie do schroniska w połowie drogi. Schronisko zgodnie z zapowiedziami okazało się zamknięte, dysponowało jednak niewielką, ogólnodostępną przybudówką wyposażoną w dwa spartańskie łóżka piętrowe i ... kominek.


Kapryśna zwykle pogoda, upewniwszy się uprzednio, że ogołociliśmy okolicę z drewna opałowego, odpaliła armatki śnieżne, toteż solidnie uszczypliwszy zapasy prowiantu udaliśmy się na spoczynek.


Spoczynek, który nigdy nie nadszedł, bowiem Quy-Syu ułożywszy się wygodnie na dolnym etażu pomiędzy Anieśką i Armstrongiem odpalił traktor, gaszony na krótkie chwile coraz bardziej rozpaczliwymi: "Quy-Syu, qrwa!".


Ranek powitał nas bezchmurnym niebem i kapitalną panoramą ośnieżonych szczytów, toteż bez zbędnych ceregieli porzuciliśmy zbędny balast w schronie i ruszyliśmy na spotkanie z górą. Zdaniem zatkniętego w ziemie drogowskazu od szczytu dzieliło nas nieco przeszło dwie godziny umiarkowanego podejścia w kierunku raczej opcjonalnym, bowiem wystawione na długotrwałe działanie wiatru tabliczki zbiły się w ciasną, nie wzbudzającą zaufania grupkę.


Do otwarcia sezonu górskiego w tej części Pirenejów pozostały jeszcze przeszło dwa tygodnie, także na trasie próżno było szukać amatorów górskich spacerów, jak i skrytych pod śniegiem znaków prowadzących na szczyt, toteż nawet się nie zdziwiliśmy, gdy śmy po niemal trzech godzinach dotarli do kolejnego checkpointu, kpiąca informującego, że od Coma Pedrosy dzieli nas sześćdziesiąt minut podejścia.


Raz brnąc po uda w śniegu, innym razem ślizgając się na ukrytych pod cienką warstwą śniegu kamieniach, tym razem zgodnie z planem, stanęliśmy na dachu Andory. Pogoda najwyraźniej uznała, że tych widoków to nam już stanowczo wystarczy i zesłała z nieba granaty dymne wspierane przez desant śnieżny, no co śmy przystąpili do żwawego odwrotu.


Nim ruszyliśmy w drogę powrotną do stolicy Kataloni, skorzystać jeszcze postanowiliśmy z dobrodziejstw andorskie strefy bezcłowej, wzbogacając się o różnej maści flakoniki. Do użytku wewnętrznego dla panów oraz zewnętrznego dla pani.


Dotarłszy do Barcelony rozbiliśmy się obozem nad rzeczką kilka kilometrów od lotniska, a w obawie przed surowymi restrykcjami Ryanaira dotyczącymi bagażu, przystąpiliśmy do prewencyjnej redukcji poczynionych w Andorze sprawunków. Osiągnąwszy zadowalający efekt udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Spoczynek, który znów w zasadzie nie nadszedł, bowiem w okolicach godziny 5:00 w stelaże namiotów zastukał oddział hiszpańskiej Gurdii uzbrojony w latarki krótkiego zasięgu, grzecznie, acz stanowczo informując, że camping no posible.


A to się udało cyknąć.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Bam Bam

Takie wyjazdy zwykło się w naszym gronie określać 'bam bam' - na dwa offy, przylecieć, zdobyć, wylecieć. Popkulturalne veni, vidi, vici. O czwartej nad ranem, objuczeni bagażem zbiegliśmy po schodkach naszego apartamentowca. Obowiązkowe piwko na lotnisku i po chwili układaliśmy się do snu na niewygodnych fotelach zmierzającego do Oslo boeinga. W Norwegii przesiedliśmy się do czarnego furgonu, który zyskałby nam przydomek Drużyny A, gdyby opinia publiczna wykazała jakiekolwiek zainteresowanie naszą wyprawą. Auto było pewną przesadą jak na pięcioosobową ekipę, ale śmy sixseatera (it's beautiful) wymagali, póki FaFa w ostatniej chwili nie zrezygnował z wyjazdu.


Po pięciu godzinach jazdy dotarliśmy pod schronisko Spiterstulen. Godzina była osiemnasta, z nieba niemiłosiernie siąpił deszcz, mimo to wrzuciliśmy na garby leciutkie plecaki i ruszyliśmy na spotkanie z górą. Pośpiech o tyle był uzasadniony, że co do najwyższego szczytu Norwegii zdania były jeszcze jakiś czas temu podzielone. Glittertind wyższy jest wprawdzie od Galdhoppigena, ale tylko zimą, w śnieżnym kapeluszu. To ciut jakby podawać pojemność samochodowego silnika wraz z kubaturą bagażnika, niemniej zawsze znajdzie się siejący zamęt hipster. By więc raz na jutro uciąć ewentualne spekulacje, zamierzaliśmy odhaczyć oba wierzchołki. W dwa dni.


Co dziwić nie może, na trasie mijaliśmy wyłącznie komanda zmierzające w kierunku schroniska. Z odbiorem spotykaliśmy się różnym. Co druga ekipa przepytywała nas na okoliczność niezbędnego do nocnego zejścia sprzętu. Sława nasza najwyraźniej do Norwegii jeszcze nie dotarła. Naszywki jakieś w charakterze harcerskich sprawności trzeba będzie przed kolejną wyprawą na plecaki ponaszywać, bo nas publika ewidentnie nie traktuje z należytą powagą oraz szacunkiem dla dorobku


Gdy przebrnęliśmy przez pierwszy stromy odcinek podejścia, deszcz ustał, co jednak w moim przypadku różnicę robiło nieszczególną, bom wcześniej niczym najgorszy żółtodziób ściągnął na krótką chwilę kaptur. Najlepsza membrana nie pomoże, gdy się za kołnierz wylewa cebrzyk deszczówki.


Galhoppigen do walki stanął kryjąc się tchórzliwie za dwoma mniejszymi szczytami. Pierwszego śmy położyli, drugi skrył się w gęstych chmurach, majacząc jedynie zarysem w kształcie rekiniego zęba. Quy-Syu już marudził, że czwarty kolejny szczyt zdobywa, z trudem dostrzegając własne buty i zaczynaliśmy podejrzewać, że pecha zwyczajnie przynosi, gdy w jednym magicznym momencie chmury ustąpiły i przy akompaniamencie głośnego ohhh, ukazała nam się naguśka, polarna panorama. Słońce znikało już za horyzontem, tutejsi jednak skrobią się w głowę z zakłopotaniem, gdy barman serwuje tequila sunrise, na północy słońce zachodzi bowiem w barwach palnika gazowego.


Godzina do północy została, gdy śmy stanęli na najwyższym punkcie Norwegii. Wokół żywego ducha, szczyt był tylko dla nas. Poszczerzyliśmy się chwilę do obiektywu aparatu, prezentując dumnie barwy narodowe, po czym żwawo ruszyliśmy w drogę powrotną. Mimo późnej pory zmierzchać się dopiero zaczynało, a czołówkami posiłkować musieliśmy się dopiero po północy. W wąskim świetle latarek drogę nie zawsze łatwo było odnaleźć i ostatecznie przed czarnym furgonem stanęliśmy z wybiciem trzeciej. Gdy rozbijaliśmy namioty na skraju lasu, wokół robiło się już widno.


