niedziela, 23 maja 2021

Countryside

Półtora przeszło miesiąca przemierzałem Linz wzdłuż a także wszerz w poszukiwaniu kwatery, gdzie będziemy mogli się wraz z Anieśką starzeć przez kolejne trzy lata. Źródłem niejakiej frustracji się to powoli stawało, zdać by się bowiem mogło, że wśród górką setki ogłoszeń wynajmu mieszkania, jedno czy dwa powinno do nas do tej pory przemówić. Kamienice stolicy Górnej Austrii uparcie nabrały jednak wody w usta.

Trzy ledwie mieszkania do tej pory obejrzałem, każde było świadectwem wyjątkowych zdolności fotografa, który wykonał zdjęcia do ogłoszenia. W jednym przypadku ewidentnie nie obyło się bez rewolucyjnej ingerencji Photoshopa, a i kreatywności autora anonsu nie można było nie docenić.

- A ten ogródek, o którym wspomina ogłoszenie?

- Jest, przed domem, ogólnodostępny.

I ty, on mi trawnik przed budynkiem pokazuje. Zapytałem mojej agentki, czy mogłaby coś panu ode mnie przetłumaczyć. Kiwnęła głową, a gdy skończyłem mówić, zalała się rumieńcem.

- A mogę powiedzieć "tam gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę"? - spytała.

- Wolałbym bardziej bezpośrednie tłumaczenie.

- To muszę odmówić.

Skwitowałem to wzruszeniem ramion.

Tymczasem w hucie uznali, że sześć tygodni w zupełności styknąć powinno na znalezienie kwadratu i pogonili mnie z mojego mieszkania socjalnego. W oczekiwaniu więc na powrót do miasta - na który wciąż nie tracę nadziei - przeniosłem się na wieś. Wynająłem na krótko mieszkanie w domu pod lasem. Z patio widzę ośnieżone szczyty, ze snu budzi mnie beczenie owiec, poza tym cisza i spokój. Nikt mi po suficie nie łazi. Znaczy pewnie łazi, ale LOTTO mnie to, bo nie słyszę. 

Wieczorem w dniu poprzedzającym przeprowadzkę zapakowałem większość maneli do auta. Niesłychane, że do Austrii przyleciałem z walizką, bagażem kabinowym i torbą z laptopem na ramieniu, a ledwie sześć tygodni później z trudem spakowałem cały dobytek do kufra kombi.

Rankiem dorzuciłem ostatnie drobiazgi i pomknąłem do pracy, a po fajrancie na wieś. Migusiem rozpakowałem bagaże, zlustrowałem pobieżnie cztery kąty - co ze względu na rozmiary mieszkania nie było zajęciem specjalnie czasochłonnym - i wyszedłem na skąpane w słońcu niewielkie patio. To będzie wcale fajny hołmofis, pomyślałem, acz nie wziąłem pod uwagę, że Austria zdaniem ekspertów właśnie doświadcza najbardziej parszywego maja od 35 lat. Odkąd przeniosłem się na wieś deszcz z krótkimi tylko przerwami bębni ponuro o meble ogrodowe. No nie tak to w broszurce wyglądało. Na chwilę obecną ode mnie jedna gwiazdka, bowiem o tej porze w krainie sznycli roi się od wszelkiej maści dni świątecznych, gdy nie trzeba rankiem wstawać do pracy. Na wyciągnięcie ręki malownicze Attersee otoczone skalistymi szczytami, tymczasem szarlatani od prognozy pogody trąbią nieustannie o warunkach atmosferycznych nieprzyjaznych wszelkim formom aktywności na świeżym powietrzu. 

Ale też nie tak, że im czasem nie warto powiedzieć sprawdzam:

niedziela, 9 maja 2021

Ein bißchen

Od wczesnych lat pacholęcych rodzice z niezachwianą wiarą oraz pełnym wsparciem podchodzili do moich kolejnych pomysłów na siebie. Ślady tego wsparcia wciąż można odnaleźć w moim dawnym pokoju na warszawskim Ursynowie. Na górnej półce szafy kurzy się gitara, na dolnej parcieją rolki. W piwnicy leżą łyżwy, które miałem na nogach słownie raz. Gdzieś musi być też rakieta do tenisa i paletka do ping ponga, która może się w tej grupie pochwalić największym przebiegiem.

Mogłem też liczyć na nieprzerwaną dostawę "piłek do nogi", któreśmy z Grubym regularnie i bez litości zmieniali w szmaciane kulki na asfaltowym boisku pod blokiem. Według planów zagospodarowania przestrzennego był to w zasadzie parking osiedlowy, aleśmy bandą małolatów przekształcili go w obiekt sportowy przy pomocy dwóch ławek i kostki kredy.

Także rodzice bez słowa skargi wcielali się w rolę sponsorów i dostawcy sprzętu. Matula naszyła mi numer na koszulkę, Ojciec Dyrektor kupił "korki" w sklepie sportowym - wiadomo, na asfaltowym boisku rzecz absolutnie niezbędna. Na wypadek gdybym jednak wbrew oczekiwaniom nie został gwiazdą piłkarską światowego formatu, postanowili zadbać również o moją edukację i zapisali mnie na lekcje niemieckiego po godzinach szkolnych.

Ja nie muszę mówić jaką tragedią oraz końcem świata był powrót do szkoły po lekcjach celem germanizacji. W ramach protestu miałem się nawet niczego nie nauczyć, ale niezupełnie się to udało, bo jednak mózg chłonny w tym wieku i choćby się zaprzeć rękoma i nogami, coś w głowie zostanie.

W szkole średniej miałem już inne podejście. Jeszcze przed egzaminami do ogólniaka moja kariera piłkarska została gwałtownie przerwana przez brak talentu, wybrałem wiec szkołę o rozszerzonym profilu nauczania języka niemieckiego, by z nowo odkrytym zapałem poświęcić się szprechaniu.

Poszło bardzo OK. Podczas nieczęstych wypadów na terytorium Rzeszy, udawało mi się porozumieć z ludnością tubylczą przy niewielkim udziale rąk. Z czasem jednak mój kontakt z narzeczem zachodnich sąsiadów malał, a jak powszechnie wiadomo nieużywane organy zanikają. W tym kontekście coraz bardziej niepokoi mnie przedłużająca się rozłąka z Anieśką...

Z trzyletnim pobytem w Austrii wiążę więc w miarę uzasadnioną chyba nadzieję na odkurzenia umiejętności szprechania i szusowania. 

Z nartami rozsądnie wydaje się poczekać do zimy, lekcje niemieckiego natomiast rozpocząłem już teraz, a życie codzienne wymusza niejako praktykę.

W miniony weekend, jak co tydzień ruszyłem na przedsionek Alp, celem podbicia partii górskich, z których wycofał się już śnieg. Po dwóch godzinach podejścia stanąłem na wierzchołku o pół kilometra tylko wyższym od Carrantuohill, potoczyłem wzrokiem po ośnieżonych szczytach na widnokręgu, głęboko wciągnąłem w płuca górskie powietrze, a poetycką tą scenę przerwała wyżyłowana pani w wieku emerytalnym, siedząca nieopodal.

- Entschuldigung, ich spreche Deutsch nur ein bißchen - odparłem.

Ta formułka zwykle kończyła rozmową, bądź zmieniała wersję językową na angielską. Nie tym jednak razem. Pani pokiwała głową ze zrozumieniem, ale wiary mym słowom najwyraźniej nie dała. Przystanęła obok, zapatrzyła się w tym samym co ja kierunku i przepuściła na mnie na mnie napór niemiecczyzny jak armatka woda. A im dłużej mówiła, tym bardziej je czułem się zmuszony odpowiedzieć.

Oprócz wsparcia dla moich pasji rodzice wpoili mi za młodu również podstawowe zasady dobrego wychowania, także pod presją ... zacząłem mówić po niemiecku.

- Tędy możesz pójść na Hochsalm - ciągnęła Staruszka - ale trasa jest nieoznakowana. A tam w tle widać Schwalbenmauer, Roßchopf i Kasberg.

- Kasberg? Ruszyłem na Kasberg dwa tygodnie temu, ale musiałem zawrócić, bo było za dużo...

... tu zabrałko mi słowa...

- ...śniegu - podpowiedziała i nie odwracając wzroku od widnokręgu, gestem zachęciła bym mówił dalej.

Więc mówiłem. Mówiłem, jakby moje życie od tego zależało. Mówiłem o pstrągach srebrzących się w górskich potokach, mówiłem o słońcu kryjącym się za ośnieżonymi szczytami, o przebiśniegach wyzierających spod warstwy topniejącego puchu, o kwitnących pąkach, o zieleniących się liściach, o szumiących drzewach, o szczęściu i o tęsknocie, o radości i o zgryzocie. Mówiłem jak nakręcony, jakby ktoś mi baterię duracell wetknął. Chyba zapomniałem o oddechu. 

Mówiłbym tak, aż bym nie padł z wycieńczenia, ale Staruszka zatrzymała mnie gestem dłoni. Uśmiechnęła się usatysfakcjonowana, rzuciła ciepło "ciao", odwróciła w kierunku biegnącej na dół ścieżki i po kilku krokach rozpłynęła się w powietrzu.

A może mi się tylko zdało... 

piątek, 30 kwietnia 2021

MI-6

W austriackim oddziale naszej Huty od 8 do 16 zajmuję się pisaniem przyszłości. W zasadzie na razie tylko pomagam, ale z wielkim zaangażowaniem oraz gorliwością. Ze względu na futurystyczny charakter efektów naszej pracy, każde zapisane zdanie, każde wypowiedziane słowo, każda myśl objęte są klauzula bezwzględnej poufności. Nawet jak pytam o lokalizacje wyjść przeciwpożarowych, ludzie stają się dziwnie nierozmowni. Czemu trudno się dziwić, bowiem dla kogoś kto nadto dziobem kłapie, firma przewidziała konsekwencje w wysokości półrocznych apanaży. To również wyjaśnia popłoch oraz nabieranie wody w usta, gdy na rozmowie kwalifikacyjnej pytałem na czym właściwie polega praca, o którą się staram. Połowa rocznej pensji to suma znaczna, z którą mało kto skłonny jest się rozstać, nie dostając nic w zamian, także czasem lepiej powiedzieć jedno słowo za mało, niż za dużo. Acz w efekcie w samolot do Austrii wsiadałem nie wiedząc w zasadzie czym będę się tam między kolejnymi akcjami górskimi zajmował... 

By więc nie stanąć któregoś dnia przed koniecznością zakopywania dziury budżetowej w finansach osobistych, postanowiłem na blogasku zatrzasnąć i zabić dechami temat "W hucie". Lepiej dmuchać na zimne, a Bóg mi świadkiem, że ja sobie czasem lubię ozorem pomielić.

Nim jednak przystąpię do operacji na otwartym kodzie źródłowym pozwól Wielki Manitou cyberprzestrzeni na ostatnie słowo o Firmie, ostatni raz po przełożonym się przejechać i na pracę poutyskiwać. Choć na wszelki wypadek tą byłą.

