Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 kwietnia 2021

Die sieben heiligen Bergen von Linz

Z domu wyjechałem o czwartej nad ranem. Dwie godziny później zaokrętowałem na na dublińskim lotnisku, zgodnie z perwersyjnym wymogiem linii KLM pozwoliłem sobie wsadzić do nosa patyczek do uszu w wersji Extra Long, ucałowałem czule Anieśkę i poturlałem bagaże w kierunku hali odpraw. 

Godzinę późnej epidemolog drogą mailową potwierdził, że przyjrzał się uważnie patyczkowi, co mi go z nosa wyjęli i śladów wirusa nie dostrzegł, w związku z czym mogę bezpiecznie wkroczyć na pokład samolotu do Amsterdamu. 

W holenderskiej stolicy przesiadłem się w Kurużnik do Wiednia, a stamtąd wypożyczonym samochodem pognałem do Linz. Do wynajętego apartamentu dotarłem o ósmej wieczorem. Zameldowałem się Anieśce, po czym przystąpiłem do oględzin lokalu. Skrzywiłem się na widok bladoróżowej mikro-kuchni, z nieco większym zadowoleniem przyjąłem obszerną sypialnię, powiodłem wzrokiem po zawieszonych na ścianach półkach i grzbietach ustawionych na nich książek - wszystkich co do jednej po niemiecku, acz słowo "góry" znam w dwunastu językach. Chwyciłem w dłonie pozycje o tytule "Siedem świętych gór Linz", klapnąłem na wyrko i przystąpiłem do kartkowania. 

Wiedzieć jeszcze tego podówczas nie mogłem, bo - prawda - ciemno, ale jeśli książce wierzyć, Linz otoczone jest lesistymi pagórkami, z których siedem ma mistyczne właściwości. O ile dobrze to sobie przetłumaczyłem. Równie dobrze mogło chodzić o plagę Bielinka Kapustnika. Przy najbliższej okazji postanowiłem to sprawdzić, bowiem możliwość zanurzenia się w zieleni w zasięgu strzału z łuku, to z pewnością pozycja w rubryczce plusów, jeśli chodzi o rozważania na temat osiedlenie się w Linz na stałe.

Jak postanowiłem, tak zrobiłem i w wielkanocną sobotę spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy w mały plecak, przeprawiłem się przez Dunaj i zanurzyłem się w las. 

Ciut zlekceważyłem tą trasę. Już po kilku minutach stromego podejścia zatęskniłem za kijkami trekkingowymi, a głośnym sapaniem począłem płoszyć leśną faunę. Szczęśliwie trasa szybko nabrała przyjaźniejszego nachylenia i ani się obejrzałem, stanąłem na wierzchołku zalesionego wzniesienia, gdzie ze zgrozą uświadomiłem sobie, że właśnie zdobyłem mój pierwszy austriacki szczyt. W tym rozdziale w każdym razie. Dziesięć lat temu koniec końców wróciliśmy w glorii zdobywców z Grossglocknera, jednak z całym szacunkiem dla Pipieterkogl (567 m n.p.m.) ... niesmak pozostał.

Ledwie więc wróciłem do domu, otworzyłem laptopa w poszukiwaniu bardziej efektownego szczytu, by przeczyścić paletę.

Już kolejnego ranka mknąłem do Grunau im Almtal z zamiarem zdobycia Kasberg - zarówno nazwa jak i wysokość (1747 m n.p.m.) zdały mi się bardziej do okazji przystające. Nauczony doświadczeniem znów zapomniałem kijków, wyrwałem jednak z leśnego poszycia dwa badyle i nie zważając na -10 do wizerunku piąłem się pod górę, a serce rosło mi z każdym krokiem. Nie sposób odmówić pokrytym wrzosem irlandzkim wzniesieniom romantyzmu. Nie sposób nie docenić ustronności dzikiego krajobrazu. Po Górach Galtee wędrować można godzinami i nie napotkać żywego ducha. Co Alpy jednak, to Alpy, a te niskie pachną Tatrami i poważną obietnicą, bowiem na widnokręgu majaczą ośnieżone szczyty z prawdziwego zdarzenia.

Jeszcze poprzedniego dnia zaplanowałem trasę w aplikacji Komoot, zupełnie jednak zbytecznie, bowiem z samego Grunau szlak jest doskonale oznakowany. 

Po raz pierwszy myśl o odwrocie zakiełkowała mi głowie, gdy ubity trakt zniknął w głębokim do pół łydki śniegu, ale ostateczną decyzję podjąłem, jak mnie mało z siodła nie wysadził zbłąkany narciarz. Nawet połowy drogi nie przeszedłem, acz z opuszczonego schroniska wypatrzyłem dwa szczyty, z których śnieg już się wycofał, także do domu wracałem może na tarczy, ale z solidnym planem na kolejny weekend.

I z tym planem w głowie ruszyłem wczorajszego poranka to Scharnstein. Na miejscu łamanym niemieckim przepytałem parę seniorów na okoliczność jakiego parkingu, a podążywszy za ich wskazówkami fartownie zaparkowałem auto pod samym drogowskazem na Hochsalm 1405 m n.p.m.

Droga na szczyt ponownie prowadziła doskonale oznakowanym szlakiem. Trasy górskie w Austrii są zdaje się elegancko uporządkowane i ponumerowane, zakup papierowej mapy (dzieci neostrady powiedziałyby analogowej) wydaje się pod kątem planowania wyprawy rozsądną inwestycją. Podobnego manewru próbowałem w Irlandii, ale ścieżki na wyspie lubią pojawiać się równie niespodziewanie, co znikać i prowadzić donikąd. Mapa służyła więc głównie ustaleniu z grubsza z jakiego szczytu właśnie zeszliśmy.

Aplikacja Komoot określiła trasę, którą obrałem, poziomem expert. Dobrze, że rodzina z dwójką sięgających pasa latorośli i niskopodłogowym psem, których mijałem w drodze powrotnej tego nie wiedziała, mogłoby im to odebrać całą przyjemność. Trasa nie przedstawia technicznych trudności, ale wymaga umiarkowanej kondycji. Jeśli ktoś łapię zadyszkę wchodząc na półpiętro, to ja bym raczej poczekał na dole, aż puby otworzą.

Według znaku w Scharnstein droga na szczyt zająć ma 2h45min i tyle też mi z jednym postojem zajęła, acz po pierwszej godzinie brnąłem w błocie, a po drugiej w śniegu, także dwa kroki do przodu i jeden do tyłu robiłem w sensie absolutnie nie przysłowiowym. Za to w drodze powrotnej na tej samej zasadzie robiłem osiem kroków, choć chciałem tylko jeden, także zusammen do kupy wyszło na moje.

A z Kasbergiem rozliczę się za kilka tygodni. Bez śnieżnej czapy i podstępnych narciarzy kozaczyć nie będzie.

niedziela, 2 sierpnia 2020

Pielgrzym Drugi

W zamierzchłych czasach gdyśmy zameldowani byli w niedalekim sąsiedztwie Dublina, w Glendalough bywaliśmy w miarę regularnie. Okolice stolicy uchodzą nie bez przyczyny za bardziej cywilizowaną część Irlandii. Kaszlące spalinami skrzaty żebrzą pod McDonaldem, elfy pracują za minimalną stawkę w lokalnych multipleksach, a soczyście zielone wzgórza brzęczą automatycznymi dronami koszącymi trawę. Ilekroć więc stawiała się u nas hałastra znad Wisły, głośno domagająca się Irlandii jak z kolorowego przewodnika National Geographic, Dolina Dwóch Jezior okazywała się jedną z niewielu destynacji osiągalnych na jednym baku paliwa. 

Popularność Glendalough oznaczała rzecz jasna rzeszę turystów i flesze aparatów trzaskające jak stroboskop, głównie jednak w okolicach klasztornego kompleksu. Za Lower Lake tłum rzednie, a gdy strzelista wieża obronna zmienia się w majaczący za plecami falliczny kształt, na trasie pozostają tylko co bardziej wytrwali wędrowcy.

Nie tym razem jednak. 

Kwadrans po tym jak opuściliśmy bezpieczne schronienie w Larragh, dotarliśmy do pierwszych zabitych na głucho zabudowań Glendalough. Zatrzaśnięte okiennice i zaryglowane drzwi napastowały żółtymi covidowymi plakatami. Wokół żywego ducha. Po odwiedzanym przez przeszło milion turystów rocznie obiekcie kroczyliśmy jak po planie filmowym "I am legend". Na naszpikowanym celtyckimi krzyżami średniowiecznym cmentarzu, byliśmy jedynymi ludźmi mogącymi się pochwalić pulsem.


Nieco dalej wpadliśmy na dwóch robotników w odblaskowych kamizelkach, którzy w pierwszym odruchu na nasz widok chwycili w panice za narzędzia, ale zorientowawszy się kto zacz wrócili natychmiast do nawet nie udawania, że pracują. 

Po wczorajszej ulewie nie było śladu, acz z niepokojem zerkaliśmy to w górę na ołowiane niebo, to w dół na ekrany telefonów. Aplikacja pogodowa lojalnie uprzedzała, że dziś jeszcze może udać się dotrzeć do obozu suchą stopą, ale jutro raz na zawsze odechce nam się prysznica. Wykombinowaliśmy więc, że miast dyrdać do samego Glenmalure, jak pierwotnie zamierzaliśmy, i rankiem pakować w deszczu mokre manele do plecaków, zakończymy dzisiejszy odcinek trzy kilometry wcześniej i kimniemy się pod wiatką Mullacore Hut.

Czas pokazał, że plan był znakomity. Drewniane schronienie okazało się doskonale wyposażone. W rogu stało składane krzesło turystyczne, na ścianie wisiała szczota do zamiatania i ... patelnia, pod sufitem pięciolitrowy baniak na wodę. Kilka kroków wcześniej minęliśmy elegancki strumyk, a jeśli nadal rozmyślaliśmy nad losem fińsko-chorwackiego zespołu, nad ogniskiem buty na patyku suszyła poznana wczoraj koleżanka z Finlandii.

Podczas, gdy ulewa zaskoczyła nas poprzedniego popołudnia zanurzonych w wiklinowych fotelach z kieliszkiem mołdawskiego wina w ręku, nasi nowi przyjaciele byli wówczas dwie godziny drogi od Mullacor Hut. Do wiaty dotarli więc dzwoniąc zębami jak cymbałki, a dotarłszy zamieścili dziękczynny wpis w Księdze Wejścia, nieco tylko nadużywając słowa hipotermia.

Streściwszy nam dramatyczne wydarzenie poprzedniego wieczora wsadzili nogi w wilgotne jeszcze buty, zarzucili plecaki na garby i ruszyli w kierunku szosy, skąd zabrać ich mieli znajomi. Tym samym wiatka została wyłącznie do naszej dyspozycji, a wraz z nią cały inwentarz, który przy odrobinie inwencji wystarczył, by zmajstrować gorący prysznic i ciepłą strawę.


Początkowo miarkowaliśmy spać ino tylko w śpiworach, lecz wraz z zapadnięciem zmroku i dogasającym ogniskiem, jedna po drugiej zlatywać zaczęły się skrzydlate piranie, rozłożyliśmy więc moskitierę pod zadaszeniem i zanuciwszy kilka chantów w intencji dobrej pogody zamknęliśmy oczy.

Obóz zwinęliśmy skoro świt, by jak największy dystans pokonać przed deszczem. Ledwie jednak weszliśmy w zasięg sieci komórkowej, okazało się, że wczorajsze chanty nie padły na jałowy grunt, a początek żabobicia przesunięty został z godziny 9 na 12. W świetle tych rewelacji znaleźliśmy moment, by przystanąć pod zamkniętym schroniskiem Glenmalure Lodge i odpalić kawiarkę, którą nie na darmo wszak taszczyłem w plecaku.

