Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 sierpnia 2020

Pielgrzym Drugi

W zamierzchłych czasach gdyśmy zameldowani byli w niedalekim sąsiedztwie Dublina, w Glendalough bywaliśmy w miarę regularnie. Okolice stolicy uchodzą nie bez przyczyny za bardziej cywilizowaną część Irlandii. Kaszlące spalinami skrzaty żebrzą pod McDonaldem, elfy pracują za minimalną stawkę w lokalnych multipleksach, a soczyście zielone wzgórza brzęczą automatycznymi dronami koszącymi trawę. Ilekroć więc stawiała się u nas hałastra znad Wisły, głośno domagająca się Irlandii jak z kolorowego przewodnika National Geographic, Dolina Dwóch Jezior okazywała się jedną z niewielu destynacji osiągalnych na jednym baku paliwa. 

Popularność Glendalough oznaczała rzecz jasna rzeszę turystów i flesze aparatów trzaskające jak stroboskop, głównie jednak w okolicach klasztornego kompleksu. Za Lower Lake tłum rzednie, a gdy strzelista wieża obronna zmienia się w majaczący za plecami falliczny kształt, na trasie pozostają tylko co bardziej wytrwali wędrowcy.

Nie tym razem jednak. 

Kwadrans po tym jak opuściliśmy bezpieczne schronienie w Larragh, dotarliśmy do pierwszych zabitych na głucho zabudowań Glendalough. Zatrzaśnięte okiennice i zaryglowane drzwi napastowały żółtymi covidowymi plakatami. Wokół żywego ducha. Po odwiedzanym przez przeszło milion turystów rocznie obiekcie kroczyliśmy jak po planie filmowym "I am legend". Na naszpikowanym celtyckimi krzyżami średniowiecznym cmentarzu, byliśmy jedynymi ludźmi mogącymi się pochwalić pulsem.


Nieco dalej wpadliśmy na dwóch robotników w odblaskowych kamizelkach, którzy w pierwszym odruchu na nasz widok chwycili w panice za narzędzia, ale zorientowawszy się kto zacz wrócili natychmiast do nawet nie udawania, że pracują. 

Po wczorajszej ulewie nie było śladu, acz z niepokojem zerkaliśmy to w górę na ołowiane niebo, to w dół na ekrany telefonów. Aplikacja pogodowa lojalnie uprzedzała, że dziś jeszcze może udać się dotrzeć do obozu suchą stopą, ale jutro raz na zawsze odechce nam się prysznica. Wykombinowaliśmy więc, że miast dyrdać do samego Glenmalure, jak pierwotnie zamierzaliśmy, i rankiem pakować w deszczu mokre manele do plecaków, zakończymy dzisiejszy odcinek trzy kilometry wcześniej i kimniemy się pod wiatką Mullacore Hut.

Czas pokazał, że plan był znakomity. Drewniane schronienie okazało się doskonale wyposażone. W rogu stało składane krzesło turystyczne, na ścianie wisiała szczota do zamiatania i ... patelnia, pod sufitem pięciolitrowy baniak na wodę. Kilka kroków wcześniej minęliśmy elegancki strumyk, a jeśli nadal rozmyślaliśmy nad losem fińsko-chorwackiego zespołu, nad ogniskiem buty na patyku suszyła poznana wczoraj koleżanka z Finlandii.

Podczas, gdy ulewa zaskoczyła nas poprzedniego popołudnia zanurzonych w wiklinowych fotelach z kieliszkiem mołdawskiego wina w ręku, nasi nowi przyjaciele byli wówczas dwie godziny drogi od Mullacor Hut. Do wiaty dotarli więc dzwoniąc zębami jak cymbałki, a dotarłszy zamieścili dziękczynny wpis w Księdze Wejścia, nieco tylko nadużywając słowa hipotermia.

Streściwszy nam dramatyczne wydarzenie poprzedniego wieczora wsadzili nogi w wilgotne jeszcze buty, zarzucili plecaki na garby i ruszyli w kierunku szosy, skąd zabrać ich mieli znajomi. Tym samym wiatka została wyłącznie do naszej dyspozycji, a wraz z nią cały inwentarz, który przy odrobinie inwencji wystarczył, by zmajstrować gorący prysznic i ciepłą strawę.


Początkowo miarkowaliśmy spać ino tylko w śpiworach, lecz wraz z zapadnięciem zmroku i dogasającym ogniskiem, jedna po drugiej zlatywać zaczęły się skrzydlate piranie, rozłożyliśmy więc moskitierę pod zadaszeniem i zanuciwszy kilka chantów w intencji dobrej pogody zamknęliśmy oczy.

Obóz zwinęliśmy skoro świt, by jak największy dystans pokonać przed deszczem. Ledwie jednak weszliśmy w zasięg sieci komórkowej, okazało się, że wczorajsze chanty nie padły na jałowy grunt, a początek żabobicia przesunięty został z godziny 9 na 12. W świetle tych rewelacji znaleźliśmy moment, by przystanąć pod zamkniętym schroniskiem Glenmalure Lodge i odpalić kawiarkę, którą nie na darmo wszak taszczyłem w plecaku.

Wzmocnieni czarną materią wznowiliśmy marsz. To był piąty dzień dreptania. Całą trasę planowaliśmy zamknąć w tydzień, także ten słupek, który informował kpiąco, żeśmy są ledwie w połowie drogi, był zupełnie niepotrzebną prowokacją.


Szczęśliwie mieliśmy doskonałą motywację, by nie zaprzestawać marszu. Te meszki to bowiem ciut ofermy były i ewidentnie nie opanowały lądowania na ruchomym obiekcie. Starczyło jednak przystanąć, by stracić pół litra krwi w trakcie konsumpcji jednego batonika. W umiarkowanym tempie, acz z żelazną konsekwencją pokonywaliśmy więc kolejne kilometry, chantując dla odmiany o deszcz w nadziei, że lecące z nieba wielkie kule wody, skutecznie odbiorą pijawkom apetyt. I po raz kolejny chanty zostały wysłuchane - kilkaset metrów przed Mucklagh Hut zaczęło siąpić. I przez następne 24 godziny miało nie przestać.

Ostatnia na trasie wiata nie miała na stanie krzesełek, ni patelni, ale wyposażona była w zmyślny system zbierania deszczówki, wody więc mieliśmy pod dostatkiem. Ktoś nawet zostawił kartusz z gazem, acz paliwa pozostało tak mało, że sklasyfikowaliśmy to raczej jako zaśmiecanie, niż samarytański uczynek.

Raz dwa zmontowaliśmy po misce wegetariańskiego orzo bolognese i kubku malinowej herbaty. Ponoć nie ma takiego problemu, którego nie rozwiąże kubek herbaty. Badania na losowo wybranej grupie stu osób dowiodły wprawdzie większą skuteczność szklaneczki whiskey, a jeszcze większą dwóch, jednak kawiarka była jedyną fanaberią, na jaką pozwoliłem sobie w bagażu.

Nasz problem można było rozwiązać na dwa sposoby:

a) mimo deszczu iść dalej do Moyne zgodnie z planem, znaleźć miejsce na namiot, którego nie udało nam się zawczasu wypatrzeć na zdjęciach satelitarnych, rozbić się, wtaszczyć mokre bagaże do nylonowego igloo, a rankiem mokre igloo do bagażu.

be) zostać na noc pod zadaszeniem, za cenę wydłużenia kolejnego odcinka do przeszło 30 km; w deszczu, za to z finałem pod dachem i w suchej pościeli.

Uradziliśmy zostać w Mucklagh Hut, więc popołudnie upłynęło nam leniwie na lekturze i pochłanianiu kolejnych kubków malinowej herbaty. 

Z nadejściem szarówki przenieśliśmy się do rozłożonego pod wiatą namiotu. Styrane drogą buty zostawiłem na zewnątrz w charakterze odstraszacza na słynące z doskonałego węchu niedźwiedzie. Upchnąłem spodnie w kieszeni namiotu, zmieniłem koszulkę na czystą, telefon podłączyłem do powerbanka, nakryłem się śpiworem i otworzyłem ponownie kindle`a. Wątek Leo Manheimmera nabierał rozpędu na oświetlonym diodami ekranie czytnika, gdy przypomniały o sobie hektolitry wypitej herbaty. Tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Wybiegłem na bosaka na mokrą trawę i ... nie zna życia, kto nie próbował sikać skacząc na jednej nodze, drugą odganiając się od krwiożerczych meszek...

Rankiem trzęsło mnie na samo wspomnienie. Było wszawo i siąpił deszcz. Naciągnęliśmy nylonowe kondomy na plecaki i skrywszy się pod warstwą gore-texu ruszyliśmy do Shillelagh. Szliśmy na przemian leśnym traktem i asfaltową drogą. Górski krajobraz Wicklow powoli ustępował pola pastwiskom i gospodarstwom rolnym. Deszcz przeszedł w maleńkie kropelki wody fruwające na wietrze we wszystkich kierunkach jak iskry z ogniska. Mijaliśmy porzucone w wysokiej trawie wraki samochodów, pogonił nas pies, o mały włos nie stratowało nas stado koni, przez kilkaset metrów śledziła nas podejrzanie wyglądająca grupa owiec.



Na wysokości Tinahely przecięliśmy drogę regionalną R747, obeszliśmy w koło rozległy pagórek i wyszliśmy na asfalt, którym maszerować mieliśmy już do samego celu. Nie było elegancji, ni godności w tych ostatnich kilometrach. Twarda nawierzchnia rezonowała nieprzyjemnie w stawach, brakowało wynagradzających wędrówkę widoków. Marzyło mi się piwo i pizza, na które w maleńkiej Shillelagh nie miałem wielkich nadziei. 

Jeszcze kilka godzin temu Anieśka podskakiwała wesoło w rzęsistym deszczu, nucąc autorską piosenkę o mokrych majtkach. Odkąd mój zegarek radośnie obwieścił przełamanie bariery trzydziestu kilometrów, patrzyła na mnie, jak kobiety patrzą na swoich mężów podczas porodu. Gdy zza kolejnego pagórka wyłoniła się wieża kościoła w Shillelagh, niewiele brakowało, a bym się przeżegnał. Gdy po przekroczeniu bram wioski z zaskoczeniem poczułem zapach pizzy, nie mogłem zapanować nad drżeniem podbródka. A gdy Sean, właściciel pokoju, który wynajęliśmy, będący jednocześnie właścicielem znajdującego się piętro niżej pubu, wytoczył z piwniczki cztery zimne piwa, pękła ostatnia bariera i gwiżdżąc na dwa metry dystansu zaszlochałem głośno, kryjąc twarz w jego koszuli.

Chciałbym powiedzieć, że objedliśmy się nieśmiertelną klasyką włoskiej kuchni, prawda jest jednak taka, że wciągnąłem swoją dwunastocalową pizze i połowę Anieśki, a efekt był taki, jakby wrzucić słomkę do pieca hutniczego. Znacznie lepszy rezultat osiągnąłem przytuliwszy dwa piwa na sfatygowany organizm. Zapewne dlatego na miękkie boki przyjąłem telefon od koleżki, który gościć miał nas kolejnego dnia. Po ukończeniu Wicklow Way planowaliśmy przespacerować się do Bunclody, zostać tam na noc, a rankiem złapać autobus do Dublina. Nasz niedoszły gospodarz przypomniał jednak sobie, że w okolicy jakiś wirus panuje i postanowił anulować naszą rezerwację.    

Wicklow Way mogłoby się w zasadzie skończyć w Shillelagh. Niektórzy sugerują, że nawet jeszcze w Tinehely, ale o tych osobach oraz o sposobie prowadzenia się ich matek Sean ma bardzo niskie mniemanie. W każdym razie dreptanie asfaltem celem nastukania kilometrów się nie broni, a zamykającego trasę odcinka do Clonegall nie sposób rozpatrywać w innych kategoriach. Bez historii, bez widoków, bez sensu. Weszliśmy do wioski w glorii zwycięzców i po klepnięciu słupka znaczącego koniec trasy przystąpiliśmy bez dalszej zwłoki do martwienia się, co dalej.

Ostatni tego dnia autobus do Dublina odjechał z samego rana. Anieśka w końcu wyczarowała nam koleżkę, który za garść dukatów zgodził się nas zawieźć do Carlow. Stamtąd mieliśmy złapać autobus do stolicy, gdy jednak dyliżans zajechał na przystanek i przyszła nasz kolej wejścia na pokład, kierowca przeliczył załogę i oznajmił, że zgodnie z covidowymi restrykcjami może zabrać jeszcze tylko jedną osobę.

- Pociąg! - zawołała Anieśka, przypomniawszy sobie, że z Carlow do Dublina można dojechać również po szynach. - Którędy na stację kolejową! - krzyknęła w kierunku przechodzącej bebeczki.

Oszołomiona niewiasta wyciągnęła niepewnie rękę w tym samym kierunku, który wskazywał drogowskaz z napisem "Train Station" nad jej głową. Z podskakującymi plecakami na plecach pognaliśmy w stronę dworca. Na peron wpadliśmy kilka minut przed odjazdem pociągu. W sam czas by nabyć bilet i uspokoić oddech przed nałożeniem maseczki. Niespełna godzinę później byliśmy na Heuston Station, skąd Luasem dostaliśmy się do centrum miasta, a następnie autobusem do Marlay Park, gdzie wszystko się przed tygodniem zaczęło. Do odbębnienia został nam jedynie odcinek, który wówczas pokonaliśmy autem z racji braku stosownych miejsc parkingowych.

Przed domem ludzi, którzy uprzejmie zgodzili się przechować Princessę na swojej posesji, stanęliśmy po zmroku i w strugach deszczu.  Kudos, że otworzyli drzwi przed dwiema zakapturzonymi postaciami, zważywszy, że spodziewali się nas dopiero nazajutrz.

Tyle w temacie. Piękna przygoda, która zapewne nigdy by się nie wydarzyła, gdyby nie import chińskiego badziewia i zamknięcie kraju na głucho. W ciągu siedmiu dni zrobiliśmy 254 338 kroków. Straciłem 3 kilo wagi i 0,7% tkanki tłuszczowej, ale nabyłem dwa okazałe, zaskakująco symetryczne odciski. 

