Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cztery kółka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cztery kółka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lutego 2021

Mike and the Mechanic

Beton zwykł mawiać, że w kręgu rodziny i znajomych dobrze mieć mechanika, lekarza i fryzjera. Hmm... chyba już kiedyś od tych słów zaczynałem posta. Nieważne, dwa razy bym nie powtarzał, gdyby to nie była prawda.

Z tej wzmianki o fryzjerze to się nawet swego czasu naśmiewałem. Wszak pani Betonowa zarabia na życie przycinając czupryny, cóż innego mógł chłopina powiedzieć. Trzeba było covidów, lockdownów i dostępu do podziemnego centrum usługowego, by na pewne sprawy spojrzeć z innej, prawda, perspektywy.

Lekarzy mamy w bezpośrednim otoczeniu trzech - dwóch rehabilitantów i jednego specjalistę od przepukliny. Zważywszy na nasz styl życia i historię kontuzji, jesteśmy ustawieni.

Na pozycji mechanika mieliśmy do niedawna manko, co o tyle było problematyczne, że Princessa wkroczyła już w wiek, w którym określenie Królowa Matka wydaję się jednak bardziej przystające, a każda zima może być jej ostatnią.

Przez chwilę obawialiśmy się wręcz, że to będzie ta zima.

Tego ranka wyjrzeliśmy przez okno na ośnieżone góry odcinające się bielą od błękitnego horyzontu i uznaliśmy, że zbyt rzadka to kombinacja, by lekutko nie nagiąć pięciokilometrowej restrykcji. Spakowaliśmy więc Princessę (z tą Królową Matką muszę się jeszcze oswoić) i poturlaliśmy się w kierunku rogatek wioski. Minąwszy punkt sylwestrowego czekpointa zjechaliśmy z głównej drogi na ubity trakt pnący się idealnie w linii prostej pomiędzy gospodarstwami rolnymi, a następnie w prawo na apokaliptycznie popękaną asfaltową dróżkę ciągnącą się środkiem gęstego lasu. Zignorowaliśmy stanowisko piknikowe z parkingiem na kilkanaście samochodów i pomknęliśmy w dół wzniesienia, wijącą się jak węgorz trasą. W pierwszy wiraż wszedłem jak Kubica, na drugim coś paskudnie zgrzytnęło w przednim kole. Trzeci pokonaliśmy już tylko siłą rozpędu, a dalej to sobie mogłem deptać pedał gazu jak pompkę do materaca - 158 koni rżało, ale ani drgnęło.

Metaforycznie znaleźliśmy się w ciemnej dupie, a faktycznie w środku lasu, może dziesięć kilometrów od domu, na wąskiej drodze, gdzie dwa auta niepodobna się minąć. Zrobiliśmy więc to, co każdy zrobiłby na naszym miejscu: zepchnęliśmy samochód do zatoczki, która szczęśliwie znajdowała się kilkanaście metrów dalej i uznaliśmy, że martwić będziemy się później, a póki co wyciągnęliśmy z bagażnika plecaki i dalej ruszyliśmy pieszo. 

Jeszcze nim wyszliśmy z zasięgu telefonii komórkowej Anieśka wysłała krótkie S.O.S. do Jadzi, która w przeszłości tworzyła komórkę społeczną ze zdolnym ponoć mechanikiem i już bez dalszej zwłoki dreptaliśmy w kierunku ośnieżonych szczytów.

Jadzia lico ma krasne i serce złote. Nie dość, że ogarnęła nam mechanika i lawetę - choć dopiero nazajutrz, bo to dzień kościelny był - to jeszcze zgarnęła dwójkę strudzonych wędrowców z lasu i odstawiła do dużego pokoju. 

Mechanik faktycznie zdolny się okazał, bowiem już trzy dni później zadzwonił, że auto jest gotowe do odbioru. W sam czas, bowiem o świcie asfalt skrzył się podejrzanie. Ja się oprócz Anieśki nie lękam niemal niczego, gdy mi jednak w drodze do pracy koło rowerowe raz i drugi niesfornie uciekło z obranej trajektorii, to mi serducho zabiło jednak ciut mocniej.

Na sprawnym aucie zależało mi z jednego jeszcze powodu. Kolejnego tygodnia obowiązki służbowe gnały mnie na dwa dni do Naas, a choć przeszło 150 km na rowerze w jedną stronę z całą pewnością nie jest niewykonalne, to kółka walizki podręcznej do takich dystansów nie zostały raczej stworzone.

Dzięki Mechanikowi do Naas dotarłem bez przeszkód, dalej jednak nie było tak różowo, ledwiem bowiem wyjechał z huty, a deska rozdzielcza zapłonęła kontrolką płynu chłodniczego. Lekce to sobie zważyłem, w pełnoletnim aucie wszak płyny uzupełniać trzeba kapkę częściej niż zwykle, po chwili świrować jednak zaczęła również wskazówka temperatury silnika. 

Zjechałem na pobocze, uniosłem maskę i fachową metodą "ćwierć obrotu, odskok" wziąłem się za odkręcanie nakrętki zbiornika na płyn chłodniczy. W każdej chwili oczekiwałem spektakularnego habemus papam, ale nic z tych rzeczy. Nakrętka ustąpiła z nieśmiałym syknięciem, ale bez fajerwerków. Wsadziłem paluchy do zbiornika - płyn był ledwie ciepły. Zrobiłem więc to, co każdy zrobiłby na moim miejscu: doturlałem się jakoś do hotelu i uznałem, że martwić będę się później, a póki co udałem się do Dzióbka i Urbasia na Bushmillsa (dealer's choice) i wspominanie starych czasów.

Liczyłem, że zimną nocą silnik na tyle ostygnie, że do pracy jakoś się dotoczę, rankiem jednak odpaliłem auto, a wskazówka bezczelnie już na otwarcie sugerowała temperaturę powyżej normy. Do huty dotarłem nim silnik rozgrzał się do wartości uruchamiających automatyczną procedurę katapultacyjną, gdybym miał jednak sto metrów dalej, mogłoby się nie udać.

Na przerwie zadzwoniłem do Mechanika i wyłuszczyłem problem.

- Termostat - zawyrokował

Ciut sposępniałem. W Seacie swego czasu miałem podobny problem. Wymontowałem wówczas termostat zupełnie i przez kilka dni jeździłem na zimnym silniku. Z dwojga złego lepiej tak. Coś mi jednak mówiło, że w dalece bardziej zaawansowanym Audi, taka akrobacja nie będzie możliwa.

- Aaa - przypomniałem sobie nagle - taka ciekawostka. Po dwunastu godzinach na parkingu wskazówka wciąż pokazywała temperaturę silnika rzędu stu stopni. Co Ty na to?

- Ja na to, że nie ma takiej opcji. Czujnik diabli wzięli. Odkręć ogrzewanie na maxa, otwórz tylne okno i póki z nawiewu lecieć będzie gorące powietrze, możesz jechać.

Tak zrobiłem. Ja oprócz Anieśki nie lękam się niemal niczego, ale na autostradę wjeżdżałem z duszą na ramieniu. Po kilkuset metrach wskazówka bezgłośnie stuknęła o koniec skali. Chwila prawdy...

Gdy kilka kilometrów później spod maski nie wydobywały się spodziewane kłęby pary, wrzuciłem kierunek, zjechałem na szybszy pas i rozbujałem Princessę do podróżnych 130 km/h.

Po pół godzinie się rozluźniłem, a po 45 minutach uznałem, że fajosko byłoby zatankować teraz do pełna i zamknąć wszystkie cztery zegary na pulpicie. 

Ktoś za pan brat ze statystyką mógłby nieopatrznie pomyśleć, że na tym limit pecha się wyczerpał. Co to, to jednak nie to. Nowy czujnik jeszcze nie przyszedł, a ja kolejny raz wybierałem numer do Mechanika. Wszystko przez to żeśmy się nierozważnie kolejny raz wypuścili w weekend do lassa na spaca. Zacne 13to kilometrowe kółko machnęliśmy i ciut nas przewiało, więc myśl o herbacie z rumem kiełkowała mi już w głowie, gdyśmy się pakowali do auta. 

Ledwie jednak wyjechaliśmy z leśnego parkingu, a zjechać musiałem do pit stopu. Wysiadłem z samochodu, po czym zakomunikowałem Anieśce, że złapaliśmy gumę.

- Umiesz zmienić koło? - spytała.

Zabolało, nie powiem. Nic się jednak nie odezwałem. Znalazłem na poboczu dwa kamienie i wetknąłem je pod koła. Otworzyłem bagażnik, wyciągnąłem zapasówkę i uważniej przyjrzałem się feldze z przebitą oponą. Następnie włożyłem koło zapasowe z powrotem do bagażnika, zatrzasnąłem klapę, kamienie odłożyłem tam gdzie je znalazłem, wsiadłem do auta i wróciłem na drogę 

Gdy rok temu zmieniałem opony, okazało się, ze gdzieś zawieruszyła się nakładka na klucz, pozwalająca odkręcić śruby zabezpieczające felgi przed kradzieżą. Ja bym tak sfatygowanych felg wprawdzie nie wziął choćby za darmo, ale różni zboczeńcy po ziemi chodzą. W każdym razie chłopaki w warsztacie rozklepali śruby zabezpieczające w przednich kołach, ale tylnych nie ruszyli.

Wydziubałem numer do Mechanika.

- Jesteś jeszcze na warsztacie?

- Jestem, ale zaraz zamykamy.

- To nie ruszaj się nigdzie, będę za 5 minut...

Zwolniłem do 20 km/h w odpowiedzi na hurgoczące koło.

- ... może za 15.


Kilka dni temu zabrałem Princessę na test narodowy

- She is not to bad - skwitował po badaniu mechanik, czule klepiąc auto po zadzie.

Ale kwitów nie podpisał...

poniedziałek, 24 lutego 2014

Cztery kółka

Miesiąc już z przerwami auta nie mamy. Trzeci już raz Princessa u tego samego mechanika na warsztacie stoi i pomysłu póki co brak. Konsultowałem się z polskim lokalnym fachowcem, który nawet nie oglądając samochodu, oświadczył z uśmiechem, który natychmiast miałem ochotę mu poprawić, przy pomocy leżącej na podorędziu nasadowej 'dziewiętnastki':

- Moja diagnoza jest krótka, remont kapitalny, albo kupujemy nowy silnik.

Z naszym rodzimym panem Krzysiem schemat jest ten sam niezależnie od zakątka świata: 'no taak, jak się kupuje (tu wstawić dowolną markę), to się potem nie można dziwić. Zalecam transfuzje krwi, przeszczep serca, płuca i nerki. Ile? Nie wiem ile królu złoty, to dużo pyerdolenya jest. Może być tysiąc, a mogą być dwa'.

Beton mawia, że w życiu trzeba mieć dobrego mechanika, lekarza i fryzjera.Trudno mu racji odmówić, choć fryzjera wrzucił do równania zdaje się z szacunku dla małżonki, która na życie zarabia przycinając klomby.

W każdym razie mechanika zaufanego nie mamy, a co za tym idzie sprawnego samochodu również. U nas na wiosce bez auta przekitrane jest jak na Jerozolimskich w godzinach szczytu. Zwłaszcza wobec ostatnich anomalii pogodowych. Na Wyspie zawsze wiało i padało, ale to co się ostatnio dzieje, to jest jakieś piramidalne nieporozumienie. Powyrywane drzewa zalegają na szosie, słupy wysokiego napięcia trzaskają jak zapałki, rwące potoki spływają miejskimi ulicami. Lato było ciepłe, ale na bogów, nie na tyle byśmy się teraz własnego cyklonu tropikalnego dorobili.

