Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lutego 2020

Porno

Co myśmy najlepszego zrobili? Można było w domu zostać, można było wytoczyć butelkę ginu, odpalić szkiełko i pogapić się na netflixa. Można było wyciągnąć z szuflady talię kart, wytoczyć butelkę ginu i rozrzucić nieco pikantniejszą wersję texas holdem. Można było Walentynki spędzić nieortodoksyjnie na ściance wspinaczkowej, a po powrocie do domu wytoczyć butelkę ginu. Mogliśmy też po hipstersku (a może mainstreamowo - tak szybko się to wszystko zmienia, że nie sposób nadążyć) olać Walentego, wciągnąć na kolacje dwie parówki z katchupem, zagryźć kanapką z pasztetową  i pójść spać przed 22. W skarpetkach. My jednak zdecydowaliśmy się pojechać do kina. 

Od mojej osobistej fryzjerki dostałem cynk, że w Walentynki do irlandzkich kin wchodzi film rodzimej produkcji. Już we wtorek na oba seanse w Corku ostały się jeno pojedyncze miejsca w pierwszych rzędach, więc gdy okazało się, że w Limerick usiądziemy nie dość, że razem, to jeszcze wysoko i na wprost ekranu, natychmiast przystąpiłem do rezerwacji online, nie zaprzątając sobie nawet głowy sprawdzeniem ocen na filmwebie.

Na tym etapie nie wiedziałem jeszcze, że idziemy do kina na adaptację książki, nie słyszałem wcześniej o pani Blance Lipińskiej, nie byłem świadom, że literacki pierwowzór filmu patrzy z góry na liście bestsellerów na Księgi Jakubowe, doczekał się już dwóch kontynuacji, a nad Wisło mówi się o nim dużo, acz zwykle w skrajnie różnym tonie. Trochę jak o partii rządzącej, choć pan Kaczyński Jarosław pewnie by na mnie ABW przy wsparciu Sądu Najwyższego nasłał za samo porównanie jego zgrai do książki, w której otwarcie mówi się, że kobieta ma biust.

Wiedziałem tylko, że film jest polski, i że będą "momenty", a na reżyserskim krzesełku zasiada kobieta, więc sceny seksu będą bardziej walentynkowe, niż - dajmy na to - u Patryka Vegi.

W Mieście Nożowników obszamaliśmy sushi w naszej ulubionej suszarni, po czym niespiesznie udaliśmy się w kierunku tamtejszego Omniplexu. Skompletowaliśmy kubeczek żelków, zasiedliśmy w niewielkiej sali kinowej i wtedy się zaczęło.

Pani Blanka przyznaje, że nie jest pisarką. Za pisarza uznaje na przykład Żeromskiego, a swoją twórczość określa mianem radosnej grafomanii. Bardzo ładny, zdystansowany i precyzyjny to opis. Można się dziwić, że w kraju, który świeżo przytulił Literacką Nagrodę Nobla, w narodzie tak kreatywnym, że potrafi wymyślić setkę nieoczywistych historii o jednym środkowym palcu zaprezentowanym zamaszyście w parlamencie, na ekran przenoszone są opowieści tak nietrzymające się kupy i bohaterzy o tak niespójnej konstrukcji, ale popyt ewidentnie rodzi podaż. Nasz klient, nasz pan.

Główna bohaterka przez pierwszą godzinę zaciekle przekonuje, że ona nie z tych, co polecą na starosłowiański rapt, na zdecydowanego samca alfa o zerowej tkance tłuszczowej i lśniącym testosteronem ciele spod dłuta Michała Anioła. Na nic drogie prezenty, willa z basenem w sercu słonecznej Sycylii i talerz pierogów. Acz w punkcie kulminacyjnym jej majtki tak mocno grzmotną o pokład luksusowego jachtu, że dalej ten film mógł się przekonująco potoczyć jak Tytanik Jamesa Camerona. A wszystko dlatego, że ...

uwaga spoiler, kolejny akapit napisany jest czarną czcionką, na własną odpowiedzialność można zaznaczyć go kursorem.

... fiknęła przez burtę, a włoski Don Juan, nie bacząc na śmiertelne niebezpieczeństwo czające się ... w ciepłych, lekko rozkołysanych, turkusowych wodach Morza Śródziemnego, rzucił się jej na ratunek.

- Żeby on jeszcze coś wyjątkowego zrobił... - nie dowierzała Anieśka, gdy wychodziliśmy z kina. - Chwytający za serce poemat napisał, Sonatę Księżycową na grzebieniu zagrał, własnym ciałem przed kulą ją osłonił, poleciał w kosmos w poszukiwaniu alternatywnych źródeł energii...

Spojrzałem na nią z głębokim uczucie i uznaniem dla jej bogatego wnętrza. Gdy mnie brała po knajpach grywałem za piwko i chleb, chodziłem w za dużych ciuchach, przez które mimo wszystko można mi było policzyć zbliżeniowo wszystkie żebra i jeździłem nastoletnią skodą favorit. Nie swoją. Matki.

Po powrocie do domy przeczytałem intrygującą recenzję książki, na podstawie której powstał film. Autorka szczerze niepokoiła się o młode dziewczyny, dla których "365 dni" mogłoby się niefortunnie stać wstępem do edukacji seksualnej. Ja się na równi niepokoję o młodych chłopaków, którzy będą sterczeć na brzegach basenów oraz nadmorskich kurortów, wypatrując atrakcyjnej kobietę za burtą, w nadziei, że jeden skok do wody dzieli ich od serii niezapomnianych nocy rodem z pornhuba.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Cień wielkiej góry

Cośmy za film z niedawna załączyli to jest po prostu miazga.