Za rok Camino de Santiago...

sobota, 27 czerwca 2020

Pielgrzym

W czasach gdy wszelkie społeczne interakcje zabronione są dekretem rządowym może to zapachnieć paradoksem, ale miałem dosyć ludzi. Nie żeby robili coś niewłaściwego. Po prostu byli. Za dużo i za często.

W zarzewiu pandemii otrzymałem w hucie własne biuro, na wypadek by jedno kichnięcie nie wyeliminowało całej kadry myślącej. Przyklasnąłem z radości na ten pomysł, bowiem raz, że klawo mieć własne biuro i wiadomo - mamusia będzie dumna. A dwa, że choć darzę kolegów, z którymi dzieliłem do tej pory obszar roboczy niekłamaną i w pełni zasłużoną sympatią, mają oni tą zasadniczą wadę, że nie potrafią wytrzymać piętnastu minut bez otwierania jadaczki. Ja z natury jestem rozmownym i szalenie przystępnym człowiekiem, ale w pracy chciałbym zrobić swoje i iść do domu, zająć się dalece ciekawszymi rzeczami, miast asystować kolegom w podejmowaniu kluczowych decyzji w kategorii czy tyłek wytrzeć ręką lewą czy prawą. Ot taki niekoleżeński jestem.

Także wielkie nadzieje wiązałem z własnymi czterema ścianami. Szybko przeorganizowałem pomieszczenie, które do tej pory służyło za pokój spotkań. Przesunąłem krzesła pod ścianę, stół pod okno, obok monitora postawiłem kubek na długopisy z nieco wytartym herbem Legii i zdjęcie Anieśki. Rozsiadłem się w fotelu, z niejakim wysiłkiem zwalczyłem chęć położenia butów na blacie i wtedy pukanie rozległo się po raz pierwszy. Od tamtej pory zawiasy drzwi mojego nowego biura stały się najciężej pracującym elementem w całym budynku. Ostatecznie zostawiłem je otwarte na oścież w obawie, że jeśli jeszcze jedna osoba wparuje do środka z impetem jak przeciąg, gdy właśnie wcinam batonika proteinowego, moja przyszłość będzie w dużej mierze zależeć od tego, czy ktoś pamięta chwyt Heimlicha z kursu pierwszej pomocy. 

Na domiar złego za ścianę wprowadził się Kamiński, w związku z czym ciągłe "Majkel?" słyszałem z lewej, z prawej, przez telefon i zza kartongipsowego przedzielenia...

Potrzebowałem wakacji. Z dala od ludzi. W dziczy, wśród śpiewu ptaków i szumu drzew. Potrzebowałem, żeby przez kilka godzin nikt nic do mnie nie mówił, żeby świat ... na moment ... zamknął ... japę. Nie czekając na lipcowy urlop wlepiłem więc sobie w grafiku holideja w najbliższym możliwym terminie, a dzielące mnie trzy tygodnie spędziłem na obserwowaniu prognozy pogody w Górach Wicklow. A ta rodziła serię etapów żałoby. Od euforii, przez niedowierzanie, gniew, nadzieję i w końcu akceptację. 

Wicklow Way ciągnie się przez 130 kilometrów od Marlay Park na południu Dublina, przez Góry Wicklow po niewielką wioskę Clonegall w hrabstwie Wexford. Zwyczajowo dzieli się ją na siedem odcinków, z których każdy kończy się kilkoma zwykle opcjami noclegu. Nie w czasach pandemii jednak, gdy zgodnie z rządowym edyktem wszelkie hotele, hostele i B&B zabite mają pozostać do 29 czerwca dechami i otoczone ostrokołem. Nam to jednak LOTTO było, bośmy w plecakach nieśli sprzęt kempingowy, a dwa noclegi celem naładowania telefonów i opłukania się pod skrzydłem zarezerwowaliśmy za pośrednictwem Airbnb.

Ponieważ pod Marlay Park nie było możliwości beztroskiego pozostawienia auta na tydzień, pierwsze trzy kilometry trasy pokonaliśmy samochodem do wypatrzonego na Google Maps leśnego parkingu. Dlaczego zdawało nam się, że w słoneczne niedzielne popołudnie znajdziemy choć jedno zakichane miejsce na polanie na skraju lasu oddalonego od stolicy o strzał z haclówy, bogowie naiwności tylko raczą wiedzieć. Na taką jednak właśnie ewentualność mam w zespole Anieśkę, która raz dwa zagadała lokalną babeczkę na okoliczność pozostawienie auta na jej posesji i po chwili taszczyliśmy plecaki pod górę spokojni o Princessę, która najbliższy tydzień miała spędzić bezpiecznie za solidnym ogrodzeniem.



Z racji bliskości Dublina pierwszy odcinek trasy naszpikowany był pielgrzymami, wśród których niemałe zainteresowanie wzbudzały nasze plecaki.

- WOW, you're camping. I've always wanted to do that. Dokąd zamierzacie dzisiaj dojść?

Zamierzaliśmy dojść do Knockree 18 kilometrów dalej, gdzie w czasach bardziej normalnych można się zatrzymać w imponująco prezentującym się z zewnątrz schronisku młodzieżowym. My zamierzaliśmy się rozbić kilka kroków dalej nad rzeką, blisko źródła wody, jednak plan się posypał gdyśmy wpadli na znak "NO CAMPING" poparty dla wzmocnienia przekazu nie pozostawiającym wątpliwości rysunkiem przekreślonego namiotu. Na domiar złego zaczerpnięta z rzeki woda okazała się mieć kolor zdrowej uryny. Na nic zdały się głosy, że to skutek prozdrowotnego filtrowania przez torf. Trzeba mieć zasady, nie jem żółtego śniegu - nie piję żółtej wody. Rozbiliśmy się więc na zapuszczonym polu, gdzie trawa po kolana sugerowała brak rogacizny, dwa kroki od zdezelowanego baraku pełnego szrotu wszelakiego. W środku znaleźliśmy suszarkę do ubrań, która rankiem idealnie nadała się do suszenie wilgotnych od kondensacji śpiworów.



Kolejny dzień przyniósł najpiękniejsze widoki i takąż pogodę. Sugarloaf niepodzielnie zawładnął horyzontem, a malownicza trasa poprowadziła nas górą wokół wodospadu Powerscourt do podnóża Djouce, gdzie natrafiliśmy na miejsce kempingowe niczym z podręcznika do biwakowania - płaska jak miesiąc wieczorem polana rozciągała się na brzegu szerokiego potoku, niewielki krąg z kamieni znaczył miejsce na obozowe ognisko, na skraju samotne drzewko, w tle zielone wzgórza. Nawet owce uznały, że tak krasnego pleneru nie wypada obfajdać. Gdyby nie to, że pokonaliśmy mniej jak połowę zakładanego na ten dzień dystansu, już wbijałbym śledzie w miękki torf, a tak korzystając z tego, że pielgrzymów w zasięgu wzroku niet, wygrzebaliśmy z plecaka maleńką kostkę mydła 100% organic, co to nam je Kowal przed wyprawą własnoręcznie wykonał i wskoczyliśmy do lodowatej wody.

Lżejsi o dwa kilo brudu, kurzu i potu podreptaliśmy zboczem Djouce, aż po ciągnący się przez wrzosowiska kilkukilometrowy pomost z podkładów kolejowych i w końcu Lough Dan - jezioro, które ze względu na kształt, czarne wody i jasną plażę na jednym z brzegów do złudzenia przypominało kufel guinnessa. Na tym etapie nogi powchodziły nam już w doopska po kolana, do celu pozostawał wciąż szmat drogi, a Lough Dan odbiło mi się na siatkówce i nie mogłem przestać myśleć o zimnym piwie. 

Im bliżej byliśmy celu, tym bardziej przypominaliśmy niedobitków wracających z wojny. Stopy składały mi się już wyłącznie z odcisków, a Anieśka klęła tak, że się muchy zlatywały. Po krótkim asfaltowym odcinku weszliśmy znów w las, gdzieśmy poważnie rozważali robicie namiotu - napotykane co kilka kroków ślady ogniska świadczyły, że nie bylibyśmy pierwsi. Za każdym razem powtarzaliśmy jednak sobie, chodźmy jeszcze kawałek. W końcu znów wyszliśmy na szosę, gęsto obsadzoną po obu stronach domostwami, także o biwakowaniu nie mogło być mowy. 

W okolicach godziny 21 dotarliśmy do Oldbridge. W tym miejscu mieliśmy zboczyć z trasy, by rozbić się nad jeziorem, zagadnąłem jednak miejscowego gospodarza, czy bardzo by protestował, gdybyśmy rozstawili namiot na polu za jego płotem. Odparł, że zupełnie by nie protestował, nie jego to bowiem było pole. Poradził jednak nieodległy skrawek ziemi należącej do lokalnych skautów. 

Skrawek okazał się faktycznie nieodległy, a przy tym płaski, z elegancko wystrzyżonym poletkiem idealnym pod namiot. Wyszczerzyliśmy się od siebie na ten widok z ulgą, ale długośmy zębów nie suszyli, wnet bowiem ptaki ucichły, niebo pociemniało i runęła na nas chmara maleńkich skrzydlatych piranii. Nigdy w życiu tak prędko nie rozłożyłem namiotu. To musiał być światowy rekord. Wrzuciłem do środka Anieśkę, za nią oba plecaki i w końcu sam schroniłem się pod warstwą nylonu. Natychmiast przystąpiliśmy do masakry meszek, które wnieśliśmy do środka na plecach, podczas, gdy 3 kilo pobratymców przyglądało się bezsilnie szczelnie pokrywając zewnętrzną stronę moskitiery.

Rankiem krwiopijców było niewiele mniej, więc namiot zwinąłem niemal tak szybko, jak go rozłożyłem poprzedniego wieczora i z owsianym batonikiem w zębach czym prędzej czmychnęliśmy za ogrodzenie i w dalszą trasę. 

Do przejścia mieliśmy ledwie osiem kilometrów, a na dodatek w Larragh, gdzie zmierzaliśmy, czekał na nas pierwszy nocleg pod dachem, z czystą pościelą, gorącą wodą i zimnym piwem (... jak naiwnie wówczas myślałem). 

Po dwóch godzinach marszu dotarliśmy do Brusher Hut, jednej z trzech rozlokowanych na trasie drewnianych wiat. Gdybym nie miał skrzywionej dzieciństwem potrzeby udowodnienia czegoś (to fachowa diagnoza Anieśki), wczorajszy odcinek podzielilibyśmy na dwa, zakończone właśnie pod deskami pociągniętego zieloną farbą daszku. Na naszą korzyść się to jednak obróciło, bowiem raz, że jak się okazało pod wiatką poprzedniej nocy urzędował zespół fińsko-chorwacki, który właśnie nieśpiesznie zbierał się do dalszej drogi, a dwa, że gdyśmy dotarli to Larragh, ledwie przestałem się mazać, że żaden z dwóch lokalnych sklepów nie posiada koncesji na sprzedaż piwa, niebo pękło jak stare hajdawery. Ktoś na górze wściekł się nie na żarty - siekło żabami, rybami i elektryką. 

Hektolitrom lejącej się z nieba wody przyglądaliśmy się zza przestronnego okna ciepłego pokoju sącząc mołdawskie wino i z niejakim niepokojem myśląc o fińsko-chorwackim zespole, który jak nic mierzył się wówczas z żywiołem na otwartym terenie. 

Następnego popołudnia mieliśmy się przekonać, jak im poszło...

wtorek, 21 stycznia 2020

Straż! Straż!

Nieczęsto zdarza mi się skrzyżować ścieżkę z irlandzkimi stróżami prawa, a jak już się trafi, to zwykle nie wspominam tego z uśmiechem. Głównie dlatego, że mam niezwykle precyzyjne oraz długofalowe plany odnośnie moich aktywów, które po takim spotkaniu najczęściej jestem zmuszony zrewidować. Na domiar złego pochodzę z rodziny o niezwykle bogatej tradycji unikania  mandatów. Ojciec Dyrektor ma taką bajerę, że z każdej - pozornie beznadziejnej - interwencji drogowej jest w stanie się wygrzebać. Zwykle policjant wita go słowami: "królu złoty, ja na taki wynik od rana czekam", a żegna klepiąc przyjaźnie po plecach, "dobrze panie kierowco, tym razem poprzestaniemy na ostrzeżeniu". Czasem nawet wyśle nieśmiałe zaproszenie na fejsbuczka.

Po Ojcu Dyrektorze odziedziczyłem uszy, poczucie humoru i włosy na klacie, ale nie urok osobisty. Jak żyję dwukrotnie raptem udało mi się wykręcić od mandatu. Raz pomogły dwie koleżanki w skąpych strojach kąpielowych. Innym razem zapięta pod szyję (level master) Anieśka, gdy Eyjafjallacośtamcośtam zmusił nas do podróży do kraju samochodem. Ledwie granicę Kaczogrodu przekroczyłem, a dwóch panów krawężników ustrzeliło nas na radar. Podczas gdy ja w panice usilnie próbowałem przywołać najlepsze teksty Ojca Dyrektora, Anieśka przejęła inicjatywę: a pan jak ma na imię? - Przemek. - Ależ pan ma fajoską lornetkę panie Przemku, mogę sobie popatrzeć? Dziękuję... Panie Przemku...? A czy pan to przypadkiem zamiast na przemykające auta patrzeć, to nie podgląda tej roznegliżowanej pani na balkonie? Nie ma co się czerwienić panie Przemku, jesteśmy tylko ludźmi. To co? My się będziemy już zbierać, bo rodzice czekają. 

Ha, myliłem się. Niektóre spotkania z drogówką wspominam z uśmiechem na twarzy.

W zeszłym roku wracaliśmy z wesela na Wyspach Aran. Późno już było, acz do naszej wioski niedaleko, gdy posterunkowy zamachał nam przed autem lizakiem. Zasalutował i zainteresował się, czy spożywałem tego dnia alkohol.