Kaminsky lubił się wyrażać o mnie i Witoldzie "my children". Podążając ścieżką tej analogii, bez ryzyka narażenia się na śmieszność stwierdzić można, że pochodzę z rodziny patologicznej, gdzie nękanie psychiczne było na porządku dziennym. Na swoją pracę jako taką nigdy nie narzekałem, choć w czterdziestoosobowej ekipie, którą sterowałem, musiał znaleźć się statystycznie model, którego chciałoby się wywabić poza zasięg kamer, by wyciągnąć mu język przed doopę i przybić gwoździami do palety. Służyłem jednak z masą fantastycznych ludzi, którzy takie egzemplarze rekompensowali z nawiązką. Kaminskyego jednak legion anielski przy wsparciu króliczków Playboya by nie zrekompensował. Skazany wyrokiem sądowym pedofil otrzymuje dożywotni zakaz pracy z dziećmi i na tej samej zasadzie mojego niedawnego przełożonego należałoby objąć dożywotnim zakazem pracy z ludźmi. Nie wiem, niech siedzi w polu i pilnuje, by marchewki prosto rosły. Albo alpaki dogląda. Od naczelnych jednak wara.

Na trzy dni przed moim odejściem Kaminsky zapadł się pod ziemię. Rzecz absolutnie bez precedensu. Ostatniego dnia opróżniłem szafkę, broń i odznakę zostawiłem na jego biurku. Po powrocie do domu wysłałem mu wiadomość. Dyplomatyczną, stonowaną i profesjonalną. Nie odpowiedział.

Być może obawiał się, że mu wyżygam na biurko wszystkie żale, które się przez siedem lat nazbierały. Ha, nie powiem, żebym na ten temat raz czy dwa przed pójściem spać nie fantazjował. Tak mi banie zrył - ponętna kobieta zasypia u mego boku, a moje myśli wędrują ku wysokiemu brunetowi z brzuszkiem. 

Ludowe przysłowie głosi "Szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego". Nie będę ukrywał, blady zdjął mnie strach na tą myśl, bo sam bies musiałby się chyba na górę pofatygować. Stąd gdy przybyłem do Naas na trzymiesięczny obóz przygotowawczy, odpaliłem laptopa i z duszą na ramieniu oczekiwałem, kto pojawi się po drugiej stronie MS Teams. Poprzeczka wisi naprawdę nisko, pomyślałem, gdy na ekranie zamigotał szpakowaty jegomość, nie spapraj tego. 

O Wielki Manitou Normalności, gdzieś ty był przez minione siedem lat? Nie mogłeś tego faceta postawić na mojej drodze wcześniej? Ileż siwych włosów, by mi to oszczędziło, ile zmarszczek, tików nerwowych i rozczarowań w sypialni. Prawdziwy artysta musi być świadom właściwości materiału, z którym pracuje. Może go wyginać i obrabiać wedle swego wyobrażenia, ale gdy przyłoży zbyt dużą siłę, to strzelił piorun w rabarbar. Kaminsky próbował zrobić bombki świąteczne przy pomocy kafara. Tymczasem jedyne, co mogę mieć za złe Szpakowskyemu, to że nagle zarządził, bym do Naas już nie jeździł, a ostatni miesiąc pracował wyłącznie z domu, co mi szereg planów towarzyskich pokrzyżowało, acz dało więcej czasu na pakowanie dobytku, także urazę chowam trochę na siłę i ciut z obowiązku.

W MI-6 rozkazy przyjmuję od tajnego agenta o kryptonimie Mały Smok. Na dzień dobry wyłożył mi swoją filozofię życiową, która w Polsce funkcjonuje jako anegdota o profesorze akademickim, który wkładając do pustego słoika najpierw kamienie, potem żwir, a na koniec piasek, tłumaczył studentom, że w życiu trzeba mieć właściwe priorytety. W anegdocie po wykładzie jeden ze studentów wlał do słoika puszkę piwa, dowodząc, że nieważne jak zapełnione jest twoje życie, zawsze znajdzie się miejsce na zimnego bursztyna. Miałem nawet w ten sposób filozofię Małego Smoka podsumować, ostatecznie jednak uznałem, że może chociaż pierwszego dnia powstrzymam się od dowcipkowania.

Mały Smok ewidentnie - w odróżnieniu od Kaminskyego - nie przeczytał tuzina konfliktujących ze sobą poradników na temat zarządzania ludźmi

(Poniedziałek: "Ludzie nie pracują dla swojej firmy, pracują dla swojego menedżera" 😎

Wtorek: "Nie obchodzi mnie, co myślą o mnie moi podwładni, obchodzi mnie, co myśli o mnie moja córka" 😨).

Urodził się pod znakiem koziorożca, ma raczkującą córkę, jest zapalonym przeciwnikiem micromanagement, a w wolnym czasie ćwiczy tabatę i eksperymentuje w kuchni. 

Z winy Szpakowskyego poprzeczka wisi wyżej, ale chyba damy radę...

niedziela, 11 kwietnia 2021

Die sieben heiligen Bergen von Linz

Z domu wyjechałem o czwartej nad ranem. Dwie godziny później zaokrętowałem na na dublińskim lotnisku, zgodnie z perwersyjnym wymogiem linii KLM pozwoliłem sobie wsadzić do nosa patyczek do uszu w wersji Extra Long, ucałowałem czule Anieśkę i poturlałem bagaże w kierunku hali odpraw. 

Godzinę późnej epidemolog drogą mailową potwierdził, że przyjrzał się uważnie patyczkowi, co mi go z nosa wyjęli i śladów wirusa nie dostrzegł, w związku z czym mogę bezpiecznie wkroczyć na pokład samolotu do Amsterdamu. 

W holenderskiej stolicy przesiadłem się w Kurużnik do Wiednia, a stamtąd wypożyczonym samochodem pognałem do Linz. Do wynajętego apartamentu dotarłem o ósmej wieczorem. Zameldowałem się Anieśce, po czym przystąpiłem do oględzin lokalu. Skrzywiłem się na widok bladoróżowej mikro-kuchni, z nieco większym zadowoleniem przyjąłem obszerną sypialnię, powiodłem wzrokiem po zawieszonych na ścianach półkach i grzbietach ustawionych na nich książek - wszystkich co do jednej po niemiecku, acz słowo "góry" znam w dwunastu językach. Chwyciłem w dłonie pozycje o tytule "Siedem świętych gór Linz", klapnąłem na wyrko i przystąpiłem do kartkowania. 

Wiedzieć jeszcze tego podówczas nie mogłem, bo - prawda - ciemno, ale jeśli książce wierzyć, Linz otoczone jest lesistymi pagórkami, z których siedem ma mistyczne właściwości. O ile dobrze to sobie przetłumaczyłem. Równie dobrze mogło chodzić o plagę Bielinka Kapustnika. Przy najbliższej okazji postanowiłem to sprawdzić, bowiem możliwość zanurzenia się w zieleni w zasięgu strzału z łuku, to z pewnością pozycja w rubryczce plusów, jeśli chodzi o rozważania na temat osiedlenie się w Linz na stałe.

Jak postanowiłem, tak zrobiłem i w wielkanocną sobotę spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy w mały plecak, przeprawiłem się przez Dunaj i zanurzyłem się w las. 

Ciut zlekceważyłem tą trasę. Już po kilku minutach stromego podejścia zatęskniłem za kijkami trekkingowymi, a głośnym sapaniem począłem płoszyć leśną faunę. Szczęśliwie trasa szybko nabrała przyjaźniejszego nachylenia i ani się obejrzałem, stanąłem na wierzchołku zalesionego wzniesienia, gdzie ze zgrozą uświadomiłem sobie, że właśnie zdobyłem mój pierwszy austriacki szczyt. W tym rozdziale w każdym razie. Dziesięć lat temu koniec końców wróciliśmy w glorii zdobywców z Grossglocknera, jednak z całym szacunkiem dla Pipieterkogl (567 m n.p.m.) ... niesmak pozostał.

Ledwie więc wróciłem do domu, otworzyłem laptopa w poszukiwaniu bardziej efektownego szczytu, by przeczyścić paletę.

Już kolejnego ranka mknąłem do Grunau im Almtal z zamiarem zdobycia Kasberg - zarówno nazwa jak i wysokość (1747 m n.p.m.) zdały mi się bardziej do okazji przystające. Nauczony doświadczeniem znów zapomniałem kijków, wyrwałem jednak z leśnego poszycia dwa badyle i nie zważając na -10 do wizerunku piąłem się pod górę, a serce rosło mi z każdym krokiem. Nie sposób odmówić pokrytym wrzosem irlandzkim wzniesieniom romantyzmu. Nie sposób nie docenić ustronności dzikiego krajobrazu. Po Górach Galtee wędrować można godzinami i nie napotkać żywego ducha. Co Alpy jednak, to Alpy, a te niskie pachną Tatrami i poważną obietnicą, bowiem na widnokręgu majaczą ośnieżone szczyty z prawdziwego zdarzenia.

Jeszcze poprzedniego dnia zaplanowałem trasę w aplikacji Komoot, zupełnie jednak zbytecznie, bowiem z samego Grunau szlak jest doskonale oznakowany. 

Po raz pierwszy myśl o odwrocie zakiełkowała mi głowie, gdy ubity trakt zniknął w głębokim do pół łydki śniegu, ale ostateczną decyzję podjąłem, jak mnie mało z siodła nie wysadził zbłąkany narciarz. Nawet połowy drogi nie przeszedłem, acz z opuszczonego schroniska wypatrzyłem dwa szczyty, z których śnieg już się wycofał, także do domu wracałem może na tarczy, ale z solidnym planem na kolejny weekend.

I z tym planem w głowie ruszyłem wczorajszego poranka to Scharnstein. Na miejscu łamanym niemieckim przepytałem parę seniorów na okoliczność jakiego parkingu, a podążywszy za ich wskazówkami fartownie zaparkowałem auto pod samym drogowskazem na Hochsalm 1405 m n.p.m.

Droga na szczyt ponownie prowadziła doskonale oznakowanym szlakiem. Trasy górskie w Austrii są zdaje się elegancko uporządkowane i ponumerowane, zakup papierowej mapy (dzieci neostrady powiedziałyby analogowej) wydaje się pod kątem planowania wyprawy rozsądną inwestycją. Podobnego manewru próbowałem w Irlandii, ale ścieżki na wyspie lubią pojawiać się równie niespodziewanie, co znikać i prowadzić donikąd. Mapa służyła więc głównie ustaleniu z grubsza z jakiego szczytu właśnie zeszliśmy.

Aplikacja Komoot określiła trasę, którą obrałem, poziomem expert. Dobrze, że rodzina z dwójką sięgających pasa latorośli i niskopodłogowym psem, których mijałem w drodze powrotnej tego nie wiedziała, mogłoby im to odebrać całą przyjemność. Trasa nie przedstawia technicznych trudności, ale wymaga umiarkowanej kondycji. Jeśli ktoś łapię zadyszkę wchodząc na półpiętro, to ja bym raczej poczekał na dole, aż puby otworzą.

Według znaku w Scharnstein droga na szczyt zająć ma 2h45min i tyle też mi z jednym postojem zajęła, acz po pierwszej godzinie brnąłem w błocie, a po drugiej w śniegu, także dwa kroki do przodu i jeden do tyłu robiłem w sensie absolutnie nie przysłowiowym. Za to w drodze powrotnej na tej samej zasadzie robiłem osiem kroków, choć chciałem tylko jeden, także zusammen do kupy wyszło na moje.

A z Kasbergiem rozliczę się za kilka tygodni. Bez śnieżnej czapy i podstępnych narciarzy kozaczyć nie będzie.

niedziela, 4 kwietnia 2021

Guinness i Schnitzel

Dzień dobry się z Państwem, choć w kontekście czytaczy tego opiniotwórczego bloga liczba mnoga może być pewnym nadużyciem. Sprawy mają się tak, że Irlandzka Telenowela przez nadchodzące trzy lata nadawać będzie z Górnej Austrii.