Śmierć głodowa nam niedawno w oczy zajrzała, więc kilka godzin spędziłem przy szybie, obserwując fruwające frywolnie kosze na śmieci i wyczekując okienka pogodowego, nim odważyłem się wskoczyć na rower i popedałować do pobliskiego geszeftu. Z formą nie jest dobrze, a za domem taki solidny podjazd mamy. Osiemset metrów jak google maps twierdzi. Płuca dyndały mi na błotniku.

Jednak ludzie południa to wyjątkowo życzliwa społeczność. Znajomy z pracy wręczył mi niedawno butelkę dziesięcioletniego Bushmillsa. Bo zasłyszał, że gustuję, a on au contraire. Tymczasem niezrażeni tym znajomi, nie ustają w próbach nawrócenia heretyka i co okazja, to flaszeczkę przyniosą. Więc pomyślał, że lepszy zrobię z tego użytek.

I nie że podwładny, żeby nie było, że tu korupcją trąci. Absolutna bezinteresowność...

Na tej samej fali, zewsząd więc posypały się propozycje pożyczenia samochodu, com przyjął z niekłamaną wdzięcznością, gdy trzeba było na przykład Anieśkę na lotnisko odstawić. Niestety choć sprzyjają nam znajomi, nie sprzyja nam fortuna. Anieśkowa koleżanka spędza aktualnie urlop życie w Indiach, a zasłyszawszy, że śmy w kłopocie, zasugerowała, by zajechać pod jej hacjendę  i auto, co stoi tylko i pleśnieje, przytulić.

Chałupkę, zaszytą w górach Galtee, ledwo śmy znaleźli. Łatwiej nie poszło z odszukaniem schowanego pod pieńkiem klucza do domostwa. Ale, gdy już się Anieśka wynurzyła ze wnętrza dzierżąc w ręku wytrych do auta, pomyślałem, że oto nadchodzi kres naszych kłopotów. Nic jednak bardziej mylnego, bo choć klucz nosił logo opla, podobnie jak stojący na podjeździe samochód, do zamka pasować nie chciał. Ot zagwozdka.

Śmiało można przyjąć, że jedyną osobą, która auta mi odmówiła, była ta jedna, którą o nie poprosiłem. Bom Kaminskyego zagadał, żeby mi na czas niedyspozycji Princessy zorganizował służbowy samochód. "I asked, but I was shot down", napisał mi wieczorem w smsie.

Się ciut na takie dictum zjeżyłem, bo ja się do pracy raczej garnę i robię więcej niż się ode mnie oczekuje. A oczekuje się niemało, zwykle argumentując to tym, że jako kierownik największej sekcji w hucie, odpowiadam nie tylko za swój ogródek, ale również po części za pozostałe. Naturalną reakcją na takie postawienie sprawy, powinno być pytanie, czemu w takim razie pobieram takie same apanaże, ja pozostali kierownicy. Pytanie, którego nigdy nie zadałem, wychodząc z założenia, że raz ja pomogę firmie, innym razem firma pomoże mnie. Cytując klasykę polskiej kinematografii:  "cóż byłby ze mnie za przyjaciel, gdybym tyle dla ciebie zrobił i nie dał ci możliwości odwdzięczenia się". Firma z okazji nie skorzystała, za co los natychmiast dał mi okazję do rewanżu.

Anieśka postanowiła zostać drugą Ewą Chodakowską. Ciałem już odpowiednim dysponuje, pora więc przyszła zadbać o wiedzą merytoryczną, czego celem zapisała się na nauki w Corku. W tym wypadku auto okazało się konieczne, więc prosto po pracy, z firmowym logo na piersi, udałem się do sąsiedniej wioski celem wypożyczenia czterech kółek.

Już od progu powitał mnie członek załogi, prawicę uścisnął, wziął pod ramię i szerokim gestem zaprosił na salony.

- Pan po samochód przyszedł? - zagadnął.

- W zasadzie tak - odparłem z ociąganiem.

- Audi A4?

- W zasadzie myślałem o czymś tańszym - przyznałem niechętnie.

- Ha ha - zaśmiał się, niczym z dobrego dowcipu. - Ktoś z firmy już jedno audi rano odebrał, rozumiem, że pan przyjechał po drugie?

Chwilę ze sobą walczyłem, ale uczciwość wzięła górę...

wtorek, 23 listopada 2010

Jak to powiedzieć...

Zadzwonił telefon.

- Michaaał - usłyszałem po naciśnięciu zielonego przycisku - stało się coś strasznego.
- Co się stało?
- Przypakowałam Twoim samochodem.
- Cholercia*, w co przypakowałaś? - spytałem po chwili spędzonej na przywracaniu podstawowych funkcji życiowych.
- Przepraszaaam...
- W porządku, w co przypakowałaś?
- Nie wiem jak to się stałooo...
- Ale w co uderzyłaś?
- Ja zapłacę za naprawęęę....
- Weź kilka głębokich wdechów. W co uderzyłaś?
- Nie zdążyłam nawet wyjechać z parkinguuuu....

Tu trochę ochłonąłem. Co poważnego mogło stać się na parkingu? Ofiar w ludziach raczej nie należało się spodziewać.

- Ok, w co uderzyłaś? - spróbowałem po raz kolejny.
- Chciałam otworzyć bramę.
- W bramę walnęłaś?
- Nieee. Cofałam i uderzyłam w słupek z klawiaturą do wklepywania kodu do bramy.

W ciemnym tunelu pojawiło się światełko - słupek konstrukcji solidnej raczej nie stanowił. Wprawdzie gruby na dwa palce i wmurowany w ziemię, jednak w starciu z półtora tonowym samochodem był raczej pragnieniem niż spritem.

- Spokojnie, to tylko słupek. Więcej niż pieniądze kosztować nie będzie. Dobrze, że nikomu nic się nie stało.
- Łatwo Ci powiedzieć, buuaaa. Zniszczyłam lampe ... snfff ... te ... sniiifff ... lusterko ... cały bok ... uuaaa ... porysowany.

Światełko w tunelu okazało się należeć do TLK.

- Auto do jazdy się nadaje? - westchnąłem.
- Tak.
- To jedź gdzie miałaś jechać, po pracy obejrzę co się stało.
- Nigdzie nie jadę.
- Jedź, bo się zblokujesz i ciężko będzie Ci za kierownicę wrócić.

Pojechała. Za kwadrans dzwoni.

- Wiesz co? Chyba jednak nie porysowałem boku. Ale lusterko wisi na włosku. I to czarne odpadło...
- A lampa?
- Jaka lampa...? A nie, przejęzyczyłam się. Chodziło mi o lusterko. Ja przepraszam. Jutro pojedziemy i wszystko naprawimy.
- Spokojnie, to tylko samochód - skłamałem - pogadamy po pracy.

Kwadrans po ostatnim gwizdku stałem pod hutą łykając środki uspokajające w ilościach przemysłowych. Wyobraźnia wyczuła swoje pięć minut i podsuwała mi w najlepsze klekoczący obraz ślepego na jedną lampę wraku, który do niedawna był mą dumą i obiektem szczerego uczucia, nadjeżdżającego w kłębach pary, wlekąc za sobą podskakujące na asfalcie lusterko.

Tymczasem moja princessa - z Córką Hołowczyca za sterami - mrucząc cichutko wynurzyła się z nocnej, irlandzkiej mgły, lśniąc jak zawsze srebrzystym blaskiem. Tylko nienaturalnie wygięte lewe lusterko mąciło ogólny obrazu ideału. I temu jednak udało się odrobiną czułego dotyku zaradzić. W efekcie jedyną skazą pozostawało pęknięte szkiełko lusterka.

- Gdzie te wszystkie szkody, o których mówiłaś? - spytałem wpatrzoną w czubki własnych butów Anieśkę.
- Bo huk był taki, że myślałam, że pół auta Ci rozbiłam....

Drogie Panie, gdybyście kiedykolwiek uszkodziły samochód swego faceta i zastanawiały się jak wybrnąć z tego tak, by był jeszcze z tego powodu zadowolony...

...nie ma za co.

----------------------------
*) nie powiedziałem 'cholercia'

niedziela, 5 września 2010

Śmierć i podatki

O raczej specyficznym egzekwowaniu irlandzkiego prawa miałem okazję po raz pierwszy się przekonać już w rok po przybiciu do Wyspy. Tamtego wieczora wytoczyliśmy się z Kumplem z klubu, a że noc była jeszcze młoda, a sen nas nie morzył, postanowiliśmy udać się do jedynej otwartej knajpy w mieście - Fiesta Café. Na tylnym siedzeniu fiesty szczęśliwie znalazły się wszelkie potrzebne do kontynuowania wieczoru przybory, z samochodowych głośników sączyła się leniwie muzyka i tak na męskich rozmowach o życiu i śmierci zeszło nam niemal do świtania, kiedy to zainteresowali się nami miejscowi stróże prawa i porządku. I tu nastąpiła rzecz dziwna. Panowie mundurowi na słowo uwierzyli, że wracać do domu autem na bańce ani nam było w głowie. Na miękkie boki przyjęli brak opłaconego podatku. Autentyczność dysku symbolizującego wykupione ubezpieczenie podali jednak w wątpliwość. W danym momencie lepszym materiałem dowodowym nie dysponowałem, umówiliśmy się więc na kolejne spotkanie na komendzie, gdzie przedłożyć miałem stosowne kwity.
Swej części porozumienia, z powodów nie dających się wytłumaczyć niczym innym niż wrodzoną głupotą, nie dotrzymałem. Za to panowie oficerowie swojej owszem i rok (sic!) później otrzymałem wezwanie do Sądu pod zarzutem prowadzenia samochodu bez ważnego ubezpieczenia i ... prawa jazdy (!?).Sprawy zaczęły przybierać obrót raczej niewesoły, bowiem oskarżenie dryfowało coraz dalej od faktycznego pociągania z gąsiorka na przyklubowym parkingu. Na domiar złego Fiesta Café zmieniła w międzyczasie właściciela, nie byłem więc w posiadaniu absolutnie żadnej dokumentacji dowodzącej mojej niewinności.
Szczęściem, gdy stawiłem się w Sądzie, w całym gmachu nie było jednej osoby zainteresowanej poprowadzeniem sprawy przeciwko mnie. W sądowym systemie śladu nie było po moim wezwaniu. Irlandzki wymiar sprawiedliwości po tym incydencie miał na tyle przyzwoitości, by więcej do tematu nie wracać.  
Tymczasem kilka miesięcy temu, nauczony doświadczeniem, ...znów dałem się złapać w aucie bez opłaconego podatku. Pulchna Pani Oficer przyjęła jednak moje wytłumaczenie i zawarliśmy porozumienia podobne do tego sprzed kilku lat. Jeśli w ciągu dziesięciu dni zaprezentuje na komendzie dowód uregulowania spraw podatkowych, całe zajście puścimy w niepamięć.
Tym razem sprawę wyjaśniłem, zanim Pulchna Pani Oficer postawiła ostatnią, koślawą literę w swoim notesie. Przed mandatem mnie to jednak nie uchroniło. Przyszedł po kilku tygodniach jak pierwsze nudności miesiąc po krótkich chwilach uniesienia z nieznajomym w dyskotekowej toalecie.
Przez chwilę plułem sobie w brodę, że nie zapamiętałem nazwiska gwardzistki, która odnotowywała moje pojawienie  się na gardzie. Szybko jednak okazało się, że w systemie wszystko jest si, a Pulchnej Pani Oficer po prostu to umknęło. Co gorsza sprawa nabrała już mocy urzędowej i już się tej machiny zatrzymać się nie da. Tak więc spotkamy się w Sądzie, gdzie Pulchna Pani Oficer obiecała stanąć w moim narożniku.

