Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Banita. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Banita. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 kwietnia 2007

Prison break cz. 2

Według opinii ekspertów zaprezentowanie w sądzie prawa jazdy i umowy ubezpieczenia powinno uchronić mnie przed poważniejszymi konsekwencjami. Szkopuł tkwił jednak w tym, że w styczniu auto sprzedałem, chwilę później zakupiłem nowe, na które przeniosłem polisę, co wiązało się ze zwrotem starego dysku i certyfikatu. W ręku pozostał mi jedynie tzw Insurance Schedule, zawierający co prawda wszelkie szczegóły polisy, ale niekoniecznie mogący być rozpatrywanym w kategorii dokumentu. Niemniej zaopatrzony we wspomniany papier, a także certyfikat nowej polisy oraz list wystosowany przez ubezpieczyciela z żądaniem zwrotu starego dysku i umowy, ruszyłem czwartkowym popołudniem do sądu. Rozprawa wystartować miała o 14 w 'district court', co by to nie znaczyło.

Przyznam liczyłem na jakąś recepcje, która pchnie mnie w kierunku poszukiwanej sali, tymczasem w gmachu sądu, za wyjątkiem okupującej jedną z ławek parki, powitała mnie pustka niczym na polskich ulicach podczas Turnieju Czterech Skoczni. Szybka lustracja budynku odkryła jednak drzwi ozdobione napisem 'District Court', pod którymi dumny z własnej samodzielności zasiadłem. Chwilę później dowiedziałem się od wspomnianej parki, że salę otwierają o 14:30, podczas gdy wezwanie jasno określało początek rozprawy o 14. Lekkie ukłucie niepokoju skłoniło mnie do podążenia za strzałką opatrzoną napisem 'District Court Office', po schodach do tak upragnionej przeze mnie recepcji. Niestety nieczynnej. Do 14 jak głosiła przyklejona do okienka kartka.

Po kilku minutach dreptania w kółko pancerna krata powędrowała do góry.

- Czy mogłaby pani skierować mnie do właściwej sali? - zaatakowałem wsuwając wezwanie pod okienkiem nim jeszcze cała postać rececjonistki wyłoniła się spod kraty.
- Najprościej będzie wyjść na zewnątrz, wejść do budynku sądu...
- Zaraz, zaraz. To to nie jest budynek sądu?
- Jest - recepcjonistka obdarzyła mnie spojrzeniem zarezerwowanym dla zielonych ludzików.
- Czy sala, w której mam się stawić jest na najniższym piętrze?
- Tak.
- Nie mogę więc zejść po schodach, którymi się tu dostałem?
- Od głównego wejścia jest bliżej.
- Ale ja się tu dostałem głównym wejściem.
- Niemożliwe, główne wejście otwarte zostało o 14.

Zaznaczyłem w myślach, by znaleźć praktyczne wykorzystanie dla mojej zdolności przenikania przez zamknięte drzwi, nie pierwszy raz wszak się to zdarza i spróbowałem zaskoczyć recepcjonistkę z drugiej strony:

- Czy do tej sali prowadzą trzecie drzwi na lewo od głównego wejścia?
- Tak - odparła recepcjonistka wyraźnie zadowolona z nawiązanej nici porozumienia.

Ładnie więc podziękowałem, zszedłem po schodkach na dół i zasiadłem pod drzwiami, spod których wyruszyłem na poszukiwanie recepcji. O 14:30 sala stanęła otworem, a mnogość ludzi pakujących się do środka uświadomiła mi, że moja sprawa z dużym prawdopodobieństwem będzie jedną z wielu. Jeszcze tylko Śliczna Urzędniczka, niczym na amerykanckich filmach zakrzyknęła "all rise" i na salony wkroczył postrach nikczemników i ostoja pokrzywdzonych - śmiszny dziadek w todze. Jeszcze pierwszym sprawom, o pobicie, czy kradzież torebki z TESCO po pijaku, w miarę się przysłuchiwałem. Każda następna jednak dotyczyła jazdy bez prawa jazdy/ubezpieczenia/podatku/miękkiego obuwia, więc mimo podobieństwa położenia szybko straciłem zainteresowanie i przez resztę z dwóch, spędzonych na sali godzin bezczelnie gapiłem się w dekolt Ślicznej Urzędniczki. Z zamyślenia wyrwało mnie kolejne "all rise", poprzedzające ewakuację sędziego. Z lekka zbity z tropu ruszyłem w kierunku dekoltu Ślicznej Urzędniczki i pytam grzecznie "co jest do jasnej niespodziewanej. Śliczna Urzędniczka popatrzyła na wezwanie, pogrzebała w komputerze, po czym ze zniewalającym uśmiechem oświadczyła, że moja sprawa nie widniej w programie rozpraw.

- A wezwanie? - spytałem.
- Widocznie zapomnieli. Ale to dobrze - dodała szybko na widok wydobywającej się z moich uszu pary - teraz sprawa jest zamknięta.

Podsumujmy więc: zatrzymany w stojącym na parkingu samochodzie, w stanie nietrzeźwym, bez opłaconego podatku, ale z ważnym ubezpieczeniem i przeglądem, spisany zostałem na podstawie prawa jazdy, a następnie oskarżony o jazdę bez prawa jazdy i ważnego ubezpieczenia, a w dalszej kolejności wezwany do stawienia o godzinie 14 w sali rozpraw otwieranej o 14:30 celem odpowiedzenia na zarzuty, których wreszcie nikt mi nie postawił.