Gdyby mi ktoś jeszcze w zeszłym roku zaproponował, że przybijać mnie będzie na noc za uszy do ściany, ale w zamian nie będę już nigdy musiał pracować z miłościwie mi do niedawna panującym Kaminskym, przynajmniej przedyskutowałbym to z małżonką.

Gdy więc padła propozycja bym z podobnym skutkiem przeniósł się do spiętrzonego górami kraju, gdzie deszcz pada rzadko i zwykle pionowo, gdzie pory roku następują po sobie w z góry wiadomej, uporządkowanej kolejności, gdzie pomidor smakuje jak pomidor, gdzie witamina D występuje w przyrodzie, a nie w tabletkach... przedyskutowałem to z małżonką.

Anieśka pomysłowi przyklasnęła, jednocześnie zaznaczając, że ona to tak na hop siup w samolot do Europy wsiąść nie może, bo - prawda - sprawy do załatwienia, voucher do SPA i tym podobne, spakowałem więc kilka par majtek, trzy koszule z kołnierzykiem, tęsknym spojrzeniem obrzuciłem xPudełko i do Austrii ruszyłem sam. Z zamysłem, że Anieśka dołączy, jak wykorzysta darmowe minuty. Trochę jak w Szklanej Pułapce. Tylko w tym zestawieniu to Anieśka jest Johnem McClanem, a ja ... no nieważne. 

Firma tymczasem najęła sztab ludzi, którzy ogarnąć mieli każdy aspekt relokacji: przelot, transfer z lotniska, przeprowadzkę, mieszkanie, konto w banku i takie tam. Z mieszkaniem ciut spaprali sprawę, bowiem lokum szukać zaczęli, gdy nadawałem bagaż na lotnisku i - niespodzianka - nie zdążyli znaleźć. W efekcie wylądowałem w tymczasowym apartamencie w Linz, urazy jednak nie chowam, bo chyba na dobre nam to tylko wyszło. Wymyśliliśmy sobie bowiem wstępnie takie malownicze, otoczone górami miasteczko nad brzegiem jeziora. Już pierwszego dnia po pracy udałem się na oględziny. Miasteczko w istocie okazało się malownicze. W sam raz by wpaść na weekend. Może nawet długi weekend. Pod wieloma względami jednak nie takie, by osiedlić się na stałe, także dobrze się stało, że nie udało się tam klepnąć kwadratu zawczasu. Chyba, że komuś zbywa dwa i pół tysia na piękny domek w bogatej dzielnicy, z drewnianym tarasem i nasturcjami w skrzynce. Mnie na przykład nie zbywa, ale to zupełnie nie szkodzi. Przechadzałem się bowiem przez minionych kilka dni w bezpośredniej okolicy mojego tymczasowego lokum i skłonny jestem uznać, że jest bardzo nieźle. Łezkę wzruszenia musiałem ukradkiem zetrzeć, gdy zasiadłem na brzegu Dunaju z butelką Eggbergera w ręku, tak mi Warszawą poczciwą zapachniało.

Linz wydaje się przyjazne rowerzystom, zielone, otoczone porośniętymi lasami wzgórzami. Irlandzki pub już namierzyłem, polską gospodę również, także jeśli tylko przemówi do nas rozsądna oferta na rynku mieszkaniowym, po siedmiu latach życia na wsi wracamy do miasta. Odchamić się. Kto wie, jak nas kiedyś deszcz na mieście złapie, może nawet wejdziemy do jakiegoś muzeum...

Podsumowując, zadania przed nami obecnie dwa. Znaleźć przyjemne cztery kąty, co niekoniecznie będzie sprawą prostą, bowiem Austriacy nie w ciemię są bici. Mieszkają ładnie, a wynajmują brzydko. W znakomitej większości dostępne na rynku mieszkania są nieumeblowane, a co lepsi fantaści oczekują, by na wstępie odkupić od nich pełne wyposażenie kuchni, zapłacić czynsz za trzy miesiące z góry, wpłacić kaucję w podobnej wysokości i pokryć prowizję brokera. Czyli de facto 10k ojro za same klucze.

Zadanie drugie jednak to już przyjemny ból głowy, acz decyzja ważka, której lekce sobie ważyć nie podobna. Od jakiego szczytu rozpocznę podbój austriackich Alp? I na tym polu działać trzeba wartko,  czasu bowiem ino do jutra... 

piątek, 12 lutego 2021

Mike and the Mechanic

Beton zwykł mawiać, że w kręgu rodziny i znajomych dobrze mieć mechanika, lekarza i fryzjera. Hmm... chyba już kiedyś od tych słów zaczynałem posta. Nieważne, dwa razy bym nie powtarzał, gdyby to nie była prawda.

Z tej wzmianki o fryzjerze to się nawet swego czasu naśmiewałem. Wszak pani Betonowa zarabia na życie przycinając czupryny, cóż innego mógł chłopina powiedzieć. Trzeba było covidów, lockdownów i dostępu do podziemnego centrum usługowego, by na pewne sprawy spojrzeć z innej, prawda, perspektywy.

Lekarzy mamy w bezpośrednim otoczeniu trzech - dwóch rehabilitantów i jednego specjalistę od przepukliny. Zważywszy na nasz styl życia i historię kontuzji, jesteśmy ustawieni.

Na pozycji mechanika mieliśmy do niedawna manko, co o tyle było problematyczne, że Princessa wkroczyła już w wiek, w którym określenie Królowa Matka wydaję się jednak bardziej przystające, a każda zima może być jej ostatnią.

Przez chwilę obawialiśmy się wręcz, że to będzie ta zima.

Tego ranka wyjrzeliśmy przez okno na ośnieżone góry odcinające się bielą od błękitnego horyzontu i uznaliśmy, że zbyt rzadka to kombinacja, by lekutko nie nagiąć pięciokilometrowej restrykcji. Spakowaliśmy więc Princessę (z tą Królową Matką muszę się jeszcze oswoić) i poturlaliśmy się w kierunku rogatek wioski. Minąwszy punkt sylwestrowego czekpointa zjechaliśmy z głównej drogi na ubity trakt pnący się idealnie w linii prostej pomiędzy gospodarstwami rolnymi, a następnie w prawo na apokaliptycznie popękaną asfaltową dróżkę ciągnącą się środkiem gęstego lasu. Zignorowaliśmy stanowisko piknikowe z parkingiem na kilkanaście samochodów i pomknęliśmy w dół wzniesienia, wijącą się jak węgorz trasą. W pierwszy wiraż wszedłem jak Kubica, na drugim coś paskudnie zgrzytnęło w przednim kole. Trzeci pokonaliśmy już tylko siłą rozpędu, a dalej to sobie mogłem deptać pedał gazu jak pompkę do materaca - 158 koni rżało, ale ani drgnęło.

Metaforycznie znaleźliśmy się w ciemnej dupie, a faktycznie w środku lasu, może dziesięć kilometrów od domu, na wąskiej drodze, gdzie dwa auta niepodobna się minąć. Zrobiliśmy więc to, co każdy zrobiłby na naszym miejscu: zepchnęliśmy samochód do zatoczki, która szczęśliwie znajdowała się kilkanaście metrów dalej i uznaliśmy, że martwić będziemy się później, a póki co wyciągnęliśmy z bagażnika plecaki i dalej ruszyliśmy pieszo. 

Jeszcze nim wyszliśmy z zasięgu telefonii komórkowej Anieśka wysłała krótkie S.O.S. do Jadzi, która w przeszłości tworzyła komórkę społeczną ze zdolnym ponoć mechanikiem i już bez dalszej zwłoki dreptaliśmy w kierunku ośnieżonych szczytów.

Jadzia lico ma krasne i serce złote. Nie dość, że ogarnęła nam mechanika i lawetę - choć dopiero nazajutrz, bo to dzień kościelny był - to jeszcze zgarnęła dwójkę strudzonych wędrowców z lasu i odstawiła do dużego pokoju. 

Mechanik faktycznie zdolny się okazał, bowiem już trzy dni później zadzwonił, że auto jest gotowe do odbioru. W sam czas, bowiem o świcie asfalt skrzył się podejrzanie. Ja się oprócz Anieśki nie lękam niemal niczego, gdy mi jednak w drodze do pracy koło rowerowe raz i drugi niesfornie uciekło z obranej trajektorii, to mi serducho zabiło jednak ciut mocniej.

Na sprawnym aucie zależało mi z jednego jeszcze powodu. Kolejnego tygodnia obowiązki służbowe gnały mnie na dwa dni do Naas, a choć przeszło 150 km na rowerze w jedną stronę z całą pewnością nie jest niewykonalne, to kółka walizki podręcznej do takich dystansów nie zostały raczej stworzone.

Dzięki Mechanikowi do Naas dotarłem bez przeszkód, dalej jednak nie było tak różowo, ledwiem bowiem wyjechał z huty, a deska rozdzielcza zapłonęła kontrolką płynu chłodniczego. Lekce to sobie zważyłem, w pełnoletnim aucie wszak płyny uzupełniać trzeba kapkę częściej niż zwykle, po chwili świrować jednak zaczęła również wskazówka temperatury silnika. 

Zjechałem na pobocze, uniosłem maskę i fachową metodą "ćwierć obrotu, odskok" wziąłem się za odkręcanie nakrętki zbiornika na płyn chłodniczy. W każdej chwili oczekiwałem spektakularnego habemus papam, ale nic z tych rzeczy. Nakrętka ustąpiła z nieśmiałym syknięciem, ale bez fajerwerków. Wsadziłem paluchy do zbiornika - płyn był ledwie ciepły. Zrobiłem więc to, co każdy zrobiłby na moim miejscu: doturlałem się jakoś do hotelu i uznałem, że martwić będę się później, a póki co udałem się do Dzióbka i Urbasia na Bushmillsa (dealer's choice) i wspominanie starych czasów.

Liczyłem, że zimną nocą silnik na tyle ostygnie, że do pracy jakoś się dotoczę, rankiem jednak odpaliłem auto, a wskazówka bezczelnie już na otwarcie sugerowała temperaturę powyżej normy. Do huty dotarłem nim silnik rozgrzał się do wartości uruchamiających automatyczną procedurę katapultacyjną, gdybym miał jednak sto metrów dalej, mogłoby się nie udać.

Na przerwie zadzwoniłem do Mechanika i wyłuszczyłem problem.

- Termostat - zawyrokował

Ciut sposępniałem. W Seacie swego czasu miałem podobny problem. Wymontowałem wówczas termostat zupełnie i przez kilka dni jeździłem na zimnym silniku. Z dwojga złego lepiej tak. Coś mi jednak mówiło, że w dalece bardziej zaawansowanym Audi, taka akrobacja nie będzie możliwa.

- Aaa - przypomniałem sobie nagle - taka ciekawostka. Po dwunastu godzinach na parkingu wskazówka wciąż pokazywała temperaturę silnika rzędu stu stopni. Co Ty na to?

- Ja na to, że nie ma takiej opcji. Czujnik diabli wzięli. Odkręć ogrzewanie na maxa, otwórz tylne okno i póki z nawiewu lecieć będzie gorące powietrze, możesz jechać.

Tak zrobiłem. Ja oprócz Anieśki nie lękam się niemal niczego, ale na autostradę wjeżdżałem z duszą na ramieniu. Po kilkuset metrach wskazówka bezgłośnie stuknęła o koniec skali. Chwila prawdy...

Gdy kilka kilometrów później spod maski nie wydobywały się spodziewane kłęby pary, wrzuciłem kierunek, zjechałem na szybszy pas i rozbujałem Princessę do podróżnych 130 km/h.

Po pół godzinie się rozluźniłem, a po 45 minutach uznałem, że fajosko byłoby zatankować teraz do pełna i zamknąć wszystkie cztery zegary na pulpicie. 