O ile nie zapomni....

Płaćcie podatki dzieci, bo inaczej szwędać się będziecie po sądach jak wujek Michał.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Epilog

Dzień był słoneczny, choć w powietrzu pachniało mrozem. Wzułem buty, na grzbiet wrzuciłem plecak i dziarskim krokiem ruszyłem do pracy. Śmignąłem pod oknem ciekawskich sąsiadów, pozdrowiłem gestem operatora koparki, na wysokości lokalnego warzywniaczka skręciłem w lewo i zacząłem nabierać prędkości. Asfaltem mijały mnie samochody, w słuchawkach grała muzyczka i ogólnie było klawo, a w niedalekiej przyszłości miało być jeszcze lepiej, bo choć wiedzieć tego podówczas jeszcze nie mogłem spacer był to mój do pracy w najbliższym czasie (tfu tfu) ostatni. Aczkolwiek w kraju hmm .... mniej specyficznym, ostatni spacer zaliczyłbym przynajmniej tydzień wcześniej.

Dwa tygodnie bowiem minęły odkąd oczy moje spoczęły na srebrnej ślicznotce, a serce zapłonęło pożądaniem. Dwa tygodnie wypełnione bolesnym oczekiwaniem i absurdalnymi rozmowami telefonicznymi, uwieńczone zaskakującym finałem. Choć po niemal pięciu latach dobrowolnego wygnania pomiędzy bezstresowymi tubylcami nawet zaskakujący finał nie powinien zaskakiwać.

A było to tak. W porządku chronologicznym.

Zakochałem się w sobotę. Nie była wolna od wad, ale któż jest idealny. Cztery niedoskonałości budziły wprawdzie szczególny niepokój, ale te w zamian za skromny depozycik miały zostać bezpowrotnie usunięte. Auto miało być gotowe do środy, wstępny raporcik z podjętych działań i postępu prac już w poniedziałek.

Nic podobnego się oczywiście nie wydarzyło. Wobec uparcie milczącego telefonu w czwartek zdecydowałem się wykonać pierwszy krok. Czekali na czujnik temperatury, auto miało być gotowe w piątek rano.

Nie było. Wciąż czekali na czujnik temperatury, co to nachodził z centrali w Niemczech. Prawdopodobnie przesyłany był tym samym sposobem co znicz olimpijski. Tylko to mogło tłumaczyć czemu auto gotowe miało być dopiero we wtorek/środę.

W środę wieczorem zadzwoniłem przeprosić, że przegapiłem ich telefon. Zdziwieni byli. Przecież nikt do mnie nie dzwonił. Bo i po co. Czujnika wciąż nie ma, odezwą się jutro.

To mi przypomniało jedną z wielu historii pod znakiem klucza płaskiego z Seacikiem w roli w głównej. Kiedyś przekonany byłem, że właśnie uszkodzony czujnik temperatury odpowiedzialny jest za przegrzewający się silnik. Zaszedłem więc do lokalnego serwisu VW, poprosiłem o czujnik, zapłaciłem i wyszedłem. Dochodzę do wnioski, że wściekle zaradny jestem.

Czwartek okazał się być TYM dniem. Czujnika oczywiście wciąż nikt nie widział, ale wszyscy zgodnie mieli wyjątkowe dobre przeczucia odnośnie przychodzącej w porze lunchu dostawy. Na tyle dobre, że umówiliśmy się na odbiór samochodu w piątek.

I w piątek samochód odebrałem. A czas pokazał, że mimo szczerych zapewnień z czterech wskazanych przeze mnie usterek w ciągu dwóch tygodni brygada specjalistów  zdołała ... zamontować brakującą wycieraczkę.

Było ich nie popędzać.

piątek, 5 lutego 2010

Dobry omen

Szeroko zakrojone poszukiwania następcy dokonywującego żywota seacika stały się motywem przewodnim ostatnich tygodni. Na stronach internetowych zrzeszających samochody używane czuję się już jak na własnym blogu. Znam każdy odnośnik i każdą sztuczkę. I choć rozumiem, że wszechświat tak jest skonstruowany, że rabin narzeka na księdza, uczeń na nauczyciela, piłkarz na sędziego, chłop na pana, proboszcz na plebana, a kupujący na sprzedającego, żaden nastolatek nie ma fajnych rodziców, żaden dorosły facet fajnej teściowej i nie istnieje osoba zadowolona ze swojej pensji, tym razem po za powszechnie xerowane, stereotypowe zachowania wychylić się nie mogę. Lwia część ogłoszeń samochodowych sprawia bowiem, że chcę mi się wyć do księżyca i wrócić do naprawiania seata.

Na gazeta.ie prym wiedzie zwrot 'sprzedam samochód, więcej info na telefon'. Co stoi na przeszkodzie by umieścić pozostałe dane auta w ogłoszeniu, nigdy nie zrozumiem. Być może to samotność i chęć otworzenia gęby do kogoś. Choćby przez telefon. A może nadzieja, że ktoś weźmie auto nie zwróciwszy uwagi, że przebieg wynosi trzy miliony mil.

Grzech drugi to zdjęcie. Pół biedy jeśli jest dramatycznie nieostre, bądź pstryknięte nocą, co daje tylko mgliste pojęcie o rozmieszczeniu reflektorów i elementów odblaskowych. Gorzej jeśli na internecie widnieją dwa identyczne ogłoszenia, zakończone identycznymi numerami telefonów kontaktów, okraszone jednakowoż dwoma różnymi fotografiami.  

Zarówno Irlandczycy jak i Polacy lubią się czasem dać ponieść fantazji. Miejscowi niejednokrotnie jednak demaskują się bez niczyjej pomocy już w przedbiegach, podając przebieg, bądź aktualność przeglądu technicznego, względnie stan wyposażenia, by za chwilę uraczyć nas galerią zdjąć mówiącą coś zgoła innego.

Długo można by tak wymieniać. Pozwolę sobie zakończyć pytaniem o celowość zamazywania numerów rejestracyjnych na towarzyszącym ogłoszeniom zdjęciach. Czy jest jakaś przyczyna by robić to online, jednocześnie zdradzając ten pilnie strzeżony sekret na ulicach? Może jest coś, czego w swej ignorancji nie widzę?

Tak jednak jak w kopalni węgla znaleźć można diamenty, tak i wśród niejasnych i podejrzanych ogłoszeń trafić można na okazy interesujące. Tak też stało się kilka dni temu, gdy oczom mym ukazał się bardzo przyjemny czarny passat, zameldowany w Monaghan. Od naszej wioski kilometrów może sto i dwadzieścia. Chwyciłem za telefon, by do wyprawy zaprosić jakiegoś opiniotwórczego mechanika, a wybór mój padł na Eryka - kierowce ciągnika siodłowego w naszej hucie.

- Ola przyjacielu - zagadnąłem bez zbędnych wstępów - pracujesz jutro?
- Niestety, dwa kursy nocą, a rano zameldować się muszę na serwis w Monaghan.

Na co dzień to ja w przeznaczenie, znaki i przepowiednie wierzę jak w oświadczenia majątkowe polskich polityków, tym razem jednak nie obciach się przyznać, żem się korzystnym tym zbiegiem okoliczności nieco podekscytował.

Od słowa do słówka skleciliśmy chyżo plan wyprawy. O północy zajechał Eryk pod mą hacjendę karocą zaprzężoną w czterysta dwadzieścia konie mechaniczne. Godzinę później mieliśmy za sobą pierwszy wyładunek w Dublinie i mknęliśmy przez noc w kierunku północno-zachodniego wybrzeża Irlandii. Na tym etapie z ręką na biblii powiedzieć mogłem, że jazda ciężarówką jest fajoska. W kabinie ciepło i przestronnie jest jak w nowych mieszkaniach na Bielanach, z głośników sączy się muzyczka, droga umyka gdzieś w dole za szybą wielkości ekranu kinowego, siedzenia - w wersji dla pasażera - odchylić można niemal do poziomu, nogi - za pozwoleniem kapitana - zarzucić na deskę rozdzielczą, w dłoń - znów wersja dla pasażera only - chwycić zimną puszką piwa, no i te nieziemskie kanapki z metką łososiową autorstwa szanownej erykowej małżonki. Tak to ja mogę choćby i do Suwałk.

Tymczasem w okolicach godziny czwartej zawitaliśmy tryumfalnie do Buncrany, gdzieśmy porzucili ostatni ładunek i bez dalszej zwłoki ruszyli do Monaghan. I wtedy nadszedł kryzys. Od godziny piątej toczyłem heroiczną walkę z opadającymi powiekami i morzącym snem. Obiekty na drodze przybierać zaczęły nagle fantastyczne kształty. Wydłużające się w świetle halogenów cienie znaków drogowych stały się przemykającymi pod kołami dzikimi stworzeniami, odblaskowe światła na szosie uniosły się nagle jak wijąca się, srebrna wstęga, migające w księżycowej poświacie drzewa wyciągały w naszym kierunku swe zdrewniałe, poskręcane reumatyzmem palce, a z rzadka mijane domostwa przywodziły na myśl Joannę Liszowską - nie wiem czemu akurat ją, ale bardzo mi się to nie podobało. Przypomniały mi się na raz te wszystkie zabawne historie kierowców z pracy. David, który opowiadał jak heblował przed murem, który jego zdaniem właśnie wyrósł na drodze po środku niczego. Jersey, który zasnął za fajerą, a przebudził się na nieznanym rondzie kończącym zjazd z autostrady. Nie wydawały się już takie śmieszne.

Zjazd na stację w Monaghan, gdzie czekały nas niemal dwie godziny drzemki powitałem jak schabowego z marchewką i groszkiem po dwu tygodniowym zimowisku w Czechach przed piętnastoma laty. Dalsze udawanie, że wcale a wcale nie przysypiam zakrawało na kpinę.  

Półprzytomny, zmarznięty, ale pozytywnie zaskoczony wygodami oferowanymi przez rozkładane w kabinie łóżko, wytoczyłem się na zewnątrz kole godziny dziewiątej. Ignorując alarmujące doniesienia od wszystkich zmysłów ruszyłem niemrawo po kawę. Wtedy właśnie na stację zajechał mój potencjalny partner biznesowy i okazało się, że o kant dupy potłuc znaki i dobre omeny, a całą wyprawa diabli wzięli. Nie trzeba było fachowca, by osądzić, że auto było bezlitośnie bite. I musiała to być jakaś grubsza afera, bowiem tłuczony był tak przód jak i tył, a ktokolwiek składał samochód do kupy, przyłożył się jak polscy kopacze do niedawnych eliminacji. Blacharka na odwal się, a na lakierkę lepiej opuścić zasłonę litościwego milczenia.

