Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 listopada 2019

Mali ludzie

Mieszkamy w stosunkowo niedawno powstałej sadybie przy wyjeździe z miasteczka w kierunku zielonych pastwisk i pól rzepaku. Domek jest petit, w sam raz dla dwójki. Sypialnia, pokój gościnny i graciarnia na górze. Niewielki salon, przestronna kuchnia na dole oraz dobudówka z powstałym kosztem wazonu na kwiaty i garści siwych włosów fitnessowym centrum rozrywki. Na tyłach ogródek wielkości kortu do squasha. Z garażem. Na kosiarkę.

Zajmujemy skrajny segment ostatniego trojaka na ukształtowanym w formie litery U osiedlu, a za niewysokim murkiem znaczącym granicę naszego podjazdu powstał niedawno mało imponujący krzewostan podsypany ogrodowym kamieniem i otoczony solidnym drewnianym ogrodzeniem. 

Ledwo farba na żerdziach wyschła, płotek począł przyciągać szkodniki. Z początku były nieufne, grasowały głównie pod naszą nieobecność, a jedynymi śladami ich bytności były paczki po chipsach, które regularnie prułem podczas koszenia trawy. Z nadejściem lata do srebrnych opakowań doszły pozostawione na noc wszelakiej maści jednoślady, które zbierałem każdego ranka przed wyjazdem do pracy z podjazdu.

Z czasem mali ludzie rozzuchwalili się i podeszli bliżej zabudowań. Gdy tylko deszcz ustępował, za oknem rozpoczynał się jazgot,  a spod ostrzy kosiarki oprócz paczek po czipsach zaczęły frunąć również ogrodowe kamienie.

U apogeum zuchwałości jeden z małolatów stanął przed oknem i osłaniając dłonią oczy zaczął lustrować wnętrze naszego domu. Szczęście miał, że film oglądaliśmy. Zajrzałby innego dnia, a w każdy czwartek do szesnastego roku życia jeździłby do miasta na terapię. Być może offspin Mindhunter by na podstawie jego historii powstał.

Dla Anieśki w każdym razie tego było aż nadto. Wciągnęła szlafrok, frotowe kapcie i pogoniła towarzystwo aż po ulicę, której mama zabroniła przekraczać.

Pomogło tylko na chwilę. Podobnież temat poruszony został na jednym ze spotkań rady osiedla, na które nie chodzimy, bo ... wiadomo, to nie jest cool. Stanęło na tym, że dzieci są słodkie, a problemem są zawistne bezdzietne ludzie. Acz gdy Anieśka jednego szkraba ucapiła w końcu za kołnierz i zagadnęła, czy by aby nie był uprzejmy piłować chałapy pod swoim domem, ten odparł, że nie może, bo tata śpi...

Także kosę mamy z małymi ludźmi i ani w głowie nam było zawieszenie broni na czas Halloween, więc miast dokarmiać szkodniki, ruszyliśmy do kina. Po przeciągających się negocjacjach, bowiem na wejściu rozbieżności między nami rozciągały się od Terminatora po transmisje z rosyjskiego baletu. Ostatecznie wylądowaliśmy na Maleficent, bo jak się chcę uniknąć dzieciarni, to nie ma jak pójść na film Disneya.

Zwykle do kina chadzamy w dni powszednie, gdy obsługa jest w nieznacznej przewadze liczebnej w stosunku do widowni, także od początku nieco nieswojo czuliśmy się otoczeni szelestem kolorowych opakowań czipsów, orzeszków, żelków, ...you name it. Szczęśliwie, gdy na ekranie rozbłysł słynny gród Disneya, odgłosy żeru ucichły.

Nie licząc rzędu za nami, gdzie małe świnki trzy żarły popcorn z takim zapamiętaniem, jakby od tego ich życie zależało. Jak trzy Hungry Hippos. Z ta różnicą, że hippos czasem zamykały buzie.

Na ekranie przystojny książę przymierza się do oświadczyn w bajkowej scenerii. Księżniczka zalewa się rumieńcem, ja zalewam się łzami, Anieśka szarmanckim gestem wręcza mi chusteczkę, książę pada na kolano...   myślałem, że coś mu w stawie chrupnęło, ale to tylko małolat za mną przegryza się przez kolejną szuflę popcornu.

- Auroro ...chrupp ... czy uczynisz mi ... chruupp ... ten zaszczyt ... chruppp chrrrup

Ja nie jestem specjalnie asertywny. Lata temu ojciec Dżerziego zawoził nas do zerówki maluchem. Gdy tylko rozsiadłem się na tylnym siedzeniu zatrzasnął fotel pasażera na mojej stopie. Na tyle jednak szczęśliwie, że zatrzask wpasował się pomiędzy palce nie czyniąc żadnej szkody, więc nie chcąc robić kłopotu słowem się nie odezwałem i całą drogę przebyłem z butem przygwożdżonym do podłogi auta.

Co innego jednak Anieśka. Anieśka ma na drugie asertywność. I dla podkreślenia skali również na trzecie, z Bierzmowania. Odwróciła się więc i grzecznie przepytała młodzież, czy ta byłaby skłonna przejść w tryb cichy nim głośniki się ze ścian posypią. Młodzież okazała się skłonna, acz tata świnka coś tam sapnął. Być może do dzieci, ale chyba raczej na pewno wątpię.

Z perspektywy czasu to mnie się zdaję, że ja drakońskie wręcz wychowanie odebrałem. Rodzice bezlitośnie wymagali swobody w posługiwaniu się podstawowymi zwrotami grzecznościowymi. Tylko dlatego, że potrafiłem zawiązać buty, uważali, że potrafię powiedzieć "dzień dobry" lub "dziękuję". Nie wolno mi było siorbać przy zupie, ani szurać nogami przy chodzeniu. Przy jedzeniu musiałem trzymać łokcie przy sobie i przeżuwać z zamkniętą buzią. A jak chciałem obejrzeć "Dempsey i Makepeace na tropie" w czwartek o 20, to musiałem być wykąpany i przebrany w piżamę.