Ze snu wyrwał mnie szelest kroków i pobrzękiwanie dzwonka. Na karb jamesona z colą przyjętego na wycieńczony organizm to jednak zgoniłem i tylko głębiej zawinąłem się w ciepły śpiwór. Rankiem nie trzeba było porucznika Colombo, by odtworzyć przebieg wydarzeń na podstawie parujących krowich placków zdobiących obóz. Na poparcie mieliśmy też zeznanie naocznego świadka - Anieśka noc spędziła w aucie i, z rozbawieniem mieszanym z niedowierzaniem, obserwowała stadko łaciatych spacerujących między namiotami oraz buhaja, który podjął nieudaną próbę kopulacji z furgonem.


Na słowo Glittertind wszyscy zgodnie z zainteresowaniem studiowali czubki własnych butów i jasnym stało się, że drugiego co do wysokości szczytu całej Skandynawii nie zdobędziemy, bo i czasu ciut krótko i ducha w narodzie nie stwierdzono. Żeby jednak całego dnia w wynalezionym na skraju lasu opuszczonym tartaku krytym eternitem nie spędzić, znów wrzuciliśmy na garby plecaki i ruszyliśmy w norweski las. By nieco podnieść poziom trudności, zaopatrzyliśmy się w Jamesona z colą, co niejako tłumaczy skąd wziął się pomysł, by przeprawiać się przez rwący strumień.


Norwegia jest urzekająco piękna, ale cenowo dość nieprzyjazna. Za małą colę, nie większą butelkę wody gazowanej, red bulla i mentosy pani na stacji benzynowej zażądała okrągłe dwadzieścia jeżyków. I nawet nie mrugnęła. Szczęśliwie wyposażeni w turystyczne kuchenki gazowe i liofilizaty, byliśmy w zasadzie samowystarczalni. Na dodatek w dublińskiej strefie bezcłowej wykorzystaliśmy fakt, że Norwegowie dwukrotnie opowiedzieli się w referendum przeciwko przystąpieniu do UE i nabyliśmy plastikowe buteleczki Jamesona - zaprojektowane, wydawać by się mogło, do bocznej kieszeni plecaka - po bardzo okazyjnej cenie.


W efekcie w atmosferze ogólnej wesołości dotarliśmy na szczyt zalesionego wzgórza, gdzie śmy zalegli wokół sprawnie rozpalonego ogniska. Starałem się ten pomysł oprotestować, bom w harcerstwie służył (zastęp Góra i Dolina, czuwaj!), gdzie mnie do głowy wbili, by w lesie z ogniem postępować ostrożne, ale jakoś moje argumemty do gawiedzi nie trafiły. Dopilnowałem więc jedynie, by podczas zasikiwania ogniska jeden z kolegów trzymał się z daleka, bowiem przy jego stężeniu we krwi równie dobrze mógłby wlewać w płomienie podpałkę do grilla.


I tyleż było Norwegii. Jeszcze tylko nocna jazda do Oslo i kolejny górski wypad stał się hostorią. Sumiennie udokumentowaną.

piątek, 31 maja 2013

This ain`t honeymoon

Jedno musimy sobie ustalić - to nie była podróż poślubna. W kontekście honeymoona przewijały się takie pozycje jak Australia, Tajlandia, Malediwy. Ostatecznie dwa dni po związaniu się przysięgą zmuszeni byliśmy wrócić na naszą wysłużoną kanapę, bowiem we hucie, mimo okoliczności tak wyjątkowych, na dłuższą rozłąkę zgodzić się nie chcieli.


By poprzeć więc zmianę statusu na fejsbuczku obowiązkowymi zdjęciami z jakiego egzotycznego Waikiki, podróż poślubną przerzuciliśmy na czerwiec. W międzyczasie jednak prezesów najwyraźniej wyrzuty sumienia chwyciły i uznali, że młodej żonie niezbędny będę bardziej aniżeli im. Tyle, że po ptakach już jakby było, bo bilety - prawda - pobukowane, także śmy sobie 'tylko' krótki wyjazd do Portugalii, zafundowali, co by odzipnąć po weselnym zamieszaniu.


Randkę z Portugalią rozpoczęliśmy w Porto, skąd wypożyczonym, małolitrażowym bolidkiem pomknęliśmy w góry Serra de Estrela - chyba nikt nie sądził, że to potoczy się inaczej. O północy dotarliśmy do miejscowości Manteigas, gdzie nie bez komplikacji odszukaliśmy nasz hotelik i natychmiast udaliśmy się na spoczynek.


Rankiem wrzuciliśmy plecaki na garby i ruszyliśmy na najwyższy szczyt kontynentalnej Portugalii - Torre 1993 m n.p.m.


Torre nie jest szczytem, który elektryzuje środowisko górołazów. Na samiutki wierzchołek wjechać można samochodem, a następnie paradnie okrążyć go po rondzie. Wstępnie zamierzaliśmy wypiąć się na zdobycze motoryzacji i na szczyt pociągnąć z laczka z samego Manteigas. Szczęśliwie na czas nadeszło opamiętanie, bo to przeszło 17 km w jedną stronę, które ciężko w jakikolwiek sposób uzasadnić, bowiem w znakomitej większości trasa biegnie wzdłuż szosy. Raz bliżej, raz dalej, ale jednak.


Ostatecznie postanowiliśmy minąć kierujący na szczyt drogowskaz i porzucić auto kawałek dalej, by wyraźną szeroką ścieżką ruszyć w dół ku polodowcowemu jeziorku Covao do Meio. W Górach Gwiaździstych (w wolnym tłumaczeniu) próżno szukać satysfakcji ze wspinaczki - więcej potu wyciśnie zakopiańska Gubałówka. Znaleźć można za to malowniczy, nieco księżycowy krajobraz i liryczną samotność, bo turysty o tej porze roku trzymają się raczej asfaltu.


Jeziorko obejść można betonowymi schodkami wylanymi w stromej skale i niewielką tamą, by na dziko ruszyć w kierunku szczytu. My jednak zawróciliśmy dotarłwszy do zapory i Torre zaszliśmy od nieco łagodniejszej strony, co niekoniecznie okazało się trafnym wyborem, bowiem przez znaczną część trasy szliśmy wzdłuż zwijanych już na lato wyciągów narciarskich.


Tryumfu na wierzchołku nie było, bo to trochę jak ograć wykartkowaną, żeńską reprezantację piłkarską gliwickiej szkoły podstawowej o profilu informatycznym. Za to nabyty na szczycie krążek koziego sera z Sei, wsparty wieczorem butelką doskonałego Porto, dał duszy to, czego dać nie mogło Torre.


Rankiem niespiesznie ruszyliśmy w drogę powrotną do Porto. Duże nadzieje z tym miastem wiązaliśmy, co śmy poparli zamiarem spędzenia tam całych dni pięciu.


Ostatni wypad zagraniczny zaliczyliśmy w październiku ubiegłego roku do Walencji. Wypad, który nie odbił się stemplem na blogu, co bez przesadnego dramatyzmu uznać należy za międzynarodowy skandal, bowiem Walencji nie tyle notka się należy, co najpiękniejszy poemat. Na karb niemożności oddania miastu sprawiedliwości przez niezdarne palce to zrzucę. Walencja to pełen zestaw powiększony. Piękna architektura, doskonały klimat, czekoladowy piasek na plaży, zaciszne uliczki, mnóstwo zachęcających knajpek, doskonałe jedzenie, nie gorszy napitek, przyjazne ceny. I wisienka na torcie - Stadio de Mestalla, czyli siedziba C.F. Valencia, klubu, za który kciuki ściskam w każdej kolejce Primera Division.