Wzmocnieni czarną materią wznowiliśmy marsz. To był piąty dzień dreptania. Całą trasę planowaliśmy zamknąć w tydzień, także ten słupek, który informował kpiąco, żeśmy są ledwie w połowie drogi, był zupełnie niepotrzebną prowokacją.


Szczęśliwie mieliśmy doskonałą motywację, by nie zaprzestawać marszu. Te meszki to bowiem ciut ofermy były i ewidentnie nie opanowały lądowania na ruchomym obiekcie. Starczyło jednak przystanąć, by stracić pół litra krwi w trakcie konsumpcji jednego batonika. W umiarkowanym tempie, acz z żelazną konsekwencją pokonywaliśmy więc kolejne kilometry, chantując dla odmiany o deszcz w nadziei, że lecące z nieba wielkie kule wody, skutecznie odbiorą pijawkom apetyt. I po raz kolejny chanty zostały wysłuchane - kilkaset metrów przed Mucklagh Hut zaczęło siąpić. I przez następne 24 godziny miało nie przestać.

Ostatnia na trasie wiata nie miała na stanie krzesełek, ni patelni, ale wyposażona była w zmyślny system zbierania deszczówki, wody więc mieliśmy pod dostatkiem. Ktoś nawet zostawił kartusz z gazem, acz paliwa pozostało tak mało, że sklasyfikowaliśmy to raczej jako zaśmiecanie, niż samarytański uczynek.

Raz dwa zmontowaliśmy po misce wegetariańskiego orzo bolognese i kubku malinowej herbaty. Ponoć nie ma takiego problemu, którego nie rozwiąże kubek herbaty. Badania na losowo wybranej grupie stu osób dowiodły wprawdzie większą skuteczność szklaneczki whiskey, a jeszcze większą dwóch, jednak kawiarka była jedyną fanaberią, na jaką pozwoliłem sobie w bagażu.

Nasz problem można było rozwiązać na dwa sposoby:

a) mimo deszczu iść dalej do Moyne zgodnie z planem, znaleźć miejsce na namiot, którego nie udało nam się zawczasu wypatrzeć na zdjęciach satelitarnych, rozbić się, wtaszczyć mokre bagaże do nylonowego igloo, a rankiem mokre igloo do bagażu.

be) zostać na noc pod zadaszeniem, za cenę wydłużenia kolejnego odcinka do przeszło 30 km; w deszczu, za to z finałem pod dachem i w suchej pościeli.

Uradziliśmy zostać w Mucklagh Hut, więc popołudnie upłynęło nam leniwie na lekturze i pochłanianiu kolejnych kubków malinowej herbaty. 

Z nadejściem szarówki przenieśliśmy się do rozłożonego pod wiatą namiotu. Styrane drogą buty zostawiłem na zewnątrz w charakterze odstraszacza na słynące z doskonałego węchu niedźwiedzie. Upchnąłem spodnie w kieszeni namiotu, zmieniłem koszulkę na czystą, telefon podłączyłem do powerbanka, nakryłem się śpiworem i otworzyłem ponownie kindle`a. Wątek Leo Manheimmera nabierał rozpędu na oświetlonym diodami ekranie czytnika, gdy przypomniały o sobie hektolitry wypitej herbaty. Tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Wybiegłem na bosaka na mokrą trawę i ... nie zna życia, kto nie próbował sikać skacząc na jednej nodze, drugą odganiając się od krwiożerczych meszek...

Rankiem trzęsło mnie na samo wspomnienie. Było wszawo i siąpił deszcz. Naciągnęliśmy nylonowe kondomy na plecaki i skrywszy się pod warstwą gore-texu ruszyliśmy do Shillelagh. Szliśmy na przemian leśnym traktem i asfaltową drogą. Górski krajobraz Wicklow powoli ustępował pola pastwiskom i gospodarstwom rolnym. Deszcz przeszedł w maleńkie kropelki wody fruwające na wietrze we wszystkich kierunkach jak iskry z ogniska. Mijaliśmy porzucone w wysokiej trawie wraki samochodów, pogonił nas pies, o mały włos nie stratowało nas stado koni, przez kilkaset metrów śledziła nas podejrzanie wyglądająca grupa owiec.



Na wysokości Tinahely przecięliśmy drogę regionalną R747, obeszliśmy w koło rozległy pagórek i wyszliśmy na asfalt, którym maszerować mieliśmy już do samego celu. Nie było elegancji, ni godności w tych ostatnich kilometrach. Twarda nawierzchnia rezonowała nieprzyjemnie w stawach, brakowało wynagradzających wędrówkę widoków. Marzyło mi się piwo i pizza, na które w maleńkiej Shillelagh nie miałem wielkich nadziei. 

Jeszcze kilka godzin temu Anieśka podskakiwała wesoło w rzęsistym deszczu, nucąc autorską piosenkę o mokrych majtkach. Odkąd mój zegarek radośnie obwieścił przełamanie bariery trzydziestu kilometrów, patrzyła na mnie, jak kobiety patrzą na swoich mężów podczas porodu. Gdy zza kolejnego pagórka wyłoniła się wieża kościoła w Shillelagh, niewiele brakowało, a bym się przeżegnał. Gdy po przekroczeniu bram wioski z zaskoczeniem poczułem zapach pizzy, nie mogłem zapanować nad drżeniem podbródka. A gdy Sean, właściciel pokoju, który wynajęliśmy, będący jednocześnie właścicielem znajdującego się piętro niżej pubu, wytoczył z piwniczki cztery zimne piwa, pękła ostatnia bariera i gwiżdżąc na dwa metry dystansu zaszlochałem głośno, kryjąc twarz w jego koszuli.

Chciałbym powiedzieć, że objedliśmy się nieśmiertelną klasyką włoskiej kuchni, prawda jest jednak taka, że wciągnąłem swoją dwunastocalową pizze i połowę Anieśki, a efekt był taki, jakby wrzucić słomkę do pieca hutniczego. Znacznie lepszy rezultat osiągnąłem przytuliwszy dwa piwa na sfatygowany organizm. Zapewne dlatego na miękkie boki przyjąłem telefon od koleżki, który gościć miał nas kolejnego dnia. Po ukończeniu Wicklow Way planowaliśmy przespacerować się do Bunclody, zostać tam na noc, a rankiem złapać autobus do Dublina. Nasz niedoszły gospodarz przypomniał jednak sobie, że w okolicy jakiś wirus panuje i postanowił anulować naszą rezerwację.    

Wicklow Way mogłoby się w zasadzie skończyć w Shillelagh. Niektórzy sugerują, że nawet jeszcze w Tinehely, ale o tych osobach oraz o sposobie prowadzenia się ich matek Sean ma bardzo niskie mniemanie. W każdym razie dreptanie asfaltem celem nastukania kilometrów się nie broni, a zamykającego trasę odcinka do Clonegall nie sposób rozpatrywać w innych kategoriach. Bez historii, bez widoków, bez sensu. Weszliśmy do wioski w glorii zwycięzców i po klepnięciu słupka znaczącego koniec trasy przystąpiliśmy bez dalszej zwłoki do martwienia się, co dalej.

Ostatni tego dnia autobus do Dublina odjechał z samego rana. Anieśka w końcu wyczarowała nam koleżkę, który za garść dukatów zgodził się nas zawieźć do Carlow. Stamtąd mieliśmy złapać autobus do stolicy, gdy jednak dyliżans zajechał na przystanek i przyszła nasz kolej wejścia na pokład, kierowca przeliczył załogę i oznajmił, że zgodnie z covidowymi restrykcjami może zabrać jeszcze tylko jedną osobę.

- Pociąg! - zawołała Anieśka, przypomniawszy sobie, że z Carlow do Dublina można dojechać również po szynach. - Którędy na stację kolejową! - krzyknęła w kierunku przechodzącej bebeczki.

Oszołomiona niewiasta wyciągnęła niepewnie rękę w tym samym kierunku, który wskazywał drogowskaz z napisem "Train Station" nad jej głową. Z podskakującymi plecakami na plecach pognaliśmy w stronę dworca. Na peron wpadliśmy kilka minut przed odjazdem pociągu. W sam czas by nabyć bilet i uspokoić oddech przed nałożeniem maseczki. Niespełna godzinę później byliśmy na Heuston Station, skąd Luasem dostaliśmy się do centrum miasta, a następnie autobusem do Marlay Park, gdzie wszystko się przed tygodniem zaczęło. Do odbębnienia został nam jedynie odcinek, który wówczas pokonaliśmy autem z racji braku stosownych miejsc parkingowych.

Przed domem ludzi, którzy uprzejmie zgodzili się przechować Princessę na swojej posesji, stanęliśmy po zmroku i w strugach deszczu.  Kudos, że otworzyli drzwi przed dwiema zakapturzonymi postaciami, zważywszy, że spodziewali się nas dopiero nazajutrz.

Tyle w temacie. Piękna przygoda, która zapewne nigdy by się nie wydarzyła, gdyby nie import chińskiego badziewia i zamknięcie kraju na głucho. W ciągu siedmiu dni zrobiliśmy 254 338 kroków. Straciłem 3 kilo wagi i 0,7% tkanki tłuszczowej, ale nabyłem dwa okazałe, zaskakująco symetryczne odciski. 

Za rok Camino de Santiago...

sobota, 27 czerwca 2020

Pielgrzym

W czasach gdy wszelkie społeczne interakcje zabronione są dekretem rządowym może to zapachnieć paradoksem, ale miałem dosyć ludzi. Nie żeby robili coś niewłaściwego. Po prostu byli. Za dużo i za często.

W zarzewiu pandemii otrzymałem w hucie własne biuro, na wypadek by jedno kichnięcie nie wyeliminowało całej kadry myślącej. Przyklasnąłem z radości na ten pomysł, bowiem raz, że klawo mieć własne biuro i wiadomo - mamusia będzie dumna. A dwa, że choć darzę kolegów, z którymi dzieliłem do tej pory obszar roboczy niekłamaną i w pełni zasłużoną sympatią, mają oni tą zasadniczą wadę, że nie potrafią wytrzymać piętnastu minut bez otwierania jadaczki. Ja z natury jestem rozmownym i szalenie przystępnym człowiekiem, ale w pracy chciałbym zrobić swoje i iść do domu, zająć się dalece ciekawszymi rzeczami, miast asystować kolegom w podejmowaniu kluczowych decyzji w kategorii czy tyłek wytrzeć ręką lewą czy prawą. Ot taki niekoleżeński jestem.

Także wielkie nadzieje wiązałem z własnymi czterema ścianami. Szybko przeorganizowałem pomieszczenie, które do tej pory służyło za pokój spotkań. Przesunąłem krzesła pod ścianę, stół pod okno, obok monitora postawiłem kubek na długopisy z nieco wytartym herbem Legii i zdjęcie Anieśki. Rozsiadłem się w fotelu, z niejakim wysiłkiem zwalczyłem chęć położenia butów na blacie i wtedy pukanie rozległo się po raz pierwszy. Od tamtej pory zawiasy drzwi mojego nowego biura stały się najciężej pracującym elementem w całym budynku. Ostatecznie zostawiłem je otwarte na oścież w obawie, że jeśli jeszcze jedna osoba wparuje do środka z impetem jak przeciąg, gdy właśnie wcinam batonika proteinowego, moja przyszłość będzie w dużej mierze zależeć od tego, czy ktoś pamięta chwyt Heimlicha z kursu pierwszej pomocy. 