- Ani kropelki panie władzo - zapewniłem.
- Doskonale - pochwalił. - Bo mamy target kontroli do wykonania. Miałbyś coś przeciwko, by w balonik dmuchnąć?
- Nic, a nic - odparłem podekscytowany, bo nigdy mnie wcześniej taka atrakcja nie spotkała.
- Na pewno? Bo możesz odmówić. Nie chcemy przecież pozytywnego wyniku - zaznaczył, gestem nakreślając ogrom potencjalnej niedogodności oraz papierkowej roboty.
- Nie będzie kłopotów - obiecałem.

Posterunkowy oddalił się zadowolony do radiowozu po alkomat, a tymczasem Anieśka przypomniała mi, że rankiem oglądałem otwarcie sezonu Premier League w wykonaniu Newcastle i Arsenalu. A że na popisy Srok patrzyło się ciężko, wspomogłem się wówczas kufelkiem cydru.

Natychmiast poinformowałem o najświeższych rewelacjach gwardzistę, któremu mina zrzedła na takie dictum. Pośpiesznie schował alkomat i nakazał ruszać w dalszą trasę.

- To było osiem godzin temu, panie władzo - namawiałem. - Nie ma szans, żeby wykazało...
- Nie, nie, nie - gwardzista był nieprzejednany. - Nie będziemy ryzykować. Szerokiej drogi.

Natychmiast bezpieczniej poczułem się na szosie.

Kilka tygodni temu Kenet zwierzył mi się w pracy z kłopotów z córką. Małolata wpadła w nieciekawe towarzystwo, regularnie wracała do domu naspawana jak migomat, od tygodni nie przekroczyła progu szkoły, ujadała na matkę, ostentacyjnie ignorowała ojca, a na wszelkie próby dialogu reagowała histerią i klasycznym zestawem gróźb bez pokrycia. Kenet zabrał córkę ze szkoły (symbolicznie, bo mało kto tam ja jeszcze pamiętał), radził się dziecięcego psychologa, wziął wolne z pracy, zabrał rodzinę na wspólne terapeutyczne wakacje. Gdy wydawało się, że kryzys został zażegnany, rodzice unieśli ociupinę szlaban, a małolata znowu poszła po bandzie.

Z braku lepszych pomysłów Kenet z małżonką poszli po poradę do szeryfa.

Kiedyś w Polsce stawiłem się na komisariacie, by zgłosić kradzież portfela. W sensie mojego portfela, nie żebym się przyznawał. Policjant za biurkiem rzucił mi tak zszokowane spojrzenie, że nagle zapragnąłem wyjść przed budynek upewnić się, czy przypadkiem nie przyszedłem przez pomyłkę zgłosić przestępstwa w sklepie mięsnym. Chciałem tylko podkładkę, na wypadek gdyby ktoś użył moich dokumentów (co się zresztą stało; w salonie Idei - tak odległe to były czasy), ale dzielny stróż prawa aktualnie śrubujący rekord w węża na Nokii przez krótki moment myślał, że oczekiwałem wszczęcia jakiegoś dochodzenia, bądź innej niedorzeczności...

Tymczasem irlandzkie to serve and protect ma znacznie bardziej ludzki wymiar, bo szeryf skrzyknął oddział SWAT, antyterrorystów, dwie jednostki zmotoryzowane i saperów w akcji pod kryptonimem Wielka Mistyfikacja. Wraz z ekipą zaczaił się na pannę, gdy ją matka do pracy w lokalnym fast foodzie odwoziła. Zatrzymał, z zachowaniem wszystkich pozorów zaprosił na zewnątrz samochodu, przetrzepał plecak, w którym znalazł solidne zapasy fajkowego ziela i zapewnił, że jest w posiadaniu informacji, jakoby małolata była baronową w lokalnym światku narkotykowym. Z kieszeni wyciągnął więzienne menu, dość obrazowo opisał uroki dokonywania higieny intymnej w towarzystwie tuzina kryminalistek ... a wszystko z pełną powagą na twarzy.

Generalnie takiego boja Kenetównie napędził, że dziewczę teraz nawet na widok oregano napełnia pielusię. Nie pyskuje, nie protestuje, nie zagląda do sedesu przed spuszczeniem wody. Wynosi śmieci, pomaga staruszkom przejść przez ulicę, a rodziców traktuje z szacunkiem stwórcom należnym. Do rany przyłóż...

A wszystko dzięki mundurowemu, który uznał za uzasadnione wyjść ciut poza zakres swojego job description...

piątek, 2 marca 2018

Hu hu ha

Ta lodówka mogła nam się zepsuć w znacznie gorszym momencie. Mógł być środek lipca, za oknem upalne irlandzkie lato, 21 stopni w słońcu i ciepły deszcz. Tymczasem całe nasze żelazne rezerwy żywności przetransportowaliśmy na okienny parapet, a mrożonymi pierogami świątecznymi wciąż można skutecznie ciskać w charakterze samoobrony. 

Wyłącznie z powodu awarii chłodziarki nie poddaliśmy się ogólnonarodowej histerii i nadchodzącą epokę lodowcową, którą w krajach Europy kontynentalnej określa się mianem pięknego lutowego poranka, powitaliśmy uzbrojeni w butelkę rumu, napoczętą zgrzewkę wody, tuzin jajek, paczkę bekonu, kilka puszek fasoli i wspomniane świąteczne pierogi. Mieliśmy jeszcze kabaczka, ale przepadł na mrozie.

Tymczasem, gdy irlandzcy meteorolodzy w odpowiedzi na prognozę obfitych opadów śniegu i minusowej temperatury zapowiedzieli 26-godzinny Czerwony Alert, tubylcy tłumnie ruszyli do sklepów czynić zapasy jak na wojnę nuklearną, a sceny przy półkach z pieczywem nierzadko przypominały niechlubną walkę o karpia w Lidlu. 

Dżejson już w środę zapowiedział, że jak śniegiem sypnie, to on to cznia i do huty się nie wybiera. Dżejson to nie koleżka, co z byle powodu do pracy nie przyjdzie. Odkąd razem pracujemy, a będą to przeszło cztery lata, zdarzyło mu się to raz, a nieobecność poparł wówczas zdjęciem elegancko obitej facjaty po własnym wieczorze kawalerskim. Niemniej obśmialiśmy go bezlitośnie, że płatek śniegu zobaczył i zafajdał pantalony. 

Ostatni śmiał się jednak Dżejson, gdy kilka minut przed siódmą zadzwoniłem do biura informując, że się spóźnię, albowiem do huty cisnę z buta, jako że nie zdołałem pokonać takiego wzniesienia za oknem. Princessa kołami zabuksowała jeszcze na osiedlu. Do tej pory nie zauważyłem, że mamy w tym miejscu mikroskopijne nachylenie. Tą przeszkodę jeszcze udało mi się pokonać, gdy jednak oślepiony lampką systemu kontroli trakcji i ABSu dojechałem pod wzniesienie, przed którym zwykle zrzucam łańcuch rowerowy na najniższą przerzutkę, na desce rozdzielczej wyskoczył czerwony komunikat 'not a chance'. 

Dopiero po powrocie do domu dostrzegłem, że przednia opona od strony pasażera gładziutka jest jak plastikowa butelka, a co za tym idzie na mrozie równie przyczepna.

Nie tylko Dżejson śmiał się ostatni. Kilka tygodni temu wykpiłem Mary i Shauna za ich pomysł wyjazdu do Tajlandii. Mary i Shaun zwykle przemierzają szlaki nieco mniej uczęszczane. Ktoś mógłby nawet powiedzieć egzotyczne, nie narażając się przy tym na śmieszność. Laos, Sri Lanka, Kambodża... Tajlandia wyglądałaby w ich dorobku jak album Americana w dyskografii grupy The Offspring. Koniec pewnej epoki i upadek ideałów.

Tymczasem kilka dni później zadzwoniłem do Mary przyznać się do wyjazdu na Lanzarote. Wolałem, żeby dowiedziała się ode mnie. Latem wymyśliliśmy jechać w dzicz Kaukazu, a co za tym idzie na tradycyjne przedwiosenne Waikiki urlopu nie stało. Słońca, plaży i szumu fal zapragnęliśmy jednak nienegocjowalnie, stąd szybki strzał na Lanzarotę. Trzeba być otwartym na nowe kierunki i na własnej skórze przekonać się what is all the fuss, bo my na Kanarach jeszcze nie byli. Tak to Mary tłumaczyłem, ale rzuciła słuchawką

Jak się lodowiec nie wycofa, to i tak nie pojedziemy, bo to już jutro...

Rankiem zamieniłem przednie opony z tylnymi, zrobiłem próbną rundę po zasypanym śniegiem osiedlu. Princessa z gracją sunęła przez zaspy jak lodołamacz, co innego jednak zaprzątało już na tym etapie moją uwagę.

Kontrolka paliwa.

Gwiżdżąc bowiem na społeczny wymóg zbieractwa i magazynowania, ciut przeholowałem w druga stronę i nie pomyślałem o zapasie paliwa. Wobec całego kraju zatrzaśniętego na amen na czas Alertu, okazać się miało, że na Lanzarote nie pojedziemy nie z powodu odwołanego lotu, nieprzejezdnych dróg, czy łysych opon, a ... z braku benzyny.

Szczęśliwie technologia zawędrowała do nas na wieś, a z nią jeden na całą wioskę samoobsługowy dystrybutor otoczony złotą poświatą. Śnieg nie śmiał wokół niego zalegać, ni mróz trzaskać. Przysiągłbym bym nawet, że cichutki anielski chór słyszałem, gdy paliwo popłynęło do baku.

Pewna grupa ludzi ma zawsze szczęście..., mruknąłem. Witold, który ruszył ze mną na poszukiwania otwartej stacji benzynowej w nadziei, że znajdzie również piwo, uniósł pytająco brew...

W niektórych zawiłościach języka polskiego jeszcze się nie odnajduje...

poniedziałek, 25 września 2017

Prohibicja

Jest słoneczny niedzielny, irlandzki poranek. W rozmemłanej, flanelowej pościeli budzę się sam. Anieśka od dwóch godzin dogląda turnieju karate. Naciągam kołdrę na głowę, by skraść jeszcze kilka leniwych chwil nim wstanę i zacznę żyć, jednak kiełkująca w głowie myśl o frittacie z wędzonym łososiem i mocnej kawie, wyrywa mnie z pieleszy. Biorę szybki prysznic i zbiegam na dół, do kuchni. Otwieram lodówkę. Niewielki brokuł na dolnej półce wyciąga do mnie oskarżycielsko różyczki, całkiem słusznie upatrując we mnie głównego winowajcę swej przytłaczającej samotności. Chwytam jabłko, by uciszyć uczepiony obietnicy frittaty żołądek i ruszam w kierunku najbliższego geszeftu.

Sklepowymi alejkami przemykam like a man on a mission. Wciskam pod pachę tuzin jajek, łapię w garść łososia, słodka paprykę i paczkę pomidorów koktajlowych. Przemierzając w drodze do kasy alejkę z alkoholem, przypominam sobie, że dziś Newcastle mierzy się z Brighton, więc bez zastanowienia chwytam w wolną rękę sześciopak piwa.

Docieram do kasy. Rzucam sprawunki na taśmę. Pani w pasiastej koszuli skanuje warzywa, chwyta w dłonie sześć małych buteleczek...

- Trochę za wcześnie na piwo - mówi z uśmiechając się nieśmiało.

Cóż za oryginalny tekst, żeby zagadać, myślę.

- Nigdy nie jest za wcześnie na piwo - odpowiadam, wykrzywiając twarz w czymś, co w nieco gorszym świetle i przy subtelnej podpowiedzi, mogłoby ujść za łobuzerski uśmiech.

- Tak, wiem. Mam na myśli, że niedzielę alkohol sprzedajemy dopiero od 12:30.

Gdyby to był film, zabrzmiałby teraz zgrzyt gramofonowej płyty...

wtorek, 29 sierpnia 2017

Pogoda dla bogaczy

Siedzę ja sobie z niedawna w zakładowej kantynie na zasłużonej przerwie nad talerzem bogatego w kwasy omega 3 lunchu. Wokół tylko puste stoły i krzesła - dzienna zmiana poszła już do domu, wieczorna jeszcze nie podbiła kart pracowniczych. W tle cichutko szumi zmywarka do naczyń. Zepsuta jarzeniówka mogłaby migotać gdzieś w rogu, co by ładnie dopełnić opisu pomieszczenia, ale u nas we hucie nawet żarówki nie śmią funkcjonować poniżej przyjętych standardów.

Wtem dobiegają mnie słowa, które w poważnym kontekście padają na Zielonej Wyspie niezwykle rzadko:

"...prognoza pogody na nadchodzące dni jest bardzo dobra..."

Zastrzygłem z ciekawością uszami, zerkając na wiszący na ścianie telewizor. Na ekranie elegancko ubrany dżentelmen żywo gestykulował na tle multimedialnej fototapety upstrzonej chmurkami. Dżentelmen ciągnął dalej:

"... sucho wprawdzie nie będzie, ale tak bardzo mokro znowu też nie. Temperatura będzie wysoka - od 20 do 21 stopni."

Myślałem, że to jakiś blok komediowy, ale nie. W sierpniu! W sierpniu takie wieści pan Pogoda z najzupełniej poważną miną serwuje.

Szczęście, że za kilka dni ruszamy do Grecji. Jakby w Grecji usłyszeli, co nas w nadchodzących dniach czeka, to by paczki z żywnością i pomoc humanitarną zaczęli szykować.

wtorek, 11 września 2012

bzzzZZZ... ŁUP!