Jedno czego nam wówczas w Walencji zabrakło to czas, bo śmy do Hiszpanii na weekend jeno zawitali. Polak jednak po szkodzie mądry, toteż na Porto przeznaczyliśmy okres dwakroć dłuższy, co się niestety koszmarną niegospodarnością z naszej strony okazało. Drugie co do wielkości miasto Portugalii można bowiem swobodnie oblecieć w ciągu weekendu. Warto z pewnością przeprawić się na drugą stronę Douro mostem Ponte Dom Luis I, który wygląda ciut jakby wieża Eiffla przewróciła się spinając oba brzegi rzeki. Podobieństwo nie jest przypadkowe, bowiem stalową konstrukcję projektował Teophile Seyrig, który terminował swego czasu u francuskiego inżyniera.


Z górnego pokładu mostu rozciąga się przyjemna panorama, oba poziomy natomiast prowadzą do miasteczka Vila Nova de Gaia, gdzie w piwniczkach winiarni leżakuje w beczkach słynne Porto. Mistrzowie wina chętnie oprowadzą po swoich włościach, a na koniec zaproszą na lampkę ewentualnie dwie, więc dzień spędzony na południowym brzegu Douro, może nieprzyjemnie odbijać się bólem głowy i ogólną słabością kolejnego poranka.


Dużą popularnością cieszą się po obu stronach rzeki rejsy po Douro. Tu śmy jednak spasowali, bowiem wiatr mało łba nie urwał na lądzie, także od wody postanowiliśmy się trzymać z daleka. Słodkiej w każdym razie, bo grzechem byłoby wypoczywać w nadmorskiej mieścinie i nie przywitać się z plażą. A tam wichura jak w Suwałkach. Na chwilkę tylko oddaliłem się po odświeżające napoje, a  Anieśke wydobywać musiałem po powrocie odkrywkowo. Trzy kobiety odkopałem, nim trafiłem na swoją.


Dżask ostrzegał, że w Porto psińco jest. Zapewniał jednak, że to takie fajne miejsce, by za łapkę pochodzić, co śmy musieli opacznie zrozumieć, bowiem  szło mu ewidentnie o to, że nie ma gdzie usiąść. Wokół tylko obskurne knajpki, w centrum starówki wręcz meliny przerysowane z meksykańskich westernów, z paskudnym jak pedofilia metysem przy wejściu i tą niepokojącą ciszą zapadającą wraz z trzaskiem odrapanych drzwi za nieostrożnym gościem, przerwana tylko trudnym do zlokalizowania zgrzytem odciąganego kurka rewolweru.


Kilka drogich, acz serwujących wyśmienite, jak najbardziej warte swojej ceny jedzenie knajpek na wybrzeżu Ribeira, to zdecydowanie za mało, by Porto występować mogło choćby w tej samej lidze co Walencja, gdzie lokale kuszą stalowym krzesełkiem w spowitej gazowym półświatłem alejce, dębowym stolikiem w wyłożonej rudą cegłą piwniczce, ogrodowymi meblami pod parasolem pośród palm, szerokim wyborem doskonałych wędlin, serów, win. Portugalia wypada jak brzydka i gruba siostra Hiszpanii, bynajmniej nie nadrabiająca osobowością.


Umieszczona na zacnej liście dziedzictwa kulturowego UNESCO starówka, kłuje w oczy slumsem skleconym z brudnych kamienic bez szyb w oknach, za to z wszechobecnym, schnącym na sznurku praniem, którego nie wciągnąłbym na dupę, choćbym miał paradować nago. A ja się jak lump na co dzień ubieram.


Próbowaliśmy zakosztować w miejscowej architekturze, ale w drodze na wieże takiego kościółka, Anieśka poddała się po trzech stopniach. Ja parłem dzielnie dalej, alem również zrezygnował przed szczytem, bo mnie żyłki w gałkach ocznych pękały jak struny starej mandoliny. To niewiarygodne, że się ludziom tak wysoko chce wchodzić, by się... pozbyć zawartości pęcherza.


Jeszcze mogło Porto twarz uratować słynnym Estadio do Dragao, ale skończyło się na kolejnym rozczarowaniu, bo na pięciogwiazdkowym obiekcie UEFA …. nie wolno robić zdjęć. Zapłacić trzeba za wjazd i dodatkową działkę odpalić pani fotograf, by stać się szczęśliwym posiadaczem dwóch ujęć na tle trawnika, po którym na codzień biegają przepłacani pracownicy. Byłem na kilku stadionach w Europie. W Barcelonie, w Monachium, w Amsterdamie. Ale takie cuda, tylko w Portugalii. Śmy w geście protestu pokazali pani plecy.


Miałem już uroczyście zaprzysiąc, więcej do Portugalii nie zawitać, ale mnie w porę Anieśka zdzieliła w potylice, bo bilety na taką wyspę należącą do Republiki już zabukowane.


O tym jednak kiedy indziej. Tymczasem fociaczki tu.

wtorek, 13 listopada 2012

Tryptyk toskański: Piza

Z Pizą od początku wszystko szło nie tak. Słońce już gasło, niebo zdawało się zniżać, ścieśniać i coraz bardziej ku ziemi przybliżać, gdyśmy dotarli na florencki dworzec kolejowy. Nabywszy bilety przystąpiliśmy do wysiadywania, które po chwili przerwało poruszenie na stacji. Śladem podekscytowanego tłumu zerknąłem na tablicę odjazdów, gdzie kolejne pociągi opatrzone były lakonicznym komunikatem 'cancelled'.

Od takiej pani w śmiesznej rogatywce dróżnika dowiedziałem się, że włoska kolej strajkuje. Kolejny pociąg do Pizy mamy za godzinę, ale i ten może zostać odwołany. Na takie dictum postanowiliśmy przesiąść się w ryanairowski autokar na piskie lotnisko. Stamtąd - nieco na krzywy ryj, ale nikt nie pytał o bilety - złapaliśmy autobus na dworzec Piza Centrale, skąd poturlaliśmy walizki w kierunku hotelu.

Mniej więcej w połowie drogi padła bateria w nawigacji i nasza sytuacja ciut się skomplikowała. Godzina była późna, na ulicach sami turyści, którzy na pytanie o ulicę Św. Tomasza, nie byli w stanie zaoferować więcej niż wzruszenie ramion. Kierowaliśmy się więc na Krzywą Wieżę, którą - zgodnie z broszurą - widać miało być z okna naszego hospicjum. Ostatnia osoba, którą spytałem o drogę, jak inni pokręciła głową z przepraszającym uśmiechem, już wówczas jednak Anieśka ciągnęła mnie za rękaw, pokazując palcem tabliczkę via San Tommaso. Głupi ma zawsze szczęście.

Do hotelu dotarliśmy zmęczeni i głodni. Nim jednak otrzymaliśmy klucze do pokoju, niesympatyczny pan na recepcji uznał za stosowne spisać nasze biografie, korzystając z klawiatury w systemie biblijnym - szukajcie a znajdziecie.