Na domiar złego za ścianę wprowadził się Kamiński, w związku z czym ciągłe "Majkel?" słyszałem z lewej, z prawej, przez telefon i zza kartongipsowego przedzielenia...

Potrzebowałem wakacji. Z dala od ludzi. W dziczy, wśród śpiewu ptaków i szumu drzew. Potrzebowałem, żeby przez kilka godzin nikt nic do mnie nie mówił, żeby świat ... na moment ... zamknął ... japę. Nie czekając na lipcowy urlop wlepiłem więc sobie w grafiku holideja w najbliższym możliwym terminie, a dzielące mnie trzy tygodnie spędziłem na obserwowaniu prognozy pogody w Górach Wicklow. A ta rodziła serię etapów żałoby. Od euforii, przez niedowierzanie, gniew, nadzieję i w końcu akceptację. 

Wicklow Way ciągnie się przez 130 kilometrów od Marlay Park na południu Dublina, przez Góry Wicklow po niewielką wioskę Clonegall w hrabstwie Wexford. Zwyczajowo dzieli się ją na siedem odcinków, z których każdy kończy się kilkoma zwykle opcjami noclegu. Nie w czasach pandemii jednak, gdy zgodnie z rządowym edyktem wszelkie hotele, hostele i B&B zabite mają pozostać do 29 czerwca dechami i otoczone ostrokołem. Nam to jednak LOTTO było, bośmy w plecakach nieśli sprzęt kempingowy, a dwa noclegi celem naładowania telefonów i opłukania się pod skrzydłem zarezerwowaliśmy za pośrednictwem Airbnb.

Ponieważ pod Marlay Park nie było możliwości beztroskiego pozostawienia auta na tydzień, pierwsze trzy kilometry trasy pokonaliśmy samochodem do wypatrzonego na Google Maps leśnego parkingu. Dlaczego zdawało nam się, że w słoneczne niedzielne popołudnie znajdziemy choć jedno zakichane miejsce na polanie na skraju lasu oddalonego od stolicy o strzał z haclówy, bogowie naiwności tylko raczą wiedzieć. Na taką jednak właśnie ewentualność mam w zespole Anieśkę, która raz dwa zagadała lokalną babeczkę na okoliczność pozostawienie auta na jej posesji i po chwili taszczyliśmy plecaki pod górę spokojni o Princessę, która najbliższy tydzień miała spędzić bezpiecznie za solidnym ogrodzeniem.



Z racji bliskości Dublina pierwszy odcinek trasy naszpikowany był pielgrzymami, wśród których niemałe zainteresowanie wzbudzały nasze plecaki.

- WOW, you're camping. I've always wanted to do that. Dokąd zamierzacie dzisiaj dojść?

Zamierzaliśmy dojść do Knockree 18 kilometrów dalej, gdzie w czasach bardziej normalnych można się zatrzymać w imponująco prezentującym się z zewnątrz schronisku młodzieżowym. My zamierzaliśmy się rozbić kilka kroków dalej nad rzeką, blisko źródła wody, jednak plan się posypał gdyśmy wpadli na znak "NO CAMPING" poparty dla wzmocnienia przekazu nie pozostawiającym wątpliwości rysunkiem przekreślonego namiotu. Na domiar złego zaczerpnięta z rzeki woda okazała się mieć kolor zdrowej uryny. Na nic zdały się głosy, że to skutek prozdrowotnego filtrowania przez torf. Trzeba mieć zasady, nie jem żółtego śniegu - nie piję żółtej wody. Rozbiliśmy się więc na zapuszczonym polu, gdzie trawa po kolana sugerowała brak rogacizny, dwa kroki od zdezelowanego baraku pełnego szrotu wszelakiego. W środku znaleźliśmy suszarkę do ubrań, która rankiem idealnie nadała się do suszenie wilgotnych od kondensacji śpiworów.



Kolejny dzień przyniósł najpiękniejsze widoki i takąż pogodę. Sugarloaf niepodzielnie zawładnął horyzontem, a malownicza trasa poprowadziła nas górą wokół wodospadu Powerscourt do podnóża Djouce, gdzie natrafiliśmy na miejsce kempingowe niczym z podręcznika do biwakowania - płaska jak miesiąc wieczorem polana rozciągała się na brzegu szerokiego potoku, niewielki krąg z kamieni znaczył miejsce na obozowe ognisko, na skraju samotne drzewko, w tle zielone wzgórza. Nawet owce uznały, że tak krasnego pleneru nie wypada obfajdać. Gdyby nie to, że pokonaliśmy mniej jak połowę zakładanego na ten dzień dystansu, już wbijałbym śledzie w miękki torf, a tak korzystając z tego, że pielgrzymów w zasięgu wzroku niet, wygrzebaliśmy z plecaka maleńką kostkę mydła 100% organic, co to nam je Kowal przed wyprawą własnoręcznie wykonał i wskoczyliśmy do lodowatej wody.

Lżejsi o dwa kilo brudu, kurzu i potu podreptaliśmy zboczem Djouce, aż po ciągnący się przez wrzosowiska kilkukilometrowy pomost z podkładów kolejowych i w końcu Lough Dan - jezioro, które ze względu na kształt, czarne wody i jasną plażę na jednym z brzegów do złudzenia przypominało kufel guinnessa. Na tym etapie nogi powchodziły nam już w doopska po kolana, do celu pozostawał wciąż szmat drogi, a Lough Dan odbiło mi się na siatkówce i nie mogłem przestać myśleć o zimnym piwie. 

Im bliżej byliśmy celu, tym bardziej przypominaliśmy niedobitków wracających z wojny. Stopy składały mi się już wyłącznie z odcisków, a Anieśka klęła tak, że się muchy zlatywały. Po krótkim asfaltowym odcinku weszliśmy znów w las, gdzieśmy poważnie rozważali robicie namiotu - napotykane co kilka kroków ślady ogniska świadczyły, że nie bylibyśmy pierwsi. Za każdym razem powtarzaliśmy jednak sobie, chodźmy jeszcze kawałek. W końcu znów wyszliśmy na szosę, gęsto obsadzoną po obu stronach domostwami, także o biwakowaniu nie mogło być mowy. 

W okolicach godziny 21 dotarliśmy do Oldbridge. W tym miejscu mieliśmy zboczyć z trasy, by rozbić się nad jeziorem, zagadnąłem jednak miejscowego gospodarza, czy bardzo by protestował, gdybyśmy rozstawili namiot na polu za jego płotem. Odparł, że zupełnie by nie protestował, nie jego to bowiem było pole. Poradził jednak nieodległy skrawek ziemi należącej do lokalnych skautów. 

Skrawek okazał się faktycznie nieodległy, a przy tym płaski, z elegancko wystrzyżonym poletkiem idealnym pod namiot. Wyszczerzyliśmy się od siebie na ten widok z ulgą, ale długośmy zębów nie suszyli, wnet bowiem ptaki ucichły, niebo pociemniało i runęła na nas chmara maleńkich skrzydlatych piranii. Nigdy w życiu tak prędko nie rozłożyłem namiotu. To musiał być światowy rekord. Wrzuciłem do środka Anieśkę, za nią oba plecaki i w końcu sam schroniłem się pod warstwą nylonu. Natychmiast przystąpiliśmy do masakry meszek, które wnieśliśmy do środka na plecach, podczas, gdy 3 kilo pobratymców przyglądało się bezsilnie szczelnie pokrywając zewnętrzną stronę moskitiery.

Rankiem krwiopijców było niewiele mniej, więc namiot zwinąłem niemal tak szybko, jak go rozłożyłem poprzedniego wieczora i z owsianym batonikiem w zębach czym prędzej czmychnęliśmy za ogrodzenie i w dalszą trasę. 

Do przejścia mieliśmy ledwie osiem kilometrów, a na dodatek w Larragh, gdzie zmierzaliśmy, czekał na nas pierwszy nocleg pod dachem, z czystą pościelą, gorącą wodą i zimnym piwem (... jak naiwnie wówczas myślałem). 

Po dwóch godzinach marszu dotarliśmy do Brusher Hut, jednej z trzech rozlokowanych na trasie drewnianych wiat. Gdybym nie miał skrzywionej dzieciństwem potrzeby udowodnienia czegoś (to fachowa diagnoza Anieśki), wczorajszy odcinek podzielilibyśmy na dwa, zakończone właśnie pod deskami pociągniętego zieloną farbą daszku. Na naszą korzyść się to jednak obróciło, bowiem raz, że jak się okazało pod wiatką poprzedniej nocy urzędował zespół fińsko-chorwacki, który właśnie nieśpiesznie zbierał się do dalszej drogi, a dwa, że gdyśmy dotarli to Larragh, ledwie przestałem się mazać, że żaden z dwóch lokalnych sklepów nie posiada koncesji na sprzedaż piwa, niebo pękło jak stare hajdawery. Ktoś na górze wściekł się nie na żarty - siekło żabami, rybami i elektryką. 

Hektolitrom lejącej się z nieba wody przyglądaliśmy się zza przestronnego okna ciepłego pokoju sącząc mołdawskie wino i z niejakim niepokojem myśląc o fińsko-chorwackim zespole, który jak nic mierzył się wówczas z żywiołem na otwartym terenie. 

Następnego popołudnia mieliśmy się przekonać, jak im poszło...

czwartek, 2 stycznia 2020

Excalibur

Gdyby w Familiadzie, po szlagierowym sucharze Strasburgera, padło pytanie o najsłynniejszego Walijczyka, jak bum cyk kucyk okazałoby się, że ankietowani - bez względu na płeć oraz stosunek do piłki kopanej - przerzucali się na przemian Ryanem Giggsem i Garethem Balem. Ewentualnie jakiś dobrze poinformowany fan Muzy No 10 błysnąłby Anthony Hopkinsem. Mało prawdopodobne, by ktoś pomyślał o człowieku, który jako pierwszy powstrzymał najazd Germanów na Wielką Brytanię. I to w czasach, gdy praprzodek Churchilla mieszkał jeszcze na drzewie i modlił się do własnego stolca. O gościu, który zjednoczył Brytów, wyciągnął miecz z kamienia i zrewolucjonizował stolarkę. Kto wie, jakby się potoczyły losy świata, gdyby lepiej dobierał ludzi, którymi się otaczał. Gdyby nie zdradziła go żona, syn i najlepszy kumpel, być może David Beckham grałby dla reprezentacji Niemiec.

Historia Artura Pendragona ma wszystko, co dobra historia mieć powinna. Rozsądną dawkę heroizmu, garść wizjonerstwa, dużo perfekcyjnie niedoskonałego człowieczeństwa, ciut romantyzmu, nieprzesadnie doprawiona dramatyzmem i odrobiną magii, na którą swobodnie można przymknąć oko przyjmując, że to ludowa naleciałość, a cała reszta mogła wydarzyć się naprawdę. I nikt nie zaserwował jej tak doskonale, jak Bernard Cornwell.

Więc gdy okazało się, że nie polecimy na Święta do kraju (bo nie da rady), ani do Reykjaviku (bo za zimno), ani do Alicante (bo za drogo), pojechaliśmy do Walii szukać Excalibura. Ktoś powie, że to tylko legenda, ale inna legenda po dwóch tysiącach lat co niedziela zagania miliony ludzi do budynku ze skrzyżowanymi deskami na dachu, więc Walia nie wydała się takim złym kierunkiem.

W kwestii kultywowania mitu Artura Walijczycy nie mają łatwo - wynalazca okrągłego stołu operował na terenach, z których przeszło tysiąc lat temu zostali wyparci. Także wszelkie historie, że Excalibur spoczywa na dnie jeziora Ogwen, a sam Artur pochowany został o stóp Snowdon można raczej między bajki włożyć.