Ktoś za pan brat ze statystyką mógłby nieopatrznie pomyśleć, że na tym limit pecha się wyczerpał. Co to, to jednak nie to. Nowy czujnik jeszcze nie przyszedł, a ja kolejny raz wybierałem numer do Mechanika. Wszystko przez to żeśmy się nierozważnie kolejny raz wypuścili w weekend do lassa na spaca. Zacne 13to kilometrowe kółko machnęliśmy i ciut nas przewiało, więc myśl o herbacie z rumem kiełkowała mi już w głowie, gdyśmy się pakowali do auta. 

Ledwie jednak wyjechaliśmy z leśnego parkingu, a zjechać musiałem do pit stopu. Wysiadłem z samochodu, po czym zakomunikowałem Anieśce, że złapaliśmy gumę.

- Umiesz zmienić koło? - spytała.

Zabolało, nie powiem. Nic się jednak nie odezwałem. Znalazłem na poboczu dwa kamienie i wetknąłem je pod koła. Otworzyłem bagażnik, wyciągnąłem zapasówkę i uważniej przyjrzałem się feldze z przebitą oponą. Następnie włożyłem koło zapasowe z powrotem do bagażnika, zatrzasnąłem klapę, kamienie odłożyłem tam gdzie je znalazłem, wsiadłem do auta i wróciłem na drogę 

Gdy rok temu zmieniałem opony, okazało się, ze gdzieś zawieruszyła się nakładka na klucz, pozwalająca odkręcić śruby zabezpieczające felgi przed kradzieżą. Ja bym tak sfatygowanych felg wprawdzie nie wziął choćby za darmo, ale różni zboczeńcy po ziemi chodzą. W każdym razie chłopaki w warsztacie rozklepali śruby zabezpieczające w przednich kołach, ale tylnych nie ruszyli.

Wydziubałem numer do Mechanika.

- Jesteś jeszcze na warsztacie?

- Jestem, ale zaraz zamykamy.

- To nie ruszaj się nigdzie, będę za 5 minut...

Zwolniłem do 20 km/h w odpowiedzi na hurgoczące koło.

- ... może za 15.


Kilka dni temu zabrałem Princessę na test narodowy

- She is not to bad - skwitował po badaniu mechanik, czule klepiąc auto po zadzie.

Ale kwitów nie podpisał...

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Z drewnem do lasu

Niebieskie światła zamigotały przed nami, ledwie wychyliliśmy się zza łagodnego zakrętu. Miałem nadzieję, że unikając autostrady, unikniemy również niewygodnych pytań na czekpoincie, ten statek odpływał jednak właśnie pod pełnym ożaglowaniem.

- Kędy droga? - zapytał zaskakująco przyjaźnie przemoknięty gardzista.

- Do lasu - odparłem zgodnie z prawdą.

- Do lasu!? - gołowąs ewidentnie słyszał podobną wymówkę tego dnia po raz pierwszy.

Pokiwałem głową starając się przy tym wyglądać na tyle poważnie, na ile groteskowe okoliczności pozwalały. Wokół zapadała szarówka, siąpił deszcz, do końca starego roku pozostało osiem godzin. Po cichu liczyłem, że gardzista nas zawróci i Sylwestra spędzimy jak bogowie przykazali - przy trzaskającym wesoło kominku, z kosteczkami lodu pobrzękującymi w złocistym drinku. Może załączymy na dużym ekranie festiwalowe filmy Mountains on Stage.

Z całej naszej czwórki tylko ja podchodziłem do pomysłu powitania Nowego Roku pod namiotami w lesie bez rumieńców na twarzy. By nie wyjść na sztywniaka, zachowywałem wątpliwości dla siebie, oczami wyobraźni widziałem jednak Anieśkę kategorycznie odmawiającą opuszczenia ciepłego śpiwora, Kowala zwracającego pieczoną kiełbasę z okowitką gdzieś na skraju obozowiska, Lisicę w przemoczonych butach i siebie samego dorzucającego kolejne mokre polano do ognia w nierównej walce z nieustającym deszczem.

Tymczasem gardzista spojrzał z niedowierzaniem na zalegające na tylnym siedzeniu plecaki, potem na  nasze sylwestrowe kreacje z polartecu, softshellu i wełny merino. W przypływie detektywistycznego natchnienia kazał Anieśce zademonstrować stopy, a ujrzawszy ciężkie buty trekkingowe, miast spodziewanych błyszczących brokatem szpilek, uznał najwyraźniej, że do głupszych rzeczy ludzi kwarantanna skłoniła i ruchem ręki nakazał nam jechać dalej.

Lisów spotkaliśmy na leśnym parkingu. Kowal okazał się proaktywnie podejść do problemu suchego drzewa i szczerzył się do nas dzierżąc dwie torby po brzegi wypełnione szczapami drewna.

Przejąłem jedną z toreb i ruszyliśmy z drewnem do lasu. Buty na przemian ślizgały mi się w miękkim błocie, to grzęzły w mokrym mchu. Z każdą kroplą deszczu niesiona siata stawała się coraz cięższa. Kowal tymczasem perorował z niesłabnącym mimo kilometrów entuzjazmem.

- Mówię Ci Majkelu, jaką miejscówkę wynaleźliśmy z Lisicą. Poczekaj, aż zobaczysz. Piękna polana, w pobliżu strumyk. Od dawna myśleliśmy, by się tam namiotem rozbić.

Uczepiłem się tej myśli, bowiem latem Kowal tak piękne miejsce pod baobabem nam znalazł, że palce lizać i uznanie oraz niezachwianą wiarę mum winien aż po grób. Nie potrafiłem więc skryć rozczarowania, gdy po godzinie marszu droga skończyła się ścianą lasu, a Kowal grzmotnął torbą z drewnem o grunt i tryumfalnie oświadczył, że to tu.

- Tu, znaczy gdzie? - spytałem rozglądając się wkoło.

- No tu, gdzie stoisz - odparł mój serdeczny przyjaciel wesoło, najwyraźniej w zapadającej ciemności nie dostrzegając rządzy mordu kiełkującej w moich oczach.

- Kowalu, tu stoi dziesięć centymetrów wody - dla wzmocnienia przekazu z mokrym mlaśnięciem podniosłem buta.

- No lepiej nie będzie - uznał zupełnie w moim przekonaniu bez sensu.

- Po środku strumienia byłoby lepiej - bąknąłem pod nosem i wielce obrażony zszedłem ze ścieżki w strzeliste iglaste drzewa nad brzegiem potoku. 

Wysypany igłami grunt okazał się zaskakująco suchy, a choć miejsca między pniami drzew nie było mnogo, zdawało się, że dwa namioty przy odrobinie inwencji zdołamy zmieścić. 

- A tu? - zawołałem.

Kowal zszedł ze skarpy, potupał fachowo nogami o grunt, butem rozgarnął igły, opukał okoliczne drzewa i w końcu skinął przyzwalająco głową. 

Godzinę później dwa namioty stały rozpięte między sosnami, deszcz ustał, ognisko zapłonęło wesoło, a szkarłatna wiśniówka popłynęła do aluminiowych kubków. Kowal znosił mokre gałęzie, by wyschły w pobliżu ognia, Lisica kroiła kiełbasę, Anieśka usilnie nakłaniała wszystkich, by zjedli po ząbku czosnku powołując się na jakąś noworoczną tradycję. Nagle pomysł, by spędzić Sylwestra w leśnej głuszy okazał się wcale klawy.

To nie był dobry rok, ale przynajmniej zakończyliśmy go w stylu względnie awanturniczym. W ciągu minionych dwunastu miesięcy udało nam się rzutem na taśmę dopisać do projektu Korona Europy czeską Śnieżkę oraz przejść Wicklow Way, acz za największy sukces poczytuję sobie to, że zdołaliśmy nie przybrać na wadze.

Nowego Roku z przytupem również nie powitaliśmy. Jaki gość, takie powitanie. Mielim rankiem piąć się na najwyższy szczyt pobliskiego górskiego pasma, lecz wciąż szumiąca w głowie wiśniówka, dwie butelki szampana i bliżej nieokreślony specyfik Kowala o kolorze i smaku płynu hamulcowego zmąciły nam myśli i wyprowadziły z powrotem na leśny parking. A następnie do domu na gorący rosół i skoki narciarskie.

Jak za starych, dobrych czasów...

piątek, 16 października 2020

Łysy

Pół roku ledwie minęło, odkąd śmy ostatni raz frunęli aeroplanem, w innej się to jednak zdawało epoce. Lotnisko w Shannon w niczym nie przypominało gwarnego portu lotniczego, który zwykliśmy regularnie odwiedzać. W kolejce do jedynego czynnego stanowiska nadawania tobołków może trzy osoby. Coś szepczą między sobą w swoim przekonaniu zapewne dyskretnie, mimo to słyszałbym każde słowo ze znacznej odległości, gdyby nie echo kółek samotnej walizki zwielokrotnione ścianami pustego gmachu lotniska. W oddali ktoś zakasłał. Rozmowy natychmiast cichną. Kółka walizki też. Wszyscy podrywają głowy jak pieski preriowe. Jak zombie w post apokaliptycznym filmie.  

Bagaż nadaliśmy szybciej, niż PAD złamał pierwszą obietnicę wyborczą. Sąsiad straszył, że na pokładzie samolotu próżno będzie liczyć na jakikolwiek poczęstunek, więc na wszelki wypadek nabyłem w sklepie dla niektórych wolnocłowym miniaturkę Ballentines'a i butelkę coli, po czym przenieśliśmy się pod bramkę.

Znakomita większość przyszłych pasażerów nosiła maseczki. Jedni na nosie, inni pod nosem, jeszcze inni na brodzie. Koniec końców wszędobylskie plakaty na lotnisku informowały o konieczności noszenia maseczek, nie precyzowały jednak na jakiej części ciała.

Wyjątkiem był łysy jegomość w czarnym fleku. Z tyłu głowy miał niewyraźny tatuaż, być może inspirowaną rosyjską wersją Wiedźmina koparkę. Na nogach przeraźliwie obcisłe spodnie modnie odsłaniające kostki i mocno kontrastujące z górną połową ciała. Ciut jakby znajdował się w trakcie stopniowej zmiany stylu postępującej od stóp w kierunku głowy. Za rok wydekoltowany sweterek wyprze zapewne flyersa, a koparka schowa się częściowo pod wycieniowaną pieczarką. A może małpia zawiść przeze mnie przemawia, bowiem dwie i pół dekady temu rodzice kategorycznie odmawiali mi zakupu fleka, argumentując swe nieprzejednane stanowisko tym, że połowicznie pomarańczowa kurtka wróży przyszłość przy robotach drogowych. 

Póki co jednak Łysy siedział na jednej z metalowych ławek w imponująco szerokim - zważywszy na obcisłość spodni - rozkroku i z wyzywającym uśmiechem, doskonale wyeksponowanym wobec braku maseczki, spoglądał na współpodróżnych.

- Siadaj, ściągnij maskę, zaciągnij się świeżym powietrzem - zachęcił przechadzającego się w pobliżu starszego pana.

- Zajmij się sobą człowieku, wiem co mam robić - odparł spokojnie zamaskowany emeryt.

Łysy tematu nie drążył. Podniósł się z ławki i ruszył w kierunku kolejki. Po chwili klepnął się w czoło i wrócił po siatkę z bezcłówki. Jednoczesne operowanie obiema rękoma ewidentnie przekroczyło jego chwilowe możliwości koordynacyjne i w efekcie mała walizka kabinowa grzmotnęła o posadzkę. Łysy  wybuchnął głośnym śmiechem, podniósł upuszczony bagaż, po czym chwiejnym krokiem ponownie podreptał w kierunku oczekujących na wejście do samolotu ludzi.