Uznawszy, że im szybciej pójdziemy spać, tym szybciej zobaczymy Campo dei Miracolo, wciągnęliśmy na szybko Pizzę i zameldowaliśmy się pod pierzyną. Rankiem nie budzik nas jednak wyrwał ze snu, a bębniący w okno deszcz.

Uzbrojeni w jednorazową parasolkę nabytą od napotkanego handlarza badziewiem podjęliśmy próbę ataku na Pole Cudów, jednak wobec żelaznego oporu żywiołu, zmuszeni byliśmy się wycofać w  turystycznie nieco mniej popularne rejony miasta i ku radości Anieśki rozproszyć po sklepach i sklepikach.

Piza nawet w deszczu robi pozytywne wrażenie. Nie przytłacza przepychem jak Florencja. Zaprasza kameralnym deptakiem, przytulnymi alejkami pomiędzy kolorowymi kamieniczkami, gdzie ludzie stoją i żłopią winiacze. Nie jednak z butelki owiniętej papierową torebką, tylko w kieliszeczku podanym przez kelnera z restauracji nieopodal.

Piza nie kłuje zewsząd siusiakiem Dawida, ale ma swoją Krzywą Wieżę i nie zawaha się jej użyć. Co znów sprowadza nas do Campo dei Miracolo, gdzie udało nam się wrócić wśród nieco przyjaźniejszej aury pogodowej, a nawet ustrzelić absolutnie obowiązkowe zdjęcie z cyklu "podtrzymując wieżę".

Tytułowe "miracolo" to cmentarz, katedra, baptysterium i słynny na cały świat przykład tego jak nie budować - Krzywa Wieża. Cmentarz Campo Santo wyjątkowej podobnież jest urody, co musimy wziąć na słowo, bowiem w siąpiącym deszczy skłoniliśmy się raczej ku zwiedzaniu zabytków z dachem. Mówi się, że ziemia w której chowani byli zmarli, pochodzi z Golgoty, a do Pizy trafiła na statku powracającym z IV Wyprawy Krzyżowej.

Krzywa Wieża znana jest głównie z tego, że jest krzywa, nie powinno to jednak przysłaniać faktu, że jest to piękna budowla. Podobnie jak katedra i baptysterium pokryta jest delikatnymi zdobieniami, przez co sprawia wrażenie spowitej cieniutką koronką i lekkiej jak piórko.

Z resztą nie tylko wieża się Pizańczykom nie udała. Jeszcze pińcet lat temu Piza była prężnie rozwijającym się miastem portowym. Potem jednak wpadająca do morza rzeka Arno zaczęła zamulać i dziś z ręczniczkiem na plaże zapylać trzeba dziesięć kilometrów.

Tyle o Pizie. W deszczu strach było wyciągać naszego drogocennego canonka, ale coś uchwycić się udało.

wtorek, 30 października 2012

Tryptyk toskański: IL Latini

Ledwie Anieśka powiadomiła znajomych za pośrednictwem popularnego portalu społecznościowego o przyjeździe do Florencji, już koleżanka zza wielkiej wody podszepnęła życzliwie, że punktem równie obowiązkowym jak katedra, galerie i inne dawidy, jest restauracja IL Latini.


Elegancko się to nawet złożyło, bowiem we Florencji spotkać się mieliśmy z dwójką znajomych ze studiów, którzy kilka lat temu osiedli nieopodal miasta. W kulminacyjnym punkcie wzruszającego spotkania po latach zabrać mieliśmy Anieśkę na urodzinowy obiad i tak oto dylemacik odnośnie wyboru gospody rozwiązał się sam.


IL Latini ma powierzchnie boiska piłkarskiego, mimo to przed restauracją grupka chętnych oczekuje na wolny stolik. Szczęśliwie znajomi poczynili zawczasu rezerwację, tylkośmy się ciut spóźnili, przez co miejsce trafiło nam się niepierwszorzędne, a podczas uroczystości patrzyliśmy na siebie z Malesiakiem przez szybę otwartego okna.


Restauracja z pewnością nie należy do najtańszych, ale też nie tak, że dom trzeba i samochód zastawić, by pozostać w grze do deseru. Miejsce ma niepowtarzalny klimat, jest gwarno, obsługa bardzo uprzejma, a językiem Shakespeare`a włada nie gorzej niż słynny dramaturg - jedno z drugim w innych zakątkach Florencji zdaje się nie koegzystować.


W IL Latini nie podaje się menu - skład i taktyka ustalane są drogą narady z kelnerem.  Oddaliśmy tu pole znajomym, którzy w miejscowym narzeczu oraz zwyczajach odnajdują się doskonale i był to strzał w dziesiątkę. Na stół wjechały kapitalne przystawki w niespodziewanej różnorodności, któreśmy z Malesiakiem ukoronowali Bistecca alla Fiorentina. Stek po florencku ma pięć centymetrów grubości, a wobec fachowej reanimacji najpewniej mucząc radośnie potruchtałby niezgrabnie w kierunku drzwi. Niemniej nawet Anieśka, która na co dzień krwiste mięso omija obwodnicą, chwyciła za widelec i przyłączyła się do spółki. Lepszej rekomendacji nie trzeba.


Do tego antałek czerwonego wina, któryśmy entuzjastycznie osuszyli i nawet Florencja zdała się jakaś przychylniejsza.

czwartek, 25 października 2012

Tryptyk toskański: Firenze

Dwa dni urlopu mnie się po tegorocznych wyjazdach i rozjazdach się ostały, toteż wypad w cieplejsze rejony, nim w Krainie Deszczowców rozpada się na dobre i zrobi się zimno oraz ponuro, uznaliśmy za właściwe podsumowanie sezonu. Żadnych gór, namiotów i kilkudniowych rozstań z prysznicem. Tym razem jechaliśmy odwiedzać galerie sztuki, sączyć Prosecco przy maleńkim stoliczku w wąskiej uliczce, zajadać się wyśmienitym ravioli i podziwiać perły renesansowej architektury.

Śladami Ezio Auditore, niejako zaocznie realizując marzenie Lucy Moderatz, trafili my do Florencji. Rokowania nie były pomyślne, bowiem zapowiadało się, że znaczna część puli średniej sumy rocznych opadów spadnie na Toskanię podczas naszego pobytu.

Za Florencję zabraliśmy się bez gry wstępnej - korzystając z tego, że rzeczywistość rysuje się w znacznie jaśniejszych barwach niż to przewidywali meteorolodzy, ruszyliśmy natychmiast w kierunku wisienki na torcie. Stanąwszy na Piazza del Duomo westchnęliśmy zgodnie. Katedra Santa Maria del Fiore jest z innej bajki. Góruje nad miastem niczym Guliwer w krainie pokrytych czerwoną dachówką liliputów. Dzięki śnieżnobiałej elewacji pociągniętej kredką różowego i zielonego marmuru sprawia wrażenie nierzeczywistej, narysowanej zaczarowanym ołówkiem na panoramie miasta.

W zestawie powiększonym Piazza del Duomo otrzymujemy pasującą do kompletu Dzwonnicę Giotta i Baptysterium Św. Jana z wykonanymi z brązu Drzwiami Raju.