Ale też nie tak, że nie warto tego sprawdzić, więc w wigilijny poranek zaparkowaliśmy Princessę na poboczu szosy pomiędzy jeziorami Idwal i Ogwen. Planowaliśmy obejść to pierwsze, a może nawet przełęczą zwaną Kuchnią Diabła przedostać się na drugą stronę gór pod maleńki akwen Llyn y Cwn, nim wrócimy na wigilijną kolację do Llandudno.

Ktokolwiek jednak strzeże arturiańskich artefaktów uznał, że Idwal jeszcze OK, ale dalej już no pasaran! Gdy podeszliśmy pod przełęcz deszcz z lekkiej mgiełki przeszedł w prestissimo, więc wykonaliśmy honorowy odwrót w kierunku okrążającej jezioro ścieżki.

W Pierwszy Dzień Świąt Park Narodowy Snowdonia przywitał nas już znacznie cieplej - bezchmurnym niebem, grudniowym słońcem i stojącym powietrzem. 

Na najwyższy szczyt Walii prowadzi kilka tras, z czego dwie najbardziej popularne to Miners' i PYG Track, biegnące z Pen-y-Pass. Naiwnie myśleliśmy, że okres świąteczny to najlepszy moment, by zdobyć Snowdon jedną z nich, a do bazy zjechać drugą, nie grzęznąc przy tym w tłumie turystów. Zajechawszy jednak na szczelnie obsadzony parking, musieliśmy pomyśleć raz jeszcze. Ostatecznie zostawiliśmy auto półtora kilometra dalej, wydłużając tym samym trekking o 40 minut.

Z Pen-y-Pass szybkim krokiem na szczyt dostać można się w dwie godziny. Chyba, że się ma w ekipie zapalonego fotografa z nieodpartym ciągiem na spust migawki ("WOW, zobacz, mewa", "Podoba mi się ten głaz, to bardzo ładny głaz"). Wtedy trasa wydłuża się niemal dwukrotnie.




W fotograficznym szale Anieśka ustrzeliła rykoszetem parę z Belgii. A że kompozycja zdjęcia oraz światło wyszły lepiej, niż gdyby ujęcie było zamierzone, dziewczę Belgów zagadało, zademonstrowało dzieło, wymieniło się namiarami i obiecało rychło fotkę wysłać. Na tych samych ludzi wpadnę kilka godzin później, gdy będę szukał po ciemku dobrego samarytanina wyposażonego w przewody rozruchowe, gdyż azaliż albowiem w swej bezwzględnej inteligencji zostawiłem zapalone światła w samochodzie. Żeby łatwiej go po zmroku znaleźć...

Gdy stanęliśmy na szczycie słońce było już na ostatniej prostej, by skryć się za poszarpany górami horyzont, acz wyposażeni w dwie czołówki szanowanej firmy Petzl nie spieszyliśmy się z powrotem chłonąc panoramę Snowdonii, która w gasnącym świetle co wrażliwszą duszę z pewnością skłoniłaby do skreślenia kilku rymów, bądź nut w notesie. 



Podstawowym błędem, który popełniliśmy było zdobycie Snowdon drogą Miners' Track z zamiarem zejścia po ciemku PYG. Trasa górników od połowy biegłaby szerokim, wyraźnym,  udeptanym traktem. PYG wije się cienką ścieżką wśród kamieni, po czym z hukiem wpada w dość nierozstrzygające rozdroże, które wyprowadziło nas na szczyt kilkumetrowego klifu. 

W rezultacie byliśmy w stanie z całą pewnością rozstrzygnąć, że Artur Pendragon nie śpi u stóp Snowdon. Bluzgi, które Anieśka rzucała pokonując średnio wymagającą ścianę podniosłyby z ziemi umarłego. Mógłbym przysiąc, że jedna zmieniła się w coś kosmatego i odleciała w mrok.

A miecz? Wbrew legendzie nie spoczywa na dnie jeziora. Wciąż tkwi w kamieniu, ale już kumam, czemu tak ciężko to żelastwo wyciągnąć.


środa, 24 stycznia 2018

Spem si supremum moriendi

Są takie chwile, gdy bieg życia z zaskoczenia wpada na nas z pełnym impetem, wbija łokieć w żołądek, bark w splot słoneczny, a zmysły oślepia rozbłyskiem supernowej. Rzeczywistość wlewa się do głowy jak niepowstrzymana, rwąca rzeka gęstej mazi, a jedynym słowem, które przychodzi na myśl, by oddać ogrom kotłujących się wewnątrz emocji to wyszeptane z bezsilnym świstem opuszczającego płuca powietrza: o qrwa.

To była taka właśnie chwila. Wskazówka ledwie minęła szóstą. Zabierałem się za śniadanie, gdy telefon zawibrował na blacie kuchennej wyspy bezceremonialnie przełamując ciszę śpiącego domu.

- Śpisz? - pytał enigmatycznie sms od Kostka.
- ...nie - odpisałem zaintrygowany.

Telefon po chwili zawibrował ponownie. Tym razem przeciąglej, wyświetlając na ekranie postać Kostka na tle alpejskiego lodowca.

- Biały zaginął w szkockich górach - głos Kostka sączył się ze słuchawki jak ołów. - Schodzili z Wariatem i Jednym Jeszcze Koleżką z Ben Nevisa w fatalnych warunkach pogodowych. W pewnym momencie Biały zniknął im z oczu. Najpewniej nastąpił na śnieżny nawis i spadł w 400-metrową przepaść.
- ... o qrwa - wydusiłem.

To było w niedzielę. Wariat opowiadał, że w jednej chwili widział przed sobą wśród zamieci dwie sylwetki. W kolejnej już tylko jedną. Długo Białego nie szukali, nim zorientowali się, że stoją nad krawędzią przepaści, a wnioski nasunęły się same.

Trzy godziny później dotarła do nich Ekipa Ratunkowa. Poszukiwania przerywane były to znów wznawiane ze względu na złe warunki pogodowe i zagrożenie lawinowe. Trzy dni minęły, a Białego odnaleźć się nie udało.

Ostatni raz widziałem go przeszło cztery lata temu, gdy wpadł do nas do huty na zastępstwo. Natknąłem się na niego na środku korytarza biegnącego wzdłuż przeszklonej ściany budynku.

- Cześć - pozdrowiłem wyciągając prawicę.
- Nie cześć, tylko mów, kiedy na tą górę idziemy - szczerząc zęby w uśmiechu wskazał na dominujący krajobraz za oknem wierzchołek o nieimponującej raczej wysokości.

Nie poszliśmy. Ja się wówczas dopiero osiedlałem na Południu, a roboty miałem tyle, że po powrocie do domu ledwo się na łóżko wdrapywałem.

Za to kilka miesięcy wcześniej zdobyliśmy wspólnie najwyższy szczyt Norwegii. Anieśka, Kostek i Quy-Syu też trochę pomogli. W akcie wandalizmu uczciliśmy ten wyczyn wycinając nasze inicjały na deskach opuszczonego tartaku. 

Jeszcze kilka dni temu polubiłem zdjęcie Białego brnącego po kolana w śniegu pod bezchmurnym niebem północnej Szkocji.

Nadzieja umiera ostatnia, ale znowu qrwa smutno jest...

niedziela, 31 grudnia 2017

Heroes

Jak bohater poczułem się już rankiem. Był Pierwszy Dzień Świąt, za oknem siąpiło niemiłosiernie. W lodówce oraz barku zapasy na trzy dni. Idealne warunki by poddać się oblężeniu, zalec na kanapie, odpalić szkiełko, a ślad cieplny zostawiać wyłącznie na trasie salon - kuchnia. Cały rok na taki jeden dzień pracowałem.


Miast jednak oddać się słodkiemu nicnierobieniu, spakowałem do plecaka trzy komplety suchych ciuchów na zmianę i za stanowczą namową Anieśki, w hołdzie chłopakom co za moment ruszali odczarować K2, pomknęliśmy w kierunku Killarney z zamiarem zimowego wejścia na Carrantuohill. A prawdziwy heroizm miał dopiero nadejść.


Mnie zwykle na wypad w góry namawiać dwa razy nie trzeba, ta wyprawa uśmiechała mi się jednak średnio, bowiem prognoza pogody stanowczo zapewniała, że zmokniemy jak dwie filiżanki w zmywarce. Anieśka jednak umyśliła, że na krzyżu zdobiącym najwyższy szczyt Irlandii zawiesimy nepalskie flagi modlitewne, co to je z Himalajów przytargała i kozackim pomysłem mi się to zdało. Dorzućmy do tego możliwość zmontowania autentycznego zimowego bałwana i nagle perspektywa trekkingu w deszczu przestała być taka odpychająca.


Na miejsce dotarliśmy w mgnieniu oka, niewiarygodne jak Irlandczycy potrafią usprawnić ruch drogowy zwyczajnie zostając w domu. Wycieraczki całą drogę pracowały niestrudzenie, gdy jednak zgasiłem silnik u podnóża Macgillycuddy's Reeks, bębniący o przednią szybę deszcz przeszedł w larghetto, aż w końcu ustał zupełnie.


Pod górę ruszyliśmy żwawym krokiem, w regularnych odstępach nadając mu sprężystości kubeczkiem kawy z Baileysem. Gdy półtorej godziny później stanęliśmy na ostatnim szczeblu Drabiny Diabła, uznaliśmy, że gorącą zawartością termosu raczyliśmy się zbyt często, bowiem ze strony skrytego w chmurach szczytu dobiegły nas głosy. To nie okowitka nam jednak figle płatała, bowiem po chwili zza mlecznej zasłony wynurzyli się dwaj rozgadani wędrowcy.


- Na szczycie nikogo nie ma - zapewnili po zwyczajowej wymianie uprzejmości.


- Żadna to niespodzianka - odparłem. - Dziwi mnie, że kogokolwiek na trasie spotkaliśmy.


- Yeah, just another two fools - podsumowali.


Irlandczycy ruszyli na zasłużony świąteczny obiad, my tymczasem kontynuowaliśmy wędrówkę na na szczyt. Mniej więcej w połowie wzniesienia obejrzałem się za siebie. Droga powrotna ginęła we mgle. Spojrzałem w górę. Widoczność sięgała może dwudziestu metrów. Nasze ślady wyraźnie odbijały się na śniegu, a do zmroku pozostawały wciąż trzy godziny, na wszelki wypadek skontrolowałem jednak poziom baterii w telefonie, powerbanku i górniczej lampce. Siara by to była, gdybyśmy musieli w Irlandzkie pagórki helikopter wzywać.


mgla


Dziesięć minut później zamajaczył przed nami krzyż znaczący wierzchołek.


Tą akcję z flagami modlitewnymi to myśmy sobie nie do końca przemyśleli. Oba ramiona krzyża zakończone były metalowymi ogniwami, które idealnie do celu się nadawały, tyle że znajdowały się kilka dobrych metrów nad ziemią, a warunki pogodowe na szczycie do akrobacji raczej nie zachęcały. Uznaliśmy więc, że tym razem zadowolimy się bałwanem, na tym obszarze również jednak ponieśliśmy druzgocącą porażkę, bowiem wobec niskiej temperatury śnieg nie lepił się zupełnie i równie dobrze mogliśmy montować bałwana z mąki.


