Na tym etapie nie wiedziałem jeszcze, że idziemy do kina na adaptację książki, nie słyszałem wcześniej o pani Blance Lipińskiej, nie byłem świadom, że literacki pierwowzór filmu patrzy z góry na liście bestsellerów na Księgi Jakubowe, doczekał się już dwóch kontynuacji, a nad Wisło mówi się o nim dużo, acz zwykle w skrajnie różnym tonie. Trochę jak o partii rządzącej, choć pan Kaczyński Jarosław pewnie by na mnie ABW przy wsparciu Sądu Najwyższego nasłał za samo porównanie jego zgrai do książki, w której otwarcie mówi się, że kobieta ma biust.
Wiedziałem tylko, że film jest polski, i że będą "momenty", a na reżyserskim krzesełku zasiada kobieta, więc sceny seksu będą bardziej walentynkowe, niż - dajmy na to - u Patryka Vegi.
W Mieście Nożowników obszamaliśmy sushi w naszej ulubionej suszarni, po czym niespiesznie udaliśmy się w kierunku tamtejszego Omniplexu. Skompletowaliśmy kubeczek żelków, zasiedliśmy w niewielkiej sali kinowej i wtedy się zaczęło.
Pani Blanka przyznaje, że nie jest pisarką. Za pisarza uznaje na przykład Żeromskiego, a swoją twórczość określa mianem radosnej grafomanii. Bardzo ładny, zdystansowany i precyzyjny to opis. Można się dziwić, że w kraju, który świeżo przytulił Literacką Nagrodę Nobla, w narodzie tak kreatywnym, że potrafi wymyślić setkę nieoczywistych historii o jednym środkowym palcu zaprezentowanym zamaszyście w parlamencie, na ekran przenoszone są opowieści tak nietrzymające się kupy i bohaterzy o tak niespójnej konstrukcji, ale popyt ewidentnie rodzi podaż. Nasz klient, nasz pan.
Główna bohaterka przez pierwszą godzinę zaciekle przekonuje, że ona nie z tych, co polecą na starosłowiański rapt, na zdecydowanego samca alfa o zerowej tkance tłuszczowej i lśniącym testosteronem ciele spod dłuta Michała Anioła. Na nic drogie prezenty, willa z basenem w sercu słonecznej Sycylii i talerz pierogów. Acz w punkcie kulminacyjnym jej majtki tak mocno grzmotną o pokład luksusowego jachtu, że dalej ten film mógł się przekonująco potoczyć jak Tytanik Jamesa Camerona. A wszystko dlatego, że ...
uwaga spoiler, kolejny akapit napisany jest czarną czcionką, na własną odpowiedzialność można zaznaczyć go kursorem.
... fiknęła przez burtę, a włoski Don Juan, nie bacząc na śmiertelne niebezpieczeństwo czające się ... w ciepłych, lekko rozkołysanych, turkusowych wodach Morza Śródziemnego, rzucił się jej na ratunek.
- Żeby on jeszcze coś wyjątkowego zrobił... - nie dowierzała Anieśka, gdy wychodziliśmy z kina. - Chwytający za serce poemat napisał, Sonatę Księżycową na grzebieniu zagrał, własnym ciałem przed kulą ją osłonił, poleciał w kosmos w poszukiwaniu alternatywnych źródeł energii...
Spojrzałem na nią z głębokim uczucie i uznaniem dla jej bogatego wnętrza. Gdy mnie brała po knajpach grywałem za piwko i chleb, chodziłem w za dużych ciuchach, przez które mimo wszystko można mi było policzyć zbliżeniowo wszystkie żebra i jeździłem nastoletnią skodą favorit. Nie swoją. Matki.
Po powrocie do domy przeczytałem intrygującą recenzję książki, na podstawie której powstał film. Autorka szczerze niepokoiła się o młode dziewczyny, dla których "365 dni" mogłoby się niefortunnie stać wstępem do edukacji seksualnej. Ja się na równi niepokoję o młodych chłopaków, którzy będą sterczeć na brzegach basenów oraz nadmorskich kurortów, wypatrując atrakcyjnej kobietę za burtą, w nadziei, że jeden skok do wody dzieli ich od serii niezapomnianych nocy rodem z pornhuba.