Do Naas wróciłem ciągnikiem siodłowym marki Volvo.

I dalej drepczę.

piątek, 6 listopada 2009

Irlandzkim targiem

Jakiś czas temu rozgorzała w komentarzach dyskusja: jeśli auto, od kogo - od Polaka, czy Irysa? Historia, która za moment nastąpi z pewnością nie przesądza w jakikolwiek sposób sprawy. Potwierdza jednak po części moją teorię, więc zwyczajnie muszę ją przytoczyć. Póki w żyłach płynie krew, upierał się będę bowiem, że kupując auto od Polaka ryzykujemy co najwyżej umiejętnie zamaskowane usterki (w tym rzeczywisty przebieg pojazdu), które oku dobrego mechanika-konsultanta uciec nie powinny. Zwykle będzie to jednak samochód zadbany, czysty w środku i na zewnątrz, co pozwala żywić uzasadnioną nadzieję, że również stanu technicznego właściciel nie zaniedbał. Tymczasem robiąc interesy z miejscowymi istnieje ryzyko, że właściciel pojazdu będącego przedmiotem sprzedaży stwierdzi bez mrugnięcia okiem, że ta oto srebrna octavia `99 to właśnie ten granatowy VW passat `01 z ogłoszenia. We wciskaniu ciemnoty Irlandczycy są bowiem niekwestionowanymi mistrzami świata, a irlandzkie strony internetowe oferujące używane samochody, powielają schematy dobrze znane z sympatia.pl: jestem dwudziestodwuletnią, zgrabną studentką z Wrocławia, nie lubią zobowiązań, moje hobby to sex oraz manicure dłoni i stóp - pisze pięćdziesięciosześcioletnia woźna z sali informatycznej suwalskiego technikum ogrodniczego.

A oto i Historia. Od nieprzyzwoicie długiego czasu przeczesuje zawartość internetu w poszukiwaniu godnego następcy mojego dzielnego, acz coraz bardziej niedomagającego Seacika. Nie tak dawno natrafiłem na interesujący egzemplarz VW Bora. Niestety, jak się okazało po wydziubaniu podanego w ogłoszeniu numeru, samochód zszedł na pniu. Dzień później jednak właściciel oddzwonił twierdząc, że mistrzunio, który zaklepał sobie Borkę wpłacając zaliczkę, nie był niestety w stanie zorganizować pozostałej kwoty, stąd auto jest znów do wzięcia. Tośmy raz dwa małe tęte ŕ tęte uradzili. O 10 rano spotkać mieliśmy się w Tullamore - dobrym samochodem ok 60 km licząc od kanapy w salonie. Zupełnie nie swoim zwyczajem na miejscu spotkania stawiłem się o czasie, toteż gdy telefon zaterkotał nie mogłem się doczekać, by podzielić się dobrą wiadomością z moim nowym partnerem biznesowym.

- Hej, jak się masz? - zagadnął zgodnie z tradycją.
- Doskonale, właśnie wjechałem do Tullamore - odparłem uroczyście.
- Aaaj..., bo widzisz pomyślałem sobie, że lepiej spotkać się u Ciebie. I tak muszę brata w okolicy odwiedzić.
- Kapitalny pomył - pochwaliłem - szkoda wprawdzie, że nie dałeś mi znać godzinę wcześniej. Teraz jestem w Tullamore, więc spotkajmy się w Tullamore.
- Tyle, że ja nie mieszkam dokładnie w Tullamore... i w sumie to jestem już w drodze... a Ty i tak musisz wrócić do Naas... żadna dla Ciebie różnica. Za wszelkie niedogodności obniżę cenę auta.

Tym mnie przekonał. W Naas spotkać mieliśmy się za godzinę. Drugi raz tego dnia i bodaj czwarty w tym roku na miejscu zbiórki stawiłem się na czas. 45 minut później wydziubałem numer Irlandczyka po raz pierwszy. Nie odebrał. Czynność powtórzyłem dwa razy nim zawinąłem się do domu. Gdy całą sytuację tłumaczyłem już sobie szablonowym przykładem specyficznego, irlandzkiego poczucia humoru, zadzwoniła do mnie atrakcyjna blondynka w średnim wieku, twierdząc, że jej mąż ma problemy z telefonem, ale za pięć minut spotkać się może ze mną w znanym nam obu miejscu.

Spotkał się za dwadzieścia pięć minut, a jego sytuacji wcale nie poprawiał fakt, że zajechał malutką niebieską toyotką. Bora stoi u brata - tłumaczył - nie ma ubezpieczenia. Z Tullamore jakoś nie przeszkodziło mu to przyjechać. Cała sprawa śmierdziała kosmicznym wałkiem, Borę więc jechałem już oglądać tylko z ciekawości.

To co zobaczyłem 'u brata' nie zgadzało się nie tylko z treścią ogłoszenia, ale również z zamieszczonym pod nim zdjęciem. Gdyby istniała organizacja do walki z ludźmi znęcającymi się nad samochodami, mój nowy irlandzki znajomy słuchałby kapiącego deszczu zza kratek. Skatowaną Borę chciałoby się przytulić i przez następne lata chronić w ciepłym garażu przed złym dotykiem. Auto wyglądało jakby ktoś wyjątkowo nietrzeźwy starał się zaostrzonym kluczykiem znaleźć zamek. Zaczynając od tylnego kierunkowskazu i nie oszczędzając nawet maski. Ślady wewnątrz i na zewnątrz auta pozwalają przypuszczać, że ów ktoś po trzech okrążeniach samochodu, zdołał dostać się do środka, gdzie natychmiast przystąpił do poszukiwania stacyjki. W kwestii tożsamości owego kogoś zdania są podzielone. We wnętrzu auta znaleziono bowiem substancje raczej wykluczające niż potwierdzające jakiekolwiek teorie - żwir, ściółkę leśną, niekompletny zestaw ołowianych żołnierzyków, kilka żołędzi, dwie piłki do golfa, resztki grzybni, trzy marchewki, połamaną ramkę do zdjęć, ekierkę, pustą butelkę po szamponie, grabki ogrodowe, 2 kg kapsli, sznurowadło, siedem spinaczy biurowych, nadgryzioną małą encyklopedię medyczną, szereg niezidentyfikowanych cieczy o zróżnicowanej lepkości i wiele wiele innych.

Po obejściu auta w koło nie wiedziałem, czy lepiej zawinąć się bez słowa na pięcie, czy też w kilku żołnierskich słowach wyjaśnić mojemu nowemu znajomemu jak bardzo szkoda mi tych czterech godzin życia, których nigdy nie odzyskam.

- Na zdjęciu auto ma aluminiowe felgi - zacząłem bez przekonania, kopiąc plastikowe kołpaki.
- Nieee, dobre felgi, dobre kołpaki - odparł szczerze oburzony.
- Może i dobre, ale nie ALUMINIOWE.
- Prfft - odparł Irlandczyk lakonicznie i coś chyba zamierzał dodać, ale wtedy naszą uwagę zwrócił mój mechanik-konsultant, który nie bacząc na niebezpieczeństwo zanurkował do wnętrza auta.
- Przebieg się nie zgadza - zawołał przez chusteczkę higieniczną, którą rozsądnie zakrył usta.
- Przez telefon mówiłeś o stu tysiącach mil, nie o stuczterdziestutrzech - zwróciłem się do Irlandczyka pocierając załzawione oczy po krótkim pobycie we wnętrzu auta.
- To nie mile, to kilometry - wyjaśnił
- I właśnie dlatego pod przebiegiem widnieje słowo 'miles'?
- Prfft - odparł lakonicznie Irlandczyk. To oficjalnie zakończyło naszą wizytę.

Ok, to tylko jedna jaskółka. Jednak poprzedni irlandzki samochód jaki oglądałem właściciel przez telefon zachwalał jako nieskazitelny. Mchy, porosty, gruz, pleśń i ptasie kupy usuwałem tygodniami, a z perspektywy czasu nie potrafię przypomnieć sobie dziesięciu kolejnych dni, żeby auto było w pełni sprawne.

Mnie to wystarczy...

poniedziałek, 27 lipca 2009

Żelazko

Na wykresie życia każdego człowieka znajdują się charakterystyczne punkty, które same w sobie może nie są niczym wielkim, jednak nic już po nich nie jest takie samo. Pierwszy krok, pierwszy ząb, pierwszy dzień w szkole, pierwsze oryginalne buty, pierwsze dżigi dżigi, pierwszy samodzielny wyjazd na wakacje, pierwsze dżigi dżigi z udziałem drugiej osoby, pierwsza praca, pierwszy samochód, pierwsze mieszkanie, pierwsze dziecko, pierwszy siwy włos, pierwszy wnuk. Można by wymieniać w nieskończoność, choć z wiekiem człowiek łapie się raczej na zaliczaniu punktów ostatnich - ostatni włos, ostatnie dżigi dżigi, ostatni ząb, ostatni krok.

Anieśka wciąż zalicza punkty pierwsze, a kolejnym w jej kolekcji stał się pierwszy samochód. Moje poszukiwania następcy Seacika przedłużały się na tyle, że Anieśka całkowicie straciła nadzieję na jego przejęcie, postanowiła więc pokazać mi jak tego typu sprawy się załatwia. Jednego dnia wyszukała samochód, skontaktowała się z właścicielem, zorganizowała oględziny mechanika, nabyła auto i ...  zaliczyła pierwszą kraksę. W połowie debiutanckiej przejażdżki zajechała na parking, gdzie perfekcyjnie umieściwszy auto między liniami (kolejny pierwszy raz), zgasiła silnik, chwyciła za klamkę i niewłaściwie oceniwszy zasięg nieproporcjonalnie długich drzwi, z rozmachem wyrżnęła w stojące obok Clio. Z bocznego migacza samochodu nie ostało się wiele.

Jak się po chwili okazało, właścicielką Clio była Rodaczka, która miarkowała auto w niedługim czasie sprzedać, a sproszkowany kierunkowskaz ceny raczej nie podbijał. Na wymianę numerów telefonu i uroczystą obietnicę naprawienia szkód przystała pewnie bardziej z ciekawości, niż wiary w nasze słowa. Kiedyś, w przedemigracyjnych czasach, staliśmy z Ogórem pod takim ogrodzeniem głośno zastanawiając się czy jest pod napięciem (ogrodzenie, nie Ogór). W końcu nie wytrzymałem i z braku lepszych propozycji sprawdziłem to na dotyk. Nie było. Ciekawość czasem bierze górę nad zdrowym rozsądkiem.

Raptem w naszych rękach pojawiła się szansa na poprawę wizerunku Polaków na emigracji w oczach ... Polaków na emigracji. Przy najbliższej okazji ruszyliśmy więc na szrot. A w zasadzie Anieśka ruszyła, bo ja kuliłem się na siedzeniu pasażera jej Perłowej Strzały. Co się po drodze jednak okazało? Manewry, które dla Anieśki siedzącej za sterami ciężkiego i mało zwrotnego Seata były swoistym mission impossible, Anieśce siedzącej za sterami autka rozmiarów melexa przychodziły z naturalną wręcz łatwością. Na szrot mknęliśmy niczym Hołowczyc z Wisławskim. Z tą różnicą, że po Wisławskim raczej nie trzeba prać fotela. Dopiero na miejscu dziewcze zatroskało się głęboko.

