Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W kraju. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W kraju. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 października 2020

Łysy

Pół roku ledwie minęło, odkąd śmy ostatni raz frunęli aeroplanem, w innej się to jednak zdawało epoce. Lotnisko w Shannon w niczym nie przypominało gwarnego portu lotniczego, który zwykliśmy regularnie odwiedzać. W kolejce do jedynego czynnego stanowiska nadawania tobołków może trzy osoby. Coś szepczą między sobą w swoim przekonaniu zapewne dyskretnie, mimo to słyszałbym każde słowo ze znacznej odległości, gdyby nie echo kółek samotnej walizki zwielokrotnione ścianami pustego gmachu lotniska. W oddali ktoś zakasłał. Rozmowy natychmiast cichną. Kółka walizki też. Wszyscy podrywają głowy jak pieski preriowe. Jak zombie w post apokaliptycznym filmie.  

Bagaż nadaliśmy szybciej, niż PAD złamał pierwszą obietnicę wyborczą. Sąsiad straszył, że na pokładzie samolotu próżno będzie liczyć na jakikolwiek poczęstunek, więc na wszelki wypadek nabyłem w sklepie dla niektórych wolnocłowym miniaturkę Ballentines'a i butelkę coli, po czym przenieśliśmy się pod bramkę.

Znakomita większość przyszłych pasażerów nosiła maseczki. Jedni na nosie, inni pod nosem, jeszcze inni na brodzie. Koniec końców wszędobylskie plakaty na lotnisku informowały o konieczności noszenia maseczek, nie precyzowały jednak na jakiej części ciała.

Wyjątkiem był łysy jegomość w czarnym fleku. Z tyłu głowy miał niewyraźny tatuaż, być może inspirowaną rosyjską wersją Wiedźmina koparkę. Na nogach przeraźliwie obcisłe spodnie modnie odsłaniające kostki i mocno kontrastujące z górną połową ciała. Ciut jakby znajdował się w trakcie stopniowej zmiany stylu postępującej od stóp w kierunku głowy. Za rok wydekoltowany sweterek wyprze zapewne flyersa, a koparka schowa się częściowo pod wycieniowaną pieczarką. A może małpia zawiść przeze mnie przemawia, bowiem dwie i pół dekady temu rodzice kategorycznie odmawiali mi zakupu fleka, argumentując swe nieprzejednane stanowisko tym, że połowicznie pomarańczowa kurtka wróży przyszłość przy robotach drogowych. 

Póki co jednak Łysy siedział na jednej z metalowych ławek w imponująco szerokim - zważywszy na obcisłość spodni - rozkroku i z wyzywającym uśmiechem, doskonale wyeksponowanym wobec braku maseczki, spoglądał na współpodróżnych.

- Siadaj, ściągnij maskę, zaciągnij się świeżym powietrzem - zachęcił przechadzającego się w pobliżu starszego pana.

- Zajmij się sobą człowieku, wiem co mam robić - odparł spokojnie zamaskowany emeryt.

Łysy tematu nie drążył. Podniósł się z ławki i ruszył w kierunku kolejki. Po chwili klepnął się w czoło i wrócił po siatkę z bezcłówki. Jednoczesne operowanie obiema rękoma ewidentnie przekroczyło jego chwilowe możliwości koordynacyjne i w efekcie mała walizka kabinowa grzmotnęła o posadzkę. Łysy  wybuchnął głośnym śmiechem, podniósł upuszczony bagaż, po czym chwiejnym krokiem ponownie podreptał w kierunku oczekujących na wejście do samolotu ludzi.

- Are you checking this in? - spytał przedstawiciel budżetowych linii lotniczych, wskazując kabinówkę.

- Co q rwa czeking? - odparł Łysy pytaniem na pytanie.

Reszta pasjonująco zapowiadającej się dyskusji nam umknęła, bowiem błysnąwszy odznaką ruszyliśmy wąskim korytarzem na pokład.

Łysy wsiadł do samolotu ostatni. Chwilę palił głupa odnośnie maseczki, po czym rozsiadł się w fotelu i wyciągnął zza pazuchy pokaźną, prostokątną butelkę z zielonego szkła, która zaraz zniknęła częściowo pod osłaniającą twarz woalką. 

Samolot odbijał od doku, a Łysy ignorował już trzecią prośbę obsługi, by nie spożywać własnego alkoholu i równie głośno, co wulgarnie nakłaniał pilota, by ten zmienił kurs na Malagę. Pilot najwyraźniej nie należał do tych, którzy tolerują uwagi z tylnego siedzenia odnośnie trasy, bowiem depnął po heblach i ponownie skierował samolot w kierunku budynku terminala. 

