Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wesele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wesele. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 września 2014

Moje Wielkie Wiejskie Wesele

Nie trudno było domyśleć się, co się kroi. Oczy Anieśki zapłonęły ogniem. Krawat poluźniłem nim dopadła do mnie i wprawnym ruchem wyciągnęła moją koszulę ze spodni. Gdy pośpiesznie rozpinała dolne guziki, ja trzęsącymi się z emocji palcami pracowałem już nad kołnierzykiem. Spotkalibyśmy się w połowie drogi, ale zabrakło nam cierpliwości, więc wspólnymi siłami ściągnęliśmy nierozpiętą do końca koszulę przez głowę, po czym bez zwłoki poczęliśmy ubierać w nią Mikę, która już miała na lewej nodze mój trzewiczek - pozostałość po wcześniejszym etapie konkursu.


Przebrana w moje giezło Mika popędziła w kierunku krzesełek ułożonych w kółeczko na środku parkietu. Na miejsce dopadła jako druga, ale miała jeszcze dwa taborety zapasu.


W kolejnej rundzie przepustką do ciepłego stołka byłą garść trawy, więc bez zwłoki zacząłem rozpruwać ukrytą w marynarce kieszonkę, Mika miała jednak inne skojarzenie i jak łania pomknęła w kierunku otaczającego zajazd trawnika. Wróciła w sam raz na czas, by zająć ostatnie miejsce walczące o półfinał.


Na tym niestety koniec był szlachetnego współzawodnictwa. Mika wprawdzie w ferworze walki zapomniała, że wstydzi się, jak przystało na dwunastolatkę i zgodnie z poleceniem wodzireja popędziła pocałować Pana Młodego, gdy jednak wróciła na parkiet, ostały się jeno miejsca stojące.


Ale startowała z najdalszego krzesełka, także będziemy się jeszcze odwoływać.


Moje pierwsze Wiejskie Wesele zaliczyć trzeba do udanych. Teściowa wprawdzie, jak później wyznała, niepokoiła się moimi częstymi wyprawami to stoliczka z bimberkiem, ale ostatecznie poziomem trzymanego fasonu była usatysfakcjonowana, a od pana fotoreportera otrzymaliśmy wyróżnienie dla najbardziej dynamicznej pary na parkiecie. Ja i Anieśka, nie ja i Teściowa.


Zdjęć nie będzie, bo co wydarzyło się na Wiejskim Weselu, zostaje na Wiejskim Weselu.

czwartek, 9 maja 2013

Nowy rozdział

Przepowiednie meteorologów na ten dzień nie pozostawiały złudzeń - burza, pioruny i koniec, kropka. Za radą Anieśki, obaj z Ojcem Dyrektorem wystawiliśmy buty na parapet, co - według wierzeń ludowych - jest gwarantem dobrej pogody w dniu ślubu. Rankiem, dumni z siebie, przybiliśmy piątkę w połowie drogi między naszymi sypialniami, bośmy taką pogodę załatwili, że się Tomasz Zubilewicz po głowie drapał przeglądając notatki. Zabobon vs Nauka 1:0.

Radym był w dwójnasób z takiego obrotu sprawy. Po pierwsze, wiadomo, jak bym chciał się w deszczu hajtać, to bym się z Irlandii nie ruszał. Pod drugie do anieśkowej wioski rodzinnej dojechać miałem przybraną kwieciem karocą. Hydrobombardowanie na odcinku siedemdziesięciu kilometrów mogłoby ciut zepsuć efekt.

Tym bardziej więc sobie ceniłem, że w drodze w rodzinne strony narzeczonej podziwiałem świat zza szkieł okularów przeciwsłonecznych. Zajechawszy pod Casa del Anieśka i tradycyjnie powitany przez starszyznę wioski, zniknąłem w szałasie wybranki, skąd po krótkiej chwili wypadłem ratować klombik przyozdabiający samochód, bowiem - ku uldze zasępionych meteorologów - niebo po prostu pękło i sypnęło białym kulkami jak rozdarty pluszak.

Szczęśliwie armagedon trwał tylko chwilę. Śmy mówili później, że to babcia grzmiała, bo tak się guzdraliśmy, że ślubu nie doczekała. Swoje powiedziawszy, ryżem sypnęła na szczęście, wykonał kilka fotek nieśmiertelnym aparatem marki Skina i pozwoliła by uroczystość przebiegła dalej bez zakłóceń.