Jak niepyszni ruszyliśmy więc w drogę powrotną. Po wciąż doskonale widocznych śladach dotarliśmy do Drabiny Diabła. Dziesięć może minut dzieliło nas od samochodu, gdy zaczął kropić deszcz. Piątkę śmy na taki obrót sprawy entuzjastycznie przybili, bowiem w okienko pogodowe wstrzeliliśmy się perfekcyjnie. Istnieje pewna grupa ludzi, o której mówi się, że ma zawsze szczęście.


kot


Tymczasem w ciągu kolejnych dwóch dni Górskie Pogotowie Ratunkowe czterokrotnie ruszało z akcją w okolicy Carrantuohill w poszukiwaniu zbłąkanych wędrowców. W jednym przypadku, wobec pogarszających się warunków pogodowych i mimo zaangażowania w misję helikoptera, zagubiony górołaz zmuszony był czekać na ratunek do rana.


Także śmy się ciut jak bohaterowie poczuli, a nawet zorganizowaliśmy kameralną ceremonię, podczas której wręczyliśmy sobie medale za niebywałe osiągnięcia w dziedzinie irlandzkiego górołażenia zimowego.


O wszystkie pieniądze jednak pójdę, że Irlandczycy, których na trasie wówczas napotkaliśmy, z pełnym przekonaniem opowiadają teraz znajomym, że nadziali się na tą parę, która później zgubiła drogę we mgle i wysikiwała SOS na śniegu.

środa, 4 października 2017

Musała

Nie mogłem oddychać. Tak mocno się śmiałem, że nie mogłem oddychać. Bo śmy się na cruising po Grecji i Bułgarii pakowali, ledwie sierpień minął, a Anieśka właśnie upychała do walizki kurtkę puchową.


Gdy śmy jednak późnym popołudniem zajechali do Borowca, już się tak ze śmiechu nie pokładałem. W zasadzie to do pomniejszych bóstw składałem modły dziękczynne, że Anieśka presji nie uległa, bo powietrze było przenikliwie zimne, a wokół unosił się zapach deszczu. A zmarznięta Anieśka to zła Anieśka.


Wygłodniali po kilkugodzinnej drodze rzuciliśmy plecakami o podłogę hotelowego pokoju i natychmiast wyruszyliśmy na poszukiwanie ciepłej strawy.


W sezonie zimowym Borowec naszpikowany jest czubkami nart. Latem podobnież też bywa oblegany, z pewnością jednak nie w ten weekend. Po pustych ulicach przetaczała się jedynie mgła, większość knajp pozbawiała wszelkich złudzeń wielgachnym napisem CLOSED na drzwiach. Nawet sklep ometkowany rażącym w oczy neonem 24H był zamknięty. Natknąwszy się na pierwszy otwarty szynk, postanowiliśmy więc dalej nie szukać.


Lokal zwał się - dość ironicznie jak na ówczesną aurę pogodową - Sunny Bar. Z zewnątrz przypominał nadbałtycką smażalnie ryb z końca lat 90tych, w środku miejsce zjazdów tifosi z całego świata, bowiem z sufitu zwisała mnogość kibicowskich szalików.


szaliki


Obco brzmiąca nazwa dawała nadzieję, że z obsługą pogadamy po angielsku, nic jednak bardziej błędnego, a i podstawowe różnice kulturalne nie ułatwiały komunikacji.


- Can I pay with a card? - zagadnąłem pulchną kelnerkę w wieku - na oko - szkolnym.


- No - odparła, kiwając (sic!) głową.


Spojrzeliśmy po sobie nieco zagubieni.


- So can I or can I not? - powtórzyłem pytanie, według słynnej hipotezy Einstaina wychodząc na szaleńca.


- No - pokiwała ponownie głową.


Dla bezpieczeństwa założyliśmy, że nie można. Wskazując paluchem pozycje na anglojęzycznym menu złożyliśmy zamówienie, po czym kelnerka zniknęła na zapleczu, pozostawiając nas zupełnie samych w części jadalnej.


Za oknem czwórka Czechów objuczonych ciężkimi plecakami wysypała się z autobusu. Rozłożyli się na tarasie lokalu, chwilę coś między sobą dyskutowali, po czym wysłany w poselstwie rozczochrany blondyn wkroczył do środka. Rozejrzał się po lokalu, aż jego spojrzenie spoczęło na nas.


- Four beers! - zawołał w kierunku Anieśki wzmacniając przekaz czterema wyprostowanymi palcami.


- Coming right up - odparła Anieśka, zrywając się z ławy.


Blondyn zatarł w zadowoleniu ręce.


- I don`t work here - wyjaśniła moja kobieta ze śmiechem, siadając ponownie za stołem.


Czech zapłonął rumieńcem jak neon na sklepie całodobowym.


- Idziecie na Musałę - Anieśka rzuciła Blondynowi linę ratunkową.


- Idziemy.


- My też. Może spotkamy się na szlaku.


- O której wychodzicie?


- O szóstej.


- To się nie spotkamy - Blondyn zaniósł się śmiechem. - Całą noc i dzień jesteśmy w podróży. Musimy odespać.


- Może w drodze powrotnej... - zasugerowała Anieśka.


- Four beers! - zakrzyknął Czech na widok wracającej z zaplecza kelnerki. Ale tym razem mniej zdecydowanie.


Słowo się rzekło. O szóstej ruszyliśmy w trasę. Połowę dystansu na najwyższy szczyt Bułgarii pokonać można kolejką, bojowo uznaliśmy jednak, że kolejką się nie liczy i pod górę pięliśmy się na dwie godziny nim pierwszy wagonik zaterkotał na stalowej linie.


Na Musałę wejść łatwiej, niż ukraść pierwszoklasiście lizaka. W lecie w każdym razie, bowiem zimą Kowal z Lisicą brnęli w śniegu sięgającym rejonów osobistych i ostatecznie zawrócili w obawie przed dość kłopotliwym odmrożeniem części ciała, które godzi się traktować wyłącznie z czułością.


Leśnym traktem dotarliśmy do wyciągów narciarskich skąd nieco podmokła ścieżka pośród kosodrzewiny (to ponoć nie była kosodrzewina, ale sorewicz - ja botaniki nie studiowałem) doprowadziła nas do malowniczego schroniska na brzegu polodowcowego jeziora.


Musala

W tym miejscu trasa łączyła się ze szlakiem prowadzącym z Jastrebca, dokąd z Borowca dociera kolejka. Do schronisko zbliżać już zaczęły pierwsze ekipy z wagoników, więc uznaliśmy, że malowniczą scenerią napawać będziemy się w drodze powrotnej, tymczasem, by uniknąć tłumów na szczycie, ruszyliśmy w dalszą drogę. 


Goory


Na wierzchołku stanęliśmy półtorej godziny później. Ledwie udokumentowaliśmy sukces na karcie SD, a w cokolik znaczący najwyższy punkt Bułgarii uderzyła fala lemingów. Borowiec dzieli od Sofii godzina jazdy. Była niedziela, pogoda jak drut. Doprawdy trudno było się nie spodziewać, że szczyt, do którego zdobycia wystarczy para nóg uzbrojonych w niemal dowolne obuwie, zaroi się od ludzi jak Gubałówka.


Następnego dnia sączyć będziemy orzeźwiająca drinki w lokalu o nieco tropikalnym wystroju w centrum Sofii. Kelnerka zapyta nas o nasze wrażenia z Bułgarii, a gdy rozmowa zejdzie na temat Musały, zakrzyknie, że ona również cykała sobie wczoraj selfie na tle zgrabnego cokoliku.


Póki co jednak staliśmy na wierzchołku i ze zgrozą obserwowaliśmy nadciągające tabuny jak Jon Snow przed Bitwą Bękartów. Nim stanęliśmy ponownie przed schroniskiem, nieomal ochrypliśmy od wymiany uprzejmości.


O ile wcześniej rozważaliśmy powrót kolejką, by zaoszczędzić nieco czasu, tak teraz wolny od inteligentnych form życia trakt, był pokusą nie do odparcia. No może niezupełnie wolny, bowiem wśród niekosodrzewiny natknęliśmy się na poznanych w Sunny Bar Czechów. Wymieniliśmy kilka zdań, nim Anieśka zakomunikowała, że musimy się spieszyć, gdyż za moment zaczyna swoją zmianę w jadłodajni, przez co twarz Rozczochranego Blondyna ponownie przyjęła odcień karmazynu.


Z prawdą Anieśka minęła się tylko częściowo, bowiem pierwsze kroki w istocie skierowaliśmy ku Sunny Bar, by zimnym bułgarskim piwem uczcić kolejny opędzlowany szczyt na liście Korony Europy. Gdybyśmy ze Szwajcarii nie wrócili na tarczy, z pierwszej dziesiątki pozostałby nam do odhaczenia tylko włoski wierzchołek Mont Blanc.


Za rok jednak też jest sezon i będziemy mierzyć wysoko...

poniedziałek, 18 września 2017

Mytikas

Nic nie jest zapisane w gwiazdach. Nasze życie nie jest z góry zaplanowane. To ciąg decyzji, każdy wybór kieruje je na inne tory. A tego dnia wybraliśmy dobrze.


Dżery, koleżka co nas swego czasu na Kilimandżaro wprowadził, radził mityczny Olimp zdobywać na dwa. Wcisnąć namiot oraz dwa śpiwory do plecaka, rozbić się pod schroniskiem, a do szturmowania szczytu przystąpić skoro świt. Z takim autorytetem nierozsądnie jest debatować, więc wstępnie faktycznie miarkowaliśmy biwakować pod schroniskiem Spilios Aghapitos.


Anieśka jednak w międzyczasie nieco przewartościowała priorytety zakosztowawszy słodkiego nicnierobienia pośród złotych piasków greckiej plaży i wykoncypowała sobie, że jeśli opędzlujemy Mytikas w jeden dzień, punktualnie następnego ranka zameldujemy się na nagrzanych słońcem leżakach. Nie w smak mi była początkowo taka dewiacja do pierwotnych ustaleń, po wyczerpującym trekkingu w Szwajcarii liczyłem bowiem na zdobywanie Olimpu w stylu rekreacyjnym oraz bez napinki. Ostatecznie jednak Anieśka ujęła mnie krótkim WIEDZIAŁAM, ŻE NIE DASZ RADY.


Z wybiciem piątej nad ranem wygrzebaliśmy się więc ze śpiworów, zwinęliśmy namiot w świetle czołówek, cały dobytek załadowaliśmy do samochodu i ruszyliśmy w trasę. Po półgodzinnej jeździe z Litochoro dotarliśmy do parkingu w Prioni na wysokości 1 100 m n.p.m. Jaśniało już wkoło, gdy zarzuciliśmy leciutkie plecaki na barki i ruszyliśmy leśną ścieżką na spotkanie z górą.


Trasę do schroniska łyknęliśmy w niespełna dwie godziny, jednak żeby nikogo skromnością w błąd nie wprowadzić zaznaczę, że my deczko fit jesteśmy, a i tempo mieliśmy imponujące, wyprzedzając po drodze dwa wraże komanda.


Pod schroniskiem zamarudziliśmy nieco, bowiem uznałem za stosowne paść na kolana przed moją kobietą i bić pokłony dziękczynne nad jej niezgłębioną mądrością. Wszak gdybyśmy zdecydowali się na dwudniowy trekking, by trasę na szczyt obciąć o - jak się okazało - niecałe dwie godziny, stłukłbym się zapewne do nieprzytomności własnym kijkiem trekkingowym.


Od Spilios Aghapitos trasa jeszcze przez chwilę pruje lasem, by po chwili przejść w doskonale widoczną ścieżkę pośród skał i szutru. Technicznie trudność zerowa, jednak droga jest stroma i żmudna, a na jej złamania potrzebowaliśmy przeszło półtorej godziny, nim stanęliśmy na pierwszym wierzchołku masywu Olimpu, Skali 2 866 m n.p.m.