- Zobacz ile tu rozbitych samochodów - jęknęła Anieśka omiatając wzokiem zbiorowy samochodowy grobowiec - I co drugi z L-ką!!!

Migacz udało się znaleźć z łatwością, Rodaczka była mile zaskoczona, a nasza niewielka rodzina zrzeszająca pluszaki, figurki i pojazdy mechaniczne wzbogacona została o jednego członka, który z miejca uczynił nas oboje bardzo szęśliwymi. Anieśkę, bo zalśnił jaskrawym światłem na końcu krętego i ciemnego dotąd tunelu jej drogowej edukacji. Mnie, bo mina kierowców Mercedesów, Volvo, BMW, których - przy tych rzadkich okazjach, gdy ja prowadzę - wyprzedzam trzęsącym się żelazkiem oklejonym L-kami jest absolutnie bezcenna.

piątek, 12 czerwca 2009

Aaaaaa sprzedam...

Seacik przegiął pałę po całości. Tylko w przeciągu ostatniego roku otrzymał nowe sprzęgło, wydech, kable zasilania, pompę wodną i termostat, że o filtrach wszelakich już nie wspomnę. Za nic mając sobie szczodrość właściciela Seacik tymczasem stuka, puka i  cięgiem grzeje się jak grill elektryczny, skazując mnie na wysoce niekomfortową jazdę z wiecznie włączonym ogrzewaniem. W pewnym momencie dotarło do mnie, że nie potrafię przypomnieć sobie trzydziestu kolejnych dni, kiedy auto było w pełni sprawne. W miejsce jednej naprawionej części, psują się dwie następne, co raczej nie pozwala liczyć na jakikolwiek happy end. Jakby na potwierdzenie tych rozważań współpracy odmówił prawy spryskiwacz. Całą szybę umyć teraz można wyłącznie podczas ostrych skrętów w lewo.

Na tym miarka się przebrała - podjąłem trudną, acz konieczną decyzję o zmianie samochodu. Burzą oklasków zareagowało na takie dictum otoczenie, Seacik był już bowiem źródłem mniej bądź bardziej wyszukanych kpin, ze strony tych, którzy nie byli uzależnieni ode mnie w kwestii dojazdy do/z pracy. Nawet Donal radośnie zareagował na moje rewelacje.

- No wreszcie - ucieszył się - to wstyd żeby człowiek na Twoim stanowisku jeździł takim samochodem.

Klamka zapadła, Seacik trafić ma w ręce debiutującej na irlandzkich drogach Anieśki, ja tymczasem rozpocząłem szeroko zakrojone poszukiwania nowego samochodu, który nie będzie stukał, pukał, grzał się i chał oleju. I tu schody się zaczęły, bom się uparł przy Seacie Toledo (otoczenie w odpowiedzi pokręciło z niedowierzaniem głową). Wykluczywszy modele o imponującym przebiegu, kolorze srebrnym bądź czerwonym oraz ogłoszenia zawierające słowa 'igła' i 'polecam' (taka nieszkodliwe dziwactwo), krąg podejrzanych zawęził się do jednej sztuki, która ... sprzedana została na aukcji, podczas gdy ja oglądałem finał ligi mistrzów. Po za tym cisza w interesie.

Nie można tu jednak nie wspomnieć o ogłoszeniach na gazeta.ie, portalu zrzeszającym Polaków zamieszkałych w Irlandii. Co kolejna oferta to bardziej tajemnicza. "Długie NCT (przegląd) i aktualny tax (podatek)". NCT ważne jest przez dwa lata, co w tym świetle znaczy 'długie', tylko autor ogłoszenia raczy wiedzieć. A opłacony tax to oszczędność nawet rzędu 700 euro, stąd raczej ważne jest do kiedy jest opłacony.

Rzadko kiedy słowo o przebiegu, mało kto zapomni jednak zaznaczyć, że auto jest okazją i naprawdę warto. Więcej info na telefon - to w końcu ludzka rzecz pogadać. Osobiście wolałbym nie otrzymywać kilku telefonów dziennie z pytaniem o przebieg, jak i nie wykonywać tego typu połączeń, ale najwyraźniej to tylko ja. Przez moment cieszyłem się, że chociaż markę samochodu podają, póki nie natknąłem się na ogłoszenia następującej treści:

Witam..mam do sprzedania autko z 94 roku,w dobrym stanie,chce je sprzedac dopiero w lipcu..poniwaz zjezdzam do PL. nct 2011 rok,tax oplacony do wrzesnia...naprawde polecam to autko jest niezawodne...:) mozna przyjechac i obejrzec..zainteresowanych prosze o kontakt na numer tel...

Perełka.

Nigdy nie kupię sobie samochodu (sniff).

Niech mnie ktoś przytuli.

czwartek, 16 kwietnia 2009

Corsa

Jestem nerwowy za kierownicą. To tylko jedna z moich wad i w gruncie rzeczy żadna nowość. Po tatusiu. Pierwszym barwnym epitetem jaki opanowałem było słowo "palant" zasłyszane, a jakże, gdy Ojciec Dyrektor lawirowal klekoczącym fiatem 125p między mniej sprawnymi uczestnikami ruchu. Dzieciństwo wspominam z uśmiechem na wypadek, gdyby ktoś coś nadinterpretował.

Tak więc jestem nerwowy za kierownicą. Krzyczę na niezdecydowanych, popędzam ślamazary i obrażam innych uczestników ruchu. Ostatnimi czasy króluje powiedzonko "wio mule". Ostatnie jakie zasłyszałem od Ojca Dyrektora. Ojciec czuje się wyśmienicie, na wypadek gdyby ktoś coś nadinterpretował.

Wszystko to ma charakter nieszkodliwego gderania, póki nie dochodzi do parkowania. Gdy zajeżdżam późną porą na parking, a ostatnie dwa miejsca zajęte są przez ... jeden samochód oczy zalewa mi krew, a żądza mordu wydaje się nie do opanowania. Do takiego właśnie pogwałcenia fundamentalnych praw panujących w społeczeństwach wysoko rozwiniętych doszło kilka dni temu. Pani (sory lejdis ale moje przeczucie w tych kwestiach jest nieomylne) przycumowała złotą Corsę w sposób pozostawiający mi trzy wyjścia:

 - parkuję pod innym apartamentowcem,
 - parkuję tak, że sąsiad po lewej do auta wsiadać będzie rano od strony pasażera,
 - parkuję tak, że z auta wysiadam od strony pasażera.

W porywie altruizmu zdecydowałem się na bramkę nr 3, ale w mieszkaniu naszły mnie wątpliwości: jakie są szanse, że średnio radzący sobie z parkowaniem kierowca Corsy, wyjeżdżając pozostawi na miejscu mój lakier, skoro nasze auta mocno się do siebie ...hmm... zbliżyły (rys 1.1). 

 

Pomysłów na uniknięcie zmiany geometrii karoserii było kilka. Pojawiła się nawet propozycja wetknięcie miłej pani karteczki za wycieraczkę z numerem telefonu i prośbą o kontakt przed rozpoczęciem pochopnych manewrów bez względu na godzinę. Sama idea karteczki spodobała mi się ostatecznie na tyle, że skreśliłem kilka ciepłych słów i ... przestawiłem auto pod sąsiedni apartamentowiec.

A Corsa kolejny już dzień stoi jak stała.

wtorek, 10 marca 2009

Zanim zrozumiesz

Oto powracam z internetowego niebytu, ale o tym później. Najpierw to co najświeższe i wątrobę uciska, a więc czym prędzej na ekran monitora musi zostać przelane.

Ja rozumiem, że Pan montujący blokady na kołach nieprawidłowo zaparkowanych samochodów wykonuje niewdzięczną pracę. Rozumiem, że za frajer zdejmować owych blokad nie może, bo nie za to mu płacą. Rozumiem, że powinienem był zauważyć, że akurat ten parking obsługiwany jest przez inną, niż wszystkie znane mi w Naas parkingi, firmę, a co za tym idzie bilecik nabyty dwieście metrów dalej użyteczny jest jak tchórzofretce siodło. Rozumiem, że w świetle prawa mandat należał mi się bezapelacyjnie. Ale że Pan Blokadziarz nie uległ niezawodnemu w takich sytuacjach urokowi Anieśki i uwolnić auto zgodził się dopiero po uiszczeniu opłaty karnej, to on pedał jest i ślepy onanista, ot co.

A co, nie wolno mi...?

środa, 7 stycznia 2009

Seat Reaktywacja

Tęgo się pomylił, ktokolwiek myślał, że kaprysy Seacika skończyły się wraz ze starym rokiem. Auto psuło się dalej i oczywistym było iż tylko kwestią czasu jest kiedy stanie, bądź co gorsza rozpłaszczy się na innym uczestniku ruchu. Tymczasem czasu wolnego mniej jak na lekarstwo, a majaczący na horyzoncie dzień wolny wydawał się wcale nie przybliżać. Awaryjność Seacika przekroczyła w tak zwanym międzyczasie próg absurdalności, gdy otworzyłem maską, by odkryć brak ... korka wlewu oleju, który raczej nie ma w zwyczaju po prostu znikać. 

Dzień wolny szczęśliwie nadszedł prędzej niż zgon pojazdu, a z nim pojawiła się możliwość wyprawy na szrot celem skompletowania tego i owego. O korek do wlewu oleju pytałem tylko w jednym sklepie. Mina sprzedawcy zniechęciła mnie skutecznie do dalszych poszukiwań. Kto gubi korek do wlewu oleju!? Ileż łatwiej wykręcić go na szrocie i podetknąć do wyceny Nie Zadającemu Żadnych Pytań Pracownikowi Na Kasie.

Wyprawa nie miała szans zakończyć się niepowodzeniem, w związku z czym zgodziłem się jeszcze tego samego odebrać Znajomą z lotniska. Miałem spory zapas czasowy, gdy Seacik, z bagażnikiem wyładowanym nowymi częściami trzykrotnie przekroczył dopuszczalną temperaturę silnika i zjechał do pitstopu na środku autostrady. Na mrozie. Piętnastominutowe studzenie silnika starczyło na kolejny kilometr. Jasnym stało się, że w tym tempie żaden zapas czasowy nie pozwoli mi dotrzeć na lotnisko na czas. Ani do domu przed zmrokiem jeśli już o tym mowa. Co gorsza komórka niepokoiła brakiem kresek zarówno po stronie wskaźnika baterii jak i zasięgu. Na filmach w takiej sytuacji bohater pozytywny patrzy z niedowierzaniem na ekran telefonu i szepczę do świata jako takiego "jaja sobie chyba robisz". Zrobiłem to samo. Wydawało się właściwe zważywszy na okoliczności.

Do stacji benzynowej doturlałem się po trzech wizytach w pitstopie. Komórka postawiona przed groźbą zanurzenie we wrzącym płynie do chłodnicy przystała wreszcie na współpracę. Na lotnisko natychmiast ruszyła ekipa awaryjna, a zająłem się montażem nowo nabytych części, co w połączeniu z moją wiedzą z zakresu mechaniki samochodowej bliską zeru nie wróżyło nic a nic dobrego. Ale się powiodło. Na tyle bym dotarł do domu, z wygwizdowia gdzie nawet zasięgu telefonicznego nie ma. Do tamtej pory myślałem, że takie miejsca istnieją tylko w bajkach.