Nie taka Irlandia straszna, jak ją emigracja rysuje. Pogoda jest faktycznie do kitu - jeszcze kilka deszczowych dni, a ulicę trzeba będzie przekraczać kraulem. Choć z drugiej strony jak śmy w Polszy nie z dawna bawili, upał by taki, że się Anieśce lakier na paznokciach gotował. Jak sobie można w cieniu gruszy poleżeć, ze złocistym trunkiem w turystycznej lodówce w zasięgu ręki, to może i to fajne jest. Ale jak trzeba przemykać sprintem miejskimi uliczkami, co by butów w miękkim asfalcie nie pogubić, to już jest nie bardzo.

Tymczasem w Irlandii temperaturowych ekstremów niet - na upały liczyć co nie ma, ale w zimie ryzyko odmrożeń też nie istnieje. Jak powiedział znajomy woźnica: idealna pogoda do pracy.

Ludzie faktycznie ciut niedouczeni, czasem błysną ilorazem inteligencji oscylującym wokół temperatury pokojowej, a dyliżansem powożą, że się nóż w kieszeni otwiera, za to serdeczni są i pomocni. Czasem do przesady, bom naocznym świadkiem był jak przed przejściem dla pieszych panna zatrzymała auto swoje i kilku zdumionych kierowców za nią, by wielkopańskim gestem zachęcić grupkę przechodniów do przekroczenia ulicy na czerwonym świetle.

Szanują się ludzie nawzajem, nie ma tu hejterstwa, trollowych komentarzy i znieczulicy. Jak w Dublinie w biały dzień grupka młodzieży wschodniej pannę do furgonetki wciągnęła, to ich zaskoczonych pospolite ruszenie kilkaset metrów dalej osaczyło i pannę odbiło. A jak się na mnie pod warszawskimi domami centrum dwóch łepków dopuszczało pobicia z próbą rozboju, to ludzie tylko czubki własnych butów w biegu studiowali.

W sklepie z częściami samochodowymi sprzedawca sprzęgła nie widział nawet na obrazku, a doradca klienta wie tyle o produkcie, ile napisane jest na pudelku. Gdy się jednak zjawi w sklepie klient z reklamacją, ale bez rachunku, okazuje się, że się da. Bo oni kopię mają i im się chce.

I komarów w Irlandii nie ma. A w zasadzie to nie było, bo najwyraźniej na Zieloną Wyspę przybyła nowa fala emigracji. Siedem lat w Irlandii jednego, zbłąkanego moskita ja nie widział. A teraz co noc - na lepszy sen - zabijam w łazience tuzin małych krwiopijców. Póki co prewencyjnie, bo udziabać, jeszcze nikogo nie udziabały. Jakieś takie niegramotne są, jakby właśnie wysiadły z autokaru Polonia Travel i nie bardzo wiedziały, którędy dalej.

Mnie się zdaje, że im chłopa trzeba. Po korytarzu przetaczają się już wielkie komarze samce. Jedno tete a tete, latające pijawki dodadzą dwa do dwóch i im wyjdzie, że w sypialni pod kołdrą pochrapują dwa wielkie worki żarcia.

I wtedy się zacznie.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Never stop exploring

Jeszcze w Tanzanii nasi nowi znajomi, dla których wyprawa krajoznawcza do Indii to jak dla mnie ekspedycja do Centry po sześciopak i paczkę precli, uprzedzali, że powrót do rzeczywistości okazać się może cokolwiek bolesny. Po szczytowaniu na dachu Afryki ciężko zacząć zwyczajnie wstawać, ubierać się, żyć, rozbierać się i spać. Toteż prewencyjnie jeszcze na Czarnym Lądzie kreślić poczęliśmy z Kostkiem szkic pod nową wyprawę. Never stop exploring, jak głosi hasło reklamowe naszego głównego dostawcy sprzętu.

Maciek i Marek obiecali po powrocie skontaktować nas z godnymi polecenia alpejskimi przewodnikami, którzy palcem pokażą nam którędy na Mont Blanc. To w sierpniu, czyli niemal w przyszłym życiu, także na podtrzymanie nabyliśmy okazyjnie bilety do Triestu, położonego u stóp bardzo podobnież malowniczych Alp Julijskich.

Tymczasem, by buty trekkingowe przewietrzyć, postanowiliśmy zapoznać się bliżej z ofertą naszej obczyzny. Irlandia z gór raczej nie słynie, jej najwyższy szczyt liczy raptem 1039 metrów wysokości. Gdy się jednak nie ma co się lubi, to się kocha z kim się śpi i z tym nastawieniem ruszyliśmy na Carrantuohill.

Na najwyższy szczyt Irlandii nie prowadzi żaden oznakowany szlak. Ba, na głównej drodze próżno szukać choćby drogowskazu znaczącego zjazd na Carrantuohill. Z Killarney kierować należy się drogą N72 na Killorglin, by odbić w lewo zgodnie ze znakami na Gap of Dunloe. Tam już pojawia się pierwszy drogowskaz prowadzący na niewielki parking. Na parkingu napis na pokaźnej puszce informuje rozczulająco, że opłata za pozostawienie samochodu wynosi dwa jurandy. Wokół ni żywego ducha. Nawet byśmy te dwa euro uiścili, ale z ostatnich drobnych oskubani zostaliśmy na autostradzie, a próba wydobycia reszty mogłaby być opacznie odebrana przez ewentualnych amatorów trekkingu.

Wrzucamy plecaki na garby i ruszamy na spotkanie góry. Zaczynamy z pułapu 140 m n.p.m. Masyw Macgillycuddy`s Reeks (a tubylcy śmieją się z naszych długich nazwisk) układa się w efektowną podkówkę wokół dwóch niewielkich jeziorek. Ku naszemu zaskoczeniu wszystkie szczyty toną w śniegu.

Przez pierwsza godzinę trasa wiedzie po płaskim, nieco podmokłym terenie. U stóp góry ścieżka zatacza koło i wraca na parking. My po zdradliwym, mokrym podłożu brniemy dalej. Niejako przy okazji mamy szansę przetestować nieprzemakalność butów. Ostatecznie każdy z nas choć raz ląduje po samą kostkę w wodzie.

W końcu docieramy do bardzo stromego żlebu, zwanego Drabiną Diabła. Zgodni jesteśmy co do tego, że nie doceniliśmy góry. Żlebem zwykle płynie strumień, o tej porze roku jednak zamarznięty. Podejście najeżone jest soplami. To czego lód nie związał, usypuje się spod stóp. I bez kitu jest stromo.

W połowie Devil`s Ladder Anieśka postanawia zawrócić. To nie jej dzień jak twierdzi. Trzęsą jej się nogi i przeraża oblodzone wejście. Za ładna jest, żeby ryzykować uszkodzenia twarzoczaszki. Sprowadzam ją kilkadziesiąt metrów w dól i wracam do chłopaków oczekujących na mnie na szczycie żlebu.

Zagadujemy napotkanego górołaza jak daleko na wierzchołek.

- Czterdzieści pięć minut - odpowiada - w tych warunkach pogodowych może nawet godzina.
- Wejdziemy w pół godziny? - pytam Kostka jak przystało na samca alfa.
- Na miękko! - rzuca bez mrugnięcia okiem.

Weszliśmy!

A z góry panorama iście alpejska. Gdybym nie zobaczył na własne oczy, nie uwierzyłbym, że to Irlandia.

Ha, niech te wszędobylskie owce tu spróbują bobków nasadzić.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Na zachodzie bez zmian

U progu pełnoletności wraz z grupką znajomych ze szkolnej ławki spędziliśmy dwa tygodnie za Odrą w ramach uczniowskiej wymiany. Kilka miesięcy później, gdy przyszło  zrewanżować się zachodnim sąsiadom za ich gościnność, udaliśmy się z Ojcem-Dyrektorem na Centralny, by przetransportować naszego Niemiaszka na kwaterę. Na miejsce przybyliśmy tradycyjnie taktownie spóźnieni - właśnie w najlepsze trwała wymiana uprzejmości między polską i niemiecką młodzieżą, do której natychmiast z resztą ochoczo się przyłączyłem.

Później tego dnia Ojciec-Dyrektor zachwycał się, że w zgrai witającej się na peronie dzieciarni nie potrafił odróżnić kto Jan, a kto Helmut. Nie mógł wprawdzie wtedy widzieć, że starczyło wyłuskać z tłumu ładne dziewczyny i swego syna, by wytyczyć granicę przejrzystą jak ta oparta na Odrze, ale nie o to się mnie tu rozchodzi. Sednem jest, że był to ostateczny dowód na zatarcie się różnic między nami a zachodem.

Wtedy nie bardzo rozumiałem kompleks zachodu, ale w przyrodzie nic nie ginie. Lata minęły, wyjechałem za granicę, a historia zatoczyła koło. Teraz mnie się wydaje, że wszystko co dobre jest na zachodzie. Ładniej jest, ciekawiej, a ludzie są szczęśliwsi. Każdy kolejny wypad na drugie wybrzeże Irlandii zdaje się to potwierdzać.

Tydzień temu, gnani prastarym uwielbieniem dla zachodu, załadowaliśmy się w samochód i obraliśmy azymut na Connemarę.

Na pierwszy ogień poszło opactwo Kylemore - podobnież najczęściej fotografowane miejsce w Irlandii, co brzmi nawet prawdopodobnie. Wybudowany przez bawełnianego potentata z Manchesteru pałac, przekształcony w latach późniejszych na klasztor wydaje się być żywcem wyjęty z bajki Disney`a. Usytuowany nad brzegiem jeziora, otoczony górami neogotycki gmach z szarego kamienia - trudno o bardziej malownicze miejsce.

Dzięki wskazówkom Pendragona zakradliśmy się na tyły klasztoru, zignorowaliśmy zakaz wstępu i zarośniętą, leśną ścieżką ruszyliśmy w górę wzniesienia osłaniającego opactwo Kylemore.

Z tym zakazem sprawa nie jest w sumie jednoznaczna. Z jednej strony bowiem grodząca dostępu do ścieżki furtka opatrzona jest niepozostawiającym wątpliwości znakiem "Danger, no entry", z drugiej natomiast pobliska tabliczka informuje, że "visitors use this path at their own risk". Sama furtka też nie jest zabezpieczona zamkiem, z którym średnio rozgarnięty sześciolatek by sobie nie poradził. Zapewne dlatego, że ścieżkę w kierunku przeciwnym pokonać można na całkowitym legalu. Najwyraźniej w tym układzie nie jest już niebezpieczna. Także Wysoki Sądzie ciężko oprzeć się wrażeniu, że ktoś mówi nam 'zakaz wstępu' jednocześnie puszczając sugestywne oczko.

A zakaz warto złamać, bowiem dwadzieścia minut niewymagającego podejścia prowadzi do statuy Jezusa w pozycji a`la Rio de Janeiro, tyle że z kapitalnym widokiem na dolinę. Posąg ustawiły siostry benedyktynki w podzięce dla Szefa, który po latach tułaczki sprowadził je do Kylamore.

Będąc w Kylamore nie można nie zawadzić o znajdujące się na terenie opactwa wiktoriańskie ogrody. No chyba, że do finału MŚ w piłce kopanej pozostała godzina.

Mecz obejrzeliśmy w Clifden, a zaraz po koronacji nowych mistrzów ruszyliśmy w miasto. Zwabieni dźwiękami irlandzkiej muzyki zakotwiczyliśmy w pubie E.J.King`s, gdzie przygrywała kapela Sumbrellas. Chłopaki grali żwawo i z przytupem tośmy postanowili w tej knajpce eksplorację urokliwego skądinąd miasteczka zakończyć, a nawet nabyć krążek zespołu. Z okazji tej transakcji liczyliśmy na piosenkę bonusową, ale nas grajkowie z tropu nieco zbili twierdząc lakonicznie, że Galway Girl nie znają. 

Gdy tylko ucichły ostatnie nuty, przystąpiliśmy do bratania się z miejscową ludnością, co łatwe było jak zabranie siedmiolatkowi lizaka. Trudno o bardziej otwartą i przyjaźnie nastawioną osobę niż Irlandczyk po trzech guinnessach. Znikam na chwilę w toalecie, gdy wracam Anieśka rozmawia już z dwoma starszymi facetami. Przypadkiem potrącam jakiegoś koleżkę - mówię 'sorry', ten uśmiecha się i klepie mnie przyjaźnie po plecach. Za chwilę przysiadają się do nas chłopaki z Sumbrellas. Tłumaczą dlaczego w geście protestu nie grywają Galway Girl. Anieśka przymierza kapelusz Emetha, podczas gdy ja i Fede ucinamy sobie pogawędkę na temat włoskiej piłki. Urodził się pod Mediolanem, ale od zawsze kibicuje biało-czarnym barwom Juventusu - jak ja. Obiecujemy sobie spotkać się na najbliższym występie w Dublinie, po czym kapela zwija manele i rusza do Galway. Obok nas przechodzi kolejny Irlandczyk. 'Widziałem Cię na meczu, krzyczałeś Holland', zagaduje ze śmiechem. 'I did not', odpowiadam udając oburzenie. Rozmawiamy chwilę, mówię skąd jesteśmy i co na jutro planujemy.'Glencoaghan Horseshoe!?', komentuje zaplanowaną na jutro dziewięciogodzinną wyprawę po pięciu z dwunastu szczytów masywu górskiego Twelve Bens, 'wejdźcie na jednego, rozejrzyjcie się i wracajcie do pubu!'. Przed wyjściem z knajpy zaczepia nas jeszcze Siergiej. Usłyszał polską mowę - my Słowianie musimy się trzymać razem. Za moment dołącza do nasz jeszcze jeden Irlandczyk. Przez chwilę wyzywa się z Siergiejem od bastardów i bollocksów, by zaraz poklepać się serdecznie po plecach. Znają się od lat.

Następnego ranka zgodnie uznaliśmy, że nie jesteśmy w optymalnej formie, by ruszyć w góry na dziewięć godzin. Trzysta czterdzieści dwa Carlsbergi i sto sześćdziesiąt siedem Bulmersów wystarczyło, by wspinaczka na drugie piętro hotelu wywołała zadyszkę i migotanie komór serca. Glencoaghan Horseshoe pozwoliliśmy więc zostać powodem, by do Connemary kiedyś wrócić, decydując się tymczasem na znacznie mniej inwazyjną wyspę Omey.