Najbardziej rozpoznawalne dzieło jednego z największych florenckich artystów znajduje się w Luwrze, jednak Florencja ma własną odpowiedź na paryskie muzeum. Nawet dwie - galerię Accademia, na czele z "Dawidem" Michała Anioła oraz Ufizzi, bez najjaśniejszej gwiazdy, za to ze zgraną paką na solidnym, równorzędnym poziomie. Przewodniki straszą widocznymi z księżyca kolejkami do obu galerii, pod Ufizzi nie staliśmy jednak nawet kwadransa.

Florencja rozkwit przeżyła w okresie odrodzenia, jeśli ktoś jednak spodziewa się romantycznego, renesansowego miasteczka, to trochę jakby dupa zbita. W oczy kłują wystawy najbardziej znanych projektantów, po uliczkach, którymi spacerował Sandro Boticelli, Leonardo da Vinci, Michał Anioł, Rafeal Santi, śmigają teraz wytapetowane panie w okularach słonecznych jak szyba od STARa i na obcasach, które zmroziłby krew w żyłach Felixa Baumgartnera. Za nimi eleganccy panowie obwieszeni dziełami takich artystów jak Gucci, Versace, Boss, Dolce i Gabbana. Tu szejk w piżamie, tam producent filmowy w Ferrari. Zewsząd słychać wbijane PINy kart kredytowych, a ogólna atmosfera bardziej pasuje do mojego wyobrażenia o Mediolanie, niż naszych oczekiwań wobec Florencji.

Przyjemniej robi się na drugim brzegu rzeki Arno. Największy batalion turystów zostaje pośród absurdalnie drogich kramów złotników i jubilerów na Ponte Vecchio, moście starszym - choć może nie w obecnej postaci - niż sama Florencja i jedynym w mieście, który przetrwał pobyt przeżywających chorą fascynację ładunkami wybuchowymi zwolenników fuhrera z jednym jądrem.

Na południowym brzegu Arno Florencja nieco zwalnia. Ludzie prażą się jak kasztany na nagrzanych kamieniach placu przed Pałacem Pitti, co bardziej wysportowani atakują schody prowadzące na Plac Michała Anioła, skąd rozciąga się kapitalny widok na miasto i kolejną podróbkę "Dawida" z niezdrową zielonkawą cerą.

W zaciszach wąskich uliczek kilka maleńkich knajpek, krzesełka na zewnątrz, między nimi taborecik, w sam raz by kieliszek wina postawić i dać odpocząć styranym florenckim brukiem stopom.

Tyle ze snobistycznej, renesansowej Florencji. Garść fotografii o tu.

niedziela, 26 lutego 2012

Jesteśmy zawsze tam, gdzie nasza Legia gra...

- Należało się z tym liczyć - westchnął Dżerzi, gdy przeciągły gwizdek sędziego zakończył wspaniałą przygodę Legii z europejskimi pucharami.

Należało. Do Lizbony jechaliśmy godnie pożegnać się z Ligą Europy, w której Legia i tak osiągnęła wiele. Rozum jednak swoje, a serce swoje i już nawet wstępnie obrałem pomnik, który nago obiegnę w razie zwycięstwa Wojskowych - na placu Marquês de Pombal.

Na lotnisku Portela usiedliśmy kole wieczora. Stolica Portugalii powitała nas śródziemnomorską zimą - 16 stopni i żadnej chmurki na niebie.

Dwie godziny później sączyliśmy już piwko przy Placu Restauradores, Anieśka, mła, Student, Dżerzi - koleżka mój ze szkolnej ławy, na którego wpadli my na lotnisku i brat jego, Olo.

Kibice Legii od kilku dni podobnież uprzykrzali życie mieszkańcom Lizbony, toteż nawet nie zdziwiło, gdy opodal naszego stolika wywiązał się drobny incydent z udziałem sympatyków warszawskiej drużyny oraz przedstawicieli lokalnej mniejszości rasowej. Na miejscu natychmiast zjawili się stróże porządku w liczbie czterech jednostek zmotoryzowanych, w który w mig opanowali sytuację, skuli Bogu ducha winną pannę, która występowała w roli naocznego świadka i odjechali w kierunku zachodzącego słońca. Podobnież dziewczę w kilku ostrych słowach podsumowało pobłażliwość miejscowego szeryfa dla prowodyrów zajścia.

Skoro świt ruszyliśmy do dzielnicy Belem. Oficjalnie, by obejrzeć słynny pomnik Odkrywców, Wieżę Belem i Klasztor Hieronimitów, wzniesiony dla uczczenia pierwszej wyprawy Vasco da Gamy do Indii. W rzeczywistości Anieśka wyczytała w przewodniku, że w Antiga Confeitaria de Belem serwowane są słynne na całą Lizbone pastéis de nata - chrupiące delicje z warstw cienkiego jak pergamin ciasta, nadziewane owocami i jajecznym kremem. W związku z tym odkryciem, dziewczę me uznało, że mecz może sobie podarować, a ciastkom nie odpuści.

Zlokalizowanie cukierni nie nastręczało większych trudności, kolejka przed Antiga Confeitaria de Belem widoczna jest z księżyca. Warto jednak swoje odstać, pastéis smakują jak kawałek nieba.

W drodze z Belem zawadziliśmy jeszcze o plac Rossio, gdzie dołączył do nas Dżerzi i Olo i po krótkiej wypowiedzi dla lokalnej gazety, całą piątką ruszylim na stadion Jose Alvalade. Na ostatniej stacji metra przejęci zostaliśmy przez szturmowców imperium i osadzeni w tymczasowym kibicowskim getcie, skąd po godzinie, w policyjnym kordonie przenieśliśmy się pod sektor gości.

Na stadionie oczywiście fiesta i gromkie 'my kibice z Łazienkowskiej nie poddamy się, będziemy z Tobą zawsze i na dobre i na złe...'. Sam nie wiem, czy lepiej jak w dawnych latach przegrać z drużyną po prostu lepszą, czy tak jak w czwartkowy wieczór polec w meczu, który był jak najbardziej do wygrania. Przy odrobinie szczęścia, dozie zimniej krwi i doświadczenia na Plac Restauradores wracać mogliśmy w zgoła innych nastrojach. A tak niedosyt zostaje, choć piłkarzom należą się ogromne brawa.

Nim opuścili pogodną Lizbonę na rzecz deszczowej Irlandii zahaczyliśmy jeszcze o Parque das Nacoes - nowoczesny park wypoczynkowy wybudowany na terenach dawnego Expo '98, by po chwili cofnąć się w czasie o trzynaście tysiącleci w murach zamku św. Jerzego.

Tyle Lizbony. Wyposażeni w dwie butelki porto, późnym wieczorem usiedliśmy na pasie dublińskiego lotniska i z wyprawy do Portugalii ostała się jeno garść fotografii.

wtorek, 9 stycznia 2007

Mieszane uczucia

O Paryżu słyszałem wiele opinii. Jedne głosiły, że to miasto o niepowtarzalnym klimacie, inne natomiast mówiły o rozczarowaniu po konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością. Byli tacy, którzy deklarowali poważne uczucia względem Paryża, ale znaleźli się również i Ci, którzy z rozgoryczeniem wspominali spędzonego pod wieżą Eiffel`a Sylwestra. My natomiast stanęliśmy przed szansą wyrobienia sobie na ten temat własnego zdania, gdyż azaliż ponieważ, wraz z dwójką znajomych to właśnie miejsce wybraliśmy na powitanie Nowego Roku.