Kilka dni wcześniej zaszli my do takiego sklepiku. Anieśka niuchała takie tam mazidła, a ja się potknąłem o ciężki album o górach i górołazach. Natychmiast zapadłem się w głębokim, skórzanym fotelu, za mahoniowym biurkiem i po raz pierwszy przeczytałem o Tonim Kurzu (Kurcu, bo to potomek rycerzy Zakonu Marii Panny był).

Znany brytyjski wspinacz, Joe Simpson, napisał kiedyś, że historia Kurza była iskrą zapalną pod jego przygodę z górami. Mnie pchnęła natychmiast w ramiona ciotki Google i się okazało, że Niemiaszki film o Kurzu nakręcili - 'Nordwand'. Dzieło które bez zwłoki pozyskałem.

No i tu do wspomnianej miazgi wracamy, bo film spina wszystkie mięśnie od początkowych napisów do końcowych. Anieśka poryczała się jak jeleń na rykowisku. Też bym się poryczał, ale nie płakałem jak Mufasa umarł, a reputacja zobowiązuje.

1936 roku dwaj heteroseksualni przyjaciele, Toni Kurz i Andreas Hinterstoisser, zamarzyli sobie zdobyć północną ścianę Eigeru. Szwajcarski szczyt jest o 30 metrów za niski, by dołączyć do zacnego grona alpejskich czterotysięczników, mimo to w większości zestawień Most Deadly Mountain Peak Ever zajmuje chwalebne miejsce w pierwszej dziesiątce. Złą sławę Eiger zawdzięcza właśnie północnej ścianie, zwanej czasem Mordwand, bo do dziś pomogła przeprawić się na drugą stronę przeszło sześćdziesiątce wspinaczy.

Kurz i Hinterstoisser byli drugim zespołem w historii, który rzucił wyzwanie 'ostatniej przeszkodzie w Alpach'. Dwójka ich rodaków podjęła temat rok wcześniej. Ciało jednego z nich znaleziono miesiąc później, drugiego po ... 27 latach.

Równolegle z naszymi bohaterami pod górkę ruszyli dwaj Austriacy, Willy Angerer i Edi Rainer. Początkowo obie ekipy rywalizowały ze sobą. Jednak po tym jak Hinterstoisser zagraniem rodem z '13 dzielnicy' pokonał trawers nazwany później jego imieniem i zamocował linę poręczową, po której pozostała trójka pokonała gładką jak policzek Michał Szpaka ścianę niczym deptak w Międzyzdrojach, chłopaki uznali, że w kupie siła i na szczyt ruszyli już w zgodzie.

Trzeciego dnia wspinaczki Angerer, trafiony na wcześniejszym etapie jednym ze spadających kamieni w głowę, zaczął powoli przydatnością dla zespołu równać się z workiem cegieł. Po chwili jasnym się stało, że Austriak nie tylko nie będzie w stanie kontynuować podejścia, ale również za jego bezpieczne dotarcie do stóp góry z pomocą samego tylko Rainera bezduszni bukmacherzy zaoferowaliby kurs wysoki jak sam Eiger.

Kurz i Hinterstoisser byli w znakomitej formie. Gdyby zdecydowali się kontynuować wspinaczkę, zostaliby najpewniej pierwszymi zdobywcami północnej ściany Ogra, a w dolinę wrócić mogliby znacznie łatwiejszą zachodnią granią. Mimo to obaj zdecydowali się na odwrót.

Czwartego dnia w Eiger uderzyła burza. Powolny pochód grupy zatrzymał się przed trawersem Hinterstoissera. W ciężkich warunkach pogodowych, mimo kilkugodzinnych prób, Andi nie zdołał pokonać oszklonej cienkim lodem ściany w przeciwnym kierunku. Niepokorni wspinacze nie dopuszczali prawdopodobnie myśli o porażce i zejściu tą samą trasą i trzy dni wcześnie ściągnęli brawurowo poprowadzoną linę, co okazało się śmiertelnym błędem.

Cała czwórka podjęła desperacką decyzję o minięciu trawersu dołem, ale Ogr najwyraźniej uznał, że tego już za wiele. Lawina kamieni strąciła ze stanowiska Hinterstoissera, który runął do samego podnóża góry. Kurz i Angerer także odpadli od ściany, ale zawiśli na linie. Austriaka to jednak nie uratowało - udusił się własnym sznurem. Na stanowisku pozostał tylko Rainer, ale pod ciężarem dwóch ciał został przyciśnięty do lodowatej skały i zmarł w ciągu kilku minut z wyziębienia, co jest chyba najbardziej niewyobrażalną śmiercią w historii alpinizmu. Przy życiu pozostał tylko Kurz, wisząc samotnie na linie nad przepaścią.

Wewnątrz Eigeru biegnie tunel kolejki zębatej na przełęcz Jungfraujoch. W dwóch miejscach budowniczowie wykuli okna, przez które pozbywali się odpadów skalnych. Obecnie przez te otwory turyści z bliska oglądać mogą północną ścianę.

Z jednego ze skalnych okien ruszyła po Kurza szwajcarska ekipa ratunkowa. Ze względu na fatalne warunki atmosferyczne nie mogli jednak dotrzeć do Toniego i mimo jego rozpaczliwego błagania, zostawili go na skale na noc.

Przez kolejne kilka godzin Toni wisiał pośród ciemności, hulającego wiatru i mrozu. Chciałbym wiedzieć jakiej uczepił się myśli, która nie pozwoliła mu zasnąć, gdy było to tak łatwe i kuszące. Gdy rankiem Szwajcarzy wrócili Kurz nadal żył. Ratownicy jednak w dalszym ciągu nie mogli się do niego dostać, więc Toni ratować musiał się sam. Odciął martwe ciało Angerera, wspiął się do przymarzniętego do skały Rainera, gdzie znów ciął linę, po czym rozplótł ją przy pomocy zębów i odmrożonej dłoni, by uzyskać sznurek wystarczającej długości, by sięgnąć przybywających z odsieczą alpinistów. Cała akcja zajęła mu pięć godzin.