- Are you checking this in? - spytał przedstawiciel budżetowych linii lotniczych, wskazując kabinówkę.

- Co q rwa czeking? - odparł Łysy pytaniem na pytanie.

Reszta pasjonująco zapowiadającej się dyskusji nam umknęła, bowiem błysnąwszy odznaką ruszyliśmy wąskim korytarzem na pokład.

Łysy wsiadł do samolotu ostatni. Chwilę palił głupa odnośnie maseczki, po czym rozsiadł się w fotelu i wyciągnął zza pazuchy pokaźną, prostokątną butelkę z zielonego szkła, która zaraz zniknęła częściowo pod osłaniającą twarz woalką. 

Samolot odbijał od doku, a Łysy ignorował już trzecią prośbę obsługi, by nie spożywać własnego alkoholu i równie głośno, co wulgarnie nakłaniał pilota, by ten zmienił kurs na Malagę. Pilot najwyraźniej nie należał do tych, którzy tolerują uwagi z tylnego siedzenia odnośnie trasy, bowiem depnął po heblach i ponownie skierował samolot w kierunku budynku terminala. 

Łysy chyba powoli zaczynał ogarniać, co się dzieje, rzucał bowiem już nie tylko mięsem, ale także drobnym bagażem osobistym oraz dokumentami wydanymi przez wojewodę. Pod adresem jednego ze stewardów uprzejmy był użyć określenia yeah bunny rasista, drugiemu z intymnymi detalami opisywał przebieg niedawnego tete-a-tete z jego matką. 

W powietrzu zapachniało przemocą, bo Anieśka już wstawała ze swego miejsca, by złapać Łysego za ucho, ale wówczas na pokład wkroczył postawny oficer Ochrony Lotniska. Podłoga zatrzeszczała, a ogon samolotu uniósł się o pół cala.

- What seems to be the problem? - zagadnął uprzejmie Łysego. 

Łysy w moment przyswoił podstawy języka angielskiego.

- I don't know... - pisnął.

- To może wysiądziesz z samolotu i nam opowiesz?

Łysy pociągnął nosem i kiwnął głową.

Szkoda mi rosyjskiego Wiedźmina strasznie, bo przepadł mu urlop palce lizać. Lato dało taki pożegnalny koncert nad Wisłą, że jednoręki bandyta by zaklaskał. Konsekwentna lampa na niebie i 27 stopni w porywach. Oprócz błękitnego nieba, nic mi w życiu nie potrzeba. Przez dwa tygodnie przemierzałem Warszawę wyłącznie na rowerze, z niejaką konsternacją i niekłamaną radością odkrywając, że wszystkie ścieżki rowerowe prowadzą do Miami Wars na lewym brzegu Wisły.


Na wypadek gdyby Łysemu nie było jeszcze wystarczająco przykro, irlandzkie Mądre Głowy na jeden istotny tydzień wciągnęły Polskę na Zieloną Listę, wobec czego ten jeden istotny lot na trasie Modlin - Shannon nie podlegał obowiązkowi kwarantanny. A gdyby tego było mało, lato przeszło w niedzielę bez ostrzeżenia w smagającą zimnym wiatrem jesień, w efekcie strzegący wejścia na modlińskie lotnisko technicznie wysoce zaawansowany i niezwykle czuły termometr u każdego pasażera wykrywał wiarygodnie brzmiącą temperaturę ciała na poziomie 32 stopni.

Jakbym był Łysym, to bym się zaszył...

środa, 19 sierpnia 2020

Pająk

Mam wrażenie, że meteorolodzy poddali się w beznadziejnych próbach przewidzenia irlandzkiej pogody i miast po próżnicy studiować ruchy mas powietrza, zmiany ciśnienia atmosferycznego i wpływ prądów morskich, walą w ciemno: THIS   IS    IRELAND! BĘ    DZIE    PADAĆ! Na melodię z 300.

Zwykle taka taktyka miała dodającą wiarygodności sprawdzalność, ostatnimi czasy jednak pogodni szamani nietrafionymi wróżbami mocno nadwyrężyli swoją reputację. Jeszcze w bankholidejowy weekend daliśmy się nabrać, kilka dni temu jednak obietnicy burzy oraz całodobowych opadów powiedziałem "sprawdzam" i wraz z dwoma serdecznymi przyjaciółmi ruszyłem biwakować w górach. Obietnica miała na ręku żałosną parę przelotnych mżawek, także, prawda, in your face!

Przez to małe zwycięstwo stałem się chyba zbyt pewny siebie. W poniedziałkowy poranek zwlekłem się z łóżka przy akompaniamencie trzeszczących stawów. Nadstawiłem ucha, ale zza uchylonego okna nie dochodziły żadne dźwięki, które sugerowałyby atmosferyczne opady. Wbrew deklaracjom pogodologów, że padało, pada i będzie padać, zwinąłem więc spodnie w kancik w ciasny rulon, wrzuciłem je na dno plecaka, przycisnąłem kubkiem z kawą i pudełkiem z lunchem, a na tyłek wciągnąłem bawełniane szorty. W połączeniu z wyprasowaną koszulą wyglądały dość komicznie, więc naciągnąłem na garba cienką kurtkę wiatrochronną i zamiast odpalać 150-konny silnik, wskoczyłem na rower.

Dziesięć minut później zajechałem pod hutę śmiejąc się pod nosem z szamańskich gróźb, po fajrancie jednak do śmiechu już mi nie było. Deszczem siekło jak biczem. Ilekroć zdało mi się, że wystukiwany na brukowej kostce rytm zwalniał, następował dynamiczny refren, skutecznie wybijając mi z głowy pomysł pedałowania w ulewie. Asterix zaoferował wprawdzie, że mnie podwiezie, łatwiej byłoby jednak wcisnąć jego kompaktową corsę do sakiewki pod moim siodełkiem, niż mój rower do jego bagażnika, wydziubałem więc numer Anieśki.

Anieśka już tak ma, że gdzie nie pójdzie, rozświetla to miejsce swoją zajebistością. Nie inaczej było i tym razem. Ledwie zajechała na parking, w jednej chwili bombardowanie ustało, ptaszyny się rozśpiewały, a nawet słońce wyjrzało zza chmur zaciekawione. Przez chwilę rozważałem nawet, czy nie wskoczyć mimo wszystko na siodełko, nie po to jednak czekałem z ramą rowerową w jednym ręku i kołami w drugim, by teraz to wszystko na powrót montować. Wrzuciłem dwukółkę do bagażnika, wskoczyłem za fajerę, podrzuciłem Anieśkę do pracy, a sam ruszyłem do domu.

W tym miejscu pojawił się logistyczny problem, bowiem zamierzałem grzecznie udać się o 9 do łóżka, co wykluczało odebranie Anieśki z pracy godzinę później. Doszedłem niedawno do wniosku, że jeśli w moim wieku chce się biegać, skakać, latać, pływać, trzeba zapewnić organizmowi wystarczającą ilość snu - sześć godzin minimum. Do pracy nazajutrz musiałem wyjątkowo wstać o 4, a skoro statystyczny człowiek łącznie w nocy wybudzony jest przez ok. godzinę...

Z rowerem wciąż w bagażniku udałem się więc na siłownię, odbębniłem trening, złożyłem rower do kupy, oddałem Anieśce kluczyki i w deszczu, co do którego wyjątkowo meteorolodzy się nie pomylili, pomknąłem z górki do domu. Z zamkniętymi oczami, bezlitośnie siekło bowiem przy tej prędkości po twarzy.

Na kwaterze oporządziłem się w try miga. Szybki prysznic, lunch do pudełka, pudełko do lodówki, koszula na wieszak, wieszak na klamkę od drzwi i kilka minut po dziewiątej leżałem pod syntetyczną pierzyną z "Osiedlem RZNiW" w ręku. O 9:30 już pewnie spałem.

Wtem rozbłysk supernovej rozświetlił sypialnię.

-Eeej.... - jęknąłem z wyrzutem, uchylając jedno oko.

Anieśka stała w drzwiach z palcem wciąż na przełączniku światła.

- Pająąąk... - zawyła żałośnie.

- To weź kapcia.

- Nie mogęę, on jest wieelkii

Z niechęcią postawiłem stopy na podłodze. Bestia była faktycznie okazała. Gdyby jej założyć homonto, zaoralibyśmy wszystkie pola wokół wioski. Zwykle staram się pająków nie zabijać, dopuszczając się co najwyżej delikatnej, acz stanowczej ewikcji. Szklanka się do tego nadaje doskonale. Pająki to bowiem ofermy i nie potrafią wspinać się po gładkim szkle.

Ospale ruszyłem w kierunku kuchni.

- Jak ci ucieknie, to ja dziś nie zasnę - ostrzegła Anieśka.

Spojrzałem raz jeszcze na kosmatego potwora. Miał grube, brązowe nogi. Od pięty jednej, do palców piątej może nawet dziesięć centymetrów. No dobra, osiem. Siedział dwa metry nad podłogą, mimo to doskonale widziałem szczękoczułki w kształcie odwróconej litery T. Umościł się wysoko w rogu sypialni, w związku z czym ciężko byłoby go przykryć szklanką, zamiast tego chwyciłem więc za odkurzacz. Odpaliłem silnik, wycelowałem, wziąłem głęboki wdech i dźgnąłem na wydechu...

W rurze coś zagrzechotało, po czym stuknęło o zbiornik odkurzacza. Zapaliłem światło w ogródku i wyniosłem sprzęt na zewnątrz. Odkręciłem zbiornik, tarantula siedziała na dnie spoglądając na mnie z wyrzutem zza kłębka kurzu. Stuknąłem zachęcająco w plastikowe denko. Przysiągłbym, że pająk westchnął, po czym niechętnie podreptał po ściance zbiornika na mokrą trawę. Ostentacyjnie wypiął odwłok, jasno dając do zrozumienia, co myśli o tych nocnych manewrach i ruszył w kierunku ogrodowej szopki. Po chwili trzasnęły drewniane drzwi.

Wróciłem na górę. Anieśka patrzyła na mnie błyszczącymi oczami, jak dama do niedawna w opresji patrzy na superbohatera. Zerknęła na lśniący od potu kark, prześlizgnęła się na mięśnie prężące się pod prowokacyjną pasiastą piżamą zapinaną na guziki. Przygryzła wargę.

- Chcesz ... zagrać w chińczyka? - wyszeptała.

I szlag trafił moje sześć godzin snu.

wtorek, 11 sierpnia 2020

Goodbye old friend...

Byłeś mi naprawdę bliski, tym większe spustoszenie w mojej duszy spowodowała Twoja strata. To cena, którą niezmiennie płacę za moje bezwzględne przywiązanie graniczące z syndromem sztokholmskim - można mnie bić, a nazajutrz i tak wrócę jak pies merdający ogonem. Cóż dopiero, gdy  o mnie dbać, otoczyć czułą opieką i sprawić bym czuł się bezpiecznie.

Byliśmy razem na zboczu Mont Blanc, to była moja pierwsza Wielka Góra. Bez przewodnika, który pokazał palcem gdzie dreptać,  bez tragarza taszczącego cięższą połowę dobytku. Byliśmy zdani na siebie. Było w tym piękno wyzwania, z dominującą nutą satysfakcji, ale i szczyptą niepokoju, a nawet przypadkową grudką strachu, gdy w nieprzeniknionych ciemnościach porywisty wiatr przygwoździł nas do lodowatej grani.