Pierwsze problemy pojawiły się, gdy tylko szacowne nasze czterylitery wytarabaniły się z dyliżansu, który to przetransportował nas do Paryża z oddalonego o 80 km lotniska. Poszukiwania rozkładu jazdy, niezbędnego do właściwego zaplanowania drogi powrotnej nie przyniosło lepszego rezultatu niż próba założenia spodni przez głowę, a przytwierdzona do pobliskiego blaszaka kartka o treści: autobus odjeżdża na 3 godziny przed Twoim lotem uświadomiła nam tylko, że nikt z naszej bystrej ekipy nie orientuje się kiedy dokładnie nasz samolot powrotny wzbija się w przestworza. Z optymistycznym założeniem, że jakoś to będzie udaliśmy się do hotelu, a stamtąd niemal natychmiast na miacho w poszukiwaniu czegoś co uciszy coraz głośniej domagające się swych praw żołądki. I choć knajpek wokół hotelu było za trzęsienie, w oczy zajrzała nam śmierć głodową. Z kart dań zrozumielibyśmy tyle samo, gdyby spisane były po hebrajsku.

Z przejściami, ale szczęśliwie udało nam się zasiąść w lekko zadymionym lokalu, przed po części przetłumaczonym na angielski menu i złożyć zamówienie. W oczekiwaniu na upragniony posiłek raczyliśmy się ślimakami i francuskim szampanem. To wtedy właśnie zrodziło się we mnie podejrzenie, że Anieśka słusznie nazywa mnie żulem i alkoholikiem, bo szampan bardzo przyjemny, ale gdyby ktoś korzystając z chwili mojej nieuwagi podmienił go na kieliszek sowieckoje igristoje, z całą pewnością nie zostałby przyłapany. A może to kelner przewidując naszą ignorancję podał nam wino musujące. Długo tego nie roztrząsałem, bo oto na stół napływać zaczęły pierwsze dania, a wraz z nimi zdumienie i dezorientacja na twarze moich współbiesiadników. Przez chwilę nawet wydawało mi się to zabawne, póki nie przekonałem się, że moje medaliony z prosiaka mają racice. Niedawna propozycja posilenia się w McDonaldzie nie wydawała się już tak absurdalna.

Posileni i umyci na około 4 godziny przed odejściem starego roku stawiliśmy się pod wieża Eiffel`a, na widok której wszyscy członkowie noworocznej wycieczki westchnęli (z zachwytu ma się rozumieć), a nieciekawe pierwsze wrażenie jakie wywarł na nas Paryż oficjalnie poszło w niepamięć. Euforia nie trwała jednak długo, bo gdy debatowaliśmy jak spędzić dzielące nas od Nowego Roku godziny, oberwanie chmury mocno zawęziło nasze opcje. Koniec końców niezawodna w sytuacjach kryzysowych męska część ekipy znalazła nam schronienie nad brzegiem Sekwany, a do wspólnej biesiady zaprosiła dwie nowe pary: whisky z colą i martini z tonic`iem. Ten sam, niezwykle kreatywny duet samców godzinę później wydumał nam rejs promem po Sekwanie, a Paryż nocą, oglądany z ciepłej i suchej perspektywy znów zaczynał się podobać.
Wiara w odwrócenie się monety została podtrzymana, gdy wysiadaliśmy z promu, a po deszczu nie było już śladu. Jeszcze tylko krótkie szkolenie od zaczepionej pary Żabojadów jak to się robi po francusku (znaczy się odlicza) i byliśmy gotowi na powitanie Nowego Roku pod wieżą Eiffel`a. Powiesz szczerze, że spodziewałem się większej pompy. Zbiorowego odliczania, a potem nieba jak w trakcie nalotów w 39-tym, ale liczyło się, że to Paryż, wieża Eiffel`a i Sylwester 2007.

A dnia następnego Paryż wreszcie raczył pokazać nam swoje drugie, o ileż przyjaźniejsze oblicze. Bezchmurne niebo, klimatyczne kamienice, robiąca niesamowite wrażenie katedra Notre Dame,  Łuk Triumfalny, nieczynny niestety Luwr, świecąca milionem lampek Champs Elysees. Wreszcie Paryż jakiego oczekiwaliśmy. I tylko ta feralna wieża Eiffel`a, która zdaję się w odruchu obronnym zalewać deszczem, gdy tylko zbliżamy się na niebezpieczną odległość. 1,5 godziny w kolejce i strumieniach deszczu skutecznie zniechęciły nas do wjazdu na wieżę. I te Żabojady, które żadnym innym językiem niż francuski nie mówią. I to dosłownie 'nie mówią', nie 'nie umieją', tylko nie mówią. Bo poproszony o przybliżenie lokalizacji najbliższego sklepu policjant gładką angielszczyzną oświadczył mi, że ... po angielsku nie mówi, a obsługa hotelu, restauracji czy liczni handlarze pamiątek nic nie robiąc sobie z faktu, że ni w ząb ich nie rozumiemy bombardowali nas swoimi 'żepepa'. W końcu w odwecie, na kolejne oferty zakupu malutkiej, świecącej wieży Eiffel`a odpowiadaliśmy 'nie, dzięki stary, już mamy, naprawdę dzięki'.

I ostatnia fałszywa nuta noworocznego wypadu na Paryża. Gdy w końcu doliczyliśmy się, że nasz samolot odlatuje ok 12:45 zapadła decyzja, by równo z godziną 9 opuścić hotelowy pokój i przyjąć azymut na punkt odjazdu autobusów. Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy i na przystanek dotarliśmy dokładnie w momencie, gdy dyliżans ruszał na lotnisko. Kierowca zapytany, czy ma jeszcze 4 miejsca odesłał nas do następnego autobusu. Następny autobus na lotnisko się jednak nie wybierał, a kręcący się po okolicy koleś ze skomplikowanym grafikiem w ręku i jak się chwilę później okazało pilnujący, by pasażerowie zdrowo i bezpiecznie dotarli w pobliże swego samolotu oświadczył, że dyliżans na lot do Dublina właśnie odjechał, a następny odchodzi za 2 godziny. Jedynym wyjściem z sytuacji pozostała więc taksówka i tylko legendarnym w pewnych kręgach zdolnościom negocjacyjnym Anieśki zawdzięczamy, że kurs kosztował nas jedynie 2 razy więcej niż bilet autobusowy.
Wszystko. Więcej w fotoreportażu.