Wyjątkowość wyspy polegać ma na tym, że dwa razy w ciągu doby odpływ odsłania piaszczystą groblę, którą swobodnie można się na Omey przedostać. Tylko ... nie bardzo wiadomo po co. Przewodnik coś nieśmiało przebąkuje o starym cmentarzysku i studni św. Fechina, która radzi zbłąkanym i spełnia życzenia. Mimo uważnego przestudiowania mapy i przepytywania z rzadka spotykanych turystów studni nie udało nam się odnaleźć. Tak nam się w każdym razie wydawało, póki nie wróciliśmy do domu, gdzie przy wsparciu internetu udało się ustalić, żeśmy niesłusznie nastawili się na dół z wodą. Studnią okazało się być coś, cośmy błędnie wzięli za groteskowy koci kurhanik. Tyle w kwestii rad i życzeń. Szczęściem o to co ważne poprosiłem już wpisem w księgę w opactwie Kylamore. Anieśka też.

Nim na dobre opuściliśmy Connemarę, raz jeszcze postanowiliśmy skorzystać z cynku Pendragona i odwiedzić koralową plażę w Carreroe. Krystaliczna woda i usypane skamieniałymi trupkami koralowców nabrzeże ściągają w to miejsce sporo turystów w samochodach kempingowych. Plaże nie jest duża - strach pomyśleć co by się tu działo, gdyby dojazd był właściwie oznakowany. Bo Carreroe wydaje się być dość pilnie strzeżoną tajemnicą.

Na plaży przeważa niemiecki i francuski. W powietrzu czuć zapach smażonego na turystycznych kuchenkach gazowych obiadu. W morzu szaleje dzieciarnia poprzebierana w pianki - mimo środku lata woda zimna jest jak Carlsberg w E.J. Kings. Po krótkim, poprawiającym krążenie spacerze po maleńkich szkielecikach, ładujemy się w auto i ruszamy w drogę powrotną.

Jeszcze tylko wyspy Aran i zachód Irlandii uznać możemy za zaliczony.

A gdyby ktoś na fotki reflektował, to ja tutaj zapraszam.

sobota, 19 czerwca 2010

Cruchan Aigli piętnaście wieków później

Rok niemal minął odkąd pierwszy i zarazem ostatni raz postawiliśmy stopy w hrabstwie Mayo. Hrabstwie, które z miejsca stało się moim ulubionym. Za zielone góry, błękitny ocean i sikające do mleka skrzaty. Za kapitalny krajobraz, zero komerchy i tą Irlandię jak na filmie - gdzie główny bohater wyjeżdża i nagle odkrywa, co jest w życiu naprawdę ważne.
Nim jeszcze ubiegłoroczny wypad do Mayo dobiegł końca, powzięliśmy żelazne postanowienie powtórzyć go przy najbliższej nadarzającej się okazji. Pewne rzeczy doprowadzić należy do końca, a w naszym wypadku oznaczało to zdobycie Croagh Patrick.
Croagh Patrick nie jest górą wysoką – ledwie nieco ponad siedemsetmetrowym wzniesieniem. I pewnie pozostałoby jednym z wielu niczym niewyróżniających się pagórków w Irlandii, gdyby półtora tysiąca lat temu pewien oszołom imieniem Padraig nie wdrapał się na szczyt wzgórza zwanego jeszcze wówczas Cruchan Aigli (Orla Góra w wolnym tłumaczeniu), by - kuszonym przez diabła kanapkami z baraniną - pościć tam przez czterdzieści dni, co dość zagadkowo w dalszej konsekwencji skłoniło wszystkie węże do opuszczenia wyspy.
Dzięki temu Croagh Patrick stało się najsłynniejszą górą Irlandii, każdego roku zdobywaną przez tysiące pielgrzymów, nierzadko boso.
Ubiegłego roku Góry Patryka zdobyć się nie udało, bo się jaśnie państwu zachciało śniadania do hotelowego łóżka. Mayo może być krainą baśniową, ale podejściem do zegarka nie różni się od reszty wyspy – ósma rano oznacza coś pomiędzy dziewiątą a dziesiątą. W efekcie prom na wyspę Clair odpłynął bez nas, a my stanęliśmy przed dylematem: wyspa następnym promem lub Croagh Patrick.
Mimo pełnej mobilizacji do Mayo wrócić udało się dopiero kilka dni temu. Pogoda do wyjazdu nie zachęcała, aleśmy szczęśliwie mieli cynk, że na zachodzie słonecznie i bezchmurnie, co wyjątkowo okazało się prawdą - z każdym kilometrem z nieba ubywała kolejna chmura, aż Mayo powitało nas niczym nie zakłóconych błękitem.
U stóp wzgórza pouczyłem jeszcze Anieśkę, że odkąd spędza na kanapie przed laptopem tyle czasu ile ja na siłowni, basenie, tenisie, joggingu, squashu i piłce nożnej łącznie, zdobycie szczytu przysporzyć może jej niejakich problemów. Bo choć 765 metrów nad poziomem morza respektu nie budzi, to jednak startujemy z poziomu morza właśnie. Jasnym jest, że będzie wymagała dość częstych postojów, ale niechaj się nie krępuje, w razie potrzeby dwa paluszki w górę podniesie, bądź umówiony znak-sygnał: 'yehyyuarghhh' wykrztusi, a krótki popas zarządzimy.
Anieśka grzecznie odprawy wysłuchała, po czym ruszyła raźnym krokiem pod górkę, a przez następne dwie godziny widziałem jedynie jej plecy, z rzadka tylko przysłaniane ciemnymi plamami, a wówczas dwa paluszki podnosiłem, bądź wołałem: 'yehyyuarghhh' i śmy na chwilkę przystawali.
Góra Patryka tylko troszkę wyższa jest od naszej Łysicy, tylko z braku lepszego słowa nazywanej szczytem, a jednak swoje na zboczu trzeba zostawić, aby dostać się wierzchołek. Dosłownie, jeśli ktoś - kierowany dziwnym pojęciem religii - decyduje się na wspinaczkę boso. Trasa jest stosunkowo krótka, a przez to stroma, z morderczym 20-30 minutowym finiszem po gigantycznym kopcu kamieni. Z pewnością nie dla każdego, a szkoda, bo panorama ze szczytu wiele może wynagrodzić.
Choć w dalszym ciągu polecam buty.
A jeśli ktoś chce spełnić dobry, chrześcijański uczynek kopanie studni w Etiopii.
I knajpkę The Tavern nieopodal Patryka, a zwłaszcza filet z kurczaka w sosie z białego wina i pieczarek polecam. Choć istnieje szansa, że w zaistniałych okolicznościach fasolka po bretońsku z polskiej, przydrożnej przyczepy kempingowej jawiłaby się jako pierwszorzędny smakołyk.
No i kilka zdjęć polecam.

niedziela, 23 maja 2010

Wilki morskie

Na poszarpanym na wysepki południowo-zachodnim narożniku Irlandii, niespełna sto kilometrów od Corku znajduje się niewielkie miasteczko Baltimore. Niegdyś ponoć siedziba władców Munsteru, dziś nieduża, portowa mieścinka, której ludność w sezonie wzrasta niemal dwukrotnie pod napływem właścicieli okolicznych domków letniskowych oraz amatorów nurkowania i dużych ryb. Wizytówką Baltimore, którą miejscowi zamieściliby najchętniej na pocztówce, jest z całą pewnością ponad dwustuletnia latarnia nabrzeżna, zwana Żoną Lota, będąca elementem dawnego brytyjskiego systemu wczesnego ostrzegania. Głównym kapitałem miasteczka jest jednak jego prawdziwie irlandzka lokalizacja - zaciszna, leniwa, z dala od szlaków turystycznych, a przy tym wyjątkowo malownicza, z nagimi klifami i poszarpaną linią brzegową. Takie filmowe wyobrażanie Krainy Deszczowców, gdzie czas płynie powoli, głównie w pubie.

W bezpośredniej okolicy, na dnie Atlantyku butwieje szereg zatopionych statków z niemiecką łodzią podwodną i olbrzymim transportowcem Kowloon Bridge - największym, znanym europejskim wrakiem na czele, które regularnie ściągają do Baltimore zastępy ludzi w płetwach.

Oprócz ton pordzewiałego żelastwa wody Atlantyku w tym miejscu oferują również ławice ryb dochodzących nawet do trzech metrów długości, a w miejscowym porcie wypożyczyć można niedużą krypkę, w zestawie z kapitanem i sprzętem do wędkowania. I właśnie ten punkt oferty turystycznej Baltimore skłonił naszą siedmioosobową ekipę, by o godzinie piątej nad ranem wyruszyć w trzystudwudziestokilometrową trasę tam gdzie diabeł mówi 'trzymaj mnie za ogon, bo mnie ta ryba wciągnie'.

O ile Baltimore oglądane z lądu prezentuje się bardzo malowniczo, o tyle ten sam widok z poziomu oceanu ... jest absolutnym mistrzostwem świata. Skaliste nabrzeżne urwiska, porozsiewane wokół maleńkie, ostre jak riposta Wojewódzkiego, skaliste wysepki, mewy, delfiny i falujący ocean. Gdyby gdzieś na skałce siedziała Bachleda-Curuś, mógłbym umrzeć tam i wtedy. Nie siedziała więc zadowolić musieliśmy się makrelami. A tych więcej było jak Chińczyków.

Wędkowanie w naszym wydaniu zwykle polega na zarzuceniu przynęty, piciu piwa, grillowaniu i męskich rozmowach. Czasem coś się złapie, ale zgodnie traktujemy to jako wypadek przy pracy, toteż, gdy rekordzista za jednym razem wyciągnął pięć makreli, podekscytowaliśmy się jak pies w mięsnym.

Zapełniwszy rybami pierwszą skrzynkę ruszyliśmy na dorsze i rdzawce. I choć tu sytuacja troszkę się uspokoiła, zgodni byliśmy co do tego, że środki i czas zainwestowane w wyprawę właśnie się zwróciły. A wiedzieć jeszcze podówczas nie mogliśmy, że za nieco ponad godzinę znów zacznie się szaleństwo: rekiny, sięgające półtora metra morskie węgorze i dorsze w zasadzie same wskakujące do łódki.

Ja już jednak w tym udziału nie brałem. Mimo, że prewencyjnie nafaszerowałem się aviomarinem i konsekwentnie odmawiałem w drodze alkoholu, z siedmiu godzin rejsu, ostatnie trze spędziłem przewieszony przez burtę, kolory zmieniając jak kameleon. Przybiwszy do portu stały ląd całowałem jak Kolumb.

Następnym razem i tak płynę. Świeżo wyjęty z Atlantyku dorsz na maśle jest tego wart.

Fotoreportaż - skromny bom był bardzo zajęty - tu.

poniedziałek, 10 maja 2010

Lunatycy...

Znajoma miała wypadek. Pozornie niepoważny, ale dla auta w skutkach śmiertelny, a dla samej prowadzącej nieprzyjemny w dwójnasób. Raz, że kilka następnych dni spędzić musiała córka Hołowczyca na szpitalnym łóżku, a dwa, że był to szpital irlandzki, w związku z czym najprzyjemniejszym dla głównej zainteresowanej punktem niniejszej historii był sam moment wypadku.

O totalnej niekompetencji irlandzkiej służby zdrowia powiedziano już chyba wszystko, choć nazwanie jej irlandzką uchodzić może za pewne nadużycie, skoro znakomita większość lekarzy na imię ma Rashid. Co innego jednak niekompetencja, a co innego brak podstawowych ludzkich odruchów i wydawałoby się charakterystycznej dla pionu medycznego chęci niesienia pomocy.

Schody zaczęły się na recepcji ostrego dyżuru. Pani Z Okienka, Mająca Te Dni Wymalowane Na Twarzy, kategorycznie odmówiła puszczenia do pacjentki kogokolwiek za wyjątkiem męża. Na nic zdały się tłumaczenia, że mąż po angielsku nie bardzo, a sprawa jest w sumie nieco ważna, więc może chociaż jednoosobowe wsparcie lingwistyczne... Nie! Pielęgniarka jest nieodwracalnie nieupoważniona do udzielenia jakichkolwiek informacji o stanie pacjentki osobom spoza rodziny - nawet sama poszkodowana upoważnić jej nie może. Trochę to dziwne, ale zasady są zasadami. Zasiedliśmy więc w poczekalni, podczas gdy Znajomy samotnie ruszył na spotkanie z lekarzem.

W efekcie okazało się, że pilnie strzeżony opis stanu zdrowia pacjentki, w ustach wszystkich osobników w fartuchach w promieniu dwudziestu metrów brzmiał... I'm busy. Na to Anieśce załączył się dobrze już znany tryb kill`em, Pani Z Okienka, Mająca Te Dni Wymalowane Na Twarzy przyjęła krótką serię cierpkich słów i nagle niebo przejaśniło się, a do poczekalni zstąpiła pielęgniarka upoważniona do zdradzenia stanu zdrowia pacjentki osobom trzecim. Nawet audiencja u Znajomej, dotąd pozostająca poza zasięgiem osób spoza rodziny, dla Anieśki nagle okazała się możliwa.

Czyli da się. Ale nie bez kosztów. Chyba, że pozostawienie pacjenta samemu sobie przez całą noc należy do standardowych procedur szpitala. Według porannej relacji Znajomej pokój pielęgniarek znajdował się po przeciwnej - do jej sali - stronie korytarza. Ze swego miejsca słyszeć mogła brzęk filiżanek z herbatą, najwyraźniej jednak dźwięk w tym magicznym szpitalu płynął jednokierunkowo, panie salowe bowiem nie mogły słyszeć jej. A Znajoma z upływem czasu krzyczała coraz głośniej. Bo czuła usilną potrzebę wizyty w toalecie, bo chciało jej się pić, bo zjechała z oparcia łóżka, a nafaszerowana morfiną nie miała siły ruszyć nawet głową. Bez odzewu. A wszystko to nie w odrapanym szpitalu, gdzie pielęgniarki tyrają za osiemset zeta, a w nowoczesnym obiekcie, który za swe wątpliwej jakości usługi wystawi Znajomym rachunek liczony w setkach euro.

