Był taki czas, gdy z łóżka zrywałem się szybciej niż Gołota z ringu. Baby były jeszcze wtedy blee, a alkohol, jako rzecz nieprzystojąca sportowcowi, za którego się uważałem, nie figurował w moim menu. Przy okazji jednego z letnich wypadów na działkę obudziłem się na dwie godziny przed "Kinem wakacyjny" i wobec braku oznak życia ze strony reszty rodziny, wpadłem na szatański pomysł liczenia do 7 200, co według założenia zająć powinno mi czas dzielący mnie od filmu. Rozpaczy nie było końca, gdy po zrealizowaniu planu bezduszny ojcowski zegarek twierdził, że uwinąłem się w 50 minut.
Jeszcze w szkole średniej zrywałem się na dźwięk szalejącego w sypialni rodziców budzika, pędziłem zwlec z wyra ojca, a przed wyjściem z domu jeszcze Grubego. Poranne pobudki nie były żadną tragedią i przychodziły mi łatwiej niż odebranie czterolatkowi lizaka.
Noc upomniała się o mnie jakoś wraz z rozpoczęciem studiów. Wieczorna szwędaczka z Iwonką, nocne kino z Grubym, wizyty w akademiku, pisane w ostatniej chwili sprawozdania z laborek. Kurs do łóżka spadał coraz niżej w rankingu rzeczy pilnych i zanim się obejrzałem stałem się stworzeniem nocnym. Zegar biologiczny się rozregulował i w pewnym momencie nawet nie spisywałem z planu zajęć wykładów zaczynających się przed 10:00. Przekonanie nóg, by z godziną 7:00 zaniosły resztę ciała do łazienki stało się wyzwaniem przekraczającym moje możliwości. Dlatego też pracę na nocnej zmianie powitałem z niekłamanym entuzjazmem. Z biegiem czasu niestety słabnącym. Bo choć oszczędzony został mi obowiązek pobudki skoro świt, to zaraz okazało się, że Anieśkę widuję czasem po 45 minut dziennie, grono znajomych ogranicza się właściwie do kumpli z pracy, a rzadkie sytuacje, gdy podnieść się z łóżka musiałem o godzinie z grupy porannych uświadamiały mi tylko, że jak już wrócę z Irlandii i podejmę pracę w normalniejszych porach (nie żeby coś było nie tak z moimi spodniami) będę miał przekitrane na całej linii. Zgrzewka red bulli nie utrzyma mnie w pozycji wyprostowanej. Gdy moja frustracja spowodowana odizolowaniem od stworzeń dziennych osiągnęła czerwone pole, z pomocą pośpieszył zarząd Aldika podejmując decyzję o przelokalizowaniu nocnej zmiany w czasie o pięć godzin w dół. Ze szczęścia mało nie popuściłem. Nagle okazało się, że pracę kończę czasem przed 20:00, a nigdy później niż 23:30.Przypomniałem sobie jak wygląda Anieśka, wachlarz planów na weekendowe wieczory nie ogranicza się już do posiadówek w męskim gronie Aldi Team lub nocki przed laptopem i ogólnie jest gitara. Z Anieśką zawarłem porozumienie, na mocy którego dostarczam ją co dzień do pracy, jako że przywozić do domu już nie mogę. Dzięki temu nie przesypiam połowy dnia, choć walczyć jeszcze muszę z odruchem wyprowadzenia lewego prostego w kierunku budzącego mnie dziewczęcia.
La vita e bella
Jeszcze w szkole średniej zrywałem się na dźwięk szalejącego w sypialni rodziców budzika, pędziłem zwlec z wyra ojca, a przed wyjściem z domu jeszcze Grubego. Poranne pobudki nie były żadną tragedią i przychodziły mi łatwiej niż odebranie czterolatkowi lizaka.
Noc upomniała się o mnie jakoś wraz z rozpoczęciem studiów. Wieczorna szwędaczka z Iwonką, nocne kino z Grubym, wizyty w akademiku, pisane w ostatniej chwili sprawozdania z laborek. Kurs do łóżka spadał coraz niżej w rankingu rzeczy pilnych i zanim się obejrzałem stałem się stworzeniem nocnym. Zegar biologiczny się rozregulował i w pewnym momencie nawet nie spisywałem z planu zajęć wykładów zaczynających się przed 10:00. Przekonanie nóg, by z godziną 7:00 zaniosły resztę ciała do łazienki stało się wyzwaniem przekraczającym moje możliwości. Dlatego też pracę na nocnej zmianie powitałem z niekłamanym entuzjazmem. Z biegiem czasu niestety słabnącym. Bo choć oszczędzony został mi obowiązek pobudki skoro świt, to zaraz okazało się, że Anieśkę widuję czasem po 45 minut dziennie, grono znajomych ogranicza się właściwie do kumpli z pracy, a rzadkie sytuacje, gdy podnieść się z łóżka musiałem o godzinie z grupy porannych uświadamiały mi tylko, że jak już wrócę z Irlandii i podejmę pracę w normalniejszych porach (nie żeby coś było nie tak z moimi spodniami) będę miał przekitrane na całej linii. Zgrzewka red bulli nie utrzyma mnie w pozycji wyprostowanej. Gdy moja frustracja spowodowana odizolowaniem od stworzeń dziennych osiągnęła czerwone pole, z pomocą pośpieszył zarząd Aldika podejmując decyzję o przelokalizowaniu nocnej zmiany w czasie o pięć godzin w dół. Ze szczęścia mało nie popuściłem. Nagle okazało się, że pracę kończę czasem przed 20:00, a nigdy później niż 23:30.Przypomniałem sobie jak wygląda Anieśka, wachlarz planów na weekendowe wieczory nie ogranicza się już do posiadówek w męskim gronie Aldi Team lub nocki przed laptopem i ogólnie jest gitara. Z Anieśką zawarłem porozumienie, na mocy którego dostarczam ją co dzień do pracy, jako że przywozić do domu już nie mogę. Dzięki temu nie przesypiam połowy dnia, choć walczyć jeszcze muszę z odruchem wyprowadzenia lewego prostego w kierunku budzącego mnie dziewczęcia.
La vita e bella
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz