Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gamoń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gamoń. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 sierpnia 2020

Goodbye old friend...

Byłeś mi naprawdę bliski, tym większe spustoszenie w mojej duszy spowodowała Twoja strata. To cena, którą niezmiennie płacę za moje bezwzględne przywiązanie graniczące z syndromem sztokholmskim - można mnie bić, a nazajutrz i tak wrócę jak pies merdający ogonem. Cóż dopiero, gdy  o mnie dbać, otoczyć czułą opieką i sprawić bym czuł się bezpiecznie.

Byliśmy razem na zboczu Mont Blanc, to była moja pierwsza Wielka Góra. Bez przewodnika, który pokazał palcem gdzie dreptać,  bez tragarza taszczącego cięższą połowę dobytku. Byliśmy zdani na siebie. Było w tym piękno wyzwania, z dominującą nutą satysfakcji, ale i szczyptą niepokoju, a nawet przypadkową grudką strachu, gdy w nieprzeniknionych ciemnościach porywisty wiatr przygwoździł nas do lodowatej grani.

Na szczycie stanąłem pijany niebezpieczną mieszanką euforii, dumy i końską dawką endorfin. Twardo jednak stąpałem po białej kopule, wiedziałem bowiem, że czekasz w dole, że za kilka godzin się zobaczymy. Rok wcześniej Cię z nami nie było, do domu wracaliśmy wówczas na tarczy. Przypadek...?

Nigdy nie zapomnę wspólnej nocy pod Dufourspitze, gdy ze strony lodowca spłynęły na nas kaskady deszczu wspartego topniejącym śniegiem. Czuwałeś nad nami, szeptałeś kojące słowa.

Zjechaliśmy razem pół świata. Nigdy nie zawiodłeś. Zawsze byłeś wartością dodaną.

Wicklow Way było naszą ostatnią wspólną wyprawą. Już wtedy wiedziałem, że żyjesz w pożyczonym czasie. Taśma uszczelniająca szwy zwisała Ci już smętnie, promienie słoneczne skruszyły ochronną warstwę silikonu, delikatne ściany zwiotczały i zapadły się jak policzki starca. Nie zasłużyłeś jednak, by tak odejść. Powinieneś tkwić w szafie jako weteran, w czarnej godzinie gotów powrócić do służby. Zamiast tego skończyłeś na dnie zielonego kosza na śmieci, bom jak ostatni żółtodziób zostawił Cię wilgotnego w pokrowcu, byś bez słowa skargi zapleśniał. A pleśń jest dla namiotu jak złośliwy rak z przerzutami. Rozlewa się po ścianach czarnym wzorem i cuchnie śmiercią po rozsznurowaniu pokrowca.

Próbowałem wszystkiego. Delikatnych środków naturalnych, agresywnej chemii. Było już jednak dla Ciebie za późno.

Pamiętaj o nas rozbity dumnie w zielonej dolinie Krainy Wiecznych Łowów. My z pewnością będziemy pamiętać o Tobie...

czwartek, 22 lutego 2018

Czekolada

Gdy śmy opuszczali dwanaście lat temu rodzinę i znajomych na pokładzie autobusu Polonia Travel, będąca celem naszej podróży Irlandia jawiła się jako kraina mlekiem i miodem płynąca. Niemniej zdumiałem się, gdy kilka dni temu z Anieśki laptopa popłynęła czekolada. I nie jest to bynajmniej stylistyczny trik, zawiła metafora, ni nowatorska aplikacja. Najprawdziwsza, autentyczna czekolada o dziewięćdziesięcio procentowej zawartości kakaa kakao ziaren kakaowca.

To był jeden z tych nielicznych poranków, gdy jedliśmy razem śniadanie. Upiwszy solidny łyk kawy odstawiłem kubek na ławę, zapadłem w miękkie oparcie kanapy i spojrzałem na moją muzę. Na twarz oświetloną blado niebieskim światłem laptopa, duże, zielone oczy, mały podbródek, smukłą szyję, kasztanowe, gęste włosy związane na czubku głowy w taki śmieszny grzybek. Na opalone udo prowokacyjnie wychylające się spod połów szlafroka, zgrabne dłonie przemykające po klawiaturze jak po klawiszach fortepianu, na...