Represje ostrzejsze niż pod rosyjskim zaborem. Za tydzień lecę do Polski, przedstawię rodzicom rachunek od terapeuty.

A można było nieco poluzować krawat i świecić przykładem jak tata i mama świnka, którzy taki syf po sobie na fotelach zostawili, że się poważnie niepokoiłem, czy aby jednaj z pociech pogrzebanych pod stertą popcornu nie zgubili.

Anieśka po seansie zażądała spotkania z menedżerem, którego następnie w imieniu rodzaju ludzkiego przeprosiła za ogromny krok wstecz, jaki poczyniliśmy w ewolucji.

czwartek, 7 grudnia 2017

Bon Vivant

Miniony weekend był pierwszym od czasów zamierzchłych, którego nie spędzałem w hucie. I prawdopodobnie ostatnim w tym roku, toteż żelazne postanowienie mieliśmy, dzień święty święcić. Wyjątkowo niefortunnie się więc złożyło, że ten akurat moment Princessa wybrała, by się rozkraczyć i na kilka dni wylądować w warsztacie, wobec czego zmuszeni byliśmy bliżej zapoznać się z tym, co ma do zaoferowania na ten weekend nasze sioło.


Może u nas na wiosce nie ma kina, księgarni, czy polskiego geszeftu. Może taksówki przemierzają nasze ulice wyłącznie tranzytowo. Może największą atrakcją naszej kameralnej mieściny jest autobus do Corku. To jednak nie tak, że w piątkowy wieczór można co najwyżej pobujać się na przytupywance w remizie. Tak po prawdzie to tego jednego nie można, bowiem jak się u nas co fajczy, to strażacy z sąsiedniej osady gnają. Nie o tym ja jednak.


W poszukiwaniu rozrywki na weekendowy wieczór, niejako przypadkiem wpadliśmy na trop tajemniczego eventu w jednej z lokalnych knajpek. Zgodnie z instrukcją kilka godzin po zamknięciu lokalu stanęliśmy pod przeszklonymi wejściem, opatrzonym niepozostawiającym wątpliwości szyldem "closed". Anieśka zerknęła dla pewności na telefon, czy aby na pewno staliśmy pod właściwymi drzwiami, po czym w umówiony sposób zastukała w pociągniętą biała farbą framugę. Atramentowa sylwetka zamajaczyła w ciemnym wnętrzu, a po chwili szczęknęła zasuwka. Para czujnych oczu pojawiła się w drzwiach. Konspiracyjnym spojrzeniem obrzuciła okolicę, wreszcie nas samych.


- Hasło! - zażądała właścicielka oczu.


- O'Callaghans nocą - odparła wyzywająco Anieśka.


Drzwi otworzyły się szerzej, a z wnętrza doleciała zapraszająca mieszanka zapachów, toteż do środka wślizgnęlibyśmy się skwapliwie, nawet gdyby na zewnątrz nie było tak wściekle zimno.


Oddawszy kurtki pani z obsługi, zasiedliśmy za błyszczącym srebrem i szkłem stolikiem dla czwórki. Na miejscu byliśmy pierwsi, co na co dzień nam się raczej nie przytrafia, napawać jednak nie było się okazji, bowiem po chwili goście gwarnie poczęli wypełniać pomieszczenie. W tym Anieśki szef z małżonką, którzy dołączyli do naszego stolika. My może jesteśmy miejscowymi Beckhamami (w sensie Anieśka nie umie śpiewać, a ja przepłacam za fryzjera), ale by się na tak ekskluzywną imprezę wkręcić, potrzebowaliśmy protekcji prawdziwej szychy.


Ja lubię dobrze zjeść. Nie tyle dla pierwotnego zaspokojenia głodu, co dla palety doznań dla podniebienia i całej związanej z tym otoczki. Lubię sobie siupnąć w fajnej knajpce, przy niewielkim stoliku, poudawać, że znam się na winie i oddać się w ręce wykwalifikowanych ekspertów. Myśl, że nie będzie trzeba po tym wszystkim zmywać, też raczej ogólnego wrażenia nie psuje.


Zwykle ślęczę długimi minutami nad menu i zamawiam dopiero, gdy wszyscy przy stole już powoli zapadają w śpiączkę z braku cukru we krwi. Zbyt wiele zależy od tej decyzji, by podjąć ją pochopnie. Anieśka nie ma takiego problemu. Jeśli zamówi źle, bez większych ceregieli zamieni się ze mną. Dlatego przewraca oczami i mało dyskretnie puszcza dym uszami.


Tego wieczora obojgu nam były jednak oszczędzone zwyczajowe rozterki, bowiem w ciągu jednego posiedzenia przekopać się mieliśmy przez calutkie, przygotowane na tą okazję menu. W sumie okrągłe dziesięć pozycji. W wersji petit, ale jednak.


Wieczór rozpoczęliśmy krabowym crème brûlée (sic!). Tak na rozgrzewkę przed kaczką, duszonymi wołowymi policzkami i pieczoną żabnicą (numerek 9 na liście piętnastu najbrzydszych stworzeń na Ziemi). Porcje były naprawdę symboliczne, jednak w okolicy sorbetu jabłkowego miałem poważne problemy z dosięgnięciem stołu. Nie żeby mnie to w jakikolwiek sposób spowolniło. Lata dzielenie stołu z Grubym, a następnie Anieśką nauczyły mnie, że gdy w grę wchodzi jedzenie tak wyśmienite, pałaszować należy sprawnie i konsekwentnie oraz nie spuszczać oczu z talerza, wystarczy bowiem chwila nieuwagi... Z niedawna przysiągłbym, że co najwyżej mrugnąłem, a ostatni kawałek zapiekanego ziemniaczka z rozmarynem zniknął z mojego korytka.