Panorama


Do tego punktu wejście na Olimp jest jak support przed koncertem Coldplay - fajnie brzdękają, nie po to jednak kupiliśmy bilet. Ze Skali trasa na Mytikas jawi się jako intensywna wspinaczka przy momentami pionowym nachyleniu. W rzeczywistości jednak w korzystnych warunkach pogodowych nie przedstawia większych trudności, a wejście na szczyt dostarcza tego kapitalnego, wypełniającego płuca uczucia, które pcha nas w góry. Uczucia, że dokonało się CZEGOŚ. Niczego, co może równać się z wynalezieniem lekarstwa na raka, przepłynięciem Atlantyku na desce do krojenie chleba, czy zimowym wejściem na Nanga Parbat.


Takie małe zwycięstwo, które sprawia, że zasłużone piwo po zejściu ma ten niepowtarzalny smak.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Once you win, once you learn

Brak snu nas wykończył. Brak snu i właściwej regeneracji. Marudna para za ścianą dopiero pochrapywać cichutko zaczynała, sąsiad spod czwórki chwiejnym krokiem wracał z pubu, a światła uliczne na wiosce mrugały jeszcze na żółto, gdy śmy zaspanymi ruchami pakowali się do samochodu, który zawieźć miał nas na lotnisko. Stamtąd zielonym Airbusem do Amsterdamu, a następnie najstarszymi liniami lotniczymi na świecie do Genewy. W Szwajcarii poszarpaliśmy się jeszcze z uprzejmą, acz nieprzejednaną panią w punkcie wypożyczania samochodów, a po chwili mknęliśmy już na południe kraju, do Tasch.


Na tym samym kempingu, na którym pięć lat temu wyczytaliśmy, że paskudne jak pedofilia warunki pogodowe kres kładą naszym marzeniom o zdobyciu Dufourspitze (4 634), sprawnie rozbiliśmy namioty i poczęliśmy się ciut bliżej zapoznawać z towarzyszącym nam od irlandzkiej strefy wolnocłowej Kapitanem Morganem.


Snu wiele tej nocy nie zaznaliśmy, bowiem ciut przed szóstą do Zermatt ruszała pierwsza kolejka. Wobec nie zaleczonej kontuzji kostki do ostatniej chwili zastanawiałem się, czy zarzucać na garba trzy tonowy plecak, czy też w miękkich adidaskach towarzyszyć Anieśce i Kowalowi jedynie do kolejki zębatej. Każda wolna chwila spędzona na ćwiczeniach rehabilitacyjnych i elektryzujący strumień adrenaliny, płynący w żyłach, przyniosły jednak efekt i uznałem, że dam radę chociaż do schroniska Monte Rosa.


Zermatt objęte jest zakazem ruchu samochodowego, więc pozostawiwszy auto na najtańszym parkingu, jaki udało nam się poprzedniego wieczora znaleźć, kilka kilometrów dzielące górski resort od Tasch zmuszeni byliśmy pokonać po szynach.


O siódmej, posileni kawą i pączkiem, pięliśmy się już zębatką na Gornegrat. Z wagonika wyskoczyliśmy na przedostatniej stacji, Rotenboden i zgodnie westchnęliśmy w zachwycie, gdy oczom naszym ukazał się widok ten:


[slideshow id=4]


Do schroniska droga wiedzie doskonale widoczną ścieżką, trawersującą Gornegrat, następnie stalowymi drabinami kilkanaście metrów w dół granitowego wzniesienia, niewielkim językiem lodowca, marsjańskim krajobrazem skalnego usypiska, znów króciutkim lodowcem o fakturze papieru ściernego ze względu na miliony uwięzionych w lodzie kamyczków i na koniec stromą, niknącą nieraz wśród głazów ścieżką pod błyszczący stalą i szkłem budynek Monte Rosy. Wszystkiego 3 godziny oraz 20 minut (wg drogowskazu z Rotenboden) żwawego marszu wzdłuż elegancko oznakowanej czerwonymi tyczkami trasy o bilansie wysokości ... niemal zero.


[singlepic id=43 w=540 h=360 float=center]


Zeszło nam się godzin siedem. Po części z powodu ciężkich jak filmy Larsa von Triera plecaków, po części z powodu dwóch dłuższych postojów, a po części dlatego, że na nierównym terenie mocno opóźniałem, poddając wnikliwej analizie geologicznej każdy zakichany kamyczek, nim odważyłem się postawić na nim stopę.


[singlepic id=46 w=540 h=360 float=center]


Po godzinnej odzipce w Monte Rosie ruszyliśmy w dalszą drogę. Te słoniowe plecuny to my targaliśmy bynajmniej nie po to, żeby głębsze ślady na ścieżce zostawić, a by rozbić się obozem na wyższym niż schronisko pułapie, a przez to skrócić kolejnego dnia trasę na szczyt. Wprawdzie ziomuś z Monte Rosy ostrzegał, że spanie pod brezentem zabronione jest nie tylko w bezpośrednim sąsiedztwie futurystycznego blaszaka, ale również w miejscach, gdzie zapach gotowanych w kuchni frankfurterek nie sięga, a policja regularnie patroluje teren helikopterem i konfiskuje nielegalnie rozstawione wigwamy, ale śmy wiary tym słowom nie dali. Mało prawdopodobnym zdało nam się, by oddział powietrznej Gwardii Szwajcarskiej pogonił nas w samych majtkach na lodowiec, a namioty zabezpieczył w charakterze dowodów w sprawie.


Gdy dwie godziny później stanęliśmy u brzegu lodowca, ledwo trzymaliśmy się na nogach. Jeszcze kilka minut wcześniej gotowi byliśmy rozwinąć śpiwory pod jednym z zapewniających jako takie schronienie głazów. Teraz staliśmy opodal czterech starannie przygotowanych stanowisk pod namioty, klepiąc się z uznaniem po plecach, jak byśmy właśnie dotarli na szczyt.


Gdy woda zabulgotała w turystycznym kocherku, słońce kryło się już za spiczastym kapeluszem Matterhorna.


Rankiem ruchy mieliśmy stanowczo za wolne. Wstaliśmy za późno, zbyt leniwie wiosłowaliśmy łyżką w misce owsianki. Gdy, stojąc już w pełnym rynsztunku, skontrolowałem czas operacyjny, jęknąłem ze zgrozy na widok wskazówek bezczelnie oznajmiających piątą rano.


Raźnym krokiem ruszyliśmy w górę lodowca, mając nadzieję nadrobić stracony czas, po chwili jednak wdepnęliśmy w labirynt seraków i dobra godzina minęła, nim wyszliśmy na otwartą przestrzeń. Dalej jednak poszło - wyłącznie metaforycznie - z górki. Miękki śnieg zapewniał doskonałą amortyzację dla dokuczającej mi kostki, pogoda była wyśmienita - powietrze ani drgnęło, kilka raptem chmurek przysłaniało błękit nieba. Krok za krokiem zostawialiśmy za sobą kolejne wertykalne metry i już powoli układałem w myślach treść tryumfalnego komunikatu na fejsbuczka. "A week ago on crutches, today on the top of Switzerland. Impossible is nothing". Tak miało to brzmieć.


[singlepic id=44 w=540 h=360 float=center]


Szkoda, że taki dobry tekst się zmarnował. Stromizna pierwszego przedwierzchołka niepokoiła mnie od momentu, gdy po raz pierwszy zamajaczył na horyzoncie. Bliższe oględziny bynajmniej nastroju mi nie poprawiły, bowiem oblodzona grań oznaczała ostrą pracę rakami i niejednokrotnie opierania całego ciężaru ciała na dwóch stalowych zębach.


Ale weszliśmy.


Na przedwierzchołek.


Pierwszy!


Ze skalistego szczytu ukazał nam się drugi i coś we mnie z miękkim, wilgotnym pac klapnęło. Obejrzałem się na Anieśkę i Kowala, nie wierząc w to, co za chwilę powiem. Nie było szans, żebym pokonał takie nachylenie w lodzie bez żadnej asekuracji, nie potrafiąc utrzymać sztywno kostki. Nie mówiąc o ryzyku odnowienia kontuzji w połowie pokonywania stromej ściany. Dalej musieli iść sami.


[singlepic id=45 w=540 h=360 float=center]


Nim cokolwiek powiedziałem, Kowal spojrzał na zegarek. Szliśmy od przeszło siedmiu godzin. O tej porze powinniśmy być w połowie drogi powrotnej. Tymczasem na szczyt zostały pewnie dwie godziny technicznego podejścia. Warunki pogodowe były wymarzone, ale zmęczenie już dawało się we znaki. Kowal pokręcił głową. Nie tym razem. Raz wygrywasz, a raz się uczysz.


Jak to zwykle bywa w drodze powrotnej ktoś raz po raz przebąkiwał, że mogliśmy iść. Gdy jednak, na którymś postoju klapnąłem ciężko na śnieg, a po chwili odgłosy rozmowy dochodzić zaczęły do mnie, niczym przez grube szkło i poczułem jak odpływam, wiedziałem, że to była jedyna słuszna decyzja.


Do namiotów dotarliśmy o 19. Po czternastu godzinach trekkingu. Jak się okazało, nieopodal  rozbiła się trójka górołazów z nad Wisły. Za kubek żurawinowej herbaty zażądali relacji z wyprawy. Dla nich była to druga próba zdobycia Dufora, zapewne również nieudana, bowiem wobec prognozy pogody na kolejny dzień nawet pierwszy przedwierzchołek wydawał się być poza zasięgiem.


Rankiem zerwał się silny wiatr, a wraz z ulewnym deszczem od strony lodowca spłynęły strugi wody kompletnie zalewając nasze namioty, przez co plecaki lżejsze się raczej nie zrobiły. Do schroniska dotarliśmy przemoczeni. Posiliwszy się gorącą zupą z frankfurterkami bez zwłoki ruszyliśmy dalej. Tym razem nie mitrężyliśmy, żwawe tempo, krótkie postoje na dwa łyki wody. Deszcz nie ustawał nawet na moment, a od chwili, gdy dotarliśmy do znaku "Rotenboden 1h" siekł już poziomo. Na nic Gore-Tex, gdy woda ścieka po twarzy pod ubranie. Na ostatniej prostej kląłem już na wszystko. Na deszcz, na góry, na wiatr. Ścieżkę przeciął nam przeuroczy, puchaty świstak. Na niego też kląłem.


Droga do Rotenboden zajęła nam od schroniska cztery godziny. Ręce trzęsły mi się z zimna tak, że ze względu na rozrzut nie byłem w stanie wklepać pinu do karty, gdy płaciłem za bilety na kolejkę.


Za dwa tygodnie zamykamy sezon górski w Grecji i Bułgarii. A w zasadzie ja zamykam, bo Anieśka ma jeszcze taką jedną epicką wyprawę w kalendarzyk wpisaną, ale to już projekt solowy. Nie dzielę skóry na niedźwiedziu, bowiem na Olimp wbrew obiegowej opinii w klapkach i z ręcznikiem na ramieniu się nie wchodzi, ale jeśli wrócimy z tarczą, gdyby Dufora się opędzlować udało, do zamknięcie pierwszej dziesiątki Korony Europy zostałby nam tylko włoski wierzchołek Mont Blanca. A tak z dorobkiem kończyć będziemy i najlepszym wypadku znacznie mniej imponującym.


Ale to jeszcze nie koniec. Póki góra stoi, mamy rachunki do wyrównania.

niedziela, 30 lipca 2017

Klątwa?