- Ufajdałaś czymś rękaw.

Anieśka przerwała ciapanie w klawiaturę. Podniosła dłoń na wysokość oczu, po czym obwąchała podejrzliwie mankiet. Nieco tylko uspokojona poczęła wywracać do góry nogami bezpośrednie otoczenie, celem namierzenia źródła brązowej plamy na rękawie.

- No nieeee - załkała trzymając laptopa nad głową. Z otworów wentylacyjnych płynęła czekolada.
- Co mam teraz zrobić?
- Wpisz 'chocolate off' w autoexecu - odparłem odruchowo i pożałowałem natychmiast. Nawet informatycy pamiętający czasy DOSa nie uznaliby tego za zabawne.
- Coooo? - Anieśka nie pamiętała czasów DOSa.
- Nic, żartowałem.
- Jesteś pewien? Bo zupełnie nieśmieszne - warknęła. - Przynieś papier z kuchni.

Późniejsze śledztwo wykazało, że Anieśka postawiła komputer na kostce czekolady. Pod wpływem ciepła czekolada rozpuściła się i szturmem wdarła do wnętrza przez otwory wentylacyjne, gdzie po wyłączeniu laptopa zastygła.

A przez kolejnych kilka dni wypływała, ilekroć komputer osiągnął właściwą ku temu temperaturę.

Podobny, acz znacznie bliższy memu sercu efekt Anieśka próbowała zapewne osiągnąć kilka miesięcy wcześniej wylewając piwo na mojego laptopa. Niestety plan, choć w zamiarach szlachetny, zakończył się klapą. Komputer, miast zacząć serwować złociste bursztyny, wymagał wydłubania i gruntownego czyszczenia każdego klawisza. Niektórych dwukrotnie. A co rzadziej używane przyciski potrafią zachrupać jeszcze dziś.

Także ta akcja z czekoladą rozbawiła mnie znacznie bardziej...

poniedziałek, 12 lutego 2018

Papla

Siedzieliśmy w kuchni u Kowala i Lisicy. Pomieszczenie wypełniał dym z elektronicznego papierosa i zapach pieczonej karkówki.  Z salonu dobiegał trzask płonącego w kominku drewna, z głośników sączyły się orientalne nuty, a rozmowa płynęła wartko.

- A w czerwcu gdzie jedziecie na wakacje? - zagadnęła Anieśka.
- A to taka trochę tajemnica - odparł Kowal z enigmatycznym uśmiechem.
- Co to za tajemnica, skoro wszyscy ją znają? - żachnąłem się.
- Jak to wszyscy? - zdziwił się Kowal niespokojnie wiercąc się na krześle.
- No ja wiem, bo mi powiedziałeś. I Anieśka wie, bo ja jej powiedziałem - tłumaczyłem cierpliwie jak dziecku.
- Ale nie wszyscy tutaj wiedzą - wycedził z naciskiem prasy hydraulicznej.

Działo się coś dziwnego. Mózg dawał sygnał do odwrotu, usta jednak rozzuchwalone Kapitanem Morganem z colą nie słuchały rozkazów.

- Kto nie wie!?
- Ja nie wiem! - syknął Kowal, a gdyby jego oczy mogły zabijać, Anieśka w jednej chwili zostałaby atrakcyjną wdówką.
- Nie mieliście objechać wschodniej Europy zaliczając po drodze najwyższe szczyty krajów byłego Związku Radzieckiego? - spytałem łamiącym się głosem.

Kowal spuścił głowę, jak zwykł czynić przegrawszy w pokera ostatni żeton z parą piątek na ręce.