No doprawdy...

sobota, 21 kwietnia 2007

Prison break cz. 1

Staram się, naprawdę się staram polubić Irysów. Nie zwracać uwagi na to, że są bezmyślni, brzydcy, grubi, a inteligencją dorównują najwyżej rozjechanej żabie. Że prawo jazdy, gdyby to ode mnie zależało otrzymałoby, w cztero milionowym kraju, najwyżej 12 osób, a zapewne nie więcej niż 3, gdyby zależało to od mojego ojca. Staram się skupić na tym, że w większości są życzliwi, serdeczni i chętni do pomocy. Że potrafią się bawić, choć nie bez alkoholu, ale w kraju, gdzie przez 280 dni w roku, jest ciemno, zimno, pada i wieje doprawdy ciężko ich winić o stosowanie wspomagaczy. Że dzięki nim mam pracę i w miarę łatwe życie. Tyle, że jak już zdołam się do nich nieco przekonać, oni wywijają taki numer, że cycki opadają.

Ten dzień zaczął się jak każdy inny. Zwleczony z wyra przez nieustępliwą Anieśkę, z puszką red bulla w garści, zza sklejonych jeszcze snem powiek wypatrywałem na parkingu auta. Po zakończonych sukcesem poszukiwaniach, zasiadłem za sterami, odtransportowałem moją lepszą połówkę do roboty, poczym z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku powróciłem do punktu wyjścia. A tam czekał na mnie już komitet powitalny, złożony z dwóch oficerów miejscowej policji.

- Wiesz może kto mieszka pod numerem 9-tym - zagadnęła mnie policjantka, o której napisałbym, że była urocza, gdyby taka naprawdę była.
- Wiem, ja - odparłem ignorując wrzaski instynktu samozachowawczego.
- Świetnie, szukam tego człowieka - powiedziała wskazując jakiś świstek ozdobiony moim nazwiskiem.
- To ja - instynkt zachowawczy kopał mnie w metaforyczną kostkę.
- To bardzo dobrze.
- Dla mnie czy dla ciebie - spytałem nieśmiało, teraz dopiero dostrzegając czerwone światełko żarzące się w mojej głowie.
- O nie, na pewno nie dla ciebie - odparła wręczając mi wezwanie do sądu.

O co szło? A no oto, że w ostatnie wakacje, wybraliśmy się z kumplem na dyskotekę (wierzcie lub nie). Dla dodania sobie odwagi, przed wejściem łyknęliśmy w samochodzie tego ... no ... odważnika. Impreza zakończyła się z godziną 2:30, jak to w Irlandii, a my powróciliśmy do auta celem dokończenia wspomnianego odważnika. W okolicach godziny 4:00 zainteresowała się nami policja. Bez mrugnięcia okiem łyknęli historię, prawdziwą z resztą, o tym że pod klub dojechałem trzeźwy i absolutnie nie mam zamiaru wracać do domu samochodem. Jako wstęp do opisu dalszych wydarzeń pozwolę sobie wspomnieć, że pierwszym punktem każdej kontroli są, zatknięte za przednią szybę, trzy papierowe dyski oznaczające ważny przegląd, ubezpieczenie i opłacony podatek. Tego ostatniego właśnie mi brakowało, ale znów garda przyjęła moje tłumaczenie, że auto jest nowe, dowodu rejestracyjnego jeszcze nie dostałem, a jest on niezbędny do opłacenia podatku. Nawet znudzeni kilku minutowymi poszukiwaniami prawa jazdy, machnęli na nie ręką, choć w końcu przypomniałem sobie, że leży w plecaku w bagażniku i zaprezentowałem je władzy do wglądu. Problemem okazało się moje ubezpieczenie, potwierdzone wszak dyskiem i tu policjanci zażądali certyfikatu polisy. Moje tłumaczenie, że to przecież dysk jest dowodem ubezpieczenia, więc umowy ze sobą nie wożę tym razem nie trafiło na podatny grunt i gardziarze zapragnęli zobaczyć mnie i mój certyfikat w ciągu 10 dni na komisariacie.

Uprzejme to zaproszenie, z pełną premedytacją, zignorowałem, wiedząc, z doświadczenia zarówno swojego jak i znajomków, że wizyty tego typu kończą się nic nie rozumiejącym spojrzeniem oficera dyżurnego, mocno niezadowolonego z faktu, że ktoś odrywa go od krzyżówki.

Jak się jednak okazało, ktoś nad sprawą piecze sprawował czego efektem było wezwanie do sądu, na rozprawę, podczas której oskarżony będę o:

- jazdę bez prawa jazdy (!?),
- jazdę bez ważnego ubezpieczenia (!?!?),
- nie przedłożenie ważnego prawa jazdy na komisariacie w terminie 10 dni od wydarzenia,
- nie przedłużenie certyfikatu ubezpieczenia na komisariacie w terminie 10 dni od wydarzenia.

Na finał historii przyjdzie Wam jednak drodzy Czytacze poczekać. Nie chcąc Was nadmiarem tekstu obarczać, podzielę tą notkę na 2 części. Tymczasem wielkie podziękówki, dla każdego kto pamiętał i życzył. Zaznaczę jednak, że najlepszy prezent sprawili mi kopacze Legii, w meczu z Koroną, którego to drugą połowę dane mi było obejrzeć po pracy u kumpli .... z Kielc. Tych samych, którzy nonstopicznie kpią z mych klubowych sympatii. Tych samych, którzy już na kilka dni przed spotkaniem odgrażali się jak to Korona pojedzie Legiunie. Dzięki wielkie panowie piłkarze. Miny kumpli po ostatnim gwizdku i piwo wygrane w zakładzie o końcowy rezultat - bezcenne.