Ja dalekim jestem od przesądów, złych omenów i innych guseł, faktem jednak jest, że gdy poprzedni raz sprawiłem sobie nowe buty - śliczne białe najeczki na sztuczną nawierzchnię, które według zapewnień producenta gwarantować miały 40 bramek w sezonie - nim po raz pierwszy wybiegłem w nich na boisko, kolega w hucie miał tzw. brain fart, wobec czego przez kolejne dwa tygodnie poruszałem się o kulach. A nietknięte najeczki zawinięte w szeleszczący papier na długie dni wylądowały na samym dnie schowka pod schodami.

Przez pierwsze dni rekonwalescencji otoczony byłem wówczas troskliwą opieką Anieśki, wszystko co dobre szybko się jednak kończy i wkrótce moja osobista pielęgniarka wyjechała na z dawna zaplanowany kurs językowy do Londynu. Ja natomiast rozpocząłem dramatyczny wyścig z czasem, by stanąć na nogi w ciągu tygodnia, kiedy ruszałem do Newcastle na mecz Srok z Tottenhamem.

Udało się wówczas połowicznie, bowiem z kul zrezygnowałem w ostatniej chwili, pozostawiając je w zaparkowanym pod lotniskiem samochodzie. Po Newcastle jednak poruszałem się z niefotogenicznym grymasem bólu na twarzy i w tempie, w jakim upływa pierwsza poniedziałkowa godzina w pracy.

W czwartek nierozważnie nabyłem nowe mokasyny.

W piątek w skutek niefortunnej interwencji na boisku ponownie chwyciłem w ręce kule.

Jak przed laty z powody prawej kostki.

W niedzielę Anieśka wsiadła do samolotu do Polski.

Za dwa tygodnie Drogą Szwajcarską ruszamy na Dufourspitze, 4 634 m n.p.m., numerek dwa na liście Korony Europy.

Nigdy w życiu tak stalowo nie przestrzegałem wskazówek lekarza. Okłady z lodu co 2-3 godziny, dragi dwa razy dziennie, minimum pół godziny przed jedzeniem, noga uniesiona przez większość czasu powyżej poziomu serca, a nie jest to pozycja ani wygodna, ani dodająca godności. I wszystko to może nie wystarczyć, a finał może być taki, że Anieśkę oraz Kowala dopingować będę z poziomu Zermatt, patrząc ze smutkiem na najpiękniejszy szczyt Europy... 

Boso będę chodził, a nowych butów w życiu już nie kupię...

środa, 20 sierpnia 2014

Prze...

- Fruhstuck platz - oświadczył Dusan wskazując niewielką skalną kanapę i skrawek względnie płaskiego terenu.

Z ulgą osunąłem się na kamienne siedzisko, przecierając szczypiące od potu oczy. Czterdzieści minut wcześniej wyraźna ścieżka, którą dreptaliśmy radośnie od samego schroniska, z rzadka przesadzając wąski strumyk, bądź szerokim łukiem omijając fascynującą granitową formację, skończyła się dramatycznie u stóp stromej ściany skalnej. Dalej to już kask na głowę, uprzęż na tyłek i wyczerpująca, choć niewiarygodnie satysfakcjonująca wspinaczka.

- Super macie kondycyje - pochwalił nasz słowacki przewodnik.

- My mamy super kondycyję - żachnąłem się. - Na czterech się pod górę pniemy, a Ty drepczesz jak po sopockim monciaku i nawet zadyszki nie masz. Udawałbyś chociaż.

- No - zgodziła się Anieśka. - Przechuj Dusan jesteś.

- Kto jestem!? - Dusan ruszył w jej kierunku zakasując rękawy.

- Zbastuj, zbastuj - powstrzymałem Słowaka. - To komplement.

- Aha. Bo u nas to niedobrze.

- U nas też - przyznała Anieśka. - Chyba, że dodasz 'prze'.

A na Gerlach wchodziliśmy tak.

niedziela, 15 czerwca 2014

Śniegi Pirenejów

Śnieg począł się wycofywać z niższych partii górskich, pora więc przyszła powrócić do zarzuconego na czas nieprzyjaznej zimy tematu podbicia najwyższych szczytów europejskich. Na otwarcie sezonu Coma Pedrosa, 2943 m n.pm., prywatnie najwyższy szczyt Andory, numerek siedem na liście Korony Europy.


Andora to niewielkie państewko na granicy Hiszpanii i Francji solidarnie omijane przez wszelkie linie lotnicze. Szerszemu gronu znane jako największa strefa bezcłowa w Europie.


Do Arinsal dotarliśmy przez Barcelonę, skąd wypożyczonym samochodem, w sile piątki zaprawionych w bojach górołazów, pomknęliśmy w kierunku francuskiej granicy. Na miejsce zajechaliśmy tuż przed świtaniem, więc bez zwłoki przystąpiliśmy do rozbijania namiotów na pierwszej dogodnej polanie, która już dwie godziny później okazała się parkingiem lokalnej ekipy budowlanej.


Pod górę ruszyliśmy niespiesznie, bowiem plan obejmował jedynie dotarcie do schroniska w połowie drogi. Schronisko zgodnie z zapowiedziami okazało się zamknięte, dysponowało jednak niewielką, ogólnodostępną przybudówką wyposażoną w dwa spartańskie łóżka piętrowe i ... kominek.


Kapryśna zwykle pogoda, upewniwszy się uprzednio, że ogołociliśmy okolicę z drewna opałowego, odpaliła armatki śnieżne, toteż solidnie uszczypliwszy zapasy prowiantu udaliśmy się na spoczynek.


Spoczynek, który nigdy nie nadszedł, bowiem Quy-Syu ułożywszy się wygodnie na dolnym etażu pomiędzy Anieśką i Armstrongiem odpalił traktor, gaszony na krótkie chwile coraz bardziej rozpaczliwymi: "Quy-Syu, qrwa!".


Ranek powitał nas bezchmurnym niebem i kapitalną panoramą ośnieżonych szczytów, toteż bez zbędnych ceregieli porzuciliśmy zbędny balast w schronie i ruszyliśmy na spotkanie z górą. Zdaniem zatkniętego w ziemie drogowskazu od szczytu dzieliło nas nieco przeszło dwie godziny umiarkowanego podejścia w kierunku raczej opcjonalnym, bowiem wystawione na długotrwałe działanie wiatru tabliczki zbiły się w ciasną, nie wzbudzającą zaufania grupkę.


Do otwarcia sezonu górskiego w tej części Pirenejów pozostały jeszcze przeszło dwa tygodnie, także na trasie próżno było szukać amatorów górskich spacerów, jak i skrytych pod śniegiem znaków prowadzących na szczyt, toteż nawet się nie zdziwiliśmy, gdy śmy po niemal trzech godzinach dotarli do kolejnego checkpointu, kpiąca informującego, że od Coma Pedrosy dzieli nas sześćdziesiąt minut podejścia.


Raz brnąc po uda w śniegu, innym razem ślizgając się na ukrytych pod cienką warstwą śniegu kamieniach, tym razem zgodnie z planem, stanęliśmy na dachu Andory. Pogoda najwyraźniej uznała, że tych widoków to nam już stanowczo wystarczy i zesłała z nieba granaty dymne wspierane przez desant śnieżny, no co śmy przystąpili do żwawego odwrotu.


Nim ruszyliśmy w drogę powrotną do stolicy Kataloni, skorzystać jeszcze postanowiliśmy z dobrodziejstw andorskie strefy bezcłowej, wzbogacając się o różnej maści flakoniki. Do użytku wewnętrznego dla panów oraz zewnętrznego dla pani.


Dotarłszy do Barcelony rozbiliśmy się obozem nad rzeczką kilka kilometrów od lotniska, a w obawie przed surowymi restrykcjami Ryanaira dotyczącymi bagażu, przystąpiliśmy do prewencyjnej redukcji poczynionych w Andorze sprawunków. Osiągnąwszy zadowalający efekt udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Spoczynek, który znów w zasadzie nie nadszedł, bowiem w okolicach godziny 5:00 w stelaże namiotów zastukał oddział hiszpańskiej Gurdii uzbrojony w latarki krótkiego zasięgu, grzecznie, acz stanowczo informując, że camping no posible.


A to się udało cyknąć.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Bam Bam

Takie wyjazdy zwykło się w naszym gronie określać 'bam bam' - na dwa offy, przylecieć, zdobyć, wylecieć. Popkulturalne veni, vidi, vici. O czwartej nad ranem, objuczeni bagażem zbiegliśmy po schodkach naszego apartamentowca. Obowiązkowe piwko na lotnisku i po chwili układaliśmy się do snu na niewygodnych fotelach zmierzającego do Oslo boeinga. W Norwegii przesiedliśmy się do czarnego furgonu, który zyskałby nam przydomek Drużyny A, gdyby opinia publiczna wykazała jakiekolwiek zainteresowanie naszą wyprawą. Auto było pewną przesadą jak na pięcioosobową ekipę, ale śmy sixseatera (it's beautiful) wymagali, póki FaFa w ostatniej chwili nie zrezygnował z wyjazdu.


Po pięciu godzinach jazdy dotarliśmy pod schronisko Spiterstulen. Godzina była osiemnasta, z nieba niemiłosiernie siąpił deszcz, mimo to wrzuciliśmy na garby leciutkie plecaki i ruszyliśmy na spotkanie z górą. Pośpiech o tyle był uzasadniony, że co do najwyższego szczytu Norwegii zdania były jeszcze jakiś czas temu podzielone. Glittertind wyższy jest wprawdzie od Galdhoppigena, ale tylko zimą, w śnieżnym kapeluszu. To ciut jakby podawać pojemność samochodowego silnika wraz z kubaturą bagażnika, niemniej zawsze znajdzie się siejący zamęt hipster. By więc raz na jutro uciąć ewentualne spekulacje, zamierzaliśmy odhaczyć oba wierzchołki. W dwa dni.


Co dziwić nie może, na trasie mijaliśmy wyłącznie komanda zmierzające w kierunku schroniska. Z odbiorem spotykaliśmy się różnym. Co druga ekipa przepytywała nas na okoliczność niezbędnego do nocnego zejścia sprzętu. Sława nasza najwyraźniej do Norwegii jeszcze nie dotarła. Naszywki jakieś w charakterze harcerskich sprawności trzeba będzie przed kolejną wyprawą na plecaki ponaszywać, bo nas publika ewidentnie nie traktuje z należytą powagą oraz szacunkiem dla dorobku


Gdy przebrnęliśmy przez pierwszy stromy odcinek podejścia, deszcz ustał, co jednak w moim przypadku różnicę robiło nieszczególną, bom wcześniej niczym najgorszy żółtodziób ściągnął na krótką chwilę kaptur. Najlepsza membrana nie pomoże, gdy się za kołnierz wylewa cebrzyk deszczówki.


Galhoppigen do walki stanął kryjąc się tchórzliwie za dwoma mniejszymi szczytami. Pierwszego śmy położyli, drugi skrył się w gęstych chmurach, majacząc jedynie zarysem w kształcie rekiniego zęba. Quy-Syu już marudził, że czwarty kolejny szczyt zdobywa, z trudem dostrzegając własne buty i zaczynaliśmy podejrzewać, że pecha zwyczajnie przynosi, gdy w jednym magicznym momencie chmury ustąpiły i przy akompaniamencie głośnego ohhh, ukazała nam się naguśka, polarna panorama. Słońce znikało już za horyzontem, tutejsi jednak skrobią się w głowę z zakłopotaniem, gdy barman serwuje tequila sunrise, na północy słońce zachodzi bowiem w barwach palnika gazowego.