W martwej ciszy, która zapadła, sięgnąłem pamięcią do zeszłego piątku, gdy śmy siedzieli we dwóch nad kufelkiem guinnessa w lokalnym szynku. Słowa 'Lisica', 'urodziny', 'niespodzianka' wypłynęły na powierzchnię jak napuchnięte zwłoki na mokradłach. Krew odpłynęła mi z twarzy.

- Ty, sory, pomerdało mi się! - klapnąłem się w czoło. - To Kostek z dzieciakami to planował!

Utkwiłem spojrzenie w szklance Morgana. Kątem oka zerknąłem na Lisice. Uśmiechała się nieświadomie, bądź nieświadomą uprzejmie udawała.

Minął może tydzień, gdy Kowal podjechał do mnie w hucie. 

- Ty, ale wałek wymyśliłem - wyrzucił z siebie podekscytowany. - Ale nie możesz nikomu powiedzieć.

Zdążyłem tylko zamachać nerwowo rękoma, ale Kowal wszystko już wyśpiewał jak na średniowiecznym łożu tortur. 

Niczego się nie nauczył...

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Jesteś moją kofeiną...

- Jeszcze nieee - mruknęła Anieśka, gdym się od jej ciepłych pleców oderwał odpowiadając na zew budzika.

Miałem kilka minut zapasu. Nowy rok, nowy ja. Poprzedniego wieczora ogoliłem pyszczydło, zmieliłem kawę, owsiankę zalałem mlekiem migdałowym, posypałem ziarnami chia i wstawiłem do lodówki. Wyprasowana koszula wisiała na drzwiach od sypialni. Mróz nocą nie chwycił, także nie było potrzeby skrobania samochodu.  Posłusznie wślizgnąłem się więc spowrotem pod kołdrę, włączając opcję drzemki.

Gdy budzik zaterkotał ponownie, przeszedłem już jednak w tryb pilny. W łazience spędziłem kilka ledwie minut, po czym z ciuchami w garści zbiegłem po schodach. Wrzuciłem owsiankę do mikrofali. Gdy półtorej minuty później kuchenka trzema piknięciami oznajmiła, że śniadanie podano, zapinałem już pasek od spodni.

Mam w pracy kolegę, który niezwykle wolno mówi. W zasadzie nie tyle mówi wolno, co przerwy między wyrazami robi tak długie, że między jego good i morning można kawę zaparzyć. W efekcie jego rozmówca do sedna dochodzi szybciej niż on. Z kontekstu. Tamten jednak wciąż mówi, co niezwykle frustrujące jest. Jak czytać książkę, choć już się zna zakończenie.

To zupełnie jak mikrofala, pomyślałem kręcąc głową nad miską owsianki. Musi zapikać trzy razy. Już po pierwszym sygnale wiadomo, że danie jest gotowe, można jednak drzwiczki otworzyć, STOP nadusić, prąd odciąć w całej dzielnicy, a kuchenka swoje musi dopowiedzieć. Jak pukający do drzwi Sheldon Cooper. Załamka, pomyślałem, ale spojrzawszy mimochodem na wiszący na ścianie zegar przerwałem absurdalne przemyślenia, by podwoić tempo wiosłowania łyżką.

Z czegoś trzeba będzie zrezygnować, by zdążyć do pracy, uznałem wkładając pustą miskę do zlewu. Z całą pewnością jednak nie z kawy. Wstawiłem kubek pod kolbę i odpaliłem ekspres. Wypiję w pracy. Otworzyłem drewnianą szafkę sięgając po plastikowy kubek podróżny ze Starbucksa. Zdjąłem wieczko, by wykrzywić twarz w paskudnym grymasie  na widok pierścienia nalotu z kawy na dnie. Kto wkłada brudny kubek do szafki, warknąłem, choć nikt oprócz mnie go nie tykał.

