Tą relację z GrossGlockner Ekspedyszyn 2011 to jeszcze pociągnę, jakby ktoś się pytał. Nie żeby była jakoś specjalnie wyczekiwana, co do tego nie mam złudzeń. Pewne rzeczy należy jednak doprowadzać do końca. Kronikarski obowiązek nie dałby mi usnąć. No i obiecałem Pendragonowi przybliżyć ścigających mnie kamieni.
Tymczasem obowiązki redaktorskie oraz dziennikarskie pochłaniają mnie jak pampers, a współtworzenie serwisu, którego do niedawna byłem stałym czytelnikiem, chwilowo więcej przynosi satysfakcji niż skrobanie na blogasku, a i odzew jakby szerszy.
Jakby dystrakcji było mało, buty moje trekkingowe nie zdążyły jeszcze dobrze przeschnąć, a już się kolejna akcja wysokogórska na warsztacie pojawiła. I to nie jakieś srututu, a poważnego kalibru wspinaczka z ciężkim sprzętem. Cztery dni w Alpach tak nam się dały we znaki, że jeśli komuś zbrzydły już górskie relacje, dobre wieści: co najmniej do marca słowa tu o choćby zakichanym, zapchlonym kamyczku nie będzie.
Osobiście rozważam przeprowadzkę na jakąś niderlandzką depresję.
A Kostek chce do Hiszpanii.
Ale na Sierra Nevada obiecuje nawet nie spojrzeć...
Blogaska ludzie czytają, tylko komentować się nie chce ;)
OdpowiedzUsuńja wiem, wiem. Cyferki po lewej mi to mówią :)
OdpowiedzUsuńZnaczy żeby nie było, że ja psioczę na blogaska, czy liczbę komci, bądź odwiedzin. Co to, to nie. Blogasek to wciąż mój skarbeczek, tylko teraz muszę dzielić uczucia między niego, a NUFCa.
OdpowiedzUsuńSkomentuje, abym tylko liczbą po lewej nie pozostał, lecz fakt jest to nie zaprzeczalny, że czytać regularnie od samego zarania dziejów bloga gustuję. Jednakże z tym komentowaniem bywa trudniej.
OdpowiedzUsuńKurczę, no fatalnie to wszystko wyszło. Ja się wcale komentowania nie domagam. Mnie się nawet podoba, że tu tak przytulnie i kameralnie. Jak bum cyk kucyk. Że notki nikt nie wyczekuje, to nie skarga była. Ja ostatnio tyle o górach, że choroby wysokościowej od samego czytania można dostać. Nie każdy musi podzielać moją nową fascynację. Najlepiej zapomnijmy o sprawie...
OdpowiedzUsuń