Szczęśliwie zaawansowana znieczulica oraz postępujący mitowisizm okazały się domeną ostrego dyżuru, a odkąd Znajomą przeniesiono na oddział wewnętrzny sprawy uległy zdecydowanej poprawie. Dzięki temu wraz ze Znajomym skupić mogliśmy się na prawnych konsekwencjach wypadku, co szybko przypominać zaczęło komputerową grę przygodową. By zainteresować sprawą ubezpieczyciela niezbędne było odzyskanie zholowanego przez gwardzistów wraku, co wymagało stosownego pisma z Gardy, do czego z kolei konieczne było upoważnienie od Znajomej. Ale po kolei.

Na Gardzie Miły Pan zakomunikował, iż obaj zajmujący się  odholowanymi autami  oficerowie przebywają aktualnie w terenie, ale już jego w tym głowa, by w oka mgnieniu prężyli się służbiście w drzwiach komisariatu, tymczasem gdybyśmy uprzejmi byli spocząć na ławce w poczekalni... Posłusznie spoczęliśmy na ławce w poczekalni. Godzina była 14:30.

14:52 - Miły Pan ponownie otworzył okienko, by zakomunikować, że obaj oficerowie zajmujący się odholowanymi autami przebywają aktualnie na arcy ważnym spotkaniu, ale pamiętają o nas i zajmą się nami tak szybko, jak będzie to możliwe.

15:18 - Oficer zajmujący się odholowanymi autami otworzył okienko, przyjrzał się nam badawczo, po czym obiecał wrócić do nas za krótką chwilkę.

15:32 - Oficer ponownie otworzył okienko, gestem przywołując dwóch AfroIrlandczyków, którzy od kwadransa sprawdzali wytrzymałość na zmęczenie jednego z blatów w poczekalni.

15:56 - Dwaj AfroIrlandczycy po burzliwej dyskusji oddalili się nieco na naradę, co skrzętnie wykorzystała pewna Rumunka, która na Garde wkroczyła przed trzema minutami.

15:57 - Grzecznie spytałem Oficera, czy zamierza nas dziś obsłużyć, bo mimo iż na łaskawą audiencję czekamy już półtorej godziny, on zdaje się zajmować petentami w kolejności zupełnie odwrotnej niż w społeczeństwie konsumpcyjnym przyjęto. Oficer wzruszył ramionami, oświadczając, że w pierwszej kolejności udzieli widzenia damie z Rumunii.

16:12 - Dama z Rumunii odstąpiła na moment od okienka co śmy z prędkością atakującej kobry wykorzystali do naświetlenia naszej sprawy.
- List upoważniający od małżonki jest? - skwitował naszą opowieść Oficer
- Nie ma
- Momencik w takim razie poproszę - odarł, gestem przywołując AfroIrlandczyków.

16:23 - Oficer pożegnał się serdecznie z czarnoskórymi dżentelmenami, gestem zapraszając Damę z Rumunii.

16:35 - Oficer pożegnał po ojcowsku Damę z Rumunii, by po chwili ponownie zażądać od nas listu upoważniającego. Jeszcze śmy cheat`a ‘małżonka w stanie ciężkim’ próbowali, ale znakomity detektyw nie dał się przechytrzyć. Nie pozostało nic innego, jak list upoważniający skołować.
- Jesteśmy otwarci do piątej – krzyknął jeszcze za nami Oficer.
16:52 – Z kompletem wymaganych dokumentów zameldowaliśmy się na Gardzie. Oficer przyjął papiery, po czym bez zbędnych wyjaśnień zatrzasnął okienko.
17:11 – Jako szczęśliwi, świeżo upieczeni posiadacze ‘Release Note’ ruszyliśmy po samochód, a raczej to co z niego zostało.
17:23 – Uprzejmy pan, który z racji pełnionych obowiązków znajdował się w posiadaniu klucza do przechowalni aut z tych lub innych powodów odebranych właścicielom, oznajmił, że w zasadzie są już zamknięci, a on siedzi jeszcze w biurze właściwie tylko dlatego, że rano zbyt długo zwlekał z odpowiedzią na pytanie małżonki ‘czy jestem gruba’. Nawet jednak, gdyby system nie był już zamknięty, auta byśmy nie dostali ponieważ Znakomity Detektyw, najwyraźniej wciąż będący pod urokiem Damy z Rumunii, dokument uprawniający do odbioru niewielkiej stalowej kosteczki, która kiedyś była Fiatem Seicento wypisał...
...na...
...Jej...
...Nazwisko.
Dziękuję za uwagę.

piątek, 9 kwietnia 2010

Tradycja novum

Podczas pięciu już niemal lat pobytu w krainie deszczowców wyrobiliśmy sobie osobistą tradycję wielkanocną. Zwykle były to jedyne dwa dni z rzędu w roku, kiedy zarówna ja, jak i Anieśka pimpać mogliśmy sobie na obowiązki służbowe. Wsiadaliśmy w związku z tym w samochód i zostawiając w tyle pisanki, kurczaczki i cukrowe baranki ruszaliśmy w jakiś uroczy zakątek Irlandii. Lub do Sligo.

Ostatnimi czasy jednak pula wspólnych dni wolnych znacznie się powiększyła, toteż postanowiliśmy porzucić naszą tradycję w powijakach na rzecz tej sędziwej i pomarszczonej. W efekcie stworzyliśmy naszą pierwszą wielkanocną święconkę. Nieco na prędkości, bo decyzję podjęliśmy w ostatniej chwili, ale niczego co zwyczaj nakazuje w koszyku nie zabrakło, a nawet dorzuciliśmy kilka elementów dla tradycji wręcz rewolucyjnych.

Wprawdzie to ja nalegałem, by Wielkanoc spędzić zgodnie z religijnymi dogmatami, prawda jest jednak taka, że z Kościołem darzymy się wzajemnym szacunkiem, ale ... z dystansu. Rzadkie okazje, gdy odwiedzę przybytek Boży ograniczają się właściwie do ślubów i pogrzebów, a i wtedy bezpiecznie czuję się mając u boku Anieśkę w charakterze dyrygenta. Rodzina jest mi z pewnością bardzo za Nią wdzięczna. W czasach przedanieśkowych, w trakcie mszy dla wąskiego, rodzinnego grona, babcia - osoba w naszej familii najbardziej uduchowiona - ruszyła nieopatrznie do spowiedzi i zrobiło się bardzo niezręcznie. Na słowa księdza ludzie zerkali po sobie nerwowo nie bardzo wiedząc czy klękać, czy żegnać się, czy może kreślić na ciele krzyżyki. Jak armia pozbawiona dowódcy.

Jak pokazała Wielkanocna Sobota nie tylko ja w kościele czuję się jak Tierry Henry na paradzie 17 marca, bowiem znaczna ilość rodaków zbiła się w ciasną grupę dwa kroki od wejścia do kaplicy, wzrok wbijając w czubki butów, a palce zaciskając na koszykach, jakby sok z wikliny mieli nadzieję wycisnąć. Na prośby księdza, by przesunąć się do dalszych rzędów, gdzie jest jeszcze miejsce, odpowiedział tylko suchy trzask wikliny. "Patrz, po polsku też nie rozumieją" szepnął za nami ktoś rozbawiony, ale mnie coś się widziało, że dyla chcieli dać, gdyby zaczęło się robić gorąco. Co dziwne było po prawdzie, bo tego dnia w kościele brakowało tej ... kościelności. Niewidomy przysiągłby, że jest na porodówce. W co drugim rzędzie płakało niemowlę, a nim kapłan przemówił, bardziej odrośnięta od ziemi dziatwa ganiała się między ławkami, pod okiem wytipsowanych i wydekoltowanych młodych mam. I nie dziwota to. Ta porodówka znaczy. Polacy w Irlandii czują się bezpiecznie, nie martwią się o jutro, to i 'nowych obywatelów, nowych obrońców tej miłej Rzeczypospolitej' hurtowo przysparzają. W taki dzień dziecka przecież w domu zostawić się nie godzi, a jak dziecko małe, to wiadomo - drze się jak stare hajdawery i nie bardzo wiadomo co chce przez to powiedzieć. Choć pięciolatkowi już chyba można w miarę przystępnie wyłożyć, że przez następne piętnaście minut powstrzymać się powinien od wcinania chrupek.

No ale nic to. Po chwili zaczyna się obrządek. Ksiądz w kilku słowach wita przybyłych, kolejny raz zaznacza jak dalece ważniejsze są duchowe Święta Wielkanocne od skomercjalizowanego Bożego Narodzenia (choć tu ciężko nie zgodzić się z Anieśka, że bez narodzin nie byłoby zmartwychwstania), po czym bez dalszej zwłoki przedstawia nam miejscowego księdza ze słowami: powitajmy ojca - dajmy na to - Johna. Tu się ożywiłem, zaciekawiony jak na polecenie kapłana zareagują wierni. Czy gdzieś, w tłumie ktoś wyskoczy ze nieśmiertelnym 'dzień dobry', czy zebrani zgodnym chórem zakrzykną 'niech będzie pochwalony...', a może odpowiedzią będzie głucha cisza. Nie doceniłem jednak zaradnych parafian, którzy bez chwili namysłu zgodnie zareagowali ... burzą oklasków. Miałem to ostentacyjnie przyjąć na miękkie boki, ale zdziwiona mina Anieśki powiedziała mi, że brawka w kościele słusznie uznałem w pierwszym odruchu za coś niecodziennego.

Żeby było jasne. Ja rozumiem, że obyczaje się zmieniają, jeszcze sto lat temu kobieta bez rękawiczek uznana byłaby za ubraną w sposób wyuzdany. Ale księża to się muszą w środku zwijać. Wśród emigrantów próżno szukać bogobojnych babć w moherowych beretach. Emigranci to w zdecydowanej większości ludzie młodzi, niejednokrotnie wytipsowani i wydekoltowani, z chmarą rozwrzeszczanej dzieciarni. Jeśli klerowi taki wizerunek parafianina nie odpowiada, to parafianin do kościoła iść wcale nie musi.

W religię wkracza nieśmiertelne prawo popytu i podaży... 

wtorek, 30 marca 2010

Placek ze szpinakiem

Do Irlandii znów zawitali Znajomi. Wprawdzie nie do nas w stricte tego słowa znaczeniu, ale z odwiecznego obowiązku pokazania gościom któregoś z uroczych zakątków Krainy Deszczowców wcale to nie zwalnia. Pech chciał, że przez cały okres pobytu znajomych uwiązany byłem w pracy, o wypadzie w dalsze rejony wyspy mowy więc być nie mogło. Wycieczka musiała być krótka, a miejsce docelowe do szpiku kości irlandzkie. Tośmy pojechali do Newgrange.

Prehistoryczny grobowiec, starszy od Stonehenge i egipskich piramid miałem wprawdzie już przyjemność odwiedzić, a nawet przechrzcić czule na 'Placek Ze Szpinakiem', jednak druga wizyta nie była bynajmniej bezowocna. To coś jak po raz drugi oglądać "Samych swoich", kiedy nagle człowiek uświadamia jak wiele z pierwszej projekcji mu umknęło, gdy tarzał się ze śmiechu na podłodze.
 
Przy okazji pierwszej wizyty w Newgrange umknęło mi, że ignorowanie znaków na drodze, na rzecz instrukcji podsuwanych przez Bożenkę z GPSa pomysłem jest raczej średnim. Podczas gdy bowiem Bożenka prowadzi do - nazwijmy to - Placka Właściwego, znaki chytrze kierują do Centrum Turystycznego, oferującego niewielką ekspozycję, obszerny parking, toalety, restaurację i ... bilety wstępu do grobowca. Przyznam, wstępnie ciśnienie nam nieco skoczyło, gdyśmy u wrót do Placka stali, a nieugięta pani z okienka odsyłała nas do kasy, niby w prostej linii nie bardzo odległej, ale jednak zlokalizowanej po drugiej stronie rzeki. A do najbliższego mostu siedem kilo i to w całkowicie przeciwnym kierunku.

Gdyśmy jednak nieco przestygli, dotarło do nas światło prawdy. Nawet w marcu, poza sezonem, Newgrange odwiedza - jak policzyliśmy - ok czterystu osób dziennie. A Irlandia to nie Polska. Jeśli kudłaty jegomość w okresie neolitu ogrodził sobie kamiennym murkiem jakiś placyk, to jego dzisiejsi potomkowie mogą sobie na nim choćby ślimaki hodować, jeśli taka ich wola. Najwyraźniej nikt w okolicy grobowca specjalnie się nie palił, by swą ziemię oddać pod parking, muzeum i restaurację (grzech nie postawić restauracji w pobliżu takiej atrakcji), a gdzieś te czterysta (poza sezonem) samochodów musi stanąć. Stąd kompleks turystyczny postawiono za rzeczką, a gości do Placka zwożą autobusy.

Z Newgrange wiąże się pewna zagadka. Otóż na odnalezionych wokół Placka głazach, jak i we wnętrzu grobowca odkryto wyryte znaki, których znaczenia nigdy nie będzie dane nam poznać. Zdaniem naukowców. Naszym zdaniem podczas neolitycznych festynów, wiadomo - ognisko, pieczony dzik, te sprawy, prehistoryczni - też przecież ludzie - oddalić się od czasu do czasu musieli za potrzebą. A że pod wpływem miodu, bądź innych napojów wyskokowych nieco się chwiali, na okolicznych kamieniach po latach powstały charakterystyczne znaki.
 
Najprawdopodobniej właśnie wtedy, gdy ekscytowaliśmy się naszym odkryciem, pani przewodnik podzieliła się z grupą pewną historią, bowiem przysiągłbym, że w marcowe popołudnie słyszałem ją po raz pierwszy.

Do grobowca prowadzi wąski korytarz, zakończony niewielką, owalną komnatą. Coś na kształt lizaka. Na wprost oraz po obu stronach wlotu korytarza znajdują się obsikane przez neolitycznych wandali wnęki, we wnękach zaś wielkie kamienne misy*, w których prawdopodobnie rozsypywano prochy zmarłych. Pięć dni w roku, w ścisłej okolicy zimowego przesilenia, tuż przed godziną dziewiątą, słońce wpada przez korytarz do wnętrza Placka. Najpierw w postaci wąskiego snopa światła, który szybko się poszerza, a po chwili w całej komnacie jasno jest ja za dnia. Wrażenie ponoć fenomenalne.

W tym miejscu głęboki szacun dla neolitycznych inżynierów. Żeby bez poziomicy, ni zegarka, ni kalendarza wszystko tak zgrabnie wymierzyć, no no. Data przecież nie jest przypadkowa. Nie dajmy się zwieść Flinstonom, prehistoryczni nie mieli karoly,... karory,... grzejnika, ceglanych ścian i TESCO otwartego 247. Zimę przetrwać musieli przy ognisku, w lichym szałasie, pod warstwą zwierzęcych skór. Taki świecący Placek Ze Szpinakiem jasny dawał sygnał: here we go again.

Gdyby ktoś chciał na własne oczy ujrzeć Iluminację Placka wypełnić musi aplikację we wspomnianym już i powszechnie lubianym Centrum Turystycznym, a następnie liczyć, że znajdzie się w gronie pięćdziesięciu szczęśliwców wyłonionych w drodze losowania. W roku ubiegłym do loterii przystąpiło bagatela 33 995 osób. A na zwycięzców czekała ... kolejna loteria - ponoć jeszcze nigdy warunki pogodowe nie pozwoliły podziwiać widowiska każdego z Pięciu Dni. Kapitalna sprawa, uważam.

W okolicy nie brakuje podobnych Plackowi rodzynek z epoki kamienia - jasne dowody na to, że w czasach prehistorycznych sporo się w tych stronach działo, co zdaje się potwierdzać nieodległe Wzgórze Tara, które również postanowiliśmy przy okazji nawiedzić. W czasach, gdy Placka dopiero porastał Szpinak, na Wzgórzu Tara spotykali się prakrólowie irlandzcy, by obgadać królewskie sprawy. Miejsce o z pewnością dużym ciężarze historycznym, z lotu ptaka nie do przeoczenia, z ziemi
  
jednak z łatwością wzięte może być za pole golfowe o dość wysokim stopniu trudności. Tylko falliczny megalit - kamień przeznaczenia - wydaje się być nie z tej bajki. A tak Wzgórze Tara jawiło nam się jako naszpikowany tabliczkami informacyjnymi trawnik. Być może nie słusznie, ale porywisty wiatr skłaniał raczej ku odwrotowi w kierunku parkingu niż weryfikacji krzywdzącej hipotezy.
  
Co ciekawe gości na Tara Hill, będącego w dawnych czasach ośrodkiem nie tylko politycznym, a także, a może nawet GŁÓWNIE, religijnym, siedzibą prairlandzkich bogów, bramą do zaświatów, wita nie kto inny ale sam ... Św. Patryk.

Tyle w temacie. Chyba, że ktoś reflektuje na kilka fotek.

*)Po prawdzie kamienna misa była jedna, przypuszczać jednak należy, ze dwie brakujące ktoś sobie pożyczył nim UNESCO otoczyło Placka swoją czułą opieką.

piątek, 19 marca 2010

Temat sponsorowany

Dobrze jest mieć Kogoś - to nie nowina. Zwłaszcza na emigracji, w obcym kraju, z daleka od domu i rodziny, fajnie mieć Kogoś z kim wciąć można pączka w Tłusty Czwartek. Kiedyś Kumpel oświadczył nawet na szerokim forum, że on to by chciał, by ktoś go opieprzył, za późny powrót z pracy w stanie lekkiej nieważkości, aleśmy zgodnie uznali to za znak, by skończyć flaszkę i rozejść się do domów.

Drugiej połówki szukają więc single, a trzeciej ci, którzy w kraju pozostawili żony (rzadziej mężów) i dziatwę. W innym kraju wszak się nie liczy, choć zalecana jest rozwaga. Znajomy przeżywał swego czasu upojne chwilę z pewną Słowaczką, do czasu gdy 'życzliwy' nie powiadomił szanownego małżonka niewiernej niewiasty, podówczas szlifującego obiecującą karierę w ojczystych siłach specjalnych. W efekcie Don Juan salwować się musiał tygodniem wolnego i ziemianką w górach Wicklow. Do cywilizowanego świata powrócił z silnym postanowieniem ograniczenia stosunków hmm... dyplomatycznych ze Słowacją.

Dobre dwa lata temu wdałem się w rozmowę z pewnym Irlandczykiem w pracy. Bardziej typ Robina Williamsa niż Bradzia Pitta, twierdził jednak, że wśród emigrantek cieszy się sporym powodzeniem. "Kobiety ze wschodu są piękne", mówił, "Nie to co nasze, jak już jakaś jest szczupła, tak zadziera nosa, że mózg jej przez nozdrza widać. Emigrantki są bardziej kontaktowe, dobrze jest znać kilka zwrotów w ich języku i dalej sprawy toczą się same", tu mrugnął porozumiewawczo. "Może za wyjątkiem Polek", dodał po chwili, "Polacy są bardzo hermetyczną grupą".

Trudno odmówić mu racji, choć wydaje się, że od tamtej pory sporo się zmieniło. Tubylcy łatwo broni nie składają, więc związki Irlandczyka z Polką, wcale nie należą do rzadkości, podczas gdy wciąż trudno o układ odwrotny. Anieśka powiedziałaby, że to dlatego iż  cytuję: 'większość polskich mężczyzn na Wyspach jest beznadziejna', ale jestem pewien, że to tylko subiektywna opinia, wyrobiona w oparciu studium kilku odosobnionych przypadków. Choć faktycznie ciężko jest zbić Jej argumenty, gdy po raz n-ty w samolocie pokazuje mocującą się z ciężkim bagażem kobietę i wianuszek facetów bezczynnie obserwujących jej wysiłki z poziomu fotela. Jeśli do tego dodać, że płeć o silnie rozwiniętym ośrodku mózgowym odpowiedzialnym za kupowanie butów stanowi emigracyjną mniejszość, ciężko dziwić się, że walka o nadwiślańskie piękności jest zażarta, a przybywające z Polski singielki zajęte są już po odprawie paszportowej.

Grupa białogłowych łaskawszym okiem patrzących na dzielnych, polskich mężów, dodatkowo jest zawężona o panie, która na Wyspy przyleciały w poszukiwaniu pracy, nie miłości, choć skore są, by jedno z drugim połączyć if ju noł łot aj min. Pewien irlandzki znajomy zapragnął zalegalizować związek ze swą rodaczką, do czego konieczne było - z oczywistych powodów - doprowadzenia do szczęśliwego finału ciągnącej się już od dłuższego czasu sprawy rozwodowej z poprzednią małżonką. Skontaktował się więc ze swoim prawnikiem, który wysłuchawszy rewelacji wykrzyknął: "Mój Boże, proszę powiedz, że nie żenisz się z dwudziestoparoletnią Polką".

Najwyraźniej w ich hrabstwie wręcz plagą były szybkie śluby podstarzałych, tamtejszych jegomościów z młodymi, polskimi siksami, poprzedzające jeszcze szybsze rozwody i nie do końca sprawiedliwe podziały majątków. 

Ci polscy mężczyźni, którzy beznadziejni nie są i chętnie weszliby w bliższe relację z miłośniczką komedii romantycznych, muszę się więc mocno nakombinować. Ostatnio sporo mówi się o otwarciu wąsatych Sarmatów na kierunek słowacki. Najwyraźniej słowaccy panowie są jeszcze bardziej beznadziejni.

Coraz częściej też znajomi wracają z urlopu w kraju wypoczęci, zrelaksowani, tryskający energią, z bananem na twarzy. Od razu widać, że coś się zmieniło. Zwykle wracają bladzi, wyczerpani, z worami pod oczami i jawnie protestującą wątrobą. "A nic takiego", odpowiadają zagadnięci, "dziewczynę znalazłem. Znów za miesiąc lecę do Polski, potem za dwa, na wakacje ona przyleci do mnie, a dalej się zobaczy". Wiadomo łatwiej zaimponować dziewczynie zabierając ją do eleganckiej restauracji, niż na piwo do parku, jak to się zwykło za mych czasów czynić.

Dwójka moich dobrych znajomych poznała się za pośrednictwem wspólnej koleżanki. Fakt, że jedno z nich mieszkało wówczas w Polsce, a drugie mokło w Irlandii nie stanowił żadnej przeszkody. Gdy już pierwsze odciski od klepania w klawiaturę pojawiły się na palcach, dziewczyna przyjechała do Krainy Deszczowców. Za pierwszym razem na tydzień, za drugim na rok. Dziś na jej dłoni błyszczy diamencik, o powrocie do kraju już nie wspominają.

Ich swatka tyle szczęścia nie miała. Wobec trudnej sytuacji finansowej jej Luby zaproponował rewolucyjny plan naprawczy. Kobita z dzieckiem wróci do Polski, on sprzeda samochód, mieszkał i dojeżdżał do pracy będzie z kolegą. Spłaci raty, odłoży trochę grosza, za trzy miesiące znów będą razem. Pozbywszy się dwóch kul u nogi, przebudował nieco plan. Auta ani myśli sprzedawać, do pracy chadza nieco rzadziej. Wiadomo, po dobrym melanżu niekoniecznie ma się ochotę na harówkę. Dla ich związku nie widzi przyszłości, o czym uprzejmy był matkę swego dziecka poinformować telefonicznie, nim dobrze rozpakowała walizki.

Polacy jak widać pełnymi garściami czerpią z różnorodności emigracyjnego rynku randkowego. Do nowego otoczenia adaptujemy się w momencie - jak złote rybki.

niedziela, 21 lutego 2010

Irlandczycy się nie puszczają

Dość o samochodzie. Tego dnia od rana czułem, że coś się święci. Anieśka chodziła jak po sznureczku. Odkurzyła podłogę, rozwiesiła pranie, umyła okna, wypastowała buty, wytrzepała poduszki na kanapie, zmyła gary, wymieniła przepaloną żarówkę w salonie, naoliwiła skrzypiące drzwi, o które tak długo mnie prosiła, a w końcu stanęła w progu i paląc raka i mnąc niemiłosiernie brzeg fartucha spytała czy wyjść może z kolegami z poprzedniej pracy na drinka. Puściłem. A niech ma.

Czas pokazał, że anieśkowa kompanija wybrała sposób nieco mniej pracochłonny, swe połowice zapewniając, że spotkanie odbędzie się w gronie wyłącznie męskim. Kłamstwo to o tyle było w ich oczach usprawiedliwione, że cel przecież szczytny - ostatnie to w końcu tego typu spotkanie. Obaj koledzy w czasie nie długim planowali bowiem porzucić swobodę stanu kawalerskiego i przenieść się pod pantofel, a co za tym idzie wszelkie spotkanie koedukacyjne, bez udziału szczęśliwych małżonek absolutnie będą wykluczone.

Bo Irlandczycy się nie puszczają. Znaczy wzajemnie. Na mitingi z udziałem płci przeciwnej. Taka fundamentalna, narodowa zasada. Jak to, że Niemcy nie ściągają, Amerykanie nie potrafią wymienić trzech stolic europejskich, a w Algierii kamieniuje się wdowę z trzynastoletnim stażem za używanie rzeczowników rodzaju męskiego.

Anieśkowe rewelacje potwierdził Donal, zdziwiony jak onegdaj, gdy spytałem dlaczego mają w łazience dwa krany. Jeden na ciepłą wodę, drugi na zimną, mówił wtedy. Teraz zdawało mu się, że tłumaczy rzecz równie oczywistą. Po co kusić los, wyjaśniał, jak już związałeś się z jedną kobietą nie ma powodu, żebyś widywał się z innymi, to działa w dwie strony. To jest chemia, zwierzęce instynkty, nie warto ryzykować.

Gdy wspomniałem, że wieczoru pewnego wróciwszy z pracy, zastałem Anieśkę z niedawnym naszym sąsiadem, jak gdyby nigdy nic sączących herbatę przy kuchennym stole, nie krył oburzenia. Musiałem wspomnieć, że gość nasz był geologiem, by ochłonął (sory Kwasek za te słowa, jeśli czytasz, on nie widział Twoich zdjęć z Hawajów, Północnego Bieguna i innych takich).

Irlandczykom współczuć więc, że związki ich są o jedno spotkanie przy drinku od rozpadu, a ja trzy tygodnie temu zaszedłem do Anieśki, pytając niby hipotetycznie, czy widziałaby jakiekolwiek przeciwwskazania, bym z kolegami dwoma śmignął na kilka dni do Barcelony. Jak mi zapełnisz lodówkę i nasmażysz kotletów możesz lecieć nawet do Peru - usłyszałem.

To lecę.
Znaczy nie do Peru.
Za pięć godzin.

czwartek, 16 lipca 2009

Eliptyczny jubileusz

To będzie ostatnia, generalna próba przed przyszłorocznymi, uroczystymi obchodami okrągłej rocznicy naszego dobrowolnego wygnania. Cztery lata temu dokładnie wystawiliśmy zlęknione twarze z autokaru i po raz pierwszy postawiliśmy rozdygotane stopy na Zielonej Wyspie. Trzy miesiące mieli my po niej tylko dreptać, a jak się skończyło - każdy widzi.

Ileż się przez te cztery lata wydarzyło. Ileż zmieniło się odkąd pierwszy raz wypowiedzieliśmy najpopularniejsze wówczas w Irlandii słowa: I`m looking for a job.