Łysy chyba powoli zaczynał ogarniać, co się dzieje, rzucał bowiem już nie tylko mięsem, ale także drobnym bagażem osobistym oraz dokumentami wydanymi przez wojewodę. Pod adresem jednego ze stewardów uprzejmy był użyć określenia yeah bunny rasista, drugiemu z intymnymi detalami opisywał przebieg niedawnego tete-a-tete z jego matką. 

W powietrzu zapachniało przemocą, bo Anieśka już wstawała ze swego miejsca, by złapać Łysego za ucho, ale wówczas na pokład wkroczył postawny oficer Ochrony Lotniska. Podłoga zatrzeszczała, a ogon samolotu uniósł się o pół cala.

- What seems to be the problem? - zagadnął uprzejmie Łysego. 

Łysy w moment przyswoił podstawy języka angielskiego.

- I don't know... - pisnął.

- To może wysiądziesz z samolotu i nam opowiesz?

Łysy pociągnął nosem i kiwnął głową.

Szkoda mi rosyjskiego Wiedźmina strasznie, bo przepadł mu urlop palce lizać. Lato dało taki pożegnalny koncert nad Wisłą, że jednoręki bandyta by zaklaskał. Konsekwentna lampa na niebie i 27 stopni w porywach. Oprócz błękitnego nieba, nic mi w życiu nie potrzeba. Przez dwa tygodnie przemierzałem Warszawę wyłącznie na rowerze, z niejaką konsternacją i niekłamaną radością odkrywając, że wszystkie ścieżki rowerowe prowadzą do Miami Wars na lewym brzegu Wisły.


Na wypadek gdyby Łysemu nie było jeszcze wystarczająco przykro, irlandzkie Mądre Głowy na jeden istotny tydzień wciągnęły Polskę na Zieloną Listę, wobec czego ten jeden istotny lot na trasie Modlin - Shannon nie podlegał obowiązkowi kwarantanny. A gdyby tego było mało, lato przeszło w niedzielę bez ostrzeżenia w smagającą zimnym wiatrem jesień, w efekcie strzegący wejścia na modlińskie lotnisko technicznie wysoce zaawansowany i niezwykle czuły termometr u każdego pasażera wykrywał wiarygodnie brzmiącą temperaturę ciała na poziomie 32 stopni.

Jakbym był Łysym, to bym się zaszył...

czwartek, 3 maja 2007

Krótko i za....ście

Ten wyjazd miał być inny niż poprzednie. Choćby dlatego, że dłuższy. Po zeszłorocznych pięcio dniowych pobytach w Polsce, wymuszonych niejako przez poważne uszczuplenie rocznej urlopowej puli o całe 2 tygodnie już w styczniu, doczekać się nie mogłem nadejścia nowego roku a wraz z nim nowiutkiego, czterdziesto dniowego pakietu urlopu. W planach był dziesięcio dniowy wyjazd, ceny biletów zredukowały, go do 9, a w praktyce w Polsce spędziłem nie całe 8. Nie wszystkie gęby udało się zobaczyć, nie wszystkie rzeczy udało się załatwić, ale plan minimum został zrealizowany, akumulatory naładowane i niechęć do pracy jakby nieco zredukowana.

Udało mi się nieco uzupełnić garderobę, co wbrew pozorom nie napełnia mnie specjalnie radością, jako że Anieśka dokonało rozdziału półek w stosunku 1:2 na swoją korzyść, więc na chwilę obecną otwarcie szafy grozi pogrzebaniem żywcem pod lawiną.

Udało mi się ostatecznie obalić wyznawaną przeze mnie od lat zasadę, że ilość piwa, która zaowocowałaby kacem dnia następnego jest fizycznie niemożliwa do wypicia. Zwalam to jednak na przyzwyczajenie organizmu do irlandzkiego cztero procentowego.

Udało mi się wreszcie złożyć pracę magisterską, co pozwala podejrzewać, że do końca czerwca, po siedmiu latach nierównej walki zakończę moją przygodę z edukacją.

Udało mi się przeszmuglować przez granicę 4 kg pirackich filmów co zapewni mi zajęcie na najbliższe wieczory.

I udało mi się dopuścić zdrady. Po miesiącach związku z telefonem, którego bateria funkcjonowała od 4 do 22 godzin i który na rozmowę przychodzącą w 96% sytuacji reagował ... odcięciem zasilania, postanowiłem ostatecznie zakończyć trwający 8 lat toksyczny romans z Siemensem, jak i porzucić powtarzaną od lat, z uporem lepszej sprawy wartym, regułkę, że Nokie mają wszyscy, nie będę więc miał jej ja.

Jest git!