Anieśka powitała mnie utytłanego i śmierdzącego olejem kręcąc głową:

- Sprzedaj tego grata!

Ona nie rozumie, że my się kochamy...

wtorek, 9 grudnia 2008

Przeczucie

Że coś się stanie wiedziałem od dawna. Było klawo. W dolinie muminków zapanowała irlandzka zima - najbardziej przyjazna pora roku na wyspie. Deszcz ustał, wiatr zanikł, chmury pierzchły niczym małolaty po wrzuceniu koledze petardy do kaptura. Przymrozek lekko chwycił, ale skrobanie auta w promieniach żarzącego się na bezchmurnym niebie słońca, ze względu na swą absurdalność traci całą negatywną otoczkę.

W takich to okolicznościach przyrody zastała nas wyjątkowo szczodra propozycja Ryanaira, który zaoferował się przerzucić nas do Francji, taniej niż krajowy przewoźnik kolejowy z Warszawy do Gdyni. Grzechem byłoby z takiej oferty nie skorzystać, w związku z czym za kilka godziny lecimy do Paryża nadrabiać zaległości, które powstały podczas poprzedniej wizyty.

Wszystko zdawało się iść we właściwym kierunku. Euro w górę, cena benzyny w dół. Ba, nawet bateria w maszynce do golenia padła mi dokładnie w momencie, gdy efekt był już zadowalający. Wiedziałem, że coś się zes... zepsuje. I zepsuło się. Akurat gdy ruszaliśmy z Anieśką na pierwszy odcinek świątecznych zakupów. Seacik zakaszlał, zaterkotał, pierdnął, po czym rzucać począł się jak baba co jej ślimak wpadł między pośladki. Jasnym stało się, że z zakupów nic tego dnia nie będzie (a czas ucieka...).

Kilka godzin później wpadł z wizytą domową Pan Doktor. Osłuchał Seacika, opukał, tu zajrzał, tam zaświecił, westchnąl kilka razy po czym przemówił:

- Kable są do wymiany, gdzieś jest przebicie, iskra poszła prawdopodobnie po silniku uszkodziła czujnik, ale nie wiem który, trzeba będzie auto podpiąć pod komuter, żeby się przekonać...
- ... może taniej wyjdzie wymienić wszystkie - wtrąciłem.
- ... coś wplątało się w pasek rozrządu, jak widać pocisk dokonał pewnych zniszczeń w środku, a następnie wyszedł tędy - ciągnął dalej Pan Doktor wskazując dziurę w osłonie układu rozrządu - najprawdopodobniej przesuwając to i owo, stąd auto nie ma mocy.
- Coś jeszcze?
- Nie masz tłumika.
- Mam. W bagażniku. Obok spojlera co też odpadł i dziurawego koła.

I w ten sposób na samym starcie świątecznego szaleństwa zostaliśmy pozbawieni naszego kluczowego gracza.

Droga Rodzino, rozumiecie chyba, że w tej sytuacji prezenty nabyte w TESCO oraz na pobliskiej stacji benzynowej, będa musiały Was usatysfakcjonować.

Z ostatniej chwili. Jest gorzej. Sąsiad z góry zakupił chyba perkusję, a ja jutro wstaje o 4 rano. Ajjj

środa, 22 października 2008

Śrubka nr 5

Będę niesłowny - szerszej relacji nie będzie. Przywiozłem z Polski Call of duty i chyba jasnym jest, że misja wyzwolenia świata spod nazistowskiej okupacji zepchnęła chwilowo bloga na dalszy plan. Do tego ciężko zasiąść do pianina, gdy temat tak niewdzięczny. Jak urlop upłynął, każdy doskonale się domyśla i choć działo się od rana do nocy, dla postronnego observatore zbytki to i nuda. Do tego szersza relacja wydarzenia, które miało miejsce tak dawno, że sam zdążyłem o nim zapomnieć jest niczym innym jak czystą kpiną.

W trzech słowach powiem tylko, że w związku ze zmianą polityki urlopowej z 'krótko, a często' na 'raz, a porządnie' był to najdłuższy pobyt w Polsce od stycznia 2006. W efekcie po raz pierwszy nie wróciłem do Irlandii w stanie skrajnego wyczerpania, jeśli z kimś się nie zobaczyłem to dlatego, że tego kogoś nie znam, bądź ten ktoś tego sobie nie życzył, a z zaplanowanych zakupów nie udało mi się nabyć jedynie gąbki do mycia. Tak, gąbki do mycia, bo Irysy mydlą się takimi dziwnymi, gumowymi pomponami, a kramarze w Naas ani myślą wyjść na przeciw toaletowym oczekiwaniom elementu napływowego

Tymczasem, na jakieś dwa dni przed wyjazdem seacik przemówił głosem chrapliwym i niepokojącym. Coś jakby cienki, blaszany liść utknął w wentylacji. Korzystając z pobytu w domu zgłosiłem problem do Ojca-Dyrektora, tak wiernie jak tylko się da naśladując odgłos dobywający się spod maski auta. Ekspert W Studio potarł w zamyśleniu czoło, po czym ze grozą szępnął: 'panewki'. Do tamtej pory nie wiedziałem nawet, że coś takiego mam. Tymczasem Ojciec-Dyrektor dla podkreślenia powagi sytuacji skreślił w powietrzu znak krzyża, opuścił głowę i pogrążył sie w minucie ciszy.

Już w Kranie Deszczowców, w drodze z lotniska Brat Kostek pokusił się o drugą diagnozę. 'Zawory' rzucił, a z tonu głosu wywnioskowałem, że jeśli poprawia to sytuację, to tylko niewiele.

Historia chorobowa Seacika zakończyła się z chwilą, gdy pod maskę zerknął znajomy mechanik.
- Michałku - zaczął tym dobrze znanym tonem hydraulia za PRLu - śrubka Ci się odkręciła.

A ja mało nowego silnika na allegro nie kupiłem.

PS Ojca-Dyrektora za błędną diagnozę nie winię wcale. Pokonywaliśmy właśnie drugą butelkę wiśniówki, więc mogłem równie dobrze brzmieć jak zużyte panewki.
 

czwartek, 14 lutego 2008

Crash-test

Oto on. Pierwszy kierowca Rzeczypospolitej na emigracji. Samozwańczy guru wszystkich uczestników irlandzkiego ruchu drogowego. Mentor, instruktor, nauczyciel, szkoleniowiec, au - to - ry - tet. We własnym ma się rozumieć przekonaniu. Pielgrzym, każdego dnia pokonujący kilometry drogowej infrastruktury liniowej ze szlachetną misją niesienia kaganka oświaty. Fakt, że od niczego nieświadomych uczniów dzielą go warstwy szkła, metalu i wszelakich tworzyw sztucznych, skutecznie uniemożliwiające jakikolwiek kontakt werbalny, został w programie nauczania pominięty. I choć forma lekcji, zwykle ograniczających się do okrzyków typu "jedziesz Stefan", pozostawia z pewnością wiele do życzenia, chętnych nie brakuje. Prawdopodobnie z powodu wyjątkowo niskich kryteriów przyjęcia. Nawet zgłoszenia chęci pobierania nauk nie jest wymagane. W zupełności wystarczy na ten przykład wyskoczyć prosto pod koła z podporządkowanej, nawet nie zerknąwszy, czy jakieś auto przypadkiem z prawej strony (przy założeniu ruchu lewostronnego) nie nadjeżdża. Snucie się wewnętrznym pasem autostrady z prędkością kombajnu marki bizon, jest również w pełni akceptowane.

Z faktem, że nie każdy musi dobrze jeździć samochodem, zgadza się w pełni. To w końcu nie formuła 1, sam jak twierdzi nie jest kierowcą wybitnym, a dla wielu ludzi auto jest tylko środkiem lokomocji, jednak, jak szybko dodaje, w żaden sposób nie zwalnia ich to od myślenia na drodze.

Z lekkim rozbawieniem odpiera zarzuty, że na innych uczestników ruchu pokrzykuje, by zgrywać genialnego kierowcę, twierdząc, że w obecności pasażerów jeszcze się hamuje, dopiero w samotności tworzy najciekawsze wiązanki, niczym bohater "Szklanej pułapki" rzucający dowcipne teksty, choć tylko zgromadzeni w każde święta przed telewizorami widzowie są w stanie go usłyszeć.

Ale nosił wilk razy kilka. A wszystko przez dobry uczynek. Mógł nie cofać, by umożliwić niecierpliwej Pani opuszczenia miejsca parkingowego. Mógł poczekać, aż światła się zmienią. A tak .... klakson i głuchy łoskot uderzenia rozbrzmiały niemal jednocześnie. Przyczyny wypadku są wciąż badane. Najbardziej prawdopodobna wersja, mówi, że samochód pojawił się na tyłach, akurat w momencie, gdy zerknął jak przedstawia się sytuacja na froncie. Such a rookie mistake. A wszystko na oczach Anieśki. Co za wstyd.

Szkód nie stwierdzono żadnych. Przy niewielkiej prędkości, hak oparł się szczęśliwie o tablicę rejestracyjną. Duma jednakowoż nadaje się wyłącznie do kasacji.

Zajęcia wstrzymane do odwołania.

sobota, 24 listopada 2007

Myśl i przewiduj

To co teraz napiszę będzie lekutkim plagiatem, jako że Sapkowski włożył te słowa w usta jednego ze swych bohaterów dawno temu, ale do sytuacji pasują tak idealnie, że szkoda żeby się zmarnowały. Jestem królem idiotów, marszałkiem błaznów, wielkim przeorem zakonu kretynów.

Kilka dni temu dmuchawa w samochodzie zaprotestowała i powietrze do wnętrza samochodu dawkować poczęła w ilości właściwszej raczej dla ulatniania się niż dmuchania. Odparowanie szyby okazało się w efekcie niemożliwe, co w irlandzkich warunkach pogodowych skazuje zaocznie na jazdę w stylu Ace Ventury (z głową za boczną szybą, gdyby ktoś nie oglądał), a pośrednio prowadzi do infekcji gardła.

Z widocznością na drodze żartów nie ma, więc z biegu wziąłem się za tłumienie protestu. Operację rozpocząłem od przestudiowania ilustrowanego (a jakże!) poradnika dla posiadaczy Seata Ibizy i Cordoby - prezent od znajomego kierowcy z pracy. Odpowiedź na pytanie jak dostać się do układu ogrzewania okazała się banalnie wręcz prosta i wypunktowana: zdjąć koło kierownicy, wymontować zestaw wskaźników, zdjąć osłonę kolumny kierownicy, zdjąć..., wyjąć..., zdemontować..., odkręcić..., wymontować... Lista ciągnęła się przez trzy strony. Jasnym okazało się, że negocjacje z protestującym odłożyć trza będzie na dzień wolny.

Tak oto dzień wolny rozpocząłem od zjeżdżenia Naas wzdłuż i w wszerz w poszukiwaniu klucza niezbędnego do odkręcenia kierownicy, a następnie 2 godziny zajęło mi doprowadzenia auta do stanu zilustrowanego poniżej.



Kolejna godzina zeszła się na ustaleniu powodu protestu, którym okazał się zapchany filtr. Umiejscowiony pod maską. Czyli, że w wariancie prawidłowym należało otworzyć maskę, wyjąć filtr, przyjrzeć mu się uważnie, zamknąć maskę, pchnąć się do sklepu (w omawianym przypadku nie więcej jak 100 m od domu), nabyć nowy filtr, wrócić do auta, otworzyć maskę, zamontować świeży nabytek, zamknąć maskę. No ale o tym poradnik nie wspominał.