Dwie godziny później stanęliśmy w asyście żyrantów w drzwiach sześćsetletniego kościółka. Nigdy nie miałem w głowie wyobrażenia o wymarzonym ślubie, bo jestem, prawda, facetem, ale gdybym miał, ten sklepałby ów wyśniony jak Bayern Barcelonę. Pachnący drewnem i kilkuset letnią historią, surowy i dotknięty szorstką ręką czasu na zewnątrz, ale w środku kameralny i pulsujący niepowtarzalnym klimatem z lekką, góralską nutką.

No więc stoimy w tych drzwiach kościółka. Anieśka przestępuje z nogi na nogę, więc ściskam ją za rękę, by dodać otuchy i nerwy ukoić. Ona patrzy przez moment zdziwiona na splecione dłonie, a zrozumiawszy, szepcze mi wyjaśniająco do ucha:

- Siku mi się chce!

Ceremonia przebiegła bez zakłóceń. Kapłan poziomem dostosował się do kościółka, którym steruje. Mówił do rzeczy i na temat, krótko i treściwie. Jak się będę drugi raz hajtał, będzie miał angaż.

Nikt się nie pomylił, nikt nie zgubił rytmu. Anieśka przed przysięgą zrobiła efektowną pauzę, na co goście z zachwytem zacierać poczęli ręce, ale spojrzała na mnie z chochlikiem w oczach, po czym miłość oraz wierność bez mrugnięcia zaślubowała. Zaufani ludzie donoszą, że palców za plecami nie krzyżowała.

Tym samym nieuchronnie zbliżaliśmy się do punktu programu, który sen z powiek spędzał mi na wiele dni przed ceremonią otwarcia nowego rozdziału w naszym życiu. Ja na parkiecie prezentuję się z gracją i polotem otyłego nosorożca z zaawansowaną osteoporozą, co nasila się tym bardziej, im bardziej jestem trzeźwy. A gdy chłopaki z kapeli po raz pierwszy chwycili w ręce instrumenty, a z głośników popłynęły pierwsze nuty “Can`t take my eyes off you”, trzeźwy byłem jak Robert Kubica podczas ostatniego etapu Grand Prix Monaco.

Wyszło... hmmm... spontanicznie. Ktoś zgubił w piruetach butonierkę (ja), ktoś inny pomylił kroki (ja), ktoś jeszcze na rąbek weselnej sukni nadepnął (ja), gdzieś tam się po drodze krawat w szprychy wkręcił, a w kilku momentach przysiągłbym, że pląsamy do zupełnie innych piosenek, ale nie ma co winnych szukać, bowiem - jak duchowny zapewniał - tkwimy w tym teraz po uszy oboje.

Gdy goście wtargnęli na scenę przy ostatnich taktach pierwszej piosenki, pomyślałem sobie, że oto za nami bitwa, a przed nami uczta, pieczony świniak, miód, wino, kobiety i śpiew. Jak w XII księdze “Pana Tadeusza”.

Złe omeny śmy przed tym weselem kolekcjonowali. Ślubną kreację Anieśki widziałem na długo nim postawiłem na niej brudne buciory podczas pierwszego tańca. Rok był trzynasty, takiż dzień, a miesiąc nie miał er. My jednak swoje, a wszechświat swoje. Burza w dniu ślubu ponoć wróży duże piniondze. Po naszym gradobiciu, to chyba kasy jak lodu będziem mieć. A gdy nas rodzice solą i chlebem na sali weselnej witali, do gniazda na słupku nieopodal, wrócił po zagranicznych wakacjach … bocian.

Nie żebym chciał coś przez to powiedzieć...

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Gruby się żeni...

Z tymi zrękowinami to nie całą prawdę powiedziałem. Sprawa ma bowiem drugie dno. Na ten sam pomysł wpadł mianowicie mój brat młodsiejszy. Tyle że prawie rok wcześniej. Toteż wraz ze zbliżającym się weselem w rodzinie uznali my z Anieśką, że by uciąć wszelkie spekulacje z cyklu 'a kiedy wy?', zdałby się jaki papier na łączące nas gorące uczucie oraz namiętność.

Plan powiódł się znakomicie. Jedna tylko cioteczka się przez zasieki przedarła, ale jej Anieśka pierścionkiem, co go bez maski hutniczej oglądać jest nie wskazane, błysnęła po oczach, na co ciotunia zaskrzeczała przeraźliwie i zmieniwszy się w nietoperza odleciała w noc.

Bardzo się mnie to wesele podobało, bo Młodzi na prostotę przekazu postawili. Żadnych szopek, żadnych spektakli i dramatów. Gdy Gruby szedł na parkiet odstawić pierwszego małżeńskiego oberka, szepnął mi w przelocie: 'będzie choreografia'. Ironicznie jak się miało okazać, bowiem za chwilę pobujał się z Małżowiną w takt utworu znanego powszechnie jako 'piosenkazrobinhuda', czym wygrali mnie już na starcie, bowiem pierwsze moje tango przytulango, to szkolna dyskoteka i ten właśnie kawałek.