Do domu wracaliśmy bujając się na boki jak para pingwinów. Błogosławieństwem się wówczas brak samochodu okazał, spacer na rześkim zimowym powietrzu pozwolił spalić choć kroplę z oceanu spożytych kalorii.


Acz pewnie i tak do kierownicy bym nie dosięgnął...

czwartek, 26 września 2013

This is Sparta!

Przyjmujemy się na Południu jak przeszczepiona nerka. W pierwszym odruchu organizm zareagował szokiem, bo nam ciut tu agroturystyką trąci. Mieścinka jest mała - Aldi, Lidl, Tesco, sześć pubów, dwa zakłady bukmacherskie, kościół, poczta i na tym wyliczanka się kończy. Ludzie są przesympatyczni, a okolica malownicza, ale prawda jest taka, że największe zalety naszej wioski to darmowy parking i autobus do Corku.


Anieśka Cygana ostatnio na wiosce spotkała, co się też z naszej huty przetransferował. Uśmiechnięty, wózek z cyganiątkiem popychał, pozdrowił grzecznie, jak obyczaj nakazuje, zapytał o samopoczucie oraz pierwsze wrażenia z nowego miejsca. W zgodzie z sumieniem Anieśka odparła, że delikatnie rzecz ujmując, nie wszystko co sercu i duszy potrzebne nasze miasteczko oferuje. Cygan obruszył się, jakby kto mu matkę obraził. “Trzy rzeczy wymień, których tu nie ma, a tam były”, zażądał. Trzy!? Dziesięć można wymienić na jednym oddechu, co też Anieśka zamierzała uczynić, ale wdech wziąwszy spojrzała na rumiane oblicze okraszone szerokim uśmiechem i zaniechała.


Za to domek mamy ładny. Z rodziną jaskółek go dzielimy, co mi na auto srają, ale lepsze to niż beztroscy sąsiedzi, którzy naszą srebrną princessę drzwiami obijali. Wciąż czekamy, aż nas Vodafone do Sieci Globalnej podepnie. Piętnaście dni sobie na to dali - najwyraźniej technik kabel z Singapuru na kołowrocie ciągnie. Przynajmniej jest wymówka, by wieczorem do pubu wyskoczyć, gdzie WiFi mają i moje ulubione odświeżające napoje.


Jest ogródek, z okna górę widać, a okolica podobnież słynie z outdoorowych rozrywek. Szkoda jedynie, że nim w hucie gotowi będę rozstać się ze mną przed zmrokiem, zima przyjdzie i nawet bałwana na trawniku za domem nie postawimy, bo wiadomo - Irlandia.


Szalone godziny pracy odbiły się na mojej boskiej sylwetce. Anieśka zapowiedziała, że póki do dawnej wagi nie wrócę zawieszamy wszelką aktywność seksualną. Nie wiem czy bardziej w obawie przed siniakami, czy się dziewcze o mnie troska, że mnie biodro strzeli podczas podniebnych akrobacji, bądź inny istotny element szkieletu. Ciut tu przesadza, jak mnie bowiem kostkowa narzeczona w ostatni weekend zobaczyła, zapowiedziała, że się też w nasze okolice przenosi. Niemniej w temacie żartów nie ma, także w ramach planu naprawczego zapisalim się oboje na siłownię. We wiosce obok, bo u nas to rzeźnia jest, za pieniądze dwukrotnie większe.


A na wiosce taki ryneczek mamy, gdzie się z rana targ otwiera. Rybę świeżą zakupić można, chleb chrupiący, tudzież owoce i warzywa z prawdziwego zdarzenia. Nasz fotograf weselny to gość co pół Ameryki Południowej z laczka przemierzył i zdradził, że pięknych żółciótkich bananów ze sklepowych półek, to się w takiej Wenezueli nawet psom nie daje. Banan przemysłowy na to wołają. Donal kiedyś stanął przed niepowtarzalną szansą, by klientów naszej sieci zapoznać z prawdziwym mango, ale odrzucił całą dostawę, twierdząc, że nam zepsute owoce przywieźli. No więc na tym ryneczku prawdziwe owoce dostać można, a nie cytryny w przebraniu. Także nie tak, żeby pozytywów nie było, ale my ze stolycy, także za miastem nieco tęskno i się nawet plan klaruje, by po wygaśnięciu umowy wynajmu, przenieść się gdzieś, gdzie cywilizacja już dotarła. Do Corku może.


Pożyjemy, zobaczymy.

piątek, 13 września 2013

Due South

Jedno słowo czasem wystarczy, jeden głupi pomysł, a życie przeskakuje jak rozpędzone PKP Intercity na zupełnie nowe tory. Osiem lat temu Anieśka rzuciła, że może by tak w tym roku dla odmiany uciułać ciut dukata i ruszyć do Irlandii. W tej jednej chwili życie jakie znaliśmy znikać zaczęło za oknem metaforycznego wagonu.


Jakiś czas temu William zagadnął, czy bym na południe kraju nie chciał się przenieść, gdzie Firma otwiera nowy punkt. Wagonik znów cichutko zastukał na wyimaginowej zwrotnicy i BAM … trzy lata później jesteśmy jeszcze dalej od Domu.


Z ciężki sercem opuszczaliśmy miasteczko, w którym spędziliśmy ostatnie osiem lat. Szczęśliwie niektórzy prawdziwi przyjaciele, postanowili nam sprawę ułatwić i na koniec mieli nas jakby w doopie, dzięki czemu żal ciut mniejszy.


Podczas gdy zapełnialiśmy mieszkanie kolejnymi pudłami, Kostek, Quy-Syu i Wariat ruszyli do Szwajcarii szwędać się po lodowcu Monte Rosa. Zazdrość zżerała nas jak rdza, bowiem w wobec wiekopomnych przemian w hucie oraz ostrego zwrotu w karierze, tematu urlopu nie było nawet sensu poruszać. Na pocieszenie Kostek zostawił mi kluczyki do vana, dzięki czemu dwie walizki, z którymi przybyliśmy na Zieloną Wyspę, a które przez ostatnie lata rozrosły się do rozmiarów wozu amerykańskich amiszów, udało się przetransportować w dwóch strzałach.