Do końcówki sznurka ratownicy przymocowali nadającą się do zjazdu linę, a że nie dysponowali konieczną długością przywiązali do niej kolejną.

Po chwili Toni metr po metrze począł opuszczać się w kierunku Szwajcarów. Był kilka metrów od nich, gdy karabińczyk, którym przypięty był do liny, zatrzymał się na węźle. Musiał dźwignąć ciało i przepiąć karabinek pod supeł, ale będąc skrajnie wyczerpanym, nie był w stanie tego zrobić. Od życia dzieliło go niewiele - jeden z ratowników wchodząc na ramiona koledze, był w stanie sięgnąć jego buta przy pomocy czekana. Szwajcarzy nawoływali Kurza do ostatniego wysiłku, Toni starał się zacisnąć węzeł zębami, tłukł w niego odmrożoną dłonią, w końcu odchylił się na linie, szepnął 'Ich kann nicht mehr' i .. dołączył do zmarłych poprzedniego dnia przyjaciół.

Jakże zmarnowany został nadludzki wysiłek i wola walki Toniego. Dał z siebie absolutnie wszystko, by umrzeć kilka metrów od ratunku, choć wielu twierdzi, że w tym stadium wyczerpania Kurz nie przeżyłby nawet, gdyby dotarł do ratowników.

Film 'Nordwand' - choć kapitalny - naznaczony jest drobną skazą. Kurz naszkicowany jest jako rycerz w zbroi lśniącej jak cztery funty 24-karatowego złota na głównym placu najuboższej armeńskiej wioski. Gdyby Hinterstoisser posłuchał go choć raz, Simpson nigdy nie wziąłby do ręki czekana. Nie licząc jednej sytuacji, gdy - znów moralnie nieskazitelny - Toni nakłania czującego już zapach wierzchołka Andiego do odwrotu, by ocalić Angerera. Zupełnie odwrotnie potraktowani zostali przez twórców filmu Austriacy, którzy ukazani zostali jak dwa ciołki z mizernym pojęciem o wysokogórskiej wspinaczce, choć w rzeczywistości umiejętnościami nie ustępowali Niemcom. Znacznie sprawiedliwszy w tym względzie zdaje się paradokument 'Zew ciszy' z udziałem Simpsona.

Oba filmy warto zobaczyć, choć nie wyobrażam sobie, by po projekcji ktoś popędził do sklepu po buty do wspinaczki.

wtorek, 8 czerwca 2010

W obozie wroga

Korzystając z wolnego wieczoru postanowiliśmy wybrać się do kina. Wybór seansu pozostawał w gestii Anieśki, w efekcie wylądowaliśmy na drugiej części Seksu w wielkim mieście. Anieśkowego wyboru nie zamierzałem kwestionować - oboje oglądaliśmy sześć sezonów serialu, którego film jest spadkobiercą, wyświetlonych na ścianie naszej sypialni przy pomocy typowo męskiego gadżetu, jakim jest projektor multimedialny, w który to ja nas zaopatrzyłem. Oboje zaśmiewaliśmy się do rozpuku, a w odwiecznym konflikcie fanek (nie fanów, jak się okazało) serialu stanęliśmu się po przeciwnych stronach barykady - Anieśka dopingowała Big`a, ja Aidan`a. 

Dopiero po wejściu na salę kinową, dotarła do mnie niezręczna prawda. Mimo, że w każdym odcinku Seksu w wielkim mieście przewijają się nagi piersi, jest to serial dla kobiet. Niesłychane. Na wypełnionej po brzegi sali siedziało dwóch facetów usilnie próbujących ukryć głowy w kołnierzykach koszulek. Gdy szliśmy głównym przejściem ku tylnym rzędom widowni, zewsząd dobiegały nas stłumione chichoty i szepty: "another man". Jedna z mijanych pań pochwaliła mnie: "you`re a very brave man". Obaj obecni na sali panowie rzucili mi spojrzenia jasno mówiące: "zabiję cię jeśli komuś powiesz". A gdy seans się rozpoczął nie wiedziałem na czym się skupić. Na filmie, czy też na obserwacji wyjątkowo rzadkiego, społecznego zjawiska: kinowej widowni złożonej z samych niemal kobiet.

Od samego początku czuć było, że coś jest inaczej. Mimo, że światła przygasły, a napisy początkowe od dawna były w toku, wciąż nie milkły rozmowy. Doprawdy mało jest rzeczy, które zamykają kobietom usta. Po za tym kobiety są widownią kinową reagującą bardziej żywiołowo niż faceci. Ilekroć na ekranie pojawia się imponujący element biżuterii, bądź jakiś opalony przystojniak zamyka usta głównej bohaterce, z cichym 'hyyy' powietrze z sali kinowej znika w płucach zgromadzonych na widowni pań. Ilekroć padały słowa żywcem przepisane z harlequina, z dziesiątek gardeł wyrywało się wzruszone 'oooo', a gdy niepowiemkto zrobił niepowiemco w finałowej scenie filmu, w dolnych rzędach pojawiła się fala powodziowa.

I jeszcze jedna drobnostka. Śmiech na sali kinowej, pozbawiony męskiego basu jest ... siakiś inny. Zwłaszcza gdy atakuje z zaskoczenie, kobiety bowiem najwyraźniej dysponują dalece różnym od męskiego poczuciem humoru. Niejednokrotnie pytałem Anieśkę niemo: 'z czego się śmiejemy?', jednocześnie obawiając się, że nieuchronnie nadchodzi moment, gdy wraz z oboma obecnymi na sali panami rykniemy gromkim śmiechem, lecz nikt nam nie zawtóruje. Nie daj Boże posądzeni zostalibyśmy o niewrażliwość, bądź szowinizm. Przy takim układzie sił skończyć by się to mogło bardzo źle.