Pamiętam pierwszą pracę i kilometrowe wędrówki wzdłuż głównej drogi z nadzieją na złapanie stopa. Pamiętam artystów, którzy na tego stopa dali się złapać. Filipińczyka, który wierzył, że Bóg zesłał go by mnie podwiózł, coś mi się bowiem miało stać po drodze. Wytatuowanego Irlandczyka, który całą drogę nawijał coś do mnie podekscytowanym tonem, ale seflunił tak, że słowa nie zrozumiałem, więc kiwałem tylko głową. Kolejnego Irysa, który, jak wykazała rutynowa kontrola drogowa, jeździł bez prawa jazdy.

Pamiętam drugą pracę i pięćdziesięciominutowe spacery do i z. Później rower, który skrócił tę drogę trzykrotnie, podobnie jak moją przewidywaną długość życia. Drugi rower, który nie wymagał już angażowania nóg przy hamowaniu i kolegów podczas jazdy pod górkę. Wreszcie deszcz i nieustannie wiejący w twarz wiatr przyszło podziwiać z ciepłego wnętrza Fieściny, która na zawsze pozostanie moim pierwszym autem. Seacik był drugim i dla odmiany potrafił pokonać bardziej strome wzniesienie wyładowany pięcioma osobami.

Pamiętam pierwszy pokój, który wynajęliśmy. Pojęcia nie mieliśmy, że pościel nie stanowi standardowego wyposażenia i za tą niewiedzę przyszło nam spać pod zasłonką, na zwiniętych ręcznikach w charakterze poduszek.

Pamiętam drugi pokój, w mieszkaniu pełnym Marianów. I Stanisława za ścianą - buraka wszechczasów, który chrapaniem zagłuszyłby Drugą Dywizję Pancerną podczas nocnych manewrów, a raz zdołał nawet skłonić Anieśkę do spędzenia nocy na dywaniku w łazience. Potem mieszkanie przez trzy miesiące kątem u znajomych, wreszcie własne cztery ściany i psychopatyczni współmieszkacze, którzy ostatecznie uciekli zostawiając za sobą 250 euro długu. Do tej pory uważam to za najlepiej wydane pieniądze w moim życiu. Zaprawdę kręta droga prowadziła do naszego przestronnego, jasnego apartamentu, którym możemy się cieszyć tylko we dwójkę.

Nic jednak nie przebije naszych pierwszych obiadów. Paluszki rybne (0,45), które więcej miały wspólnego z paluszkami niż rybą. Do tego frytki (1,29 za 1,5 kg - taniej niż ziemniaki) i na popitkę obrzydliwa lemoniada made in TESCO (0,39 - taniej niż woda). Dziwić nie może, że na takiej paszy spodnie, w których przybyłem na wyspę, wkrótce ściągałem swobodnie bez rozpinania. Symbolem awansu klasowego stała się ... surówka. Niby niedrogi dodatek, ale jednak podnoszący koszt naszego ówczesnego obiadu dwukrotnie, a więc jednogłośnie uznany za całkowicie zbędny. Czymś dziurę budżetową było trzeba łatać. Odkąd na talerzach naszych zawitała surówka, poczuliśmy, że wreszcie nasze emigracyjne życie zaczyna nabierać właściwych kształtów.

Cztery lata po przyjeździe do Irlandii siedzę przed laptopem, w pięknym mieszkaniu popijając wermut z tonikiem. Na stole świeże kwiaty i miska z owocami. Na kanapie piękna, choć wciąż kurcze ta sama kobieta, na ścianach zdjęcia z dziesiątek miejsc, które udało nam się odwiedzić, wokół regały i szafeczki pełne skarbów, które się przez te cztery lata uzbierały. Na jutro spoglądamy z błogim spokojem i tylko do domu trochę strach przez to wszystko wracać. Ale to nic. My heroicznie odważni jesteśmy.

W końcu cztery lata temu, bez pomysłu i planu wsiedliśmy do autobusu do Irlandii.

czwartek, 9 lipca 2009

Wyspy zapomniane przez bogów

Na hrabstwo Mayo zęby ostrzyliśmy sobie już od dłuższego czasu, toteż gdy znienacka spadły nam dwa dni wolne, nawet chwili nie zastanawialiśmy się co z nimi zrobić. Nad wyjazdem od samego początku wisiały czarne chmury - tak dosłownie jak i w przenośni. Sabotaż rozpoczął Donal twierdząc, że w Mayo ... nic nie ma, czym zasiał, podlał, nawiózł i otoczył ostrokołem ziarno zwątpienia, bowiem w tym samym tonie wypowiadał się rok wcześniej o wyprawie do Sligo i jak czas pokazał nie mylił się. W ślad za nim ze zmasowaną ofensywą ruszył irlandzki urząd pracy. Nim na dobre rozpoczęliśmy dwudniowy urlop, stawić mieliśmy się w rzeczonym urzędzie, gdzie Anieśka złożyć miała autograf na arcy ważnym dokumencie. Dziesięć minut miało nas to góra kosztować. Niestety z jednego urzędu Anieśka skierowana została do drugiego, tam zgodnie z zaleceniem pani z recepcji stanęła w kolejce do okienka nr 7. Gdy półtorej godziny później stanęła twarzą w twarz z panią z okienka, usłyszała, że stoi w złej kolejce i musi wrócić na recepcję. Nowa pani z recepcji odesłała ją do urzędu, w którym wszystko się zaczęło, ale na widok żądzy mordu w jej oczach odłożyła łaskawie pączka, wklepała jej dane do komputera, po czym zmieniła wcześniejsze zeznania i skierowała Anieśkę do okienka nr 5, do którego jeszcze półtorej godziny temu kolejka była zerowa, teraz jednak zaszczyt audiencji u pani urzędniczki kosztował okrągłe sześćdziesiąt minut. W efekcie już na starcie zarobiliśmy trzy godziny obsuwy, a aura pogodowa nie polepszała nam nastroju.

Deszcz lunął mniej więcej w połowie drogi. Po przekroczeniu granicy hrabstwa Anieśka schowała przewodnik turystyczny i otworzyła na losowo wybranej stronie podręcznik kamasutry - powoli oczywistym stawało się, że pierwszy dzień wyprawy spędzimy w hotelu. Tymczasem wraz z osiągnięciem Castlebar - stolicy Mayo, niebo przejaśniło się nieśmiało, co przyjęliśmy za dobry omen i miast do hotelu skierowaliśmy konie ku wyspie Achill.

Achill jest największą wyspą Irlandii. Niezbyt odległą, z lądu można na nią niemal nasikać, co miejscowi wykorzystali spinając obie wyspy mostem. Zanim jednak dotarliśmy do mostu zatrzymaliśmy przy zamku Rockfleet, by zgodnie stwierdzić, że bardziej niż zamek przypomina on raczej średniowieczny TOI TOI. Strzegąca malowniczej zatoczki warownia była kiedyś własnością Grace O`Malley. Królowa piratów z Mayo posiadała kilka takich wśród swoich pasywów, dzięki czemu kontrolowała handel morski zachodniej Irlandii.

Wracając do mostu. Gdybyś Czytaczu drogi zbłądził tu w poszukiwaniu informacji przed wypadem do Mayo, czytaj uważnie. Za mostem skręcisz w drugą drogę w lewo, zgodnie z drogowskazem na Atlantic Drive. Kilka minut jazdy wśród kamiennych chatek bez dachu zaprowadzi Cię pod kolejną TOI`kę Grace O`Malley. Równie uroczą i wartą krótkiego popasu jak Rockfleet. Następnie trafisz na rozstaje, gdzie odbijesz w prawo i ... prosto do raju. Donal bowiem nie miał racji. W Mayo jest WSZYSTKO. Mayo to ta magiczna, baśniowa Irlandia. Nie Irlandia kojarząca się kiedyś z dobrobytem i pracą dla emigrantów, a teraz z recesją i bezrobociem. Irlandia pełna surowego piękna, zdawałoby się nie tknięta brudnym paluchem cywilizacji i postępu. Zielona Irlandia skrzatów, elfów i wróżek. I owiec. Do dziś dzień, gdy zamknę oczy widzę owce. I Igora, ale o tym później.

Pojedziesz drogi Czytaczu, wracając do tematu, krętą wstęgą Atlantic Drive pośród zielonych pól (i owiec) i zaprawdę powiadam Ci oczu oderwać nie będziesz mógł od poszarpanego wybrzeża i majaczących w oddali klifów. I tu kwestia najważniejsza: upewnij się drogi Czytaczu, że będziesz miał na stanie wystarczający zapas baterii. Inaczej tłukł będzie głową o na prędce wybraną skałę, złorzecząc i przeklinając własną bezsilność. Wiem co mówię.

Gdy Atlantic Drive doprowadzi Cię do skrzyżowania z dzielącą wyspę jak przedziałek drogą R319, skręć w lewo na Keel - niewielkie miasteczko otoczone z jednej strony masywną górą Slievemore, z drugiej natomiast rozległą plażą. To kwintesencja Achill. Pierwotne źródło spokoju, ciszy i doskonałej równowagi, mimo, że na przeciwnej stronie zatoki krajobraz zdominowały potężne klify Minaun, a przez miasteczko płynie dobiegająca z pobliskiego lunaparku muzyka. Tego nie da się opisać, krajobraz Achill chłonie się całą powierzchnią ciała. Tym bardziej szkoda ludzi, którzy przed niemal dwustu laty opuścić musieli to miejsce, gnani klęską głodu. Śladem po nich są tylko pozbawione dachów, porośnięte trawą kamienne chaty. Paradoksalnie nas również dopiero głód zmusił do opuszczenia wyspy i przyjęcia azymut na Westport, gdzie spędzić mieliśmy noc.

Zachęceni sukcesem wyprawy na Achill, postanowiliśmy kontynuować wątek wyspiarski i rankiem ruszyliśmy w kierunku Clare - niewielkiej wysepki, zamieszkiwanej przez 150 może osób. Na Clare z lądu nie sposób nasikać choćby po sześciopaku piwa kaiser, przyszło nam więc porzucić Seacika na przystani, a w dalszą drogę ruszyć promem. Trasę, według identycznych rozkładów, obsługiwało dwóch przewoźników, urzędujących ściana w ścianę w dwóch blaszakach. Gdy zamajaczyliśmy tylko na horyzoncie, natychmiast w obu progach stanęły panie z daleka jasno dające gestami do zrozumienia, że skorzystanie z usług ich pracodawcy jest najrozsądniejszym pomysłem. Po cichu powziąłem postanowienie, że bilety nabędziemy od tej pani, która pierwsza w charakterze zachęty zrzuci szaty. Nic takiego się nie stało, więc wsiedliśmy na prom, który pierwszy pojawił się na przystani. Piętnaście minut później stąpaliśmy już po wyspie.

By obejść Clare z laczka, potrzeba ponoć pięć i pół godziny. Nie byliśmy szczególnie zainteresowani zweryfikowaniem tej hipotezy, więc w miejscowej wypożyczalni sprawiliśmy sobie po jednośladzie. Wąska, kręta droga, miejscami na tyle stroma, że nasze rowery stawały się balastem, zawiodła nas do latarnia morskiej, niepewnie usytuowanej na skraju stumetrowego urwiska. Widok, który stamtąd się roztaczał z pokaźną nawiązką wynagradzał trud podjazdu, kozie bobki, namolne muchy, recesję gospodarczą i plagę świńskiej grypy. A w okół ani żywego ducha. Oprócz kóz ma się rozumieć, ale wyraz ich oczu sugerował jakoby znajdowały się raczej w wymiarze gamma. Trawa z Clare zdaje się mieć ...  wyjątkowe właściwości.

Kolejne kilkadziesiąt minut pedałowania przez pustkowia zaprowadziło nas do niewielkiej, kamiennej katedry - miejsca pochówku Grace O`Malley. Wcześniej mieliśmy okazje przekonać się o niezawodności wypożyczonych rowerów - Anieśka pędząc z górki osiągnęła III Prędkość Kosmiczną. Mimo wciśniętych obu hamulców.

Przedstawiciel lokalnej społeczności życzliwie podpowiedział, że katedrę warto obejrzeć od środka. Po klucz należało zastukać do jednego z niewielu domków w sąsiedztwie, co też zrobiliśmy. Żylasty, przygarbiony Irlandczyk bez chwili wahania poprowadził nas do niewielkich drewnianych drzwi. Z imienia się nie przedstawił, ale jeśli nie wołali go Igor, dostrzegam pewną niewłaściwość konwencji. Drzwi po chwili stanęły otworem, a my wślizgnęliśmy się do chłodnego wnętrza. Ściany kapliczki pokrywały zatarte nieco malowidła, na myśl przywodzące prehistoryczne sklepienie jaskini. Drzwi zatrzasnęły się nagle z hukiem, Igor odchylił głowę w głuchym śmiechu, po czym zajął się odpalaniem piły spalinowej, która znikąd pojawiła się w jego rękach. Mrugnąłem. Piła zniknęła, przez otwarte na oścież drzwi wpadało lepkie, ciepłe powietrze, a przygarbiony staruszek, z długimi, pozlepianymi włosami spoglądał pytająco to na mnie, to na niewielką kałużę, w której stałem. Ciężka jazda rowerowa zbiera swoje żniwo - mruknąłem sam do siebie i wróciłem do ściennych malowideł.

Deszcz padać zaczął, gdy już właściwie czekaliśmy na prom powrotny. Wciąż lał, gdy wsiadaliśmy do samochodu. Zwisało nam to jednak miękkim kalafiorem, bowiem ostatnim punktem wyjazdu był obiad w Westport - jeśli musiało zacząć padać, był to najlepszy moment. Z tym nastawieniem pruliśmy przez nasilającą się ulewę jak amfibia, póki Seacik nie dał głębszego nurka, nabrał wody i cichutko prychnął po raz ostatni. Trzy kilometry od punktu docelowego. Grozą zawiało, ale z problemami do Westport udało się dostać. Doskonały obiad w knajpce J.J.O`Malley pomógł nie tylko nam, bo po godzinnej przerwie Seacik przeschnął i więcej nie wydziwiał, a w domu udało się zameldować osiem minut wcześniej, niż to przepowiedziała Bożena z GPSu.

I tyle.

Chyba, że ktoś ma ochotę na fotostory.