Błyskawicznie umyłem naczynko pod kranem. Skończyłem, nim woda zdążyła się nagrzać. Z niepokojem rzuciłem okiem na zegar. Nie było dobrze. Przelałem kawę do kubka, spakowałem do plecaka lunch i wsadziłem ręce w rękawy kurtki puchowej. W jedną kieszeń wetknąłem identyfikator do pracy, w drugą krawat. Zawiążę stojąc na światłach. Raz dwa wskoczyłem w buty, wróciłem do kuchni po kawę, wyciągnąłem rękę w kierunku kubka i ... nie trafiłem.

Kawa chlusnęła ... wszędzie. Polała się po blacie, ściekła na dół po obu stronach drzwi od szafki. Zalała stojącą na środku kuchni wyspę, popłynęła po podłodze w kierunku przerwy między płytkami i zabudową.

- O kurka - powiedziałem spokojnym i rzeczowym tonem.
- Wodna - dodałem po chwili, uznając, że sytuacja tego wymaga.

Przez myśl przeszło mi to, co przeszłoby przez myśl każdemu na moim miejscu. Wiać! Mając jednak do wyboru rozzłościć Kaminskyego spóźniając się do pracy lub rozzłościć Anieśkę zostawiając bajzel w kuchni, chwyciłem natychmiast rolkę papieru kuchennego w ręce.

Do biura wpadłem trzy minuty po siódmej.

- Spóźniłem sie? - zapytałem prowokacyjnie.

- Szef            się.                nie.                   spóźnia.                Czasem.                 szefa.                 zatrzymują...

- ... sprawyniezwykłejwagi? - podsunąłem pośpiesznie.

- ... bardzo.                       ważne.                           sprawy.

poniedziałek, 25 września 2017

Prohibicja

Jest słoneczny niedzielny, irlandzki poranek. W rozmemłanej, flanelowej pościeli budzę się sam. Anieśka od dwóch godzin dogląda turnieju karate. Naciągam kołdrę na głowę, by skraść jeszcze kilka leniwych chwil nim wstanę i zacznę żyć, jednak kiełkująca w głowie myśl o frittacie z wędzonym łososiem i mocnej kawie, wyrywa mnie z pieleszy. Biorę szybki prysznic i zbiegam na dół, do kuchni. Otwieram lodówkę. Niewielki brokuł na dolnej półce wyciąga do mnie oskarżycielsko różyczki, całkiem słusznie upatrując we mnie głównego winowajcę swej przytłaczającej samotności. Chwytam jabłko, by uciszyć uczepiony obietnicy frittaty żołądek i ruszam w kierunku najbliższego geszeftu.

Sklepowymi alejkami przemykam like a man on a mission. Wciskam pod pachę tuzin jajek, łapię w garść łososia, słodka paprykę i paczkę pomidorów koktajlowych. Przemierzając w drodze do kasy alejkę z alkoholem, przypominam sobie, że dziś Newcastle mierzy się z Brighton, więc bez zastanowienia chwytam w wolną rękę sześciopak piwa.

Docieram do kasy. Rzucam sprawunki na taśmę. Pani w pasiastej koszuli skanuje warzywa, chwyta w dłonie sześć małych buteleczek...

- Trochę za wcześnie na piwo - mówi z uśmiechając się nieśmiało.

Cóż za oryginalny tekst, żeby zagadać, myślę.

- Nigdy nie jest za wcześnie na piwo - odpowiadam, wykrzywiając twarz w czymś, co w nieco gorszym świetle i przy subtelnej podpowiedzi, mogłoby ujść za łobuzerski uśmiech.

- Tak, wiem. Mam na myśli, że niedzielę alkohol sprzedajemy dopiero od 12:30.

Gdyby to był film, zabrzmiałby teraz zgrzyt gramofonowej płyty...

niedziela, 30 lipca 2017

Klątwa?

Ja dalekim jestem od przesądów, złych omenów i innych guseł, faktem jednak jest, że gdy poprzedni raz sprawiłem sobie nowe buty - śliczne białe najeczki na sztuczną nawierzchnię, które według zapewnień producenta gwarantować miały 40 bramek w sezonie - nim po raz pierwszy wybiegłem w nich na boisko, kolega w hucie miał tzw. brain fart, wobec czego przez kolejne dwa tygodnie poruszałem się o kulach. A nietknięte najeczki zawinięte w szeleszczący papier na długie dni wylądowały na samym dnie schowka pod schodami.