Południe, jak to południe, powitało nas słońcem. Tak w każdym razie słyszałem, bowiem nowy przełożony dzień w dzień zajeżdża do mnie pod biuro z wywrotką zadań na wczoraj, także po pracy wczołguje się po schodkach do sypialni i zasypiam z nogami wciąż na podłodze. Koszmarne to marnotrawstwo, bo nasze małe mieszkanko wymieniliśmy na domek z ogródkiem i ostatnie dni lata należałoby spędzać po bożemu na leżaczku, z bursztynem w dłoni i cichutko skwierczącym grillem za plecami, nim przeniesiemy się na zimę z butelką wina przed kominek.


Jak już jednak tą maszynę w ruch wprawimy...

piątek, 14 czerwca 2013

Pomroczność jasna

Rok 2013 zapowiada się przełomowo. Najsamprzód dosyć istotna zmiana w życiu prywatnym. Niby wsunięcie obrączki na palec nic nie zmienia, ale spróbujta powiedzieć to głośno, przy takim moim koledze z pracy. Chopacyna swego czasu próbował przesadzić stalowy płotek dosyć słusznej wysokości. Poślizgnął się w trakcie niezdara, a jeden z prętów wsunął się nieszczęśliwie pod obrączkę, która po chwili obciążona dynamicznie przez dziewięćdziesiąt kilo spadającego chłopa zadziałała jak gilotyna. Podobnież wrócił kilka godzin później z ojcem szukać w trawie palca, ale jakiś piesek już się zapewne zainteresował. Obrączki już nie nosi. Mówi, że mu spada. Uwielbiam ludzi z dystansem...


Nim trzy miesiące miną, wrzucamy cały dobytek na garba i przenosimy się na południe Irlandii. Troszku szkoda, bo śmy konsekwentnie zbierali wartościowych znajomych i możemy się na chwilę obecną pochwalić niczego sobie kolekcją. To jednak tylko dwie godziny jazdy. W Irlandii jest wszędzie blisko. A na południu ponoć cieplej.


Póki co, jako preludium do zmiany adresu, zmieniłem godziny pracy. Dość diametralnie, bowiem teraz wstaje o godzinie, o której jeszcze niedawno wracałem do domu.


Był czas, że nic a nic nie miałem przeciwko porannym pobudkom. Ale wtedy mogłem swój wiek na palcach obu rąk zaprezentować, muzyki słuchaliśmy na kaseciaku renomowanej firmy Crown, co go braciak otrzymał na komunię, a zamiast łupać w piłę na playstation, łapaliśmy takie spadające jajka do koszyczka. Już wtedy rozumiałem, że wielka to niegospodarność wstać rano i włączyć telexpress. Zwłaszcza, że dnia poprzedniego Państwo Rodzice  pogonili do wyrka wraz z zapadnięciem zmroku. Chyba, że czwartek był. Wówczas po spełnieniu restrykcyjnych wymogów odnośnie kąpieli i piżamy, mogliśmy z Grubym pogapić się do późna na 'Dempsey i Makepeace na tropie'.


Z upływem lat czas obowiązkowego zajęcia pozycji na pryczy mocno się rozmył, doceniać zacząłem słodkie lenistwo w pierzynie, a wczesne pobudki rozpoczęły gwałtowny spływ w dół listy moich ulubionych rzeczy. W czasach studenckich rozkład zajęć spisywałem dopiero od godziny 10:00. Nie było sensu się oszukiwać.


Wydawało się, że wezwanie do dorosłości i kres lenistwa przyszedł w postaci biletu na autobus do Dublina. Nic jednak bardziej mylnego, bowiem pracę podjąłem na wieczorną zmianę i nadal spałem sobie w najlepsze. Osiem lat tak minęło i z niedawna dopiero życie jak nietoperz zaczęło uwierać mnie niczym kamień w bucie.


Dzienna zmiana upomniała się o mnie w najlepszym momencie. Gdy dość miałem powrotów do domu o trzeciej nad ranem, gdy po dziurki w nosie miałem wykonywania poleceń ludzi głupszych ode mnie, zmarnowanych wieczorów, chaosu i braku poszanowania dla klasy ciężko pracującej, gdy przymierzać powoli zacząłem biały kaftan z przydługimi rękawami, zjawił się u nas Szeryf z propozycją nie do odrzucenia.


Z pewną taką nieśmiałością nastawiałem po raz pierwszy budzik na 6:00. Dwa dni zakręcony chodziłem jak bąk, a potem kliknęło. Jakby terkoczący przez lata trybik wskoczył wreszcie na właściwe miejsce. Śpię krócej, wysypiam się lepiej, czasu mam więcej, a po robocie nawet buty ściągnę zanim skieruję się do barku.


Żeby mnie się jeszcze golić na gładko nie kazali...

wtorek, 28 sierpnia 2012

Mojito

Pierwszego koleżkę pociągnąłem z kopyta. Zatoczył się do tyłu, wpadł na instalację elektryczną, zaskwierczał i znieruchomiał. Drugi wyskoczył zza rogu zamierzając się na mnie ciupagą, ale również potraktowany markowym obuwiem zawinął się wokół balustrady i runął trzy piętra w dół na kamienną posadzkę. Trzeci ciskał we mnie płonącymi kulami zza przewróconej meblościanki, alem go snajperką odnalazł i brzydal osierocił gromadkę paskudnych zombieków.

Wtedy rozległo się pukanie do drzwi. Zatrzymałem konsolę i ruszyłem rozewrzeć wrota. Pierwszy przekroczył próg Wielki Duch Mojito momentalnie biorąc mieszkanie we władanie i nieco szczypiąc w oczy. Za nim tanecznym krokiem wtoczyła się Anieśka. Z wieczoru panieńskiego koleżanki dziewczę wracało. Włos zmierzwiony, ciuch w nieładzie, na głowie dwoje białych, króliczych uszu. Piruety w przedpokoju baletnica kręci stwarzając bezpośrednie zagrożenie dla wiszących na ścianach dzieł sztuki.