Co ciekawe, byłem w kinie na wielu filmach. O wampirach, wilkołakach, robotach, superbohaterach, sportowcach, potworach z dna oceanu, dziwnych stworkach mordujących grotołazów, opętanych domach, statkach widmo, gadających mrówkach, psach, żabach... mógłbym wymieniać w nieskończoność. Nigdy jednak nie zdarzyło się, by na pełnej sali zasiadały trzy tylko kobiety. Cóż więc takiego w Seksie w wielkim mieście odstrasza facetów?

A szkoda, że odstrasza, bo film był bardzo dobry.

I ani słowa!

piątek, 28 listopada 2008

Bzzzyk

Postanowiłem dorosnąć, pogodzić się z tym, na co nie mam wpływu i otworzyć na to co nowe. A wszystko przez następującą scenę, której byłem dziś świadkiem: James Bond sączy drinka, podbija do niego koleżka i zagaduje: co pijesz? Myślę sobie: ha, też pytanie, to ci zaraz kmiocie James powie co pije. Nic bardziej mylnego. James z konsternacją przygląda się zawartości kieliszka, po czym zwracając się do barmana nieco zamroczony pyta: co ja piję?

Wtedy to zrozumiałem. Agent 007 umarł, a w zaświaty zabrał ze sobą wyprzedzające epokę gadżety, cięte riposty, wstrząśnięte, acz nie mieszane martini, piękne kobiety szepczące "oh, James", żel do włosów utrzymujący nienaganny przedziałek nawet w trakcie tornado oraz licencję na łamanie praw fizyki.

Agent 007 wersja 1.1 krwawi, jest brzydki, mało dowcipny, nieelegancki i gówno wie o światowej kuchni i nowojorskich drinkach. Długo jeszcze będę opłakiwał jego poprzednika, ale gotów jestem ostatecznie zaakceptować nową wersję, znacznie mniej odporną na ciosy, kule i warunki atmosferyczne, ale przez to znacznie bardziej ludzką.

Dlatego tym razem po wyjściu z kina nie zacząłem wyć do księżyca, a wyciągnąłem telefon i wydziubałem numer do Dżaska, który to się do mnie dobijał, gdyśmy z Jamesem ratowali świat (Amerykę Południową właściwie).

- Sory Dżasku w kinie byłem, nie mogłem odebrać - zacząłem.
- Nie ma spr..., w kinie powiadasz - Dżask, podobnie jak ja, oddany fan kina wszelakiego natychmiast zapomniał z jakąż to sprawą do mnie dzwonił - a na czym?
- A na Bondzie - odparłem z dumą.
- I jak?
- Niby wszystko w porządku, ale że głównej bohaterki, Olgi Kurylenko, prywatnie mojej osobostej narzeczonej nie bzyknął to on pedał jest, wiesz?
- Nie bzyknął?
- No nie. Tak to bzyka wszystko co na drzewo nie ucieka, a jej nie bzyknął.
- Znaczy co? Umarła? - Dżask wyraźnie nie mógł się pozbierać.
- Nie. Dał jej buziaka, wsadził w pociąg i odesłał do domu.
- Eee, ja i tak wolałem tą z Casiną Royale.
- Eve Green!? Kpisz!? - już siadałem na konia i chwytałem lance.
- Nie tą główną - żachnął się - Tą w czerwonym, co męża z nim zdradziła.
- Aaa, tą co ja na podłodze ... tego...
- Właśnie tą, kojarzysz?
- Kojarzę, ale Ty chyba nie wiesz o kim ja mówię. Olga Kurylenko. Oglądałeś Hitmana?
- Aaa, to taa. To ja ją kocham. Zapomnij co mówiłem o tej w czerwonym. To faktycznie frajer jest, że jej nie bzyknął.
- Otóż to. Do końca projekcji czekałem, myślałem, że może po napisach końcowych ją przeleci, ale nic z tego.
- Hmmm, może w dodatkach na DVD ją bzyknie....

czwartek, 21 sierpnia 2008

Przebudzenie

Tu znowu Redakcja. Dzieńdoberek. Tym razem Redakcja lojalnie ostrzega, iż dzisiejsza notka dość szczegółowo opisuje scenę z filmu "Przebudzenie". Nie trzeba być, szczególnie bystrym, by przewidzieć, że wydarzenia potoczą się tak, a nie inaczej po samych tylko napisach początkowych, jednak osobom, które mają w planach film obejrzeć i wolą pozostać w błogiej niewiedzy, lekturę stanowczo odradzamy.

Wspomnianego jakiś czas temu inspektora telewizyjnego udało się spławić. Kosztowało nas to wprawdzie jeden odbiornik telewizyjny, ale kwiatki jak się okazało równie dobrze wyglądają na regale. Tydzień po wizycie inspektora dyliżansem pocztowym przybyło pismo, wzywające do uiszczenia opłaty telewizyjnej i straszące trzy cyfrowymi konsekwencjami w razie stawiania oporu. W geście desperacji wystukałem numer obsługi klienta i dawaj rozmówcy tłumaczyć, że telewizor dostaliśmy w prezencie, że nie mamy nawet kablówki, że jak tylko dowiedziałem się, że samo posiadanie odbiornika trzeba opłacić licencję pozbyłem się go natychmiast (w tym jednym miejscu kapeńkę minąłem się z prawdą, bowiem o obowiązkowej opłacie telewizyjnej wiedziałem nadto dobrze), w związku z czym może byliby tak uprzejmi i nękać nas zaprzestali. W odpowiedzi przez dłuższy czas słyszałem stukanie klawiatury, aż w końcu Wszechmogący przemówił:

- OK.
- Słucham? - spytałem.
- OK - powtórzył Wszechmogący.
- Co OK?
- OK, skoro mówisz, że nie macie telewizji, to nam to wystarcza.
- I to wszystko? - dopytywałem się wietrząc podstęp.
- To wszystko, spodziewaj się jednak ponownej wizyty inspektora w ciągu najbliższych kilku tygodni.