Przez pierwsze dni rekonwalescencji otoczony byłem wówczas troskliwą opieką Anieśki, wszystko co dobre szybko się jednak kończy i wkrótce moja osobista pielęgniarka wyjechała na z dawna zaplanowany kurs językowy do Londynu. Ja natomiast rozpocząłem dramatyczny wyścig z czasem, by stanąć na nogi w ciągu tygodnia, kiedy ruszałem do Newcastle na mecz Srok z Tottenhamem.

Udało się wówczas połowicznie, bowiem z kul zrezygnowałem w ostatniej chwili, pozostawiając je w zaparkowanym pod lotniskiem samochodzie. Po Newcastle jednak poruszałem się z niefotogenicznym grymasem bólu na twarzy i w tempie, w jakim upływa pierwsza poniedziałkowa godzina w pracy.

W czwartek nierozważnie nabyłem nowe mokasyny.

W piątek w skutek niefortunnej interwencji na boisku ponownie chwyciłem w ręce kule.

Jak przed laty z powody prawej kostki.

W niedzielę Anieśka wsiadła do samolotu do Polski.

Za dwa tygodnie Drogą Szwajcarską ruszamy na Dufourspitze, 4 634 m n.p.m., numerek dwa na liście Korony Europy.

Nigdy w życiu tak stalowo nie przestrzegałem wskazówek lekarza. Okłady z lodu co 2-3 godziny, dragi dwa razy dziennie, minimum pół godziny przed jedzeniem, noga uniesiona przez większość czasu powyżej poziomu serca, a nie jest to pozycja ani wygodna, ani dodająca godności. I wszystko to może nie wystarczyć, a finał może być taki, że Anieśkę oraz Kowala dopingować będę z poziomu Zermatt, patrząc ze smutkiem na najpiękniejszy szczyt Europy... 

Boso będę chodził, a nowych butów w życiu już nie kupię...

czwartek, 30 października 2014

Szlaban

W związku ze zbliżającym się świętem, słuchałem Anieśki jakby nieco uważniej, szukając między wierszami choćby cienia mimowolnej sugestii, co by w urodzinowy poranek odwróciło uwagę niewiasty od faktu, że właśnie stała się o kolejny rok starsza. I doczekałem się, choć człowiek nieco mniej doświadczony i w arkanach pożycia w związku nieco mniej wprawiony, mógłby delikatną jak pajęcza nić podpowiedź przegapić.

- Jakbyś kiedyś zastanawiał się co mi kupić.... - zaczęła znienacka Anieśka podsuwając pod nos stosowny katalog, dla pewności podparty linkiem na fejsbuczku.

To było przeszło miesiąc temu, ale u nas na wsi mógłbym Anieśce najwyżej nowe grabki, bądź prenumeratę kwartalnika "Mój Traktor" sprezentować, toteż nałgawszy okrutnie o koniecznej wizycie u mechanika, zaprzągłem konie i ruszyłem na miasto.

Późno już było, bo to dzień pracujący i nawet, nieco niepokojem trapion, próbowałem godziny otwarcie galerii na telefonie odnaleźć, ale ostrzegawczy stukot kół na poboczu ostatecznie zniechęcił mnie do odwracania uwagi od kierunku jazdy. Osiemnastej jeszcze z resztą nie było.

Myśli musiały mi nieco oddryfować, bom na bramce na autostradzie zalecanego trzydziestometrowego odstępu przed samochodem z przodu nie zachował. Ja taki gadżet mam, ukryty za lusterkiem, co robi bip w bezpośrednim sąsiedztwie stacji poboru opłat oraz innych mostów zwodzonych i sobie można wtedy linią priorytetową śmignąć. Tylko wspomniany odstęp trzydziestometrowy pomiędzy powozami trzeba zachować, bo czujka mało gramotna jest i jednego auta może nie zauważyć.