- Co tak kuprem kręcisz? - zagadnąłem obserwując niezwyczajną choreografię.
- Merdam ogonkiem.
- Jakim ogonkiem!?
- Hę? - Anieśka zerknęła w dół przez ramię. - Eeeej, zgubiłam ogoneeek...

Bezcenne...

poniedziałek, 25 lipca 2011

Mr. Redaktor

Od maleńkości miałem ciąg na papier i pióro. Za szczawia nawet pisałem książki, choć użycie tego terminu w odniesieniu do moich arcydzieł jest poważnym nadużyciem. Było nas bodaj pięciu, a w naszych dziesięcioletnich głowach zrodził się pomysł otwarcia ... biblioteki z pozycjami naszego autorstwa. Jak ktoś się teraz zaśmieje to dostanie w mazak.

Pomysł ten, podobnie jak wspólna budowa gigantycznej stacji kosmicznej z klocków LEGO, nie doczekał się realizacji, niemniej dał nam zajęcie na wiele wieczorów, kiedyśmy spotykali się u kogoś w domu i smarowali sześciostronnicowe książeczki o merytorycznej wartości papieru toaletowego. Nie potrafię sobie przypomnieć, co było przyczyną rozpadu naszego przedsięwzięcia, najpewniej typowa dla zasmarkanego wieku konsekwentna utrata zainteresowania.

Na pewno nie przeżywałem tej spektakularnej klapy specjalnie długo, znajdując pocieszenie w dziennikarstwie. Wraz z dwoma kolegami ze szkolnej ławy powołaliśmy do życia "PausaPress, czyli gazetka na przerwę". Tygodnik składał się z dwóch stron A4 i ukazywał się nakładem dwudziestu egzemplarzy, kopiowanych przez moją szanowaną Panią Matkę, na pracowniczej xerokopiarce. Jeden numer kosztował złotych tysiąc, czyli dzisiejsze dziesięć groszy, a całość utargu przeznaczana była na nagrodę za prawidłowe rozwiązanie krzyżówki. Szczęśliwy posiadacz pachnącego długopisu wyłaniany był za pośrednictwem nadzorowanego przez oficjeli losowania.

Gazetka była swego rodzaju sukcesem, Paniodplastyki nigdy nie zwróciła się już do nas inaczej niż Panowieredaktorzy. Świąteczny numer powieliliśmy wyjątkowo trzydzieści dwa razy i rozdaliśmy klasie free of charge, dodatkowo umieszczając w każdym numerze po sztuce zimnych ogni.

Tymczasem koledzy z nieistniejącej już biblioteki założyli konkurencyjną redakcję i wydawać poczęli magazyn sportowy "GOL". Pozycja ta nie znajdowała wprawdzie uznania w oczach koleżanek z klasy, ale wśród kolegów cieszyła się znacznym szacunkiem, choć zawierała głównie informacje przepisane z telegazety. Po kilku miesiącach postanowiliśmy połączyć siły we wspólnym projekcie o nazwie "Satelita". Wydawnictwo to nigdy nie doczekało się pierwszego numeru - gdzie kucharek sześć... - za to ostatecznie położyło kres zarówno PauziePress jak i Golowi.

Na tym moje dziennikarskie ambicje się skończyły i pogrzebane żywcem zostały obok marzeń o wielkiej piłce i pracy na stacji benzynowej*. Tymczasem kilka dni temu nastąpiła nieoczekiwana ekshumacja. Na polskim serwisie mojego ukochanego Newcastle United znalazłem ogłoszenie o naborze do redakcji. Weszliśmy w kontakt, wymieniliśmy kilka próbnych tekstów, uzgodniliśmy wynagrodzenie (trzy tysie netto to rzuciłem tak, żeby było z czego schodzić, a tu taka niespodzianka) i jeszcze tego samego dnia zadebiutowałem krótką wzmianką o kontuzji Hatema Ben Arfy.

Gdyby ktoś reflektował: www.nufc.pl
_______________
*) Gdy ma się lat naście nalewanie benzyny do baku wydaje się wymarzoną pracą. W każdym razie mi się wydawało.

poniedziałek, 2 maja 2011

Basta

Żywot trzydziestolatka nie jest łatwy, co twierdzę z perspektywy dziesięciodniowego doświadczenia w zakresie.

W wielkanocną sobotę, w ramach obchodów tragicznej, trzydziestej rocznicy moich narodzin, Anieśka pozwoliła mi sprosić do domu 'chołotę', w związku z czym z pełnym zaangażowaniem, do szóstej rano staraliśmy się spić mnie w pestkę. Bez jakichś oszałamiających sukcesów, bowiem na stole roiło się od jadła wszelakiego, skutecznie spowalniającego amnezyjne działanie alkoholu.

Może i dobrze się stało, bowiem już dnia następnego przyszło mi stawić się w pracy. Niby dopiero na czternastą, ale szczególnie rześki jakoś nie byłem. Pewnym pocieszeniem był widok potężnie sponiewieranego Kostka. Po pierwsze dlatego, że smarkaczem jest, o co od czasu napoczęcie trzeciej dekady mam do niego żal. A po drugie zwykle sytuacja jest odwrotna - Kostek zasypia na imprezie z nosem w talerzu, ale nazajutrz to on fruwa w pracy radosny jak skowronek, podczas gdy ja egzystuję na granicy śmierci klinicznej.