Na szczycie stanąłem pijany niebezpieczną mieszanką euforii, dumy i końską dawką endorfin. Twardo jednak stąpałem po białej kopule, wiedziałem bowiem, że czekasz w dole, że za kilka godzin się zobaczymy. Rok wcześniej Cię z nami nie było, do domu wracaliśmy wówczas na tarczy. Przypadek...?

Nigdy nie zapomnę wspólnej nocy pod Dufourspitze, gdy ze strony lodowca spłynęły na nas kaskady deszczu wspartego topniejącym śniegiem. Czuwałeś nad nami, szeptałeś kojące słowa.

Zjechaliśmy razem pół świata. Nigdy nie zawiodłeś. Zawsze byłeś wartością dodaną.

Wicklow Way było naszą ostatnią wspólną wyprawą. Już wtedy wiedziałem, że żyjesz w pożyczonym czasie. Taśma uszczelniająca szwy zwisała Ci już smętnie, promienie słoneczne skruszyły ochronną warstwę silikonu, delikatne ściany zwiotczały i zapadły się jak policzki starca. Nie zasłużyłeś jednak, by tak odejść. Powinieneś tkwić w szafie jako weteran, w czarnej godzinie gotów powrócić do służby. Zamiast tego skończyłeś na dnie zielonego kosza na śmieci, bom jak ostatni żółtodziób zostawił Cię wilgotnego w pokrowcu, byś bez słowa skargi zapleśniał. A pleśń jest dla namiotu jak złośliwy rak z przerzutami. Rozlewa się po ścianach czarnym wzorem i cuchnie śmiercią po rozsznurowaniu pokrowca.

Próbowałem wszystkiego. Delikatnych środków naturalnych, agresywnej chemii. Było już jednak dla Ciebie za późno.

Pamiętaj o nas rozbity dumnie w zielonej dolinie Krainy Wiecznych Łowów. My z pewnością będziemy pamiętać o Tobie...

niedziela, 2 sierpnia 2020

Pielgrzym Drugi

W zamierzchłych czasach gdyśmy zameldowani byli w niedalekim sąsiedztwie Dublina, w Glendalough bywaliśmy w miarę regularnie. Okolice stolicy uchodzą nie bez przyczyny za bardziej cywilizowaną część Irlandii. Kaszlące spalinami skrzaty żebrzą pod McDonaldem, elfy pracują za minimalną stawkę w lokalnych multipleksach, a soczyście zielone wzgórza brzęczą automatycznymi dronami koszącymi trawę. Ilekroć więc stawiała się u nas hałastra znad Wisły, głośno domagająca się Irlandii jak z kolorowego przewodnika National Geographic, Dolina Dwóch Jezior okazywała się jedną z niewielu destynacji osiągalnych na jednym baku paliwa. 

Popularność Glendalough oznaczała rzecz jasna rzeszę turystów i flesze aparatów trzaskające jak stroboskop, głównie jednak w okolicach klasztornego kompleksu. Za Lower Lake tłum rzednie, a gdy strzelista wieża obronna zmienia się w majaczący za plecami falliczny kształt, na trasie pozostają tylko co bardziej wytrwali wędrowcy.

Nie tym razem jednak. 

Kwadrans po tym jak opuściliśmy bezpieczne schronienie w Larragh, dotarliśmy do pierwszych zabitych na głucho zabudowań Glendalough. Zatrzaśnięte okiennice i zaryglowane drzwi napastowały żółtymi covidowymi plakatami. Wokół żywego ducha. Po odwiedzanym przez przeszło milion turystów rocznie obiekcie kroczyliśmy jak po planie filmowym "I am legend". Na naszpikowanym celtyckimi krzyżami średniowiecznym cmentarzu, byliśmy jedynymi ludźmi mogącymi się pochwalić pulsem.


Nieco dalej wpadliśmy na dwóch robotników w odblaskowych kamizelkach, którzy w pierwszym odruchu na nasz widok chwycili w panice za narzędzia, ale zorientowawszy się kto zacz wrócili natychmiast do nawet nie udawania, że pracują. 

Po wczorajszej ulewie nie było śladu, acz z niepokojem zerkaliśmy to w górę na ołowiane niebo, to w dół na ekrany telefonów. Aplikacja pogodowa lojalnie uprzedzała, że dziś jeszcze może udać się dotrzeć do obozu suchą stopą, ale jutro raz na zawsze odechce nam się prysznica. Wykombinowaliśmy więc, że miast dyrdać do samego Glenmalure, jak pierwotnie zamierzaliśmy, i rankiem pakować w deszczu mokre manele do plecaków, zakończymy dzisiejszy odcinek trzy kilometry wcześniej i kimniemy się pod wiatką Mullacore Hut.

Czas pokazał, że plan był znakomity. Drewniane schronienie okazało się doskonale wyposażone. W rogu stało składane krzesło turystyczne, na ścianie wisiała szczota do zamiatania i ... patelnia, pod sufitem pięciolitrowy baniak na wodę. Kilka kroków wcześniej minęliśmy elegancki strumyk, a jeśli nadal rozmyślaliśmy nad losem fińsko-chorwackiego zespołu, nad ogniskiem buty na patyku suszyła poznana wczoraj koleżanka z Finlandii.

Podczas, gdy ulewa zaskoczyła nas poprzedniego popołudnia zanurzonych w wiklinowych fotelach z kieliszkiem mołdawskiego wina w ręku, nasi nowi przyjaciele byli wówczas dwie godziny drogi od Mullacor Hut. Do wiaty dotarli więc dzwoniąc zębami jak cymbałki, a dotarłszy zamieścili dziękczynny wpis w Księdze Wejścia, nieco tylko nadużywając słowa hipotermia.

Streściwszy nam dramatyczne wydarzenie poprzedniego wieczora wsadzili nogi w wilgotne jeszcze buty, zarzucili plecaki na garby i ruszyli w kierunku szosy, skąd zabrać ich mieli znajomi. Tym samym wiatka została wyłącznie do naszej dyspozycji, a wraz z nią cały inwentarz, który przy odrobinie inwencji wystarczył, by zmajstrować gorący prysznic i ciepłą strawę.


Początkowo miarkowaliśmy spać ino tylko w śpiworach, lecz wraz z zapadnięciem zmroku i dogasającym ogniskiem, jedna po drugiej zlatywać zaczęły się skrzydlate piranie, rozłożyliśmy więc moskitierę pod zadaszeniem i zanuciwszy kilka chantów w intencji dobrej pogody zamknęliśmy oczy.

Obóz zwinęliśmy skoro świt, by jak największy dystans pokonać przed deszczem. Ledwie jednak weszliśmy w zasięg sieci komórkowej, okazało się, że wczorajsze chanty nie padły na jałowy grunt, a początek żabobicia przesunięty został z godziny 9 na 12. W świetle tych rewelacji znaleźliśmy moment, by przystanąć pod zamkniętym schroniskiem Glenmalure Lodge i odpalić kawiarkę, którą nie na darmo wszak taszczyłem w plecaku.

Wzmocnieni czarną materią wznowiliśmy marsz. To był piąty dzień dreptania. Całą trasę planowaliśmy zamknąć w tydzień, także ten słupek, który informował kpiąco, żeśmy są ledwie w połowie drogi, był zupełnie niepotrzebną prowokacją.


Szczęśliwie mieliśmy doskonałą motywację, by nie zaprzestawać marszu. Te meszki to bowiem ciut ofermy były i ewidentnie nie opanowały lądowania na ruchomym obiekcie. Starczyło jednak przystanąć, by stracić pół litra krwi w trakcie konsumpcji jednego batonika. W umiarkowanym tempie, acz z żelazną konsekwencją pokonywaliśmy więc kolejne kilometry, chantując dla odmiany o deszcz w nadziei, że lecące z nieba wielkie kule wody, skutecznie odbiorą pijawkom apetyt. I po raz kolejny chanty zostały wysłuchane - kilkaset metrów przed Mucklagh Hut zaczęło siąpić. I przez następne 24 godziny miało nie przestać.

Ostatnia na trasie wiata nie miała na stanie krzesełek, ni patelni, ale wyposażona była w zmyślny system zbierania deszczówki, wody więc mieliśmy pod dostatkiem. Ktoś nawet zostawił kartusz z gazem, acz paliwa pozostało tak mało, że sklasyfikowaliśmy to raczej jako zaśmiecanie, niż samarytański uczynek.

Raz dwa zmontowaliśmy po misce wegetariańskiego orzo bolognese i kubku malinowej herbaty. Ponoć nie ma takiego problemu, którego nie rozwiąże kubek herbaty. Badania na losowo wybranej grupie stu osób dowiodły wprawdzie większą skuteczność szklaneczki whiskey, a jeszcze większą dwóch, jednak kawiarka była jedyną fanaberią, na jaką pozwoliłem sobie w bagażu.

Nasz problem można było rozwiązać na dwa sposoby:

a) mimo deszczu iść dalej do Moyne zgodnie z planem, znaleźć miejsce na namiot, którego nie udało nam się zawczasu wypatrzeć na zdjęciach satelitarnych, rozbić się, wtaszczyć mokre bagaże do nylonowego igloo, a rankiem mokre igloo do bagażu.

be) zostać na noc pod zadaszeniem, za cenę wydłużenia kolejnego odcinka do przeszło 30 km; w deszczu, za to z finałem pod dachem i w suchej pościeli.

Uradziliśmy zostać w Mucklagh Hut, więc popołudnie upłynęło nam leniwie na lekturze i pochłanianiu kolejnych kubków malinowej herbaty. 

Z nadejściem szarówki przenieśliśmy się do rozłożonego pod wiatą namiotu. Styrane drogą buty zostawiłem na zewnątrz w charakterze odstraszacza na słynące z doskonałego węchu niedźwiedzie. Upchnąłem spodnie w kieszeni namiotu, zmieniłem koszulkę na czystą, telefon podłączyłem do powerbanka, nakryłem się śpiworem i otworzyłem ponownie kindle`a. Wątek Leo Manheimmera nabierał rozpędu na oświetlonym diodami ekranie czytnika, gdy przypomniały o sobie hektolitry wypitej herbaty. Tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Wybiegłem na bosaka na mokrą trawę i ... nie zna życia, kto nie próbował sikać skacząc na jednej nodze, drugą odganiając się od krwiożerczych meszek...

Rankiem trzęsło mnie na samo wspomnienie. Było wszawo i siąpił deszcz. Naciągnęliśmy nylonowe kondomy na plecaki i skrywszy się pod warstwą gore-texu ruszyliśmy do Shillelagh. Szliśmy na przemian leśnym traktem i asfaltową drogą. Górski krajobraz Wicklow powoli ustępował pola pastwiskom i gospodarstwom rolnym. Deszcz przeszedł w maleńkie kropelki wody fruwające na wietrze we wszystkich kierunkach jak iskry z ogniska. Mijaliśmy porzucone w wysokiej trawie wraki samochodów, pogonił nas pies, o mały włos nie stratowało nas stado koni, przez kilkaset metrów śledziła nas podejrzanie wyglądająca grupa owiec.



Na wysokości Tinahely przecięliśmy drogę regionalną R747, obeszliśmy w koło rozległy pagórek i wyszliśmy na asfalt, którym maszerować mieliśmy już do samego celu. Nie było elegancji, ni godności w tych ostatnich kilometrach. Twarda nawierzchnia rezonowała nieprzyjemnie w stawach, brakowało wynagradzających wędrówkę widoków. Marzyło mi się piwo i pizza, na które w maleńkiej Shillelagh nie miałem wielkich nadziei. 