Szlaban zatrzasnął mi się może trzy metry przed maską. Szybko nie jechałem, ale zatrzymać się nie miałem żadnych szans. Wydawałoby się, że naturalny odruch to skryć głowę za schowkiem na rękawiczki i spod szlabanu wyjechać kabrioletem jak szeryf Buford T. Justice (ehh, klasyka).  Ja jednak mężnie zamknąłem oczy i mentalnie nastawiłem się na jęk pękającego szkła i gniecionej stali. Nim doszło do kolizji pomyślałem jeszcze ze smutną rezygnacją, że śmy niepotrzebnie świeżo  zainwestowali w auto równowartość ośmioletniego opla, bo choć 158 koni mechanicznych galopowało cichutko jak Ireneusz Krosny, po nadchodzącym nieuchronnie kontakcie z ramieniem szlabanu do pracy będę musiał jeździć w gore-texie.

Nawet swego rodzaju niewytłumaczalny zawód poczułem, gdy zamiast spektakularnej kraksy usłyszałem głuche pacnięcie. Okazało się bowiem, że ktokolwiek projektował przejazd linią priorytetową, słusznie założył, że po autostradzie poruszają wszelakiej maści oszołomy, których chronić trzeba przed samym sobą. Szlaban nie tylko owinięty był miękkim kondonem jak ściany pokoju bez klamek, ale również dla pewności zamocowany do takiego stojaczka turystycznego, a przez to stawiający w przypadku uderzenia opór jak wojska francuskie w 1940.

W efekcie z kolizji wyszedłem bez szwanku. Nie licząc poważnego wgniecenia na dumie, którego żadna polisa nie pokryje...

A galeria handlowa okazała się oczywiście zamknięta.

poniedziałek, 26 września 2011

Ciamajda

W piątek wyszedłem z domu nie zamykając uprzednio drzwi na klucz. Przedwczoraj nie wyłączyłem kuchenki. Wczoraj Anieśka spuściła ajfona w sedesie, po czym wpakowała kciuk pod zszywacz biurowy. I nie że się ukłuła. Wraziła sobie zszywkę na tyle głęboko, że mogła przyczepić do niej telefon na sznureczku, co by więcej w toalecie nie nurkował.

Kilka chwil później córka Hołowczyca mało nie rozjechała mnie moim własnym autem na pracowniczym parkingu. Myślała, że będę obchodził samochód z tyłu.

Dziś Niziołek, w ramach popularyzowania kolarstwa, wręczył mi swój stary komplet butów i pedałków SPD, takich wpinanych w podeszwę. Stomatologia poczyniła takie postępy w dziedzinie protetyki, że pomyślałem: czemu nie?

Nie mniej, wobec ostatniego splotu niefortunnych wydarzeń, z jedynkami już się na wszelki wypadek pożegnałem.

Update:

Anieśka dziś prawie udusiła się tabletkami tranu. To się skończy krwawo...

sobota, 20 sierpnia 2011

Złe miłego początki

Jest sobota. Czeka mnie jeszcze jakieś dziesięć godzin pracy, kilka godzin snu i samolot do Monachium o 7:20. Mamy trzynasty dzień sierpnia, stąd nawet nie dziwi mnie, że jeden z kierowców zamiast ładunku kwiatów, przywozi pustą naczepę, po czym z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku rusza do domu. Właściciel firmy przewozowej obiecuje naprawić błąd w ciągu pół godziny - to takie zabawne irlandzkie określenie dla sześćdziesięciu minut.

Po chwili dzwoni kolejny dostawca. Jego kierowca zapomniał po drodze zgarnąć dwustu pięćdziesięciu skrzynek brokuł. Będzie za ... pół godziny.