Największym pocieszeniem był jednak gwizdek na fajrant, zwłaszcza, że oprócz miłej perspektywy ciepłego łóżka oferował także wolny od pracy poniedziałek. Do pełnej regeneracji sił jednak nie doszło, zebraliśmy się bowiem w casa del Kostek na wieczornego pokera. Pomnożywszy nieco fortunę, zgodnie z planem zadzwoniłem po Anieśkę, co by nas po domach rozwiozła. Niestety pewien nierozważny użytkownik pojazdu zostawił włączone radio, pozbawiając nas jedynej możliwości powrotu do domu. W Irlandii niby kryzys, ale żaden taksówkarz nie kwapił się, by odebrać o czwartej w nocy telefon. Ostatecznie do domu zawiózł mnie Kostka współmieszkacz po powrocie z nocki na stacji paliw. O ósmej rano. Urbasia prosto do pracy, ale z moimi żetonami. Znaczy jest sprawiedliwość.

Do pracy znów zawitałem półprzytomny, a na domiar złego wieczorem czekał mnie jeszcze bankiecik na cześć Archibalda, który w myśl nowych reguł zakończył służbę w naszej hucie. Jeden drink zarzekałem się, ale w drodze do domu znów akompaniował mi śpiew ptaków.

W środę wróciłem doma prosto z roboty, jak Pani Matka przykazała, ale organizm zgłupiał w tym całym galimatiasie, spać mi nie dał do czwartej, by bez wyraźnej przyczyny obudzić o ósmej. Do pracy trafiłem na autopilocie

Gorączka i ból gardła w piątek nawet mnie nie zaskoczyły.

Już szron na głowie, starsi panowie...

niedziela, 16 stycznia 2011

Młodości dodaj mi skrzydeł...

Piątkowego wieczoru Kostek wyprawił urodzinową imprezę. Były śledziki, pieczone udka, wędliny, mięsiwa, kabanosy, jaja z majonezem i oczywiście okowitka. W efekcie dzisiejsza pobudka do najprzyjemniejszych nie należała, a miejsce miała w okolicy godzin popołudniowych i o kilka tylko minut poprzedziła wyjście do pracy. A w pracy chyłkiem przemknąłem pod drzwiami kierownictwa, bowiem jak zapewniała w aucie Anieśka, gorliwe szorowanie zębów nie do końca rozwiązało problem alkoholowego chuha ... huchu ... chuchu ... ... chu...  oddechu i natychmiast wpadłem na bladego i przygarbionego nieco gospodarza wczorajszej imprezy. Tym widokiem nieco umocniony (każde nieszczęście jest łatwiejsze do zniesienia, gdy z kimś się je dzieli), zająłem się tym, za co mi firma płaci - pasjansem.

Uporawszy się z pierwszą falą obowiązków, uznaliśmy, że właściwy to moment, by zadzwonić do Kumpla celem wymiany wrażeń i uzupełnienia pewnych luk. I tu nam humory nieco opadły, bowiem w głośniku zamiast oczekiwanego jęknięcie usłyszeliśmy rześkie i radosne:

- Hello?
- Siemasz byku, jak tam?
- A dobrze, obudziłem się obok Dejma i już pije.

Na wzmiankę o alkoholu zgięły mnie torsje.

- Dobry jesteś...
- Nooo, zaraz ma przyjechać Piter z jakimś piwem i idziemy na kręgle.

Pokiwaliśmy z uznaniem głowami. Gdyby miał wybór nie opuściłbym dzisiaj kanapy.

- Spoko, jak będziesz jeszcze coś robił ok drugiej w nocy to wpadniemy po pracy - zażartował Kostek.
- Nooo, o drugiej mam zamiar wychodzić z klubu

Teraz to już się przechwalał. Pożegnaliśmy Kumpla czule i wróciliśmy do obowiązków służbowych (pasjansa).

Tymczasem pół godziny temu, o godzinie 3:30, zaterkotał telefon. W pierwszym odruchu nie odebrałem, bo kto dzwoni po ludziach w środku nocy, ale gdy za chwilę komórka odezwała się ponownie, tknęło mnie, że coś się przecież mogło stać.

- Siemasz, co robisz? - Kumpel brzmiał już mniej rześko i radośnie, za to przejawiał dziwną tendencję do przeciągania końcówek.
- Szykuje się do spanie - odparłem szczerze jak na spowiedzi.
- A nie chciałbyś się czegoś napić?
- Nie będę chciał jeszcze przez kilka dni!
- Aha, to na razie.

Czy to ja się starzeje...?


wtorek, 24 sierpnia 2010

Awesome thing

Życie to suka i niezależnie od wszystkiego kończy się zawsze tym samym. Dlatego trzeba umieć doceniać małe rzeczy. Jakkolwiek by to nie brzmiało. Na tą okoliczność powstała nawet książka i strona internetowa www.1000awesomethings.com. I choć może ciężko podzielić entuzjazm osób, które to tej listy dołączyły sikanie do basenu, kanapkę z chipsami i wycieranie mokrych rąk w spodnie, to na niektóre pozycje wprost nie sposób pozostać obojętnym. Z kronikarskiego tylko obowiązku pozwolę sobie przytoczyć kilka punktów:

- gdy budzisz się w piątkowy ranek, a okazuje się, że jest sobota,
- gdy osoba, z która masz się spotkać spóźnia się jeszcze bardziej niż ty,
- gdy podnosisz coś, co okazuje się być znaczniej lżejsze niż podejrzewałeś,
- gdy otwierasz książkę, na stronie na której skończyłeś,
- gdy w korku, stoisz na najszybciej poruszającym się pasie,
- gdy kierunkowskaz samochodu przed tobą, miga tym samym rytmem co twój,
- gdy przechodzi ci czkawka,
- gdy rozśmieszysz kogoś kto ma pełne usta,
- gdy okazuje się, że to co miałeś kupić właśnie objęte zostało promocją,
- gdy budzisz się przed budzikiem i okazuje się, że masz jeszcze dużo czasu na sen.

Kilka miesięcy temu, wobec pewnych pogodowych anomalii, do Polski zmuszeni byliśmy udać się samochodem. Wariant to dalece bardziej kosztowny i czasochłonny, ale po stronie plusów - przynajmniej nikt nie powie, że mój bagaż waży 220 g za dużo lub nie mieści się to tego idiotycznego stalowego koszyka.