poniedziałek, 20 listopada 2006

Dezinformacja

KONCEPCJA
Zaczęło się prozaicznie. Dzień po chlubnym rozjechaniu Portugalii w Chorzowie, cała aldikowska ekipa, w radosnych humorach snuła rozważanie na temat bogatej w bramki przyszłości naszych orłów, ktoś tam rzucił, że następny mecz w listopadzie, że w Belgii, że Belgia niedaleko, że bilety lotnicze po 45 centów + opłaty lotniskowe, że nic tylko jechać, po czym pośmialiśmy się i każdy udał się do z góry zaplanowanych na ten dzień zajęć. Minął kwadrans ciężkiej pracy, a ów ktoś podjechał do mnie ponownie i z rozmarzonym wzrokiem rzekł w te słowy: a właściwie to dlaczego mielibyśmy nie jechać? Na to pytanie nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi, w związku z czym klamka zapadła: jedziemy do Brukseli. Anieśki nawet nie namawiałem. Zakomunikowałem dnia następnego, że jadę na żywo dopingować białoczerwonych w potyczce z Belgami, na co usłyszałem: ok, jadę.
PRZYGOTOWANIE
3 rzeczy wymagały załatwienia by wyjazd doszedł do skutku: 1. bilet lotniczy, 2. nocleg, 3. bilet na mecz. I o ile dwie pierwsze nie stanowiły problemu, o tyle na wspomnienie tej trzeciej, najważniejszej do tej pory zgrzytam zębami. Zasady rezerwacji biletów na mecz były przejrzyste. Aby zyskać na wiarygodności odsyłam do linka, szczególnej uwadze polecając pkt 2 informacji organizatorów ze strony belgijskiej, przez który starłem już górną szóstkę. 30 października, po dwóch godzinach sprzedaży, biletów na polski sektor już nie było. Pozostało nam nabyć bilety na sektory belgijskie, ale jak się miało okazać, te również zostały wyprzedane. Kumpel odpowiedzialny za ich zakup, poruszył niebo i ziemie, by mimo wszystkich przeciwności wejście na stadion w dniu meczu nam umożliwić. Słał maile i wydzwaniał do polskiego jak i belgijskiego związku piłki nożnej. W piątek, na 12 dni przed meczem, otrzymał informację z belgijskiego kumpla PZPNu, że bilety zostały już wyprzedane, ale starają się oddać do sprzedaży kolejną pulę i jeśli tylko ich starania przyniosą oczekiwany skutek w poniedziałek ślą maila z potwierdzeniem rezerwacji pięciu biletów.
Po spędzonym na obgryzaniu paznokci weekendzie otrzymaliśmy drogą poczty elektronicznej informację z Belgii, że bardzo im przykro, ale blablalalabla. Pojawiła się za to szansa odkupienia biletów od pewnego biura podróży, które oferowało zestaw dojazd, hotel, bilet na mecz, ale jako, że nie na wszystkie pakiety znaleźli nabywców, skłonni byli nam same bilety odstąpić za cenę nieco tylko przekraczającą trzykrotną wartość wyjściową. Na układ ten oczywiście poszliśmy, niestety 6 dni okazało się za mało dla owego biura, by dopełnić formalności z PZPNem i w niedziele, na 3 przed meczem otrzymaliśmy smsa treści w przybliżeniu: przepraszamy....zaliczkę oddajemy....jeszcze raz przepraszamy.
Bez walki się jednak nie poddaliśmy, co zostało nagrodzone w postaci klienta allegro, oferującego bilety w cenie nieco niższej niż wspomniane biuro podróży, ale i niestety w ilości o oczko mniejszej niż przez nas oczekiwana. Wychodząc z założenia że 1 bilet łatwiej będzie dokupić niż 7 (do tego czasu grupka nasza wzbogaciła się o dwóch uczestników), zawarliśmy umowę kupna-sprzedaży na mocy której 6 biletów na mecz piłki nożnej pomiędzy reprezentacją Belgii i Polski weszło w nasze posiadanie.
WYKONANIE
W Brukseli pierwsze kroki z hostelu skierowaliśmy na stadion wychodząc z założenia, że brakujący bilet stanowi dla nas w zaistniałej sytuacji priorytet. Na miejscu, wbrew wspomnianemu 32 linijki wyżej pktowi 2 oraz informacjom dostarczonym przez zarówno polski jak i belgijski związek piłki kopanej, okazało się co następuje:
1. bilety na sektory belgijskie NIE SĄ wyprzedane,
2. bilety na sektory polskie NIE SĄ wyprzedane,
3. sprzedaż biletów w dniu meczu JEST prowadzona.
Na tym nasze problemu się bynajmniej nie zakończyły bowiem:
1. byliśmy w posiadaniu 6 biletów na sektor B,
2. w sprzedaży były jedynie bilety na sektory U i V,
3. wg 'Pani z okienka' sektory podzielone są płotem uniemożliwiającym przemieszczanie się między nimi.
Po kilku nieskutecznych próbach opchnięcia naszej puli biletów oraz przekonania 'Pani z okienka' do kilku naszych znakomitych pomysłów, nabyliśmy drogą kupna bilet na sektor V, wychodząc z założenia, że jakoś to będzie, po czym udaliśmy się na zasłużone piwo do pobliskiej greckiej knajpy.
Na stadion ponownie zawitaliśmy 2,5 godziny później, by z biegu natknąć się na łebka próbującego sprzedać bilet na sektor B. Targu dobiliśmy w momencie, jednak tempo w jakim oddalił się nasz partner handlowy po wciśnięciu mu w łapę banknotu, skłoniło nas do poddania wejściówki dokładniejszym oględzinom, które z kolei dowiodły ponad wszelką wątpliwość, że bilet jest fałszywką. Jednak dzięki falsyfikatowi i autentycznemu biletowi na niewłaściwy sektor udało nam się zasiąść pełnym składem na sektorze... A. Bowiem rozpościerał się z niego atrakcyjniejszy widok, a poszczególne sektory okazały się być podzielone uniemożliwiającym przemieszczanie się pomiędzy nimi płotem o wysokości na moje oko 80 cm. Dla osób odczuwających pewien dyskomfort na myśl o wysokogórskiej wspinaczce pozostawał jedynie swobodnie dostępny korytarz biegnący na tyłach trybuny i łączący wszystkie sektory.
POWRÓT DO POZYCJI WYJŚCIOWEJ
Krótki, acz pełen atrakcji pobyt w Brukseli dobiegł końca i mimo inspirowanych jej niepowtarzalnym urokiem myśli o znalezieniu tu pracy i pozostaniu na stałe w komplecie zasiedliśmy na pokładzie samolotu zmierzającego wg wszelkich planów do Dublina. Aby podróż upłynęła szybciej powiadomiłem stewardessę o wdzięcznym imieniu Agnieszka, o chęci nabycia puszki Heinekena, na co ta ze szczerym żalem w głosie odparła, że zgodnie z poleceniem kapitana nie może sprzedać nam alkoholu. Zerknąłem jeszcze na sąsiednie fotele, gdzie dwóch murzynów beztrosko popijało sobie piwo i spytałem: znaczy się nam dwojgu!?. Okazało się, że zakaz sprzedaży alkoholu dotyczył całej naszej nacji (!!!). Pozostawie bez komentarza ten ewidentny, a zarazem pierwszy w historii mojej banicji przykład dyskryminowania Polaków. Zamiast tego uroczyście oświadczę, że fociaki z Brukseli dostępne są tutaj i powiem Wam drodzy Czytacze ciao.

czwartek, 1 września 2005

Veni, vidi i naprawde Vici...