Jeśli przychodząc do pracy liczyłem, że wrócę do domu przed północą, teraz wyzbywam się wszelkich złudzeń. Nie udało się Kopciuszkowi, nie uda się i mnie. Przynajmniej nie stanę w progu w jednym bucie.

Po ostatnich poprawkach bagażowych udaje mi się jeszcze wykroić godzinkę snu, po czym, zgarniając po drodze Quy-Syu, ruszamy na lotnisko. Porzucamy auto na parkingu długoterminowym, po czym przesiadamy się w autobus pod halę odlotów.

Wyskakuję już na pierwszym przystanku - w aucie został iPad, a wraz z nim zestaw filmów na drogę oraz mapy, numery rezerwacji i bezcenne notatki dotyczące zbliżającej się fascynującej ekspedycji. Ile sił w nogach biegnę do samochodu, co wygląda dosyć pokracznie, bowiem dla przyoszczędzenia miejsca w głównym bagażu, sztywne buty pod raki półautomatyczne mam na nogach. Jeśli ktoś kiedyś miał ma stopach buty narciarskie, wie o chodzi.

Anyway, dopadam do auta, wyciągam iPada i dawaj biegiem na ostatni przystanek. Autobus udaje mi się złapać, nim zdążył objechać cały parking. Anieśka i Qyu-Syu nie zdają sobie jeszcze sprawy, że jestem na pokładzie. Oczami wyobraźni już widzę ich miny, gdy wyskoczę z autobusu, nim zdążą wytaszczyć bagaże i spytam z udanym zdziwieniem: co tak długo? Szczerzę się sam do siebie jak głupi do sera, ale po chwili uśmiech zastyga mi na ustach. Ładunek emocjonalny jest na tyle duży, że nawet kierowca spogląda na mnie zaciekawiony.

- Wszystko ok? - pyta.
- Niezupełnie. Możesz mnie wysadzić na światłach? Nie wziąłem dokumentów z samochodu.

poniedziałek, 27 października 2008

Na doktora Hiszpana

- Haha. Majk, spóźniłeś się. Jedziesz karniaczka - powitał mnie Kostek, stawiając przede mną dwa kielichy i pół szklanki okowitki.
- Nie wygłupiaj się. We wtorek mam obronę. Jutro przed pracą chcę się jeszcze pouczyć - próbowałem przyhamować niecne próby spicia mnie do nieprzytomności.
- Jak nie będziesz czegoś na obronie wiedział dzwoń do mnie - zaproponował Radża - panią z komisji zagadam, że niby jej perfumy pachną zjawiskowo, a w międzyczasie wszystko Ci wygoogluje.
- Nie sądzę, żeby w trakcie obrony przewidziano telefon do przyjaciela.
- Nie kombinuj - uciął Radża wznosząc kielich - pij.

* * *
Jechałem sobie do pracy rozmyślając, czy kiedykolwiek będzie mi dane odchorować kaca w domu jak biały człowiek, czy też już zawsze będę umierał we włościach pracodawcy. Dojeżdżałem już pod firmę, gdy zawibrował telefon.
- To jak? - zaczął Niziołek - Zabierzesz mnie spod Spara za dwadzieścia druga?
- Jakto za dwadzieścia druga? - spytałem wpatrując się tępo w zagarek samochodowy, aż dotarła do mnie bolesna prawda - k...a ja p....e z....a twoja mać!!!!!!!!!
- Aaa, zaspałeś. Spokojnie, masz jeszcze ponad 40 minut.
- Nie Niziołku, zapomniałem o zmianie czasu. Jestem już pod firmą.

Z dwojga złego lepiej zapomnieć w październiku niż w marcu.

czwartek, 24 lipca 2008

"nie, nie powiedziałaś..."