By efektywnie wykorzystać potencjał bagażowy, w drogę powrotną zabraliśmy ze sobą wówczas rzeczy, które w opcji lotniczej nie wchodziłyby w grę: 10 kg proszku do prania, dwie skrzynki grzybków w occie, marynowanej dyni, kiszonych ogórków, dżemów i powideł. Oraz zapas alkoholu na kolejne dwa stulecia. Według wstępnych, optymistycznych założeń. Bo w rzeczywistości źródełko wyschło w okolicach półfinałów południowo afrykańskiego turnieju

Tymczasem kilka dni temu, przekopując szafę w poszukiwaniu butów do garnituru, natknąłem się na zziebnięty i przerażony czteropak tatry. Biedaczek wysmyknąć się musiał ze zgrzewki i przeleżeć dobry miesiąc sam w ciemności i zapomnieniu.

Jakbym znalazł pieniądze w kieszeni zimowej kurtki.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Machaj wędą, ryby będą, a Rumiany nie podskoczy.*

Tego całego wędkowania to już się nam - mnie znaczy i Kostkowi - odechciało. Ileż można wstawać nieludzką porą, by 3-4 godzinki kija pomoczyć, wrócić z pustymi rękoma, a przez resztę dnia toczyć w pracy nierówną walkę z opadającymi powiekami. Owszem, czasem jakaś wygłodzona oferma da się skusić na robaczka, ale w świecie przyrody ofermy nie dożywają dużych rozmiarów.

Wobec kryzysu rybnego uradziliśmy z Kostkiem, wstyd się przyznać, odwiedzić staw hodowlany. Plan wcieliliśmy w życie już kilka dni później, ruszając w malowniczą trasę przez góry Wicklow do Aughrim. Na miejsce dotarliśmy jeszcze przed obsługą, ale w sobotni, irlandzki poranek jakoś to nie dziwiło. Rozłożyliśmy sprzęt, a gdy tylko pierwsza zaspana twarz zamajaczyła niewyraźnie za kasą, natychmiast ruszyliśmy złożyć obowiązkową donację na rzecz utrzymania kompleksu wodno-rybnego.

Wyprawa zakończyła się pełnym sukcesem. Do domu wróciłem z bananem na twarzy i dwiema pokaźnych rozmiarów ofermami, a to nie przytrafiło mi się od ostatniej wizyty w dziale rybnym superquinna.

Zasmakowawszy w pstrągu tęczowym, do Aughrim wróciliśmy już w kilka dni później. Ponownie nie niepokojeni przez nikogo zasiedliśmy nad brzegiem i bez zbędnych ceregieli przystąpiliśmy do działania. Chwilę później głośne krzyki i nerwowe wymachiwanie rękoma po drugiej stronie stawu obwieściło przybycie obsługi. Zebrawszy w czapkę drobny kapitał ruszyłem do kasy, a tam miejsce miał następujący dialog.

- Dzień dobry - zgodnie ze starym zwyczajem pozdrowiłem nieznajomych.
- Arghhs BRRabarrbabaWZZZZZZHuuuuudzzzzzzzzz - odparła czerwona na twarzy Irlandka.
- A to przepraszam, nie wiedziałem. Brama była otwarta, do głowy mi nie przyszło, że nie można jej przekraczać.
- Staw czynny jest od dziewiątej - wysapała odzyskując powoli zdrowy kolor skóry.
- Fuck them out - wtrącił zza mojego ramienia Mały Rumiany** Irlandczyk
- Na internecie wyczytałem, że od ósmej. Na bramie też słowa o godzinach otwarcia nie było - odparłem wstępnie ignorując Rumianego.
- Będę musiała powiadomić kierownictwo*** - zagroziła z satysfakcją.
- O czym!? - zdziwiłem się - Że przez otwartą bramę weszliśmy na staw hodowlany, który według informacji zamieszczonych na internecie otwarty jest już od niemal godziny!?
- Fuck them out!
- Yyyy, na parkingu są kamery, jeśli kierownictwo dowie się, że weszliście na staw przed otwarciem, będziemy miały poważne problemy.
- Nie wydaje mi się to prawdą. Skoro pracujecie od dziewiątej, wątpię, żebyście były odpowiedzialne, za to co dzieje się tu wcześniej.
- Fuck them out! Fuck them out! - wykrzykiwał podskakując Rumiany.
- A jednak jesteśmy - odparowała Irlandka zaczepnie wysuwając podbródek.
- Przepraszam w takim razie - bąknąłem polubownie - następnym razem czekał będę pod bramą.
- Fuck them out? - jęknął Rumiany wietrząc rychłe zażegnanie konfliktu.
- Zajęliście stała miejscówkę tego pana - Irlandka teraz jakby dopiero zauważyła Rumianego - będziecie musieli się przenieść.
- Niby dlaczego!? Przecież byliśmy tam pierwsi!
- Ale weszliście przed otwarciem, podczas gdy ten pan czekał grzecznie pod bramą.
- Pod bramą też byliśmy pierwsi. Gdybyśmy czekali do dziewiątej, wciąż na miejscu bylibyśmy przed nim.
- Fuuck them ouuut!!! - zawył żałośnie Rumiany padając na kolana.

Ostatecznie pola nie ustąpiliśmy. Rumiany jednak broni nie złożył. Z bardziej odległych stanowisk usilnie starał się dorzucić swego robaczka do naszej piaskownicy, czym, zgodnie z niepisanym kodeksem wędkarskim, zasłużył sobie, by w betonowych butach dołączyć do przynęty. Z każdym niepowodzeniem krok za kroczkiem, chyłkiem zmniejszał dystans, aż w końcu siedział nam na plecach, a wędkę zarzucił na krzyż z Kostkową.
Kostek w milczeniu zgasił papierosa, wyjął plastikową miskę i jął rozrabiać cement z wodą. Widząc co się święci rzuciłem w kierunku Rumianego soczyste wędkarskie pozdrowienie, na które zabijając nas wzrokiem przeniósł się kapkę dalej.