Można? Pewnie, że można. Tylko zamiast być twardogłowym urzędasem, trzeba mieć odrobinę dobrej woli. Jak twierdził Donal, Wszechmogący zajrzał w kartotekę sieci kablowych, by przekonać się, że w istocie nigdzie podłączony nie jestem i w efekcie od egzekucji odstąpił. Uczcie się kaczogrodzkie Mądre Głowy!

Tymczasem nadciągający zwrot podatku tytułem kosztów ponoszonych na wynajem mieszkania, który w zaistniałej sytuacji już zdążyliśmy spisać na straty, udało się spożytkować dalece przyjemniej, zakupując wymarzony projektor multimedialny. W efekcie nocnych maratonów filmowych Anieśka zaczęła notorycznie meldować się w pracy po gwizdku, a ja otwieram drugie oko po czwartej kawie. Ostatnio na warsztat wrzuciliśmy 'Przebudzenie' z Jessicą Albą (nr 3 na mojej Liście) i młodym Anakinem Skywalkerem. Najlepszy film tego roku, gdyby ktoś mnie pytał. W którejś ze scen przyszły Dark Vader leży na stole operacyjnym w oczekiwaniu na przeszczep pikawki. Lekarz podają mu narkozę, ale jak się okazuje pacjent, mimo iż sparaliżowany, wciąż pozostaje świadomy i, co w jego przypadku szczególnie niefartowne, wrażliwy na bodźce zewnętrzne.Tymczasem medycy w najlepsze kontynuują operację. Spiąłem się już jak w ręce chirurga błysnął skalpel, gdy wykonywał pierwsze cięcie (od obojczyka po pępek- drobnostka) mało nie nakryłem się kołdrą, a gdy usłyszałem stanowcze 'piła', byłem na skraju omdlenia. Gościu leży na stole rozpłatany jak wigilijny karp, piła już pracuje, ten wrzeszczy (tak w duchu ma się rozumieć), prosi, grozi, błaga, klątwy i gusła rzuca, mi przed oczami ciemnieje, medyk przymierza piłę do lśniącego białą kością mostka....
- Pomasuj mi łydkę - zażądała Anieśka zarzucając na mnie swe zgrabne kopytko.

Poległem.

wtorek, 6 lutego 2007

Spowiedź nałogowca

Mam na imię Michał i jestem kinomaniakiem.

Pierwsze tygodnie w Irlandii były dla mojego nałogu nie lada wyzwaniem. Niezbędnego sprzętu w domu niet, a wobec nie ciekawego bilansu aktywów wizyta w kinie zajmowała dalekie miejsce na liście wydatków pomiędzy miękkim papierem toaletowym, a surówką. Sytuacja robiła się nieciekawa, pojawiły się dreszcze, skłonność do jąkania i kilka innych objawów, które ze względu na ich wstydliwą naturę pozwolę sobie pominąć milczeniem. W akcie desperacji urządziliśmy sobie, w dającej wówczas Anieśce zatrudnienie kafejce internetowej, projekcje Aleksandra. Do tej pory zachodzę w głowę za jakież dramatyczne przejścia z dzieciństwa, chcieli ludzie za ten film odpowiedzialni Bogu ducha winnych widzów ukarać.
Wreszcie w mieszkaniu pojawiło się DVD, a właściwie my pojawiliśmy się w mieszkaniu w ten wysoce zaawansowany technicznie sprzęt wyposażonym. Niewiele później dołączył do nas laptop w towarzystwie szpuli filmów i bilet do kina spadł w rankingu poniżej surówki, nowych skarpetek i dezodorantu.
Koniec końców trafiliśmy jednak do Cill Dara Cinema, o czym nie omieszkałem na blogu wspomnieć. I choć nie wyszliśmy zachwyceni, to naszą przygodę z lokalnym kinem raz na jakiś czas odświeżaliśmy, jednocześnie bacznym okiem obserwując postępy w budowie multipleksu z prawdziwego zdarzenia nieopodal anieśkowego miejsca pracy. A budowa ta dobiegła końca jeszcze przedświętami. Tylko chronicznym brakiem czasu potrafię wyjaśnić, dlaczego na pierwszy seans wybraliśmy się raptem kilka dni temu.
Pierwsze wrażenie było jak najbardziej pozytywne: 5 sal, surround, kolejne rzędy tak w pionie rozmieszczone, że choćby gwiazdor NBA się na sali pojawił widoku by nie przysłaniał. Wszystko pięknie dopóki reklamy nie dobiegły końca, a rozpoczął się koszmar. Najpierw obsługa nie uznała za stosowne wyłączyć na czas projekcji świateł. Trwało to kwadrans, po którego upływie Komisja Interwencyjna złożona z najmniej cierpliwego na sali Irysa postanowiła działać. Chwilę później światło przygasło, ale mnie wciąż nie opuszczało wrażenie, że w dalszym ciągu coś jest nie tak. Odpowiedź uderzyła mnie z byka niczym Zidane: obraz nie trzymał proporcji, był rozciągnięty w pionie. W konsekwencji:

-po pierwsze primo: nie mieścił się na ekranie, wobec czego mieliśmy raz po raz do czynienia z dialogami pomiędzy dwoma korpusami pozbawionymi głów,
- po drugie primo: postacie, gdy już się na ekranie mieściły, wyglądały jakby przez ćwierćwiecze wisiały z 30-to kilowym kamieniem przywiązanym do stóp.