To miał być leniwy czwartek. Złamany grypą, bądź też inna zarazą, opatulony w zimową kolekcję z Szafy Na Ubrania, korzystając z dnia wolnego zaległem na kanapie z żelaznym postanowieniem pozostania w tej pozycji, póki temperatura ciała nie zejdzie do upragnionych 36 kresek, a Skarby Z Apteki nie przegonią konwulsyjnego kaszlu. Pozostawiając za sobą rozgrzebaną pościel, ignorując piętrzący się stos garów w zlewie i wysypujące się z kosza śmieci, szerokim łukiem ominąwszy prysznic otworzyłem srebrny ekran laptopa, oficjalnie rozpoczynając tym samym proces leczenia.

Pociągając w regularnych odstępach nosem dzieliłem czas między swobodną pogawędką na gg, a zażartą dyskusją smsową z Anieśką, aż w końcu wiadomość o tajemniczej treści "nie, nie powiedziałaś..." w wyniku drobnego omsknięcia posłałem do wszystkich kontaktów z mojej internetowej książki telefonicznej. Wszystkich!

To wręcz niewiarygodne jaką prędkością reakcji co poniektórzy dysponują. Zanim na dobre zdałem sobie sprawę z pomyłki, telefon począł krztusić się serią sygnałów smsa. "Czego ci nie powiedziałem", "a właśnie, że powiedziałam", "serio", "to super", "co ci nie powiedziałem muj pszyjacielu" (pisownie oryginalna), "chyba ci się numery popierdzieliły", "to do mnie ta wiadomość tajemnicza", czy krótkie acz treściwe "co k..a?!" z każdą sekundą konsekwentnie zapychały moją skrzynkę odbiorczą. Po chwili żwawe rytmy "Layli" Claptona oświadczyły, że ktoś ciekawski postanowił wyjaśnić pomyłkę telefonicznie. Fidel PL - zapowiedział wyświetlacz zdyszanego telefonu.

- Słucham - zacząłem zdziwiony, iż Fidel przerywał długie milczenia z tak błahego powodu.
- Dzień dobry - usłyszałem, ku memu zdziwieniu, damski głos.
- Dzień dobry.
- Ee .... ymmm. Kto mówi?
- Wydawało mi się, że to właśnie dzwoniąca osoba powinna się przedstawić.
- No tak, ale dostałam dziwnego smsa z tego numeru.

Na prędce wyjaśniłem sytuacje, zaznaczając iż w moich kontaktach ten numer figuruje jako Fidel.

- To nie Fidel mówi - poinformowała mnie konspiracyjnym tonem moja rozmówczyni - ale osoba bardzo mu bliska.
- Yhy - odparłem nie bardzo wiedząc co powiedzieć.
- Czy Pan jest stary? - zaskoczyła mnie nagle.
- Proszę?
- Mam na myśli czy Pan jest w wieku Fidela, czy też może dużo starszy.
- Troszkę starszy, ale góra cztery lata. Uważam się w każdym razie za młodego.
- Jakiegoś flirtu Pan szuka, bo ten sms takim trzykropkiem był zakończony, takim niedopowiedzeniem, jakby chciał Pan powiedzieć coś więcej.
- Być może proszę Pani. To był sms do mojej dziewczyny, więc pewne znamiona flirtu mógł nosić - odparłem rozbawiony do łez.
- Bardzo ładnie Pan mówi. A może Panu się nudziło i specjalnie wysłał Pan tego smsa do wszystkich? - zasugerowała Nieznajoma dekonspirując cały spisek.
- Zapewniam Panią, że miałem zupełnie inne plany na dziś.
- Ah, bo Pan wciąż nie wie z kim rozmawia. Ja jestem mamą Fidela.

W tym miejscu obiecałem sobie, że na podłogę padnę później, a zamiast tego uciąłem sobie dłuższą pogawędkę z Panią Fidelową, na temat jej syna, życia w Irlandii, jej syna, powrotu do Polski, jej syna, wykształcenia, perspektyw. Luźna, przyjemna, choć absurdalna zważywszy na okoliczności rozmowa.

Nie mam nawet odwagi pomyśleć, jakby się to wszystko skończyło, gdybym posłał w eter jednego z bardziej hmmm... pikantnych smsów do Anieśki.