Godzina do północy została, gdy śmy stanęli na najwyższym punkcie Norwegii. Wokół żywego ducha, szczyt był tylko dla nas. Poszczerzyliśmy się chwilę do obiektywu aparatu, prezentując dumnie barwy narodowe, po czym żwawo ruszyliśmy w drogę powrotną. Mimo późnej pory zmierzchać się dopiero zaczynało, a czołówkami posiłkować musieliśmy się dopiero po północy. W wąskim świetle latarek drogę nie zawsze łatwo było odnaleźć i ostatecznie przed czarnym furgonem stanęliśmy z wybiciem trzeciej. Gdy rozbijaliśmy namioty na skraju lasu, wokół robiło się już widno.


Ze snu wyrwał mnie szelest kroków i pobrzękiwanie dzwonka. Na karb jamesona z colą przyjętego na wycieńczony organizm to jednak zgoniłem i tylko głębiej zawinąłem się w ciepły śpiwór. Rankiem nie trzeba było porucznika Colombo, by odtworzyć przebieg wydarzeń na podstawie parujących krowich placków zdobiących obóz. Na poparcie mieliśmy też zeznanie naocznego świadka - Anieśka noc spędziła w aucie i, z rozbawieniem mieszanym z niedowierzaniem, obserwowała stadko łaciatych spacerujących między namiotami oraz buhaja, który podjął nieudaną próbę kopulacji z furgonem.


Na słowo Glittertind wszyscy zgodnie z zainteresowaniem studiowali czubki własnych butów i jasnym stało się, że drugiego co do wysokości szczytu całej Skandynawii nie zdobędziemy, bo i czasu ciut krótko i ducha w narodzie nie stwierdzono. Żeby jednak całego dnia w wynalezionym na skraju lasu opuszczonym tartaku krytym eternitem nie spędzić, znów wrzuciliśmy na garby plecaki i ruszyliśmy w norweski las. By nieco podnieść poziom trudności, zaopatrzyliśmy się w Jamesona z colą, co niejako tłumaczy skąd wziął się pomysł, by przeprawiać się przez rwący strumień.


Norwegia jest urzekająco piękna, ale cenowo dość nieprzyjazna. Za małą colę, nie większą butelkę wody gazowanej, red bulla i mentosy pani na stacji benzynowej zażądała okrągłe dwadzieścia jeżyków. I nawet nie mrugnęła. Szczęśliwie wyposażeni w turystyczne kuchenki gazowe i liofilizaty, byliśmy w zasadzie samowystarczalni. Na dodatek w dublińskiej strefie bezcłowej wykorzystaliśmy fakt, że Norwegowie dwukrotnie opowiedzieli się w referendum przeciwko przystąpieniu do UE i nabyliśmy plastikowe buteleczki Jamesona - zaprojektowane, wydawać by się mogło, do bocznej kieszeni plecaka - po bardzo okazyjnej cenie.


W efekcie w atmosferze ogólnej wesołości dotarliśmy na szczyt zalesionego wzgórza, gdzie śmy zalegli wokół sprawnie rozpalonego ogniska. Starałem się ten pomysł oprotestować, bom w harcerstwie służył (zastęp Góra i Dolina, czuwaj!), gdzie mnie do głowy wbili, by w lesie z ogniem postępować ostrożne, ale jakoś moje argumemty do gawiedzi nie trafiły. Dopilnowałem więc jedynie, by podczas zasikiwania ogniska jeden z kolegów trzymał się z daleka, bowiem przy jego stężeniu we krwi równie dobrze mógłby wlewać w płomienie podpałkę do grilla.


I tyleż było Norwegii. Jeszcze tylko nocna jazda do Oslo i kolejny górski wypad stał się hostorią. Sumiennie udokumentowaną.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Ostatnia wieczerza

 - Ja to dumna z ciebie jestem, że na wieczór kawalerski, zamiast na striptiz, pojechałeś biwakować w góry - pochwaliła Pani Matka podczas mojego niedawnego pobytu w kraju.


Chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, ale matki zwieźć nie sposób.


- Na striptiz też pojechałeś?


Pojechałem. Na męskie rozmowy w górskiej samotni, przy dźwiękach trzaskającego w ogniu drewna księdza proboszcza czterech chętnych mi się udało znaleźć. Na tę okazje znad Wisły przyjechał Gruby, który miał mnie za żyranta podczas uroczystości zaślubin robić. Grono amatorów pań dezinstalujących odzienie było przeszło dwakroć tak liczne.


Z wyjazdem w góry wiązałem nadzieje tak wielkie, jak obawy. Standardy irlandzkiej pogody nie są tajemnicą, a słuchanie deszczu bębniącego w brezent nie do końca jest wymarzonym sposobem na spędzenie wolnego wieczoru. Szczęśliwe bogowie sprzyjali naszej sprawie i poranek w godzinie zero powitał nas słońcem i bezchmurnym niebem. W sile dwóch jednostek zmotoryzowanych pomknęlim w kierunku Glenmalure, a następnie, porzuciwszy auta w niewielkiej odległości od wioski, ruszyliśmy ubitą drogą na Lugnaquille - najwyższy szczyt gór Wicklow.


Szeroki trakt kończy się przy wodospadzie, skąd w górę prowadzi umowna raczej ścieżka, wychodząca na pokryte śniegiem wypłaszczenie. Stamtąd rozsądek każe przeć do przodu, by zatoczyć pętle i na wzniesienie dostać się łagodnym podejściem. My jednak zdecydowaliśmy się na strome wejście w poprzek zbocza.


W połowe wzniesienia zneleźliśmy chwilę na postój, podczas którego niezawodny w tego typu sytuacjach Skwarek rozłożył przenośny barek polowy i zaserwował dzielnej drużynie odświeżające napoje w marokańskich szklaneczkach. Tym samym złamaliśmy niepisaną zasadę: no alko na trasie, ale okazja była, prawda, wyjątkowa.


Przy samym grzbiecie górskim wyślizgany wiatrem śnieg zmieniał się w gładki jak szkło lód i z przyczepnościa w nieuzbrojonych rakami butach zaczęło robić się raczej kiepsko. Szczęśliwie silny wiatr wiał w plecy i gdybyśmy tylko dysponowali nieco większą powierzchnią nośną, starczyłoby rozłożyć ramiona i pomknąć pod góre jak na niewidzialnym orczyku.


Na szczyt dotarliśmy w komplecie, a wobec uporczywego wiatru i perspektywy ogniska, jak i dojrzewajacej w bagażniku znakomitej okowitki, po obowiązkowej dokumentacji fotograficznej zarządziliśmy odwrót do bazy.


- Wracamy tą samą drogą. Co może się stać? - zarządził Kostek.


Większość kontuzji zaczyna się od słów Kostka 'co może się stać?', niemniej w tamtej chwili nikt nie protestował. W efekcie znaczną część drogi powrotnej przebyliśmy w pozycji bobslejowej, rzadko z własnej woli i zwykle bez jasnego pomysłu jak się zatrzymać. Nazajutrz wszyscy zgodnie narzekali na obolały tyłek, ale śmy złożyli śluby milczenia. Pewnych sformułowań po męskim wypadzie pod namioty należy unikać.


Po zejściu rozbiliśmy obóz pod malowniczym baobabem i ochoczo przystąpiliśmy do opróżniania przywiezionych zapasów drewna, wszelakiego mięsiwa i odświeżających napojów. Jeden z biwakowiczów odświeżył się do tego stopnia, że w ognisku lądował trzykrotnie, przy czym za razem ostatnim na tyle upodobał sobie ciepło płonących polan, że nie przejawiał szczególnej ochoty, by przesiąść się na zimne krzesełko turystyczne i śmy go musieli wyciągać za kończyny w obawie przed uszkodzeniem markowego obuwia firmy Berghaus.


Kolejnego dnia postanowiliśmy nie zwalniać tempa i w szerszym już gronie wsiedliśmy w pociąg do stolicy. Bro Code obliguje mnie do zachowania milczenia odnośnie, tego co wydarzyło się temtego wieczora w Dublinie. Ogólnikowo tylko napomknę, że śmy na pewnym etapie skrzyżowali miecze z wieczorem panieńskim, a w klubie z tańcami ludowymi padła jedna propozycja małżeństwa, dwie zapowiedzi rozwodu i tyleż nieśmiałych deklaracji o rychłym przyjęciu kulki, co byśmy mogli się w tym samym miejscu, w tym samym gronie spotkać ponownie.


Wieczór kawalerski nie byłby pełny, gdyby nie nieprzyjemny incydent z udziałem miejscowych  Secret Service. Złapawszy busa do naszej wioski, postanowiliśmy jeszcze na jednej nodze zawadzić do szynku po napoje na drogę. Niestety bramkarz, tych którzy butelki okorkowali w lokalu nie zamierzał wypuścić na zewnątrz, a tych którzy uczynili to za drzwiami przybytku, wpuścić z powrotem do środka. W efekcie strzemiennego dokończyć musieliśmy w podgrupach, przy czym na tych, którzy ostatnim bursztynem tego wieczoru grzecznie raczyli się na ulicach temple baru, bramkarz uznał na stosowne nasłać gwardie narodową. Bursztyny w efekcie zostały skonfiskowane i panowie w mundurach polecili nam się rozejść. Bohaterski oficer nie do końca potrafił wyjaśnić, czym mu wadzimy w tym akurat miejscu, nie spożywając już publicznie i w końcu wdał się w dość nerwową dyskusje z jednym z naszych kolegów, którego ostatecznie odciągać musiałem, bo rękawy już zakasywał.



Nocka na dołku byłaby doskonałym zakończeniem tej notki, ale w moim wieku człowiek przedkłada własne łóżko u boku ciepłej jeszcze kobiety nad pisanie historii...

piątek, 8 marca 2013

Nestor

Gdyśmy przed przeszło dwoma laty schodzili z Kilimandżaro, w głowach już się nam krystalizował plan sumiennego pójścia za ciosem. Fascynacja górami kiełkowała jak ziarna magicznej fasoli w towarzystwie dwóch tatrzańskich przewodników i naszego kierownika wyprawy, którego co druga tanzańska piękność oferująca swe hebanowe ciało za garść dukatów pozdrawiała "hello Jerry".

Po powrocie do rzeczywistości czynić poczęliśmy przygotowania pod zdobycie najwyższego szczytu naszego kontynentu. A w każdym razie zachodniej jego części. Kontynentu, nie szczytu. Maciek, który poprowadził nas na Kili, skontaktował nas z alpejskim przewodnikiem i himalaistą Maciejem Berbeką. Tym samym, który jako pierwszy człowiek pokonał zimą granicę 8 000 m n.p.m. w Karokorum. Tym samym, który zdobył pięć ośmiotysięczników, w tym Mount Everest. Tym samym, który dokonał w czteroosobowym zespole pierwszego zimowego wejścia na Broad Pick kilka dni temu i tym samym, który po tym wyczynie nie wrócił już do obozu.

Z Berbeką wymieniłem tylko kilka maili. Z naszej współpracy nic nie wyszło, a na Blanca ostatecznie zdecydowaliśmy się iść bez opieki.

Nie twierdzę, że ta krótka wymiana poczty elektronicznej sprawiła, że Maciej Berbeka stał mi się bliski, a jego zaginięcie w Karakorum jest dla mnie osobistą tragedią. Fakt, że nasze ścieżki gdzieś tam się przecięły, choćby wirtualnie, sprawia jednak, że jego nieudane zejście z Broad Pick stało się jakoś wściekle namacalne. Do tego Tomasz Kowalski, który - choć szanse na to bliskie są wartościom ujemnym - siedzi być może za kamieniem na przełęczy i szczękając zębami, czeka na ratunek, który nigdy nie nadejdzie.

No smutno qrwa jest...