Jeszcze kilka godzin temu Anieśka podskakiwała wesoło w rzęsistym deszczu, nucąc autorską piosenkę o mokrych majtkach. Odkąd mój zegarek radośnie obwieścił przełamanie bariery trzydziestu kilometrów, patrzyła na mnie, jak kobiety patrzą na swoich mężów podczas porodu. Gdy zza kolejnego pagórka wyłoniła się wieża kościoła w Shillelagh, niewiele brakowało, a bym się przeżegnał. Gdy po przekroczeniu bram wioski z zaskoczeniem poczułem zapach pizzy, nie mogłem zapanować nad drżeniem podbródka. A gdy Sean, właściciel pokoju, który wynajęliśmy, będący jednocześnie właścicielem znajdującego się piętro niżej pubu, wytoczył z piwniczki cztery zimne piwa, pękła ostatnia bariera i gwiżdżąc na dwa metry dystansu zaszlochałem głośno, kryjąc twarz w jego koszuli.

Chciałbym powiedzieć, że objedliśmy się nieśmiertelną klasyką włoskiej kuchni, prawda jest jednak taka, że wciągnąłem swoją dwunastocalową pizze i połowę Anieśki, a efekt był taki, jakby wrzucić słomkę do pieca hutniczego. Znacznie lepszy rezultat osiągnąłem przytuliwszy dwa piwa na sfatygowany organizm. Zapewne dlatego na miękkie boki przyjąłem telefon od koleżki, który gościć miał nas kolejnego dnia. Po ukończeniu Wicklow Way planowaliśmy przespacerować się do Bunclody, zostać tam na noc, a rankiem złapać autobus do Dublina. Nasz niedoszły gospodarz przypomniał jednak sobie, że w okolicy jakiś wirus panuje i postanowił anulować naszą rezerwację.    

Wicklow Way mogłoby się w zasadzie skończyć w Shillelagh. Niektórzy sugerują, że nawet jeszcze w Tinehely, ale o tych osobach oraz o sposobie prowadzenia się ich matek Sean ma bardzo niskie mniemanie. W każdym razie dreptanie asfaltem celem nastukania kilometrów się nie broni, a zamykającego trasę odcinka do Clonegall nie sposób rozpatrywać w innych kategoriach. Bez historii, bez widoków, bez sensu. Weszliśmy do wioski w glorii zwycięzców i po klepnięciu słupka znaczącego koniec trasy przystąpiliśmy bez dalszej zwłoki do martwienia się, co dalej.

Ostatni tego dnia autobus do Dublina odjechał z samego rana. Anieśka w końcu wyczarowała nam koleżkę, który za garść dukatów zgodził się nas zawieźć do Carlow. Stamtąd mieliśmy złapać autobus do stolicy, gdy jednak dyliżans zajechał na przystanek i przyszła nasz kolej wejścia na pokład, kierowca przeliczył załogę i oznajmił, że zgodnie z covidowymi restrykcjami może zabrać jeszcze tylko jedną osobę.

- Pociąg! - zawołała Anieśka, przypomniawszy sobie, że z Carlow do Dublina można dojechać również po szynach. - Którędy na stację kolejową! - krzyknęła w kierunku przechodzącej bebeczki.

Oszołomiona niewiasta wyciągnęła niepewnie rękę w tym samym kierunku, który wskazywał drogowskaz z napisem "Train Station" nad jej głową. Z podskakującymi plecakami na plecach pognaliśmy w stronę dworca. Na peron wpadliśmy kilka minut przed odjazdem pociągu. W sam czas by nabyć bilet i uspokoić oddech przed nałożeniem maseczki. Niespełna godzinę później byliśmy na Heuston Station, skąd Luasem dostaliśmy się do centrum miasta, a następnie autobusem do Marlay Park, gdzie wszystko się przed tygodniem zaczęło. Do odbębnienia został nam jedynie odcinek, który wówczas pokonaliśmy autem z racji braku stosownych miejsc parkingowych.

Przed domem ludzi, którzy uprzejmie zgodzili się przechować Princessę na swojej posesji, stanęliśmy po zmroku i w strugach deszczu.  Kudos, że otworzyli drzwi przed dwiema zakapturzonymi postaciami, zważywszy, że spodziewali się nas dopiero nazajutrz.

Tyle w temacie. Piękna przygoda, która zapewne nigdy by się nie wydarzyła, gdyby nie import chińskiego badziewia i zamknięcie kraju na głucho. W ciągu siedmiu dni zrobiliśmy 254 338 kroków. Straciłem 3 kilo wagi i 0,7% tkanki tłuszczowej, ale nabyłem dwa okazałe, zaskakująco symetryczne odciski. 

Za rok Camino de Santiago...

sobota, 27 czerwca 2020

Pielgrzym

W czasach gdy wszelkie społeczne interakcje zabronione są dekretem rządowym może to zapachnieć paradoksem, ale miałem dosyć ludzi. Nie żeby robili coś niewłaściwego. Po prostu byli. Za dużo i za często.

W zarzewiu pandemii otrzymałem w hucie własne biuro, na wypadek by jedno kichnięcie nie wyeliminowało całej kadry myślącej. Przyklasnąłem z radości na ten pomysł, bowiem raz, że klawo mieć własne biuro i wiadomo - mamusia będzie dumna. A dwa, że choć darzę kolegów, z którymi dzieliłem do tej pory obszar roboczy niekłamaną i w pełni zasłużoną sympatią, mają oni tą zasadniczą wadę, że nie potrafią wytrzymać piętnastu minut bez otwierania jadaczki. Ja z natury jestem rozmownym i szalenie przystępnym człowiekiem, ale w pracy chciałbym zrobić swoje i iść do domu, zająć się dalece ciekawszymi rzeczami, miast asystować kolegom w podejmowaniu kluczowych decyzji w kategorii czy tyłek wytrzeć ręką lewą czy prawą. Ot taki niekoleżeński jestem.

Także wielkie nadzieje wiązałem z własnymi czterema ścianami. Szybko przeorganizowałem pomieszczenie, które do tej pory służyło za pokój spotkań. Przesunąłem krzesła pod ścianę, stół pod okno, obok monitora postawiłem kubek na długopisy z nieco wytartym herbem Legii i zdjęcie Anieśki. Rozsiadłem się w fotelu, z niejakim wysiłkiem zwalczyłem chęć położenia butów na blacie i wtedy pukanie rozległo się po raz pierwszy. Od tamtej pory zawiasy drzwi mojego nowego biura stały się najciężej pracującym elementem w całym budynku. Ostatecznie zostawiłem je otwarte na oścież w obawie, że jeśli jeszcze jedna osoba wparuje do środka z impetem jak przeciąg, gdy właśnie wcinam batonika proteinowego, moja przyszłość będzie w dużej mierze zależeć od tego, czy ktoś pamięta chwyt Heimlicha z kursu pierwszej pomocy. 

Na domiar złego za ścianę wprowadził się Kamiński, w związku z czym ciągłe "Majkel?" słyszałem z lewej, z prawej, przez telefon i zza kartongipsowego przedzielenia...

Potrzebowałem wakacji. Z dala od ludzi. W dziczy, wśród śpiewu ptaków i szumu drzew. Potrzebowałem, żeby przez kilka godzin nikt nic do mnie nie mówił, żeby świat ... na moment ... zamknął ... japę. Nie czekając na lipcowy urlop wlepiłem więc sobie w grafiku holideja w najbliższym możliwym terminie, a dzielące mnie trzy tygodnie spędziłem na obserwowaniu prognozy pogody w Górach Wicklow. A ta rodziła serię etapów żałoby. Od euforii, przez niedowierzanie, gniew, nadzieję i w końcu akceptację. 

Wicklow Way ciągnie się przez 130 kilometrów od Marlay Park na południu Dublina, przez Góry Wicklow po niewielką wioskę Clonegall w hrabstwie Wexford. Zwyczajowo dzieli się ją na siedem odcinków, z których każdy kończy się kilkoma zwykle opcjami noclegu. Nie w czasach pandemii jednak, gdy zgodnie z rządowym edyktem wszelkie hotele, hostele i B&B zabite mają pozostać do 29 czerwca dechami i otoczone ostrokołem. Nam to jednak LOTTO było, bośmy w plecakach nieśli sprzęt kempingowy, a dwa noclegi celem naładowania telefonów i opłukania się pod skrzydłem zarezerwowaliśmy za pośrednictwem Airbnb.

Ponieważ pod Marlay Park nie było możliwości beztroskiego pozostawienia auta na tydzień, pierwsze trzy kilometry trasy pokonaliśmy samochodem do wypatrzonego na Google Maps leśnego parkingu. Dlaczego zdawało nam się, że w słoneczne niedzielne popołudnie znajdziemy choć jedno zakichane miejsce na polanie na skraju lasu oddalonego od stolicy o strzał z haclówy, bogowie naiwności tylko raczą wiedzieć. Na taką jednak właśnie ewentualność mam w zespole Anieśkę, która raz dwa zagadała lokalną babeczkę na okoliczność pozostawienie auta na jej posesji i po chwili taszczyliśmy plecaki pod górę spokojni o Princessę, która najbliższy tydzień miała spędzić bezpiecznie za solidnym ogrodzeniem.



Z racji bliskości Dublina pierwszy odcinek trasy naszpikowany był pielgrzymami, wśród których niemałe zainteresowanie wzbudzały nasze plecaki.

- WOW, you're camping. I've always wanted to do that. Dokąd zamierzacie dzisiaj dojść?

Zamierzaliśmy dojść do Knockree 18 kilometrów dalej, gdzie w czasach bardziej normalnych można się zatrzymać w imponująco prezentującym się z zewnątrz schronisku młodzieżowym. My zamierzaliśmy się rozbić kilka kroków dalej nad rzeką, blisko źródła wody, jednak plan się posypał gdyśmy wpadli na znak "NO CAMPING" poparty dla wzmocnienia przekazu nie pozostawiającym wątpliwości rysunkiem przekreślonego namiotu. Na domiar złego zaczerpnięta z rzeki woda okazała się mieć kolor zdrowej uryny. Na nic zdały się głosy, że to skutek prozdrowotnego filtrowania przez torf. Trzeba mieć zasady, nie jem żółtego śniegu - nie piję żółtej wody. Rozbiliśmy się więc na zapuszczonym polu, gdzie trawa po kolana sugerowała brak rogacizny, dwa kroki od zdezelowanego baraku pełnego szrotu wszelakiego. W środku znaleźliśmy suszarkę do ubrań, która rankiem idealnie nadała się do suszenie wilgotnych od kondensacji śpiworów.



Kolejny dzień przyniósł najpiękniejsze widoki i takąż pogodę. Sugarloaf niepodzielnie zawładnął horyzontem, a malownicza trasa poprowadziła nas górą wokół wodospadu Powerscourt do podnóża Djouce, gdzie natrafiliśmy na miejsce kempingowe niczym z podręcznika do biwakowania - płaska jak miesiąc wieczorem polana rozciągała się na brzegu szerokiego potoku, niewielki krąg z kamieni znaczył miejsce na obozowe ognisko, na skraju samotne drzewko, w tle zielone wzgórza. Nawet owce uznały, że tak krasnego pleneru nie wypada obfajdać. Gdyby nie to, że pokonaliśmy mniej jak połowę zakładanego na ten dzień dystansu, już wbijałbym śledzie w miękki torf, a tak korzystając z tego, że pielgrzymów w zasięgu wzroku niet, wygrzebaliśmy z plecaka maleńką kostkę mydła 100% organic, co to nam je Kowal przed wyprawą własnoręcznie wykonał i wskoczyliśmy do lodowatej wody.