Mała próbka kadru w wersji kina Storm w Naas poniżej:
       
Mój absolutny brak asertywności i bezkonfliktowa natura przetrwały 45 minut. Po upływie tego czasu, dopingowane przez Anieśkę wysłały ciało na poszukiwanie nieświadomego zagrożenia członka obsługi. Po chwili najwolniej uciekającą Miłą Panią W Pasiastej Koszuli zaciągnąłem przed ekran i wskazałem paluchem obiekt mojej irytacji. Najsłabsza sztuka w stadzie, wciąż nie mogąc odżałować, że nie schowała się za maszyną do popcornu, popatrzyła, pokiwała głową i obiecała zrobić co w jej mocy. Wiela tego nie było, bo wychudzone, czasem bezgłowe dryblasy panowały niepodzielnie na ekranie do samiutkich napisów końcowych.

Coś mi mówi, że prędko do tego kina ponownie nie zawitam.

środa, 13 grudnia 2006

Oh James

Nie nie nie i jeszcze raz nie. Na to zgody nie będzie - słowami pierwszej kaczki Rzeczypospolitej. Nie mogę milczeć, gdy dzieje mi się krzywda, a krzywda dzieje mi się ogromna.
Ciężko mi w tej chwili powiedzieć, czy fanem Bonda zostałem drogą dziedziczenia, czy też jest to cecha nabyta. Co prawda, gdy za kajtka, utytłani od stóp do głów, lataliśmy z Grubym po działce (rekreacyjnej ma się rozumieć, nie po zażyciu) uzbrojeni w przeróżne paliki, deski i sztachety imitujące mniej lub bardziej śmiercionośne narzędzia, to on był Bondem (ja byłem Rambo, a jak się ktoś zaśmieje to dostanie w ryj), to w czasach obecnych obaj z otwartymi dziobami śledzimy jak 007 kolejny raz ratuje świat ze szponów wszelkiej maści szaleńców. I choć bez wątpienia nie jestem w stanie wymienić projektanta bondowskiego krawatu z "Dr No", nazwy łodzi zatopionej w "Licencji na zabijanie", czy choćby imion wszystkich "sparingpartnerek" agenta 007, to wiem, że w całej serii obowiązują pewne standardy, od których odejście oznacza mniej więcej tyle co oddelegowanie czterech pancernych do obsługi glebogryzarki "Rudy 2000".
Wiedzy mojej niestety nie podzielała ekipa, która z nieludzkim okrucieństwem popełniła "Casino Royale". Bo rozebranie do naga, a następnie traktowanie, przy pomocy liny okrętowej zaopatrzonej w pokaźnych rozmiarów węzeł części ciała stworzonych, by obchodzić się z nimi z czułością jest upokarzające i jako takie Bondowi się nie przydarza. Podobnie jak nie do pomyślenia jest by 007 został zrobiony w ciula przez 'dziewczynę Bonda', bowiem słynny agentjejkrólewskiejmości ma rozpracowane wszelkie spiski na długo przedtem jak zaświtają one w głowie samym spiskowcom. Do tego nawet fan z trzyodcinkowym stażem wie, że śmiertelna seria ciosów jest w najgorszym przypadku w stanie nieco przelokalizować bondowski przedziałek, podczas gdy Daniel (tfu) Craig przez calutkie 144 minuty filmu zbiera niemiłosierne baty od byle oprychów i notorycznie chodzi poobijany i zakrwawiony. Ja jestem w stanie zrozumieć brak Q i jego wyprzedzających epokę gadżetów, ale czy wyposażenie samochodu Bonda w poduszkę powietrzną przekraczało zdolność finansową MI6?
I na koniec sam odtwórca głównej roli - blondbond. Nigdy nie wymagałem by Bond był filmem realistycznym, ale jeśli M patrzy w twarz goryla po przegranym przez nokaut dwunastorundowym pojedynku bokserskim i twierdzi, że jego urok na nią nie działa to mi nie pozostaje nic innego jak przeturlać się po kinowej podłodze ze śmiechu. I nie ma co się dziwić, że pod adresem tego jaskiniowca, bodaj po raz pierwszy w histroii serii, żadna z przedstawicielek płci pięknej nie szepcze namiętnie: oh James. Po obejrzeniu Daniela Craiga w roli Jamesa Bonda dojść mogę do jedynego słusznego wniosku - zbieżność nazwisk jest przypadkowa. Bo James Bond, którego znam jest niewymuszenie eleganckim, dystyngowanym dżentelmenem, ekspertem od savoir vivre! Dla Jamesa Bonda różnica między wódka martini wstrząśniętą, a mieszaną jest taka jak między Wodą Brzozową, a francuskim Szampanem!! James Bond poczuje ziarno grochu przez 70 materacy!!! Dla Jamesa Bonda garnitur od Versace to druga skóra, nie wygląda w nim jak niedźwiedź grizzly!!!! James Bond nigdy nie pozwoliłby sobie na zabicie człowieka nie skwitowawszy tego dowcipnym komentarzem!!!!! Dla Jamesa Bonda, niezależnie od okoliczności, sprawą priorytetową pozostaje nienagannie zawiązany krawat!!!!!! Do Jamesa Bonda Chuck Norris mówi 'szefie'!!!!!!!
I wyjaśnijmy sobie: ja doskonale rozumiem, że Casino Royale przedstawia wczesne losy agenta 007, ale czy ktoś będzie próbował mnie przekonać, że istnieje minimalna choćby szansa, że Gollum wyrośnie na Janosika? Śmiało? Nikt!? Tak więc niniejszym zwracam się z gorącą prośbą do wszystkich kinomanów, aby filmu Casino Royale pod żadnym pozorem nie zaliczać w poczet 'bondów'.