I byśmy się tak w złości pewnie rozstali, gdyby Rumiany nie złapał ryby. Męczył się z nią dobre kilka minut, bo podbieraka - wędkarz za trzy dychy - nie posiadał. Myśmy się natomiast bili się z myślami: postąpić po chrześcijańsku, czy wychowawczo. Szlachectwo zobowiązuje, jak ostatecznie uznałem, w niepamięć puszczając niehonorowe postępowanie Rumianego. Z podbierakiem w dłoni ruszyłem na odsiecz. Po chwili dorodny pstrąg tęczowy zatrzepotał na brzegu, a Rumiany giął się w podziękowaniach. Od tej pory służył sprzętem, chęcią pomocy, jak i fachową radą.

Odpłacanie dobrem za zło przynieść może zaskakujące efekty.

*) Tytuł autorstwa Anieśki :)
**) Słowo "rumiany" różny może mieć wydźwięk. Rumiany może być piekarz, bądź cukiernik. Rumiana może być skomplementowana dziewka. Mały Irlandczyk rumiany był jak żul spod monopolowego w upalny dzień, w okolicach godziny szesnastej.

***) Jak donoszą psycholodzy w Irlandii słowo menedżer, kierownictwo, bądź nazwisko przełożonego nadużywane są w celu wprowadzenia paniki i terroru. Z 92% sprawdzalnością zwroty tego typu tłumaczyć należy wg schematu:
"Podczas rutynowej przechadzki menedżer zauważył..." - jeden z was doniósł mi...
"John O`Reilly wściekł się jak diabli..." - średnio mi się to podobało
"Ciaran Murphy niestety zgody nie wyraził..." - po moim trupie!
"Decyzją dyrektora..." - to mój pomysł, ale coś mi mówi, że się wam nie spodoba.
"Jestem zmuszony powiadomić kierownictwo..." - palcem w bucie mogę sobie poruszać.

poniedziałek, 11 maja 2009

Się skacze, się pływa...

Od czasu pewnego prowadzę tryb życia, który z przymrużeniem oka i w odpowiednim oświetleniu można by uznać za zdrowy. Ponoć to teraz modne. Nie żebym zaraz wcinał kiełki i gotowane warzywa w ilości przemysłowej. Ot, staram się nie jeść na noc, kłaść się nie później niż o 1:00 i spać z rękoma na kołderce. Nie palę, alkohol spożywam w ilościach umiarkowanych(będę trzymał się tej wersji niezależnie co twierdzi Anieśka), nie biorę narkotyków. Tylko cole żłopię bez opamiętania, ale nobody is perfect. Cztery do pięciu dni w tygodniu wyciskam siódme poty na siłowni, w każdy sobotni poranek kopię piłkę, a od niedawno zapałałem jeszcze szczerym uczuciem do squasha. A, no i wędkuję. To ponoć też sport, choć niektórzy twierdzą, że tylko inna nazwa dla picia w plenerze. Nawet Anieśka wymieniła kanapę na wierzchowca. Słowem: żyjemy aktywnie i co do jednego jesteśmy zgodni: nigdy jeszcze nie czuliśmy się tak źle.

Anieśka snuje się po mieszkaniu taszcząc między kolanami niewidocznego arbuza i skarży się na bóle mięśni nie znanych jeszcze współczesnej medycynie. Ja przez niemal dwa miesiące leczyłem uraz stawu skokowego, miesiąc cierpiałem na zagadkowe bóle nadgarstka, trzy tygodnie narzekałem na naciągnięty mięsień dwugłowy uda. Obecnie uskarżam się na dokuczliwy ból w okolicy czwartego żebra i z niecierpliwością oczekuje na zejście śliwkowego paznokcia u stopy.

Mało? Ból fizyczny to pestka w porównaniu z torturą dla duszy, w którą obfitował miniony weekend. Ze względu na plagę kontuzji tradycyjne sobotnie konsultacje kadry piłkarskiej stanęły pod poważnym znakiem zapytania. Na szczęście seria szybkich ruchów transferowych pozwoliła skompletować ośmioosobową ekipę, z której niejako przypadkiem połowa okazała się być Słowakami. Mecz międzypaństwowy był oczywistą konsekwencją takiego stanu rzeczy.

Kajtkiem będąc grywałem z Ojcem Dyrektorem w ping-ponga na stole w jadalni. Pudełka od kaset magnetofonowych robiły za siatkę, reszta sprzętu była już w pełni profesjonalna. Ojciec Dyrektor idiotów z nas nie robił, nie podkładał się, w związku z czym porażkę 2:11 poczytywałem sobie za osobisty sukces. Każdy zdobyty punkt był jak święto narodowe, jak bramka w finale ligi mistrzów. Jasnym jest do czego zmierzam?

Nigdy więcej nie zebrałem takich batów jak wtedy. Aż do ostatniej soboty. Mecz zakończył się wynikiem 6:28. Ciężko się pozbierać po takim łomocie. Teraz dopiero wiem co czuli zawodnicy San Marino. Chlipałbym skulony w kącie przez sobotę i pół niedzieli, liżąc rany na honorze i składając rozsypaną jak puzzle godność, gdybym nie żył już arcyważnym pojedynkiem warszawskiej Legii z krakowską Wisłą.

Oliwy do ogniska rywalizacji dolewaliśmy z Niziołkiem, zatwardziałym fanem Białej Gwiazdy, od dobrych dwóch tygodni. Groźby, szyderstwa, pogróżki i kpiny fruwały jak nietoperze. Im bliżej do meczu, tym bardziej oczywistym stawało się, że zwycięzca weźmie w niedzielny wieczór wszystko: cześć, honor, szacunek. Legia poległa 1:0. Jutro boję się iść do pracy.

Ktokolwiek pierwszy powiedział, że sport to zdrowie najwyraźniej był miłośnikiem szachów.