Słynnego weselnego szlagieru Urszuli Sipińskiej nie było. Z resztą rodzice rozpoznają kawałek po pierwszej nutce i zapowiedzieli ze stosownym wyprzedzeniem zdecydowaną akcję odwetową, gdyby z głośników popłynęły znajome dźwięki. Że to niby bardziej nieodłączna tradycja, niż szczere podziękowania. Trudno się nie zgodzić. 'Chcieliśmy z żoną podziękować rodzicom za wychowanie i takie tam, a w dowód uznania fundujemy im weekend na Mazurach'. Nie wiem czy to informacja dla rodziców czy publiczności. Niemniej zapowiedź odwetu bardzo był przydatna, znam bowiem historię, gdy staruszkowie 'wyrodnej' Panny Młodej, sami zadedykowali sobie u kapeli 'Mam cudownych rodziców'.

Z podobnym brakiem poszanowania spotkały się inne weselne tradycje, jak ciułanie na wózek, czy molestowanie 'nowej' Pary Młodej, ku perwersyjnej uciesze gawiedzi. I została bardzo fajna impreza. Inna, bo zwyczajna.

Dumny byłem z siebie, żem się w trakcie nie rozkleił. Wszak jeszcze wczoraj biegaliśmy z Grubym po podwórku z kawałkami zbutwiałego drewna imitującego broń, o jakiej nie śniło się najbardziej wizjonerskim inżynierom przemysłu zbrojeniowego, a ten dziś się żeni i będzie mieszkał z babą...

wtorek, 15 listopada 2011

Jeszcze jeden i jeszcze raz...

Wydawałoby się, że po zeszłorocznych zrękowinach mojego małoletniego pociotka, sezon weselny został zamknięty. Przynajmniej do czasu, gdy do głosu nie dojdą produkty zawieranych małżeństw. Przyjemna to była perspektywa, bowiem uniknąć pozwalała wielu upokorzeń. Powszechnie wiadomo, że obowiązkowym elementem każdego wesela są akrobacje na parkiecie, a w tej materii Anieśka stawia poprzeczkę dość wysoko. W efekcie na densflorze wyglądamy jak leśna nimfa z niedorozwiniętym drwalem. Mam szczęście jeśli pozwoli mi prowadzić.

Tymczasem matrymonialna nowela zatoczyła koło i zabawę rozpoczynamy od nowa. Bartek, na którego weselu byliśmy lat temu chyba siedem, a w zasadzie na ślubie i po prawdzie tylko na dziesięciu ostatnich minutach, bowiem pojawiły się pewne problemy komunikacyjne, postanowił powiedzieć TAK po raz kolejny i tym razem mówić poważnie.

Z bartkowym weselem łączyliśmy szansę na ponowne zjednoczenie z co poniektórymi znajomkami z szalonych lat studenckich. W kościele miałem wrażenie, że widzę Anieśki byłego partnera życiowego, com przyjął z mieszanymi uczuciami. Jak donoszą portale społecznościowe chłopak prowadza się po mieście z moją byłą dziewczyną. O ile to właściwe określenie na osobę płci przeciwnej, z którą w czwartej klasie szkoły podstawowej siedziało się na jednym siedzeniu w autokarze, podczas wycieczki do Krakowa. W ówczesnych realiach społecznych to jak złote gody było.

Ostatecznie na jaw wyszło, że mi się koszmarnie przewidziało. I jednak nieświadomie odetchnąłem z ulgą, bowiem gdyśmy z Anieśką w konkubinat wchodzili, mój poprzednik jakoś nie palił się, by kliknąć 'lubię to'. Na domiar złego kiedyś śmy się mierzyli na takiej gruszce bokserskiej i wynik nie był dla mnie korzystny. Nie byłby, nawet gdybym podwoił swoje punkty. Niby od tamtych czasów wiele się mogło zmienić, ale we Francji mierzyłem się w tej samej konkurencji z Kostkiem, który mógłby się z powodzeniem za kijem od mopa schować. Wynik znów nie był dla mnie korzystny. Musiałem w szranki stanąć z kostkową narzeczoną nim udało mi się odnieść historyczne, acz niełatwe bynajmniej, zwycięstwo.