środa, 8 listopada 2006

Piły trzy

Po rocznej przerwie psychopatyczny morderca Jigsaw znowu budzi strach wśród kinomanów. Chociaż jest przykuty do łoża śmierci, to nadal potrafi zagrażać innym. Porwany przez niego lekarz musi utrzymywać go przy życiu dopóki ostatnia łamigłówka nie zostanie rozwiązana. W obrazie zagrali Tobin Bell, Shawnee Smith, Angus Macfadyen i Bahar Soomekh.
W pierwszy weekend swojej obecności w kinach amerykańskich "Piła 3" w reżyserii Darrena Lynna Bousmana zarobiła 34 miliony dolarów. Równie dobrze thriller poradził sobie w Wielkiej Brytanii, gdzie przyniósł dystrybutorom ponad 2 miliony funtów.
Jednak nie wszyscy potrafią znieść napięcie. W ciągu minionego tygodnia w kilku kinach w Anglii pracownicy musieli wzywać pogotowie. Widzowie mdleli w trakcie seansów ze strachu. Jeszcze częściej zdarzało się, iż kinomani wychodzili (lub wręcz wybiegali) z sal w trakcie projekcji. Często można usłyszeć na salach kinowych krzyki przerażenia.
Służby medyczne ostrzegają, by osoby o słabszych nerwach zrezygnowały z oglądania tego dzieła. - Nie chcemy nikogo zniechęcać, ale każda osoba, która chce zobaczyć ten film, musi zdawać sobie sprawę na co się decyduje. Jeżeli komuś zaczyna robić się w trakcie seansu niedobrze, powinien natychmiast wyjść z kina - ostrzega Martin Ware, rzecznik brytyjskiej służby ratunkowej.                                         Źródło: http://film.onet.pl/F,11923,1428418,wiadomosci.html.
Z projekcji "Piły 3" wyszedłem (doczekawszy napisów końcowych) nie dalej jak 2,5 godziny temu i powiedzieć muszę jedno: BULLSZIT!!! Mam nadzieje, że onet otrzymał spore gratyfikacje od dystrybutora filmu za publikacje podobnych bzdur i jest to element kampanii promocyjnej. W przeciwnym razie zmieniam stronę startową na wp, gdyż ponieważ azaliż onet traci w moich oczach wiarygodność.
Nie powiem, pierwsze sceny filmu skutecznie zniechęciły mnie do przytarganego z bufetu popcornu, ale podczas projekcji nie usłyszałem nawet jednego okrzyku przerażenia, że o sygnale nadjeżdżającej karetki już nie wspomnę. Najlepsze świadectwo wystawia filmowi fakt, że Anieśka, która po co straszniejszym filmie nie pozwala się opuścić na krok do najbliższego wschodu słońca (nie lada to powiadam wam wyzwanie dla mojego pęcherza), w chwili, gdy piszę te słowa śpi w najlepsze za dwiema parami drzwi gwiżdżąc na niechybnie czających się za oknem psychopatycznych morderców.
Mimo to "Piła 3" nadal pozostaje filmem dobrym i mimo trzeciej już odsłony tego samego pomysłu wciąż potrafi zaskoczyć. Trudno powiedzieć, czy podobałby mi się bardziej, gdybym więcej z niego zrozumiał. Końcówka mi nieco uciekła, gdyż moja znajomość angielskiego przegrała niestety konfrontację z bełkotem emerytowanego psychopaty po trepanacji czaszki. Także polecam (nie Tobie Iwonko).