Doprowadzenie samochodu do stanu wyjściowego kosztowało kolejne dwie godziny. Czyli podsumowując: praca = 0, czas = 5h. Nic tylko sobie pogratulować.

Aha, została mi jedna śrubka. Nie mam odwagi jej wyrzucić.

wtorek, 21 sierpnia 2007

Kilka kompromitujących historii z przeszłości

Wiem, że to nieładnie się chwalić, zwłaszcza jeśli nie ma specjalnie czym, ale taką mnie dumą moje ostatnie dokonanie napełnia, że bym chyba pękł, gdybym się nim z szerszym gronem nie podzielił.

Słowem wstępu: mam dwie ręce. Jedną lewą ... i drugą lewą. A pierwsze siwe włosy na skroni mego ojca ponad wszelką wątpliwość są efektem moich działań w okolicy auta i elektryczności. Już sam początek moich kontaktów z urządzeniem samochodowym nieco bardziej skomplikowanym niż tylne siedzenie dobrze nie wróżył. Jako dziecko przeżywałem wyjątkową fascynację ... światłami„długimi”. Każdy wieczorny wypad poza teren zabudowany bił na głowę Boże Narodzenie, bo „będziemy wracać na długich”. Kwestią czasu było tylko, aż ojciec zdecyduję się spełnić moje pierwsze marzenie i pozwoli mi własnoręcznie włączyć światła drogowe. I to był jego pierwszy, poważny błąd wychowawczy,albowiem manetka została mi w ręku.

Dobre kilka lat później dostałem od dziadka organy elektryczne. Nie takie małe gówienko CASIO, tylko wielkie organy, które z powodzeniem mogły robić karierę w niewielkim kościele. Fakt, że do ich zasilenia niezbędne było sześć baterii R20 musi budzić respekt. I stwarzać problemy. Bo, gdy któregoś dnia wywrócenie mieszkania do góry nogami zaowocowało skompletowaniem pięciu baterii mądry, młody Michaś postanowił,zastąpić brakującą ... rulonem monet. Najwyżej będą ciszej grać. Fakt, że część moniaków była aluminiowa i jako taka prądu nie przewodziła, nie stanowił paradoksalnie żadnego problemu. Problem stanowił fakt, że reszta prąd przewodziła i powpadała do wnętrza organów tu i ówdzie tworząc zwarcia i w dłuższej perspektywie czasu pozbawiając mnie wyróżnienia na konkursie Szopenowskim.

Kolejne lata później ekipa remontowa (w składzie: ja i ojciec) podczas rutynowego odgruzowywania piwnicy natknęła się na masę elektronicznego badziewia z ojcowskich czasów szkolnych. Czego tam nie było. Kilometry przewodów, żarówki, przełączniki, silniki, kondensatory, rezystory. Słowem, gdyby al-Kaida dotarła do tego znaleziska wcześniej pisałbym w tej chwili po arabsku. W momencie zostałem samozwańczym królem piwnicy, a nafty do ognia dolali sami rodzice wręczając mi książkę z cyklu Jak to działa „Prąd elektryczny”. I się zaczęło.

Pierwszym moim dziełem został Bogu ducha winny rozgałęziacz. Przewody z wtyczką w piwnicy się znalazły, gniazdko z dwoma wyjściami również. Wyprowadziłem więc z prototypowego rozgałęziacza dwa przewody zasilające, no bo to chyba jasne, że jeżeli są dwa wyjścia to muszą być i dwa przewody. Całe szczęście nie zaczynałem od rozgałęziacza na pięć wyjść, bo ze sporym prawdopodobieństwem zabrakłoby gniazdek w okolicy. Nie trzeba chyba wspominać, że w reakcji na podłączenie mego dzieła do sieci w mieszkaniu zapadły egipskie ciemności, zamilkł telewizor, ucichła lodówka, owoce w mikserze zostały chwilowo ułaskawione, a w nastałej nagle ciszy dało się słyszeć jedynie westchnienie ojca.

Kolejnym moim arcyznakomitym pomysłem było umieszczenie wyłącznika światła przy łóżku. W tym celu przeciąłem kabel zasilający od lampki, do obu końców przymocowałem cienkie, telefoniczne przewody zbiegające się w ukrytym pod biurkiem przełączniku. Kilka dni później ojciec próbując rozczesać moje sterczące we wszystkich kierunkach, nieco osmalone włosy, tłumaczył, że przepuszczenie 220V przez cieniutkie przewody do zupełnie nieosłoniętego przełącznika jest pomysłem delikatnie rzecz ujmując nierozsądnym.

Z biegiem lat i rosnącą liczną szoków poporażeniowych moja fascynacja prądem elektrycznym słabła, a jej miejsce zajęły niebywałe osiągnięcia na terenie motoryzacyjnym.

I tak, któregoś dnia odpalając z braciakiem wysłużoną skodzinkę na pych dotarliśmy do końca parkingu, wobec czego postanowiliśmy wrócić do punktu wyjścia. Z otwartymi drzwiami kierowcy ma się rozumieć, no bo przecież trzeba jakoś autem sterować. Pech sprawił, że zawadziliśmy o jeden z zalegających na poboczu kamieni, w efekcie czego zanim samochód udało się wyhamować, drzwi otworzyły się znacznie szerzej niż przewidywał producent. I nie były się skłonne zamknąć.

Innym razem, podczas uprawiania jednego z moich ulubionych sportów ekstremalnych - jazdy na oparach paliwa, stało się to, co w końcu stać się musiało. Skodzinka zakaszlała, zadygotała i stanęła. 500 metrów od domu. Chciał nie chciał zepchnąłem auto na pobliski parking, a pozostałą część drogi pokonałem z buta. Nazajutrz odebrać miałem rodziców z lotniska, uprosiłem więc kumpla, co by mnie podrzucił na stację, a następnie z baniaczkiem pełnym paliwka nazad do porzuconego samochodu. Na miejscu okazało się, że albo skołujemy lejek, albo trzeba będzie auto odwrócić na bok co by wlać do baku benzynę. Po krótkiej, acz burzliwej dyskusji zdecydowaliśmy się na tą pierwszą opcję, a lejkiem mianowana została jednogłośnie lekko stuningowana butelka po oranżadzie HELLENA. Gdy baniaczek został opróżniony, pożegnałem grzecznie kumpla i zasiadłem za sterami. Kręcenie kluczykiem nie przyniosło jednak żadnego wymiernego efektu. Podobnie zatrudnienie do pomocy przy pchaniu samochodu parkingowego stróża z drugą grupą inwalidzką. Koniec końców po rodziców pojechać musiał sąsiad. Cała ekipa zawitała do mnie w drodze powrotnej. Ojciec westchnął, pokręcił głową, otworzył maskę, ręcznie napompował paliwo do gaźnika i ze słowami "jedź Placku" wrócił do samochodu sąsiada.

Po mocno przydługim wstępie przejść możemy do sedna. A sednem jest moje radio samochodowe, które resetowało się po każdym wyłączeniu zapłonu. W diabły szły zaprogramowane stacje radiowe, ustawienia equalizera, balansu (bo prawy kanał gra nieco ciszej). No i oczywiście koncert nonstopicznie rozpoczynał się od pierwszego kawałka na płycie, co przy średniej ilości pięciu podróży dziennie na skraj obłędu sprowadziłoby nawet opanowanego na co dzień papieża. Jasnym stało się, że coś trzeba ze sprawą zrobić. Tyle, że konfrontacja mojego wyjątkowego talentu z połączonymi siłami elektryki i samochodu groziła co najmniej grzybem atomowym. Dlatego zdecydowałem sie na nadzwyczajne środki ostrożności i spytałem ojca o radę przed, a nie jak zazwyczaj po operacji. I stała się rzecz niewiarygodna. Już pierwsza próba przyniosła efekt. Dwa właściwie - pożądany i uboczny. Bo permanentne świecenie kontrolek na desce rozdzielczej należy chyba rozpatrywać w kategorii efektu ubocznego. Druga próba wyeliminowała jednak działania niepożądane i od kilku dni cieszyć się mogę radiem działającym zgodnie z normami unijnymi. I z tego jestem właśnie taki dumny. Bo to coś do czego zdecydowanie nie przywykłem.

Jeszcze dzisiaj zamierzam "zaszyć" samochód. Znaczy zaimplantować mu nową sondę lambda, co by tyle nie chlał. Jeśli ta operacja również się powiedzie, będę nalegał co by tytułować mnie I Mechanikiem Rzeczypospolitej.

środa, 18 kwietnia 2007

Krótka histeria motoryzacji

Był styczeń, gdy szukając, zgodnie ze swym charakterem oszczędności na wszystkim, skusiłem się na zakup auta bez aktualnego przeglądu technicznego. Od tamtej pory czas upływał mi na cotygodniowych wizytach u Mekanika i pompowaniu gotówki w mocno zapuszczony samochód celem przygotowania go do egzaminu maturalnego, którym był test NCT (irlandzki odpowiednik przeglądu). Wreszcie na początku marca nadszedł ten dzień. Moje maleństwo miało przekonać fachowców o swej technicznej gotowości do uczestniczenia w ruchu ulicznym. Zgodnie z przewidywaniami test zakończył się wynikiem negatywnym, a zastrzeżenia budziły luźne łożyska na tylnych kołach, wyciek oleju (zarówno z silnika jak i skrzyni biegów) oraz ... niechętnie współpracująca klamka drzwi kierowcy. O ile pierwszą i ostatnią usterkę Mekanik usunął już dnia następnego, o tyle cieknący olej stanowił sprawę mocno niezręczną. Głównie dlatego, że w teorii wyciek został zlikwidowany na dwa dni przed testem, tymczasem trudno było mieć zastrzeżenia do decyzji sędziów, jako że z auta olej lał się niczym z kranu, rozległą kałużą znacząc każde miejsce postoju.

Przyznam się bez bicia: w pierwszej chwili posłałem nokautującą serię mentalnych wyzwisk pod adresem Mekanika, którego operacja uszczelnienia miski olejowej w efekcie pogorszyła jeszcze sprawę. Kolejna wizyta w warsztacie dowiodła jednak jednoznacznie jego niewinności. W świetle nowych dowodów ustalono bowiem, że dzięki uszczelnieniu miski, olej załapał wreszcie właściwą kompresję i ... począł wyciekać górą, przez uszkodzony czujnik ciśnienia. Nowy czujnik rozwiązał sprawę i na placu boju pozostała samotnie cieknąca skrzynia biegów. W wyniku przeprowadzonego przez Mekanika śledztwa głównym podejrzanym został simering na półosi, a jako że wielkimi krokami zbliżała się wizyta Anieśki siostry, kolejny raz postanowiłem uruchomić ojca, by wyposażył ją przed przyjazdem w wymagająca wymiany część.

O ile pobyt Siostry absolutnie wykluczał wizytę u Mekanika, o tyle u progu ostatniego, dzielącego mnie od NCT tygodnia zjawić się miałem według wspólnie nakreślonego planu w warsztacie. Zgodnie z charakterystycznym dla mnie wyczuciem czasu numer Mekanika wydziubała w piątkowy poranek, wyjąc do słuchawki: Mati pomóż! A Mati na lotnisku. Do Naas zawita wieczorem, czyli dokładnie wtedy, gdy będę w pracy. W tej sytuacji operacja przełożona została na poniedziałek - przeddzień NCT.