Uroczyscie oglaszam ze Manchester zostal zdobyty. Niby z zaskoczenia, z przyczajki, cichcem, tylnymi drzwiami, zdradziecko nawet niektorzy moralisci by powiedzieli, ale jednak jego swiatynia zostala zbeszczeszczona. Ale powoli, powoli, nie uprzedzajmy faktow.
Spory jest Manchester, spory i nie brzydki. Dosc powiedziec, ze do centrum jechalismy pociagiem 20 minut, a nie mieszkalismy znowu na takim wygwizdowie. Rochdale nasza dzielnica sie zwala, a tamtejszy Royal Toby Hotel przez piec dni byl nam domem. I to domem, nie byle jakim. Kazdy z nas zakwaterwoany zostal w trzyosobowym pokoju (SAM - przyp. autora na wypadek gdyby ktos nie uwierzyl za pierwszym razem). A wraz z pokojem, na zasadze transakcji wiazanej, kazdy z nas wszedl w tymczasowe posiadanie telewziaora, prysznica, wielkiego loza malzenskiego lub mniejszego dla osob odczuwajacych pewien dyskomfort z zwiazku z pozostawaniem na otwartej przestrzeni, zestawu miedzysposilkowego (kawa, herbata, czekolada, 2 ciastka, cukier, butelka wody mineralnej - wszystko odnawiane po 24 h) itd.
Kazdego ranka czekalo nas sniadanie w hotelowej restauracji (full english breakfast - jajka sadzone, bekon, pieczarki, smazona kielbasa, fasolka, tosty, wybor sokow, dzemow i platkow), a wieczorem zimny guinness w klimatycznej knajpce. 
Po prawie miesiecznym pobycie w Irlandii angielskie ceny nie wywolywaly objawow, po ktorych wystapieniu najczesciej slyszy sie: 'siostro, respirator !!!!'. Malo tego zachecily nas do tradycyjnej, meskiej popijawy w rytmie Finlandii. Ilosc miala za zadanie tylko oslabic, nie zabic, jako ze dnia nastepnego fruits&vegs; oczekiwaly nas w magazynie Aldi, niestety w jednym przypadku okazala sie zabojcza i u ziomala z Kielc jazda wozkiem wywolywala chorobe morska.
Nic to. Bylo co opijac, bo tegoz samego dnia... A zaraz zaraz. Posopiech wrogiem sprawiedliwosci. Kolejny akapit poprzedzic musi niewielki wyklad teorytyczny. Otoz na podstawie niezaleznych badan wykonanych w wolnym czasie przeze mnie i moich znakomitych kolegow i kolezanke z Instytutu Transportu PW, dokonano systematyzacji metod wchodzenia na stadion. Co bystrzejsi czytacze juz czuja co sie swieci, ale musza siegnac do swoich pokladow cierpliwosci. Otoz wyrozniamy nastepujace metody wdarcia sie na trybuny. Metoda a`la Amsterdam Arena - ciagniesz za wszystkie klamki, z paradokasalnie uzasadniana nadzieje, ze ktores drzwi musza puscic. Metoda a'la Alliannz Arena - przemykasz przez otwarta brame przybierajac mine i poze czlowieka, ktorego nikt nie mysli zapytac o wejsciowke. Metoda a'la stadion olimpijski w Monachium - placisz za wstep. Metoda a`la AOL Arena - wszelkie proby wdarcia sie na trybuny koncza sie jedynie podartymi portkami.
I teraz chcialbym zaproponowac Panstwu krotki konkurs AudioTele. Ktora z tych metod dostalem sie na stadion Manchesteru United. SMSa o tresci A, B, C lub D wyslij na koma i dopiero wtedy przejdz do dalszej czesci tekstu.
A metoda, ktora otworzyla przed nami trybuny Old Trafford, byla oczywiscie szkola holenderska. Ktos wyszedl z przeszklonych drzwi, my przez nie weszlismy, wjechalismy winda ma losowo wybrano pietro, dostalismy sie na trybune honorowa (stolik, srebrna zastawa, pelna kulturka i wielkie okno wychodzace na murawe), wprawilismy w iwlkie zdumienie tamteszego tapeciarza, wpadlismy na pierwsze z brzegu schody, podnieslismy metalowe drzwi i... oczom naszym ukazala sie ziemia obiecana. Dobrze, ze instynktownie wpadlismy w szal cykania fociakow, bo czasu duzo nie mielismy. Po 5 minutach zostalimy namierzeni i internowani w trybie natychmiastowym. Ale co na kliszy to moje, a i Wasze jak tylko wywolam i na blogu zamieszcze.
A wszystko to dzieki uprzejmosci Aldiego, ktory: oplacil przelot, nocleg+sniadanie, zapewnil transport z hotelu do pracy i wsadzil w kieszen pare groszy (wiecej niz place miesiecznie za mieszkanie). Nic wiec dziwnego ze kazdy toast wznosilismy za pomyslnosc naszego sponsora. Thank you Aldi. Dziwi tylko troche fakt, ze po zainwestowaniu w nas takiej kasy wczoraj uszczuplili nasze grono o kolesia, ktory dwukrotnie nie przyszedl do pracy tlumaczac sie choroba i osiagal najslabsze wynik podczas szkolenia.
I na koniec ogloszenia parafialne. 1. Grubciu - raport z Wiedzmina jest wiecej niz wypasiony. Dobrze, ze wysylasz go partiami, bo mysle, ze po przyjeciu wiekszej dawki na raz, zaniczyscilbym moje nowe pantalony ;). Tylko Ty wez sie mlody nie opieprzaj, tylko slij kolejny odcinek, bom glodny kolejnej realacji. 2. Siostra - powiedz no Ty babci, ze w poniedzialek pierwszy raz stac mnie bylo na surowke do obiadu, co chyba jednoznacznie swiadczy o stanie moich oszczednosci. 3. Storczyk - relacje z wyjazdu obiecales i co? Wez no pierdnij chociaz dla orientacji, bom ciekaw niezwykle jak to sie robi po francusku ;). 4. Iwonko - no wlasnie Ty wredoto jedna. Twoje szczescie, bo juz Cie kreslilem z testamentu i zapisany bylem na wymazanie Cie z pamieci. I staraj sie lepiej, bo tu jest cola waniliowa...



niedziela, 28 sierpnia 2005

O Manchester !!! Is wonderfull !!!

Chcialoby sie zanucic sladem kibicow pilkarskich, ale niewielka eksperiencja w tym temacie nie pozwala mi na takie deklarcje. Ze zwiedzonych miejsc najbardziej zapamietalem hotelowa knajpe, magazyny Aldiego i ...Old trafford. A zlozylo sie na to kilka przyczyn. Przede wszystkim godziny pracy  (od 14:30 do 18 - 20) rozbijajace kompletnie dzien, a do tego czeste deszcze o poranku, ktore zupelnie zniechecaly do wystawiania jakiejkolwiek czesci ciala po za obszar naszego przytulnego hotelu. To przed praca. A po pracy najsmielsza ekspedycja dotarla do Tesco oddalonego o odleglosc na jaka sika przecietny mezczyzna po 3 piwach.
Nie zawsze jednak pozwolilismy sie pokonac przeciwnosciom losu i tak oto dotarlismy na stadion Man Utd (co wiazalo sie z podroza pociagiem i tramwajem), zwiedzilismy dzielnice Rochdale z niebrzydkim, sredniowiecznym ratuszem, XX-to wiecznym centrum handlowym i zgraja Pakistancow paradujacych po ulicach w pizamach oraz dolozylismy swoje pare groszy do budzetu miejscowego McDonalda.
I niech to bedzie tyle tytulem wstepu do obszerniejszej relacji, ktora pojawi sie w srode, jako ze Anieska zamyka juz kafejke, a do pracy zawita ponownie wlasnie w srodku tygodnia.