środa, 15 lutego 2006

Brak tytułu

Zwolnijcie pośladki czytacze drodzy. Nie polegliśmy w katastrofie lotniczej, a jeno nawałem zajęć przerwa w pracy twórczej jest spowodowana. Do Dublina dotarliśmy cało, zdrowo i według planu. No w każdym razie cało. Jako że jedna ze stewardess doznała na lotnisku zdaje się szoku termicznego i zaniemogła, wynikł problem natury organizacyjnej. Mianowicie w myśl przepisów pozostała na pokładzie ilość członków obsługi pozwala na zabranie w przestworza 150 pasażerów, podczas gdy w samolocie znajdowało się ich sztuk 158. Dlatego też ekipa rozpoczęła agresywne działania marketingowe, mające na celu przekonanie 8 osób, że przesiadka do samolotu zmierzającego do Corku, a stamtąd lot do Dublina na koszt firmy to doskonały pomysł. Po upływie godziny działania te przyniosły efekt w postaci zmniejszenia naszego nadmiaru do 3 osób. Kolejnej godziny potrzebowała obsługa do opracowania i wprowadzenie w życie kolejnej strategii. Zaproponowali trzem osobom, które dobrowolnie opuszczą pokład, zwrot kosztu biletu, pokrycie kosztów hotelu oraz odszkodowanie w wysokości bodajże 250 €. Z fotela obok dobiegł mnie dźwięk otwierającej się szuflady metaforycznej kasy fiskalnej. Oczka Anieśki niczym jednoręki bandyta wybiły €. Nie zdążyliśmy tego jednak nawet rozważyć, gdyż trójka najszybciej kojarzących pasażerów, tratując kobiety i dzieci, popędziła między rzędem foteli, dopadła do drzwi, rzuciła nam ostatnie spojrzenie mówiąca „na razie frajerzy” i wpadła w objęcia dwustu pięćdziesięciu ełraczków. My natomiast z ponad dwugodzinnym opóźnieniem ruszyliśmy do Dublina. Zdrowo też nie udał nam się dotrzeć. O ile w moim przypadku ciężko oczekiwać, że po dwóch tygodniach chrychania, dzięki cudownej terapii w chmurach stanę na irlandzkiej ziemi niczym nowo narodzony, o tyle można było śmiało założyć, że stan Anieśki się nie pogorszy. Tymczasem tego co przeżywała w samolocie i co w nieco zmienionej formie ciągnie się do dziś, nawet Nostradamus by nie wydumał. Dość powiedzieć, że Anieśka na wysokości dwóch tysięcy metrów oznajmiła mi spokojnym tonem, że wysiada. Przez następny tydzień nie wychodziła poza prostokąt łóżka, a i teraz na śmieszność narażałby się każdy kto wysunął by bezpodstawną tezę, że jest zdrowa. Dlatego też urządzeniami ciągłego użytku stało się dla nas łóżko, laptop, film. A`propos.... ja nie chciałbym być oskarżony o niewdzięczność, czy coś w podobie. Bardzo dziękuje Ogórowi, Izie i każdemu kto w ten czy inny sposób przyczynił się do tego, że w moje ręce trafił Skazany na bluesa. Wiadomo, że dla fana Dżemu jest to pozycja obowiązkowa i koniec kropka. Jednakowoż Panu XXX (ziomusiowi, który ze szczególnym okrucieństwem popełnił scenariusz) życzliwie radzę, gdy kolejny raz najdzie go chętka na spisanie jakiegoś scenopisu, aby siadł sobie cichutko w kącie i dla dobra potencjalnych odbiorców poczekał aż mu przejdzie. Toż gdyby komuś przyszło do głowy nasmarować streszczenie tego filmu swobodnie zmieściłby się na bilecie autobusowym. Boję się, że ku memu i zapewne Ogóra bezgranicznemu zdumieniu wciśnięta mi przez niego biografia 2Paca bardziej mi do gustu przypadnie. Panie XXX!!!!! Litości !!!! Acha zapomniałbym wspomnieć. Dzisiejszy odcinek sponsorowany jest przez granatowy polarek. Dlaczego !!?? Ano już tłumacze. W domciu się już awansem chwaliłem, ale gdyby ktoś nie wiedział to... i tu następuje kilka słów wprowadzenia. Otóż przywództwo nad naszą rozwrzeszczaną ferajną sprawuje Donal (nie, nie Donald, Donal!!!), zwany przez nas, z powodów chyba jasnych dla każdego kto IQ bije martwą krewetke, pieszczotliwie Kaczorem lub swojsko Kaczyńskim. Magazyn Aldiego pracuje co prawda 7 dni w tygodniu, ale nieludzkim byłoby wymaganie tego samego od Donala. Dlatego ma on swojego zastępcę, Pierra zwanego przez niektórych kierowców „fucking bastard”, który to przejmuje od niego berło i koronę dwukrotnie w ciągu tygodnia. We dwóch stanowią, więc kadrę kierowniczą, która pod przykrywką roboty papierkowej żeruje na ciężkiej pracy pracowników fizycznych (znaczy się nas). I jedynym minusem ich pozycji, jest to, że kto nie pracuje... ten marźnie. Ale i na to znalazł się sposób, kadra kierownicza wyposażona została w granatowe polarki z logo Aldi na piersi, które mając za zadanie chronić przed zimnem, z czasem siłą rzeczy stały się znakiem rozpoznawczym kogoś przed kim należy chociaż pozorować ciężką pracę. A jako, że Pierre poczuł ostatnio zew ojczyzny (a ma je aż dwie – Polske i Liban) i z początkiem kwietnia zamienia Naas na Słupsk, zostałem wciśnięty we wspomniany polarek, by zająć jego miejsce. Nie koniec to jednak wieści z pracy. W najbliższy weekend czeka mnie wielki .... weekend. Jako, że Pierra odwiedza matka zażyczył on sobie pięć dni wolnego łącznie z sobotą i niedzielą. Jako że dla Kaczyńskiego praca w weekendy to coś co przytrafia się innym, dowództwo nad aldikowskimi oszołomami trafia na te dwa dni w ręce Waszego ulubionego autora bloga . Trzymajcie kciuki, bo mało kto ma tyle wyobraźni by ogarnąć to co może się wydarzyć. Nie mogę też nie wspomnieć o mojej działalności naukowej. Tak tak. Co myśleliście, że po pracy to ja tu tylko rozpuszczam ciężko zarobiony pieniądz i oglądam filmy!? Co to, to nie. Postanowiliśmy ostatnio, wraz z moimi znakomitymi kolegami przeprowadzić eksperyment, mający dać ostateczną odpowiedź na pytanie: czy absynt należy mieszać ze śliwowicą. Doświadczenie zakończyło się sukcesem, który zaskoczył nas samych. Ponad wszelką wątpliwość udało nam się dowieść, że ... nie należy! Absolutnie!!!! Niejako przy okazji udało nam się udowodnić jedno z praw Murphy`ego, gdyż następnego dnia do pracy z powodu choroby nie przybyło 40% naszej ekipy, co Donal skwitował z uśmiechem: czeka was pracowita noc chłopcy (nie uśmiechałby się, gdyby wiedział co wtedy przeżywaliśmy). I faktycznie była to rekordowo długa noc, a każda przeniesiona skrzynka okupiona była naszymi łzami i cierpieniem. Na koniec udało nam się definitywnie obalić absolutnie nieprawdziwą teorię, że na kaca ... najlepsza ... fizyczna .... praca. Drogi czytaczu, jeśli dotarłeś do tego miejsca za jednym podejściem, nie omijając ni pół akapitu, to zasłużyłeś na Medal Mihaua Dla Czytaczy Wyjątkowo Wytrwałych, który niniejszym metaforycznie Ci wręczam. Noś go dumnie, a ja Ci mówię dobrej nocy, jako że mój zegar wskazuje 3:15. Ciao

P.S. Jako, ze niemal kazdy Ziomus w Polsce wital mnie slowami "Czesc, ty wez zwieksz czcionke na blogu. To jak bylo w Irlandii?", postanowilem wyjsc na przeciw oczekiwaniom klientow i ... co bede sie rozpisywal, efekt widac....