W umówionym terminie, dzierżąc w garści nowiutki simering zjawiłem się w warsztacie, gdzie Mekanik w bardzo krótkim czasie ostudził moje nadzieje na pomyślne przejście poprawki egzaminu dojrzałości. Otóż jak się dowiedziałem półoś wchodzi do skrzyni biegów jedną stroną, a wychodzi drugą. Co za tym idzie w simeringi wyposażona jest dwa. Zupełnie różne w kwestii wymiarów ma się rozumieć. I choć ojciec proponował zakup obu, z pozostających dla mnie do tej pory nieodgadnioną zagadką powodów, zażyczyłem sobie jedynie lewego  Podczas gdy, jak czas pokazał, potrzebowałem oczywiście prawego. Niezbędna okazała się więc wizyta w serwisie Volkswagena. Tym samym, który dwa tygodnie wcześniej wyposażył mnie w czujnik ciśnienia oleju. Z tym, że tym razem pan z obsługi postanowił nie ułatwiać sprawy, twierdząc, że części do Seata nie posiadają. Na nic się zdało tłumaczenia, że przecież Seat to Volkswagen. Że pod maską kryje silnik VW Polo. Oni nie mają i koniec dyskusji.

- Co teraz robimy? - zagadnął na podserwisowym parkingu Mekanik tonem świadczącym, że doskonale wie co robimy, ale niczym mistrz wobec ucznia, oczekiwał, że i ja wpadnę na jedyne wyjście z sytuacji.
- Jedziemy do Kildare do serwisu Seata? - zaryzykowałem bez nadziei na powodzenie.
- Gościu w serwisie powiedział, że nawet simering do VW musieliby zamówić z Niemiec, więc i Seacie dzisiaj go nie dostaniesz - tu zrobił krótka pauzę zachęcając mnie do podjęcia jeszcze jednej próby odnalezienia właściwego wyjścia z sytuacji, ale wobec mojego oślego wyrazu twarzy zrezygnował podając rozwiązanie na tacy - przyjedziesz do mnie po robocie, wlejemy do skrzyni zagęszczacza, licząc, że powstrzyma wyciek chociaż na czas testu.

Z tym przeświadczeniem ruszyłem do roboty, a moja nadzieja na lepsze jutro trwała dokładnie godzinę i osiemnaście minut. Wtedy to właśnie Kostek streścił mi swoje nieszczęśliwe manewry na aldikowskim parkingu, zakończone na zderzaku mojego auta. Stuknął lekko. Wystarczająco jednak by wgnieść nieco blachę i wyrwać zderzak z zaczepów. Ile Mekanik się nie namordował, by drobną wydawałoby się usterkę usunąć. Powiem tylko, że w ruch poszedł łom, a do demontażu oddelegowany został nawet kierunkowskaz.

Wszystko jednak dobre co się dobrze kończy. 10 godzin później bowiem seacik przeszedł badania techniczne i został uznany zdolnym do uczestniczenia w ruchu na okres jednego roku. Dlatego Panie i Panowie, Czytacze i Czytaczki, oto przed Wami najnowszy członek rodziny.

Wszelkie komentarze o zasłanianiu nr-ów rejestracyjnych są zbędne.

poniedziałek, 12 lutego 2007

Weekend z życia mężczyzny

Anieśka pojechała do Polski. Na weekend. Sama. Wersja oficjalna jest taka, że trzy dni rozłąki spędziłem w łóżku pochlipując z tęsknoty. Wersja nieoficjalna mówi, że po niewartym wspomnienia piątku i sobotnim poranku (znaczy się od 12) spędzonym w towarzystwie szczoty, pronto i kilku metrów papierowych ręczników podjąłem poważną decyzję o zaplanowaniu reszty weekendu w sposób bardziej godny mężczyzny. Z klauzulą wykonalności natychmiastowej. Dlatego też po pracy sprosiłem kumpli celem rozrzucenia w pokera i wychodząc z założenia, że kto ma szczęście w kartach ten nie ma w miłości, niejako przy okazji przetestowania wierność Anieśki. Z wybiciem godziny 2, wyposażony w kilka piwek (dosłownie kilka, bo po odpowiedniej ilości alkoholu prawdopodobieństwo, że na stos żetonów powędrują kluczyki do auta, mieszkania i kupon na niezapomnianą noc z Anieśka jest niebezpiecznie wysokie), zasiadłem więc do stołu z trojką, żądnych moich ciężko uciułanych aktywów, pracowników Aldika. Test wierności wypadł dla Anieśki bardzo pozytywnie, bo mimo iż gra przeciągnęła się do godziny 8, przepływ żetonów po raz pierwszy przybrał korzystniejszy dla mnie kierunek dopiero w okolicach 6.

A dnia następnego, zaraz po odespaniu nocnego hazardu, ruszyłem do Drugiego Kumpla, co by mi filtr oleju wymienić dopomógł. Drugi Kumpel, który w efekcie pewnego splotu zdarzeń i okoliczności wszedł w posiadanie dwóch odtwarzaczy samochodowych, zamiast dzień dobry zaproponował mi pożyczkę jednego z nich do czasu, aż budżet nie pozwoli mi nabyć własnego. Oznaczało to koniec kariery irlandzkiego radio w moim samochodzie. Radia, w którym więcej gadają niż grają, a do tego gadają bez sensu. No bo, gdy w radiowym konkursie babeczka twierdzi, że paski na fladze amerykańskiej są pionowe ręka bezwiednie szuka przycisku 'power'. Znaczy się dobra wiadomość na początek. A potem się zaczęło. Najpierw w wyjątkowo atrakcyjnej akrobatycznie pozycji, zaparty głową o koło samochodowe, nogą o asfalt, prawą ręką odkręcałem śrubę od odpływu oleju, który według moich planów trafić miał następnie do podtykanego lewą kanisterka. Plany moje nie przewidywały jednak, że do kanisterka wraz z olejem trafi również wspomniana śruba. Klnąc w duchu swoją inteligencję, chwyciłem życzliwie poddykany przez Drugiego Kumpla, stuningowany na potrzeby wyłowienie tonącego druciany wieszak na ubrania, tylko po to by, po chwili rzucić go w kąt sfrustrowany serią niepowodzeń i zabrać się za odkręcanie filtra oleju. Długi czas na tym polu też sukcesami się pochwalić nie mogłem, aż nagle ... wydarzenia nastąpiły w zasadzie równocześnie. Podczas kolejnej próby filtr drgnął, by zaraz siknąć olejem z wykonanej kluczem dziury. Zaraz uderzyła nas odkrywcza myśl, że kręciliśmy kluczem nie w tą stronę, więc filtr został teraz wręcz dokręcony i niemiłosiernie usmarowany cieknącym olejem, co skutecznie uniemożliwiło wykręcenie nawet w kierunku właściwym. Dla dopełnienia tragizmu sytuacji momentalnie się ściemniło, a z nieba lunął deszcz. Chciał nie chciał prace serwisowe trzeba było zarzucić i tylko uprzejmości Drugiego Kumpla zawdzięczam, że do pracy nie musiałem ciąć z buta.

Mechanik to taki ze mnie jak z Leppera intelektualista...

środa, 24 stycznia 2007

Hola chica

Wydarzenia potoczyły się co prawda błyskawicznie,  jednak najpierw miałem okazję przypomnieć sobie zamierzchłe czasy, kiedy to drogę do pracy pokonywałem z buta, a gdyby nie uprzejmość zmotoryzowanego kumpla, który po rozwiezieniu ferajny po domach, wrócił pod Aldika, gdzie jeszcze czekał na mnie dobre 20 minut, przypomniałbym sobie prehistoryczne wręcz czasy, kiedy z buta, w środku nocy wracałem doma. Tego było za wiele dla mojej rozpieszczonej samochodowym fotelem dupy, a że to jedna z części ciała o wyjątkowych zdolnościach motywacyjnych, poszukiwania pocieszenia po utracie Fieściny nabrały solidnego tempa. Efekt nie pozwolił na siebie długo czekać, i tak w środę, w towarzystwie Mechanika z Powołania ruszyłem na spotkanie potencjalnej następczyni Fiesty. W ogłoszeniu gościu jak na spowiedzi wyznawał, że auto nie ma ważnego przeglądu, za to jest tanie, rocznikowo w miarę nowe, a wobec wnętrza i zewnętrza użył wręcz słowa 'immaculate' (odsyłam do tłumaczenia niezależnego by uniknąć oskarżeń o lingwistyczne matactwa). Tym mnie przekonał, by przebyć dzielące nas 70 mil.

Pierwsza myśl, która uderzyła mnie na miejscu, to wykasować dotychczas używany słownik z zakładek (dla użytkowników internet (tfu) explorera: z ulubionych). Immaculate jak nic ma się do auta, na którym celność trenowało okoliczne ptactwo, którego uszczelki porasta mech, odór pleśni z otwartego bagażnika powala na deski przez nokaut, a kolor jest trudny do odszyfrowania pod warstwa brudu i porostów. Niemniej towarzyszący mi Mechanik z Powołania fachowym okiem obrzucił samochód, sporządził w głowie kosztorys napraw po kątem przeglądu technicznego dzieląc je na kategorie: wymagające wizyty w irlandzkim punkcie serwisowym i po irlandzkich cenach (ustawienie zbieżności kół), wymagające wizyty u polskiego mechanika w Naas, kasującego po polsku (wymiana dziurawego tłumika, poduszki dźwigni zmiany biegów i z dużym prawdopodobieństwem wtryskiwacza), wymagające pomocy wiedzącego to i owo kumpla (wymiana filtra powietrza, filtra oleju, samego oleju i żarówki pod deską rozdzielczą) oraz te, do których moje ponadprzeciętne umiejętności miały sznasę okazać się wystarczające (umycie auta) i ustalił cenę, która po uwzględnieniu wszelkich kosztów pozwoli mi przed planowanym wyjazdem z Zielonej Wyspy zbyć autko nawet z zyskiem. Moim zadaniem pozostało przekonanie do niej właściciela samochodu, co choć nie było zadaniem łatwym zakończyło się pełnym sukcesem, dzięki czemu wszedłem w posiadanie niebieskiej (na 78%) Cordoby.

Już w Naas okazało się, że Cordoba podziela fieścinową żarłoczność, na całe szczęście jedynie w kwestii paliwa, a listę rzeczy do naprawy wzbogaciło urwane jedno z mocować spoilera. Ta ostatnia usterka sprawiła, że wizyta na myjni w obawie przed zerwaniem dwóch pozostałych mocowań została nieco odłożona w czasie. Niby żadna tragedia, ostateczny werdykt w kwestii koloru auta może trochę poczekać. Innego zdania była jednak Anieśka, która na wieść o tym, że wprawdzie nie będzie musiała drogi do domu pokonywać piechotą, ale zajadę po nią niemiłosiernie brudną furą, zażyczyła sobie bym czekał na nią w bezpiecznym miejscu, gdzie żadne wścibskie oczy nie  połączą jej z takim kocmołuchem.

Nasze umorusane maleństwo byłoby rysą na jej publicznym wizerunku.