Lżejsi o dwa kilo brudu, kurzu i potu podreptaliśmy zboczem Djouce, aż po ciągnący się przez wrzosowiska kilkukilometrowy pomost z podkładów kolejowych i w końcu Lough Dan - jezioro, które ze względu na kształt, czarne wody i jasną plażę na jednym z brzegów do złudzenia przypominało kufel guinnessa. Na tym etapie nogi powchodziły nam już w doopska po kolana, do celu pozostawał wciąż szmat drogi, a Lough Dan odbiło mi się na siatkówce i nie mogłem przestać myśleć o zimnym piwie. 

Im bliżej byliśmy celu, tym bardziej przypominaliśmy niedobitków wracających z wojny. Stopy składały mi się już wyłącznie z odcisków, a Anieśka klęła tak, że się muchy zlatywały. Po krótkim asfaltowym odcinku weszliśmy znów w las, gdzieśmy poważnie rozważali robicie namiotu - napotykane co kilka kroków ślady ogniska świadczyły, że nie bylibyśmy pierwsi. Za każdym razem powtarzaliśmy jednak sobie, chodźmy jeszcze kawałek. W końcu znów wyszliśmy na szosę, gęsto obsadzoną po obu stronach domostwami, także o biwakowaniu nie mogło być mowy. 

W okolicach godziny 21 dotarliśmy do Oldbridge. W tym miejscu mieliśmy zboczyć z trasy, by rozbić się nad jeziorem, zagadnąłem jednak miejscowego gospodarza, czy bardzo by protestował, gdybyśmy rozstawili namiot na polu za jego płotem. Odparł, że zupełnie by nie protestował, nie jego to bowiem było pole. Poradził jednak nieodległy skrawek ziemi należącej do lokalnych skautów. 

Skrawek okazał się faktycznie nieodległy, a przy tym płaski, z elegancko wystrzyżonym poletkiem idealnym pod namiot. Wyszczerzyliśmy się od siebie na ten widok z ulgą, ale długośmy zębów nie suszyli, wnet bowiem ptaki ucichły, niebo pociemniało i runęła na nas chmara maleńkich skrzydlatych piranii. Nigdy w życiu tak prędko nie rozłożyłem namiotu. To musiał być światowy rekord. Wrzuciłem do środka Anieśkę, za nią oba plecaki i w końcu sam schroniłem się pod warstwą nylonu. Natychmiast przystąpiliśmy do masakry meszek, które wnieśliśmy do środka na plecach, podczas, gdy 3 kilo pobratymców przyglądało się bezsilnie szczelnie pokrywając zewnętrzną stronę moskitiery.

Rankiem krwiopijców było niewiele mniej, więc namiot zwinąłem niemal tak szybko, jak go rozłożyłem poprzedniego wieczora i z owsianym batonikiem w zębach czym prędzej czmychnęliśmy za ogrodzenie i w dalszą trasę. 

Do przejścia mieliśmy ledwie osiem kilometrów, a na dodatek w Larragh, gdzie zmierzaliśmy, czekał na nas pierwszy nocleg pod dachem, z czystą pościelą, gorącą wodą i zimnym piwem (... jak naiwnie wówczas myślałem). 

Po dwóch godzinach marszu dotarliśmy do Brusher Hut, jednej z trzech rozlokowanych na trasie drewnianych wiat. Gdybym nie miał skrzywionej dzieciństwem potrzeby udowodnienia czegoś (to fachowa diagnoza Anieśki), wczorajszy odcinek podzielilibyśmy na dwa, zakończone właśnie pod deskami pociągniętego zieloną farbą daszku. Na naszą korzyść się to jednak obróciło, bowiem raz, że jak się okazało pod wiatką poprzedniej nocy urzędował zespół fińsko-chorwacki, który właśnie nieśpiesznie zbierał się do dalszej drogi, a dwa, że gdyśmy dotarli to Larragh, ledwie przestałem się mazać, że żaden z dwóch lokalnych sklepów nie posiada koncesji na sprzedaż piwa, niebo pękło jak stare hajdawery. Ktoś na górze wściekł się nie na żarty - siekło żabami, rybami i elektryką. 

Hektolitrom lejącej się z nieba wody przyglądaliśmy się zza przestronnego okna ciepłego pokoju sącząc mołdawskie wino i z niejakim niepokojem myśląc o fińsko-chorwackim zespole, który jak nic mierzył się wówczas z żywiołem na otwartym terenie. 

Następnego popołudnia mieliśmy się przekonać, jak im poszło...

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Ilon Mózg

Podczas gdy ja ramię w ramię z gardą i wojskiem na pierwszej linii wirusowego frontu niosę ludziom papier toaletowy i konserwy, Anieśka pełnymi garściami czerpie z życia w czasach zarazy. Gotuje dziką kuchnię, piecze chleb bananowy, układa nam mordercze treningi, chadza na wirtualne wieczorki teatralne, pisze, maluje, wystawia w ogródku krągłości w kierunku zaskakująco nieoksymoronycznego irlandzkiego słońca. Wczoraj pochowała pszczołę, którą nieopatrznie zdekapitowała zatrzaskując okno. Żeby więc dziewczę totalnie nie zdziczało, wobec rozluźnienia towarzyskich restrykcji postanowiłem pokazać jej trójwymiarowych ludzi. Na razie z daleka, ciut jak zwierzyniec w gospodarstwie agroturystycznym, bo nie wiadomo, gdzie byli i czego dotykali. 
 
Po złożeniu uroczystych ślubów zachowania dwóch metrów dystansu, ruszyliśmy do Mery i Szona na pogaduchy. Zasiedliśmy przed domem na wzgórzu z widokiem na Góry Galtee i ze szklanką ginu z tonikiem w ręku rozprawialiśmy na tematy ważkie oraz istotne. Chociaż głównie ważkie.

- Wiecie, że właśnie w tej chwili rakieta Elona Muska startuje z Przylądka Canaveral? - zagadnęła w pewnym momencie Mery.

Nie wiedzieliśmy. 

- Za dziesięć do piętnastu minut powinna być widoczna z Irlandii. Na lewo od księżyca.

Z zaciekawieniem odwróciliśmy krzesła w kierunku Łysego, który świecił już na bezchmurnym niemal niebie, choć do zachodu słońca pozostała jeszcze dobra godzina. Zadarliśmy głowy do góry i rozpoczęliśmy wypatrywanie. Czego? Tego nie byliśmy pewni. Białej, bardzo nieekscytującej kropki, a może efekciarskich płomieni i kłębów dymu.

Pół godziny później ból odcinka szyjnego zaczął już promieniować na obojczyk. Przez chwilę pomyślałem, że Mery - kobieta o złotym sercu - zapragnęła w ramach wybudzania gospodarki wspomóc lokalnego chiropraktyka.

- I want my money back Mery - odezwałem się odwracając wiklinowe krzesło w jej kierunku.
- Na lewo od księżyca to szerokie pojęcie. Może przegapiliśmy.
- Przy okazji kolejnej rakiety zastosujemy krycie strefowe. Każde z nas dostanie skrawek nieba do obserwowania.
- There it is! - zawołał Szon, wskazując palcem wyraźny biały obiekt przecinający niebo za moimi plecami.
- To samolot!
- TO NIE JEST SAMOLOT!!!

Im dłużej patrzyliśmy, tym bardziej byliśmy przekonani, że to w istocie nie był samolot. Kształtem przypominał pocisk, zostawiał za sobą pojedynczy ślad i poruszał się na tyle szybko, że nim nam zaschło w rozdziawionych ustach, zniknął z pola widzenia, pozostawiając nas z wrażeniem, że mimo wszystko byliśmy świadkami czegoś wyjątkowego.

- Myślałam, że będzie lecieć pionowo.
- Wszystko się zgadza, przyleciał ze Stanów, czyli z zachodu... - Szon wskazał początek białej smugi na niebie.
- To jest wschód Szon...
- Nieważne, Ziemia jest okrągła, wschód czy zachód to niekiedy kwestia odległości, bardziej niż kierunku.
- To ma sens, Przylądek Canaveral jest na Florydzie, na zachodzie Stanów. Pacyfik zdaje się rozsądniejszym kierunkiem, niż ewentualna katastrofa nad obszarem zabudowanym.

Dyskusja wchodziła powoli na tony akademickie. Już miałem przy pomocy kawałka węgla z grilla zacząć kreślić skomplikowane równania i przypuszczalne trajektorie na rozłożonym na stole białym obrusie, gdy ...

- Look! Look!

Rakieta ponownie cięła widnokrąg, tym razem nieco dalej.

- Może to Rosjanie wysłali swoją rakietę w ślad za amerykańską.
- Siergiej, follow that space ship!!!
- A może oddala się od Ziemi po spiralnej trajektorii.
- Majk, napijesz się? - Szon zamajtał mi przed oczami malutką buteleczką. - Unicum, przywieźliśmy z Budapesztu. Wypiliśmy raptem kilka kieliszków a żadne z nas nie pamięta, jak znaleźliśmy się w hotelu.

Z trudem zwalczyłem odruch wymiotny. Ja już z pijaństwa szczęśliwie wyrosłem, niemniej ostatni raz jak piżmak nawaliłem się epizodycznie kilka lat wcześniej u Mery i Szona właśnie. Zdoiliśmy wówczas kilka antałków wina, a w głowie szumiało mi na długo, nim gospodarz wytoczył butelkę Jagera. A za nią Jamesona.

To co się ze mna działo następnego dnia, to nie był kac. To było niebezpieczne  balansowanie na granicy śmierci klinicznej. Myślałem, że mnie na lewą stronę wywlecze. Po dziś dzień, gdy Mery mówi "we have to meet up", czuje jak żołądek wspina mi się po żebrach do gardła.

Także podejrzanie wyglądającej buteleczce węgierskiego specyfiku miałem powiedzieć stanowcze NIE, ale Anieśka okazała się znacznie bardziej zaintrygowana zawartością, na co Szon zniknął w domu, skąd po chwili wrócił dzierżąc cztery kieliszki.

Unicum smakował ziołami, ciut jak syrop na kaszel. Mimo 40-procentowej zawartości alkoholu, nie był mocny, jednak Szon zaczął się krztusić i odkładać pięścią po piersi.

- Guys! - wychrypiał, pokazując coś za naszymi plecami.

Albo Rakieta Muska zataczała kolejne koło nad Irlandią, albo poważnie nie doceniliśmy mocy madziarskiej beherovki.

- Tym razem Chińczycy posłali rakietę w ślad za Rosjanami.
- Może po prostu zabłądzili...
- Przypomnijcie mi, żebym nie kupował nawigacji Muska. 
- Za 16 tysięcy kilometrów ... zawróć

Jak elektryzujące kolejne objawienia Falcona 9 by nie były, następnego dnia o 5 musiałem zameldować się w hucie, toteż nim Szon po raz drugi odkorkował Unicum, dałem sygnał do odwrotu. Podziękowaliśmy gospodarzom za gościnę i bierny udział w tworzeniu historii, po czym udaliśmy się w kierunku domu.

Nazajutrz ledwie w hucie rozbrzmiał dzwonek na przerwę, wyszperałem telefon i wziąłem się za przekopywanie Internetu w poszukiwaniu zdjęć wahadłowca nad Irlandią. 

"Co myśmy wczoraj widzieli?", napisałem Anieśce, dołączając serię fotek ilustrujących, jak muskodron wyglądać powinien. Jak mało wyględna biała kropka na niebie.

"Gdybyśmy zrobili zdjęcie telefonem, wyglądałoby dokładnie tak samo", odpisała po chwili. 

Czyli twardo obstajemy przy tym, że widzieliśmy rakietę.