Znajomi z wizytacją do nas zawitali. Jak donosiły źródła związane z Anieśką przylecieć mieli w czwartek. Tymczasem środowym wieczorem otrzymała ma piękna białogłowa smsa o treści: samolot odlatuje o 20:40, do zobaczenia wieczorem. No i się zaczęło. W pracy jak zawsze w takich sytuacjach sajgon, do domu dotarłem na 15 przed planowaną godziną lądowania samolotu. Jeszcze tylko przeskoczyłem we wdzianko nieco bardziej odpowiednie do witania znakomitych gości z Polski i rura na lotnisko. Trzy razy może dotknąłem kołami szosy po drodze. W pobliżu lotniska musiałem prosić wieżę o pozwolenie na lądowanie.
Szybko nakreśliliśmy plan działania: ja zjeżdżam na pobliską stację, Anieśka wychodzi na spotkanie Znajomych, a gdy tylko znajdą się w jej polu rażenia impulsem telefonicznym uruchamia mnie do działania. Jeszcze szybciej doszliśmy do wniosku, że puste konto w jej telefonie i pusta bateria w moim poważnie mogą wykonanie tego planu utrudnić. Na prędce więc skleciliśmy plan B: co 10 minut robię rundkę wzdłuż lotniska, wypatrując w umówionym miejscu Anieśki z Zespołem.
Zgrabna figurka Anieśki zdążyła zniknąć tylko za drzwiami, gdy zorientowałem się, że mimo iż postój na podlotniskowej jezdni jest surowo zabroniony, o czym uprzejmie informowały zarówno znaki poziome i pionowe, jak i miła pani z radiowęzła, wobec późnej pory cała rzesza kierowców postanowiła ten zakaz zignorować. Jako, że krótka obserwacja dowiodła, że uchodzi im to na sucho, i ja postanowiłem przycupnąć w niedozwolonym miejscu.
Po 10 minutach, które spędziłem na nerwowym wypatrywaniu ekipy z blokadami na koła, wokół lotniska rozbrzmiały głosy niczym na Marszałkowskiej - nieomylny znak, że pasażerowie lotu z Polski pomyślnie przeszli odprawę. Jako, że kolejne minuty nie zaowocowały widokiem Anieśki na horyzoncie podskoczyłem do nieco zagubionego rodaka i pytam: skąd droga Panie?
- Z Warszawy - Zagubiony Rodak potwierdził moje przypuszczenia.
- Ryanairem? - dopytywałem się dla pewności.
- Ryanairem.
Zegar tymczasem dalej tykał, tłum rozentuzjazmowanych Polaków rozszedł się niemal zupełnie, a moich pasażerów wciąż niet. Ruszyłem więc w kierunku eleganckiego szofera, zataczającego nerwowe kółka wokół odpicowanej limuzyny niemal tak długo jak ja wokół mojej. Raz dwa wyłożyłem mu sprawę i pytam czy może pozwoli mi skorzystać ze swojego telefonu, którym od dłuższego czasu starał się kogoś bezskutecznie namierzyć. Szofer, równy gość, wcisnął mi telefon w garść, ale jedyne czego się dowiedziałem to, że abonent jest czasowo niedostępny. Już widziałem oczami wyobraźni pandemonium, która rozpęta się, gdy tylko okaże się, że czekam na Anieśkę nie w tym miejscu, w którym ona czeka na mnie. I to niezależnie kto popełnił błąd. I gdy już pogodziłem się z faktem, że przyjdzie mi czekać dla pewności jeszcze jakieś trzy godziny, zanim ruszę do domu, gdzie powita mnie Anieśka z miotaczem ognia w ręku i obłędem w oczach, mój kumpel Szofer przyznał się, że również czeka na ekipę z Warszawy i właśnie dostał od nich sygnał, że samolot kołował 50 minut nad lotniskiem, ale już są po odprawie. Jakby na potwierdzenie tych słów, 3 minuty później uśmiechnięte pyszczydło Anieśki mignęło mi za lotniskową szybą.
I jak to zazwyczaj bywa podczas wizytacji z Polski, udało nam się obojgu wziąć wspólny dzień wolny i ruszyć na podbój Irlandii. Tym razem Północnej. A brytyjska część Irlandii, trzeba to powiedzieć głośno, jest ABSOLUTNIE PRZEFANTASTYCZNA. Klimatyczne miasteczka i uderzające szczęką o asfalt widoki serwowane przez pokonane przez nas kilometry linii brzegowej, do spółki z fatalnym oznakowaniem dróg i prowadzącymi w kółko objazdami sprawiły, że opuścić Północną Irlandię była nam niezwykle ciężko.
Jak zawsze pozwolę zdjęciom przemówić za siebie.
Anieśka z miotaczem ognia w ręku i obłędem w oczach? Jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić ;-) Przecież to uosobienie anielskiego bukietu łagodności i skarbnicy cierpliwości:-) Wiem, że było Wam tam piknie..Wiem, bo byłem tam z Wami, moje skrzydła opiekuńcze rozkładałem z każdym przemierzonym odcinkiem drogi. I jednego Wam nie zapomnę: Zamówiliście tylko 4 zestawy obiadowe, nikt nie zapytał, czy nie jestem przypadkiem, cholera, głodny!!
OdpowiedzUsuńTo jakieś dziurawe te skrzydła były, bo mnie ździebko przewiało i dopiero teraz walkę z katarem kończę...
OdpowiedzUsuńZaczytuje sie w twoim blogu juz od jakiegos czasu!Genialnie piszesz!Pozdrowienia z okolic Londynu!
OdpowiedzUsuńeee .... tego ... no... dzięki. Kurcze, zaczerwieniłem się jak nastolatek. Pozdrawiam z okolic Dublina
OdpowiedzUsuńMichał Ty jesteś Mistrzem Pióra!!! Pozdrawiam z okolic Warszawy ;-))) Fotki cudne, zabierzesz mnie na ten mostek???
OdpowiedzUsuńOj weźź ;)!!! Bo w piórka urosnę. Czort z mostkiem Kacha. Tu są setki ciekawszych miejsc, które czekają na naszą wizytę. Jak tylko znów nas nawiedzisz to się przekonasz. Może tym razem mgła widoków nie zasłoni :). Buziaki
OdpowiedzUsuń4TUjOM cticdogfwbrj, [url=http://yidmocyzotzm.com/]yidmocyzotzm[/url], [link=http://altdwbecfcvr.com/]altdwbecfcvr[/link], http://tpdstljvgowh.com/
OdpowiedzUsuń