Ale wracając do wesela. Przedstawicielstwo naszej renomowanej uczelni okazało się liczne jak marsz dziewic w liceum im. Sępa-Szarzyńskiego. Oprócz Pana Młodego, tylko my. Tym bardziej istotne stało nawiązywanie nowych znajomości za weselnym stołem, bowiem w skutek kontuzji kostki, dysponowałem kwitami, które zwalniały mnie z obowiązku kręcenia bioderkami na parkiecie. Sytuacja, wydawałoby się wymarzona, ale gdyby mi całe wesele za stołem przyszło spędzić, z nudów zniósłbym chyba jajo.

Szczęśliwie okazało się, że na tym etapie rehabilitacji, twist, pociągi, wężyki i inne skomplikowane figury taneczne nie wchodzą wprawdzie w grę, ale coś tam da radę zmontować. Tak do północy, kiedy lekkie pulsowanie w okolicach błyszczącego trzewika oznajmiło koniec zabawy. W samą porę, by wywinąć się z oczepin. Nie żebyśmy jednak nie mieli swojego przedstawiciela. Para na przeciwko była w dość zaawansowanej ciąży, tośmy stworzyli wspólną reprezentację.

Jak czas pokazał, zbyt wcześnie złożyłem broń. Na parkiecie właśnie rozpoczynała się moja koronna konkurencja: taniec w najgłupszy możliwy sposób, czyli coś do czego przejawiam naturalne wręcz predyspozycje. Szczęśliwie Tomek wypełnił moje buty i nasi reprezentanci powrócili do stołu w dzierżąc szklaną, chlupoczącą statuetkę.

Koniec.

środa, 20 października 2010

Wesele cz.3: Babcia

Klasyczny element wielu wesel: panie w środeczku, panowie na zewnątrz. Kręcimy się w kółeczku, a gdy muzyka cichnie panie odwracają się i porywają do tańca dżentelmena na przeciwko. Jedni trafiają lepiej, drudzy trafiają gorzej. Jak w randce w ciemno. Osobiście obawiam się momentu, gdy po raz pierwszy moja przyszła partnerka odwróci się, a w oczach jej błyśnie rozczarowania. Albo coś jeszcze gorszego. Bo tego ukryć się nie da. Co innego facet. On wie, kto za dwie sekundy się do niego odwróci i ma jeszcze szanse przybrać maskę szczerego zadowolenia. Ale nie o tym miało być.

Muzyka ucichła, kółeczka się wymieszały, po chwili zręcznie sterując młodym Irlandczykiem (sic!) podpływa babcia.

- Michaś, ten pan jest z Irlandii - woła rozradowana.
- Wiem, poznaliśmy się już - odpowiadam, ale zanim udaje mi się myśl rozwinąć, wcina się lider orkiestry.

- Teraz panowie całują partnerki w dłoń, za co panie odwdzięczają się całusem w czoło.

David z czerwonym stempelkiem na czole spogląda na mnie zagubiony. Tłumaczę mu co i jak, po chwili posłusznie całuje babciną dłoń.

A kilkanaście 'a teraz idziemy na jednego' później:

- Mrraauu ...  kszy kszy..., come on darling ... wrrrr .... come honey - woła klepiąc się zachęcająco po kolanach.
- Uważaj David, zwracasz się do mojej babci - ostrzegam łapiąc go za kołnierz.
- Co z tego, ona też ma swoje potrzeby,... come honey!

Niby prawda...

wtorek, 19 października 2010

Wesele cz.2: Ksiądz

- Właśnie rozmawiałyśmy z koleżanką, że gdyby u nas taki ksiądz był, to byśmy cztery razy dziennie w kościele bywały - zagadnęła Anieśka wywijając z ogrodnikiem winnicy Pańskiej na parkiecie.

- Może to taki trik Pana Boga: zesłać na mnie powołanie, by więcej kobiet do kościoła ściągnąć - odparł bez fałszywej skromności kapłan.

Ślubu młodej parze udzielił ... kolega Młodego z ogólniaka. Prawem kanonicznym jak najbardziej do tego upoważniony, a przez damską część zgromadzenia nazywany 'ciachem' i 'cóżzamarnotrawstwem'.

niedziela, 17 października 2010

Wesele cz.1: Bratowa

Ja: Muszę do toalety. Jak przyjdą z rosołem lub flakami, weź mi rosół.
Ona: Flaki masz jak w banku.

*  *  *
Ona: Nalejesz mi wina?
Ja: Życzysz sobie białe czy czerwone?
Ona: Czerwone.
Ja: Bardzo proszę. Wiem, ze próbujesz mnie przechytrzyć i naprawdę chcesz białe.